przystajnik

Sezon na internautę

Ileż razy już o tym było… W internecie grasują zboczeńcy, złodzieje, naciągacze i hochsztaplerzy dybiący na dane i hasła z naszego komputera. A przecież my chcemy sobie tylko pochodzić po stronkach, pooglądać za darmo premiery kinowe, pochwalić się znajomym jak roczny berbeć sam sika do nocnika, wzbudzić towarzyski ferment projektem naszego domu na nowo zakupionej działce, na dokładkę dowalić im fotkę nas na tle nowego samochodu (z widocznym numerem rejestracyjnym – niech wiedzą, że to nie ustawka) i tak dalej. Przecież to są tak prozaiczne czynności, że jak ktokolwiek mógłby coś z tego wykorzystać przeciwko nam? Inni tak robią i jakoś nikt ich jeszcze nie okradł i nie ograbił. A my mamy na dodatek jeszcze najnowszego antywirusa. Nic nie zmienia jednak faktu, że od dłuższego czasu trwa nieograniczony niczym sezon polowań na internautę.

I właśnie na takim przeświadczeniu o banalności wypływających z naszego komputera danych zbudowany jest cały biznes zarabiający na naszych nawykach, przywarach, planach i tendencjach. Podczas obchodów Dni Bezpiecznego Internetu wiele się mówi o błahostkach które nie dotykają nawet istoty problemu z jakim boryka się każdy, kto próbuje postawić wyraźną kreskę pomiędzy swoją rzeczywistością a internetem. Porady typu „zmieniaj cyklicznie hasło do WiFi”, „aktualizuj system”, „nie ściągaj programów z niepewnych witryn”, „nie otwieraj jak popadnie załączników z poczty” są istotne, ale bronią nas jedynie przed ukierunkowanym i konkretnym atakiem na nasz sprzęt. Ktoś kto decyduje się na coś takiego znajdzie setki innych sposobów, by spróbować się dobrać do naszej sieci lub maszyny (przy zachowaniu wcześniejszych porad można oczywiście takie szanse zminimalizować niemal do zera). Dlatego bezpośrednia agresja na użytkownika jest obarczona dużym nakładem czasu, wiedzy i sprytu. A po co się tak męczyć, skoro użytkownik może sam nam wszystko podać na tacy?

W tym momencie na scenę wkracza problem prywatności, która jest pochodną bezpieczeństwa. Mało kto z nas zwraca uwagę, jakimi danymi karmi internetowego behemota i jak bardzo on tego od nas oczekuje.

email

Tymczasowy email

Spam

Skąd się bierze spam? Spam pojawia się na nasze własne życzenie. Wystarczy zarejestrować się tu i ówdzie używając naszego adresu e-mail, by po chwili wylądować w bazach adresowych z których korzystają mechanizmy skutecznie zapychające nasze skrzynki. Handel tymi danymi (tak, zwykłym adresem e-mail) to dość intratny biznes i teoretycznie legalny w świetle prawa. Wystarczy w majestacie polskich wymogów założyć firmę i zarejestrować ją poprzez CEIDG, by po chwili znaleźć w skrzynce elektronicznej setki ofert programów księgowych, firm księgowych, leasingu i innych takich. Mało tego, w naszej analogowej skrzynce pocztowej wylądują po czasie oferty naciągaczy sugerujących zapłatę za rejestrację firmy w jakimś wydumanym spisie (wpis do CEIDG jest bezpłatny). Zgadnijcie od kogo nasze dane zdobywają takie indywidua?

Jak się przed tym bronić? To proste – nie podawać naszego adresu e-mail gdzie popadnie. W serwisach do których nie mamy zaufania lub logujemy się tam jednorazowo i nie oczekujemy jakiejś arcyważnej korespondencji z ich strony, używajmy adresów tymczasowych – genialne w swojej prostocie temp-mail.org pozwala na wygenerowanie losowego adresu, użytkowania go aż do czasu skasowania i posługiwanie się nim w celach aktywacji. Takich serwisów jest oczywiście więcej, jeżeli komuś z jakichś powodów temp-mail.org nie przypadnie do gustu (http://www.guerrillamail.com/, http://getairmail.com itp.).

duckduckgo

DuckDuckGo

Wyszukiwarki internetowe

Kto nie posługuje się wyszukiwarkami internetowymi, ręka w górę! Nie widzę, nie słyszę… Otóż to, nieodzownym elementem funkcjonowania w stosie informacji przechowywanych w internecie są wyszukiwarki, które różnie podchodzą do kwestii wpisywanych przez nas zapytań. Niektóre je gromadzą, inne nie gromadzą, jedne analizują, koleje znowu nie – i bądź tu mądry. Nie trzeba dysponować wybujałą wyobraźnią, by uzmysłowić sobie jak po jakimś czasie może wyglądać nasz „profil” skonstruowany na podstawie zapytań wpuszczanych w internet – co chcemy kupić, co lubimy jeść, oglądać, czytać, jakie mamy poglądy polityczne i religijne, gdzie chcemy jechać na wczasy, jakiej muzyki słuchamy, czy interesuje nas odkładanie pieniędzy czy inwestowanie i tak dalej i tak dalej. Z pozoru informacje niegroźne, ale po dłuższym czasie dające ogólne obraz nas samych. Co z tego wynika? Pozornie nic. Potem przeglądarki zaczynają serwować nam informacje takie, jaki im się wydaje, że chcemy zobaczyć. I w rezultacie nie widzimy setek innych treści, która mogłyby zmienić nasz punkt widzenia, wybór, opinię. O ile w niektórych przypadkach rzecz jest nie warta uwagi (wyszukując tematycznych informacji np. na temat Linuksa otrzymujemy konkretne podpowiedzi, zamiast grochu z powidłem), o tyle niebezpieczeństwo manipulacji opinią publiczną jest już realne. A że marketing to sztuka mydlenia oczu, to wspomniane profilowanie stało się to podstawowym źródłem atakowania klientów atrakcyjnymi ofertami.

Rozwiązaniem jest używanie przeglądarek które nas nie profilują, np. http://duckduckgo.com. Jakimś sposobem jest korzystanie z trybu incognito naszej przeglądarki internetowej (np. Firefox, Chromium) – jednak należy pamiętać, że w tym przypadku nie są zapisywane lokalnie pliki cookies i historia odwiedzanych stron – cała reszta naszej aktywności pozostawia ślad w internecie.

Oczywiście na to całe profilowanie można wzruszyć ramionami, o ile jesteśmy odporni na sugestie podsuwane nam pod nos poprzez internet i potrafimy sami dociec istoty sprawy. Niemniej, sprofilowany użytkowników w połączeniu z jego danymi teleadresowymi to już potężne narzędzie w rękach korporacji i nie tylko.

Portale społecznościowe

Portale społecznościowe zmieniły sposób pojmowania przez nas aktywności towarzyskiej. Z jednej strony zmniejszyły odległości i z powodzeniem możemy utrzymywać kontakt ze znajomymi z całego świata, z drugiej strony psychologowie już od dawna biją na alarm, że nie zastąpią one rzeczywistego kontaktu z drugim człowiekiem. Pomijając jednak ten aspekt, przeróżne społeczności to doskonałe miejsce do jakże ludzkiego pochwalenia się tym i owym. Bywa jednak tak, że portale (użytkownicy) dzielą się tymi informacji dalej i możemy po jakimś czasie zdziwić się  znajdując w internecie zdjęcie przedstawiające nasze np. wygłupy na imprezie integracyjnej. Zdjęcia przedstawiające nasz stan majątkowy i jego umiejscowienie w połączeniu z radosną informacją, że za tydzień lecimy na wymarzone wczasy pod palmą to wkładane głowy w paszczę krokodyla i liczenie na łut szczęścia, że akurat nie zadziała jego instynkt łowiecki. Niestety, z internetu oprócz naszych znajomych korzystają również inne mniej ciekawe osoby. Ludzkość od wieków generowała przeróżnych zwyrodnialców i nie należy się łudzić, że potraktują z odpowiednim humorem roznegliżowane zdjęcia naszych małoletnich pociech. Wyjścia są dwa lub nawet trzy – albo zacząć wczuwać się w chore i przestępcze umysł i analizować każde zamieszczane treści pod tym kątem, nie zamieszczać takich treści wcale, albo po prostu obejść modę na uzewnętrznianie się na portalach szerokim łukiem i iść ze znajomymi na piwo.

Wszystko o nas w jednym miejscu

Gromadzenie o nas danych za pomocą wyszukiwarki, oczekiwanie na zdobycie naszego adresu e-mail, danych teleadresowych i innych to może być proces ciągnący się miesiącami. Co wymyśliły zatem korporacje? Korporacje zapytały – „To jak, dacie nam te dane?” a ludzie odpowiedzieli „Damy!” (lub wg prawdy historycznej – oklaski). Tak pojawiła się i zaczęła funkcjonować koncepcja konta powiązanego z urządzeniem, danymi trzymanymi w chmurze i tak dalej. Prym wiedzie tutaj oczywiście Google ze swoimi Androidem i powiązanym kontem, gdzie synchronizowane są wszystkie nasze kontakty, numery telefonów i wiele innych rzeczy (w tym np. numer karty kredytowej). Facebook nie pozostaje w tyle, a wszystkich wydaje się przebijać Microsoft, którego nowy Windows 10 beztrosko archiwizuje zawartość naszych dysków na serwerach MS (w porządku – nie wszystko i część tej funkcjonalności można wyłączyć). Celu gromadzenia tych danych możemy się tylko domyślać – poczynając od kapitalistycznego marketingu, przez regulacje prawne, potrzeby cenzury, aż po współpracę z instytucjami wywiadowczymi.

Czy z tej matni da się wybrnąć? Najprościej jest porzucić produkty Microsoftu – wystarczy jakikolwiek Linux. Gorzej z Androidem – system ten na dobre zadomowił się na większości urządzeń i jedyne co nam pozostaje, to gruntownie poskromić jego współpracę z serwerami Google (udostępnianie położenia i inne). Konta na Facebooku, Google i podobnych można po prostu nie zakładać, lub założyć i nakarmić danymi nie do końca pozwalającymi nas zidentyfikować.

tor

Tor dla anonimowych internautów

Anonimowość totalna

Nasz pobyt w internecie na trwale pozostawia ślad w przeróżnych logach serwerowych i u operatorów. Nie da się tego uniknąć, strony rejestrują kto je odwiedza, routery mogą zapamiętać co skąd i dokąd się łączy, jakimi portami, itp. Jeżeli z jakichś powodów chcemy wymknąć się tej nagonce umożliwiającej dotarcie do nas po nitce do kłębka, to pozostaje nam kilka rozwiązań. Od najprostszego łączenia się przez serwery proxy (uwaga wtedy na technologię WebRTC w przeglądarkach), aż po użytkowanie połączeń VPN i popularnej sieci Tor.

A teraz możemy zacząć się spierać, czy w kwestii prywatności w internecie osiągamy kolejna stadium paranoi, czy może faktycznie dane zbierane przez korporacje i portale społecznościowe mogą wyrządzić nam w przyszłości krzywdę? Nie jest trudno przewidzieć scenariusz w którym ktoś wykrada komplet informacji o użytkownikach z kont all-in-one lub innych. Nie jest wymysłem fantasty kwestia atrakcyjności takich informacji dla rządów i służb wywiadowczych (jak np. możliwość wyśledzenia miejsc pobytu obywatela). Nawet jeżeli nie troszczymy się o naszą osobę, to co może w przyszłości oznaczać dla naszych dzieci i rodziny niewinna fotka wrzucona na nasz profil?

Można się zarzekać, że nie ma się nic do ukrycia bo jest się legalnym, w zgodzie z prawem i tak dalej. Tyle, że maszyny napędzanej trybami korporacji i ślepego prawa nic to nie obchodzi. Podobnie myślały osoby, które w myśl „dajcie mi człowieka, a paragraf się znajdzie” trafiły gdzie trafiły. Podobnie myśleli internauci, których teraz nachodzą firmy wymuszające haracze za wątpliwie motywowane naruszanie praw autorskich. Co powiedzą ludzie, którym ktoś doczepił do ich życiorysu jakiś kredyt lub inne zobowiązania? W starciu z masą urzędniczą przeciętny obywatel nie ma na tyle wiedzy, czasu i obeznania by skutecznie dochodzić swoich racji. W starciu z przestępcami dysponującymi dokładnymi informacji o nas mamy jeszcze mniejsze szanse.

Dlatego choć nie mamy nic do ukrycia – szanujmy się, bo internet sam z siebie nie uszanuje niczego, co do niego wypuścimy.
 

Post navigation

30 comments for “Sezon na internautę

  1. ratus
    13 lutego, 2016 at 11:11

    Uważam, że autor dobrze wyważył punkt widzenia, pomiędzy „beztroską” a „paranoją”. Prywatność jest dobrem i należy ją cenić. Jeśli chodzi o skrajną beztroskę, to warto przypomnieć frazę, jaką często słyszymy przy opisie jakiegoś koszmarnego wydarzenia: „zawinił brak wyobraźni!” To idealnie opisuje pogląd: „nie robie nic niezgodnego z prawem – nie mam czego ukrywać.” Bo tu nasza wyobraźnia wyświetla obraz, jak to NSA, CIA czy inne spec służby chcą nam przyłatać próbę zamachu na prezydenta. A powinniśmy sobie wyobrazić, jak nasz potencjalny pracodawca, zanim zaoferuje nam znakomite stanowisko, sprawdza, jak też bawiliśmy się przez ostatnie dwadzieścia lat, gdzie i z kim pracowaliśmy, jak często kupowaliśmy leki, jakie mamy poglądy polityczne, i.t.d.

    Sądzę, że nieporównanie większe znaczenie, niż zabezpieczanie sprzętu, paranoiczne hasła czy potężne szyfrowania naszych tekstów, ma czynnik psychologiczny, ludzki. To jest najsłabsze ogniwo w łańcuchu zagrożeń prywatności. A także naszych kont bankowych.

  2. 13 lutego, 2016 at 11:24

    Tak tylko dodam, że od Tora do anonimowości jeszcze długa droga. Trzeba się postarać by naprawdę zniknąć a najgorszym błędem jest używanie tylko Tora, jeżeli mamy pewność, że ktoś się nim posługuje, przechwycenie jego „zainteresowań” to bułka z masłem.

  3. Dobrecki
    13 lutego, 2016 at 14:30

    Kolejny dobry tekst na tym blogu. Nie ogłupia czytelnika uzależniającymi emocjami, natomiast dyskretnie wzbudza pożądane przemyślenia.

    To i ja dodam coś od siebie.
    Na początek proponowałbym wyraźnie oddzielić potrzebę zachowania własnej prywatności od potrzeby bycia całkowicie anonimowym. Dlaczego? Bo granica ta jest obecnie celowo rozmywana przez opłaconych krzykaczy korporacyjnych. Celem skruszenia naturalnego ludzkiego oporu przed gwałceniem naszej prywatności. Sprowadza się to zwykle do argumentacji typu:
    „Skoro nie można być w internecie całkowicie anonimowym, to po co przejmować się faktem zawłaszczania naszych prywatnych danych z naszych urządzeń przez korporacje”?
    (głupie? To patrz – argumentacja „bezinteresownych” zwolenników win10)

    A tak naprawdę jest duża różnica pomiędzy zachowaniem TOTALNEJ ANONIMOWOŚCI (co jest czynnością wymagającą sporych wysiłku i wiedzy), jak to podkreślił kolega @KoczurekK:disqus a zachowaniem rozsądnego poziomu PRYWATNOŚCI, poprzez zwracanie uwagi na wyprowadzanie jakich treści z naszych urządzeń pozwalamy zachłannym korporacjom.
    Różnica mniej więcej taka, jak między starannym zacieraniem śladów po sobie w jakimś miejscu (jak często w realu robimy to na co dzień?) a zaniesieniem w zębach kompletu materiałów na swój temat urzędnikowi/śledczemu na samo biurko (jak często w realu robimy to na co dzień?). Że real a internet to różne światy? Ale zawłaszczane „wirtualne” dane na nasz temat są już jak najbardziej realne.

  4. Dobrecki
    13 lutego, 2016 at 15:22

    A jeszcze innym problemem jest tłumienie naszej kreatywności, przez świadomość bycia obserwowanym. Dziś naprawdę dużą część życia spędzamy w internecie, oraz na urządzeniach do niego podłączonych. Pracujemy tu, szukamy rozrywki a często i nasze hobby są związane ze światem elektronicznym. W momencie kiedy nasza wyobraźnia jest puszczona „na żywioł”, często dokonuje cudów, tworząc dzieła naprawdę godne uwagi. Natomiast kiedy ta sama wyobraźnia jest spętana obawą przed tym co na ewentualne „dzieło” powie (surowy, krytyczny, czujny?) obserwator … wtedy już „dzieła” są zdecydowanie bardziej stonowane, poprawne politycznie, często nijakie i kalekie.

    Inna rzecz to wszczepianie nam w ten sposób mentalności niewolnika. Fakt bycia obserwowanym wpływa na nasze zachowanie i myślenie, automatycznie staramy się być „poprawni politycznie” kiedy czujemy się obserwowani. Z czasem taka „wymuszona poprawność” zamienia się w normalny sposób codziennego funkcjonowania, siłą uproszczonego nawyku. I powstają niewolnicy, którzy mają „swoje” zdanie na każdy temat, pod warunkiem że są je w stanie usłyszeć z mediów głównego nurtu, ewentualnie odczytać z Facebooka.

  5. Aspa
    13 lutego, 2016 at 16:40

    Ciekawie napisany tekst z zacięciem felietonistycznym, że tak to ujmę, ale zaledwie dotyka tematu, który jest cholernie złożony. Czy to nam się podoba, czy nie, żyjemy w epoce informatycznej i próba funkcjonowania poza cyberprzestrzenią kończy się nieodwołalnie jakimś stopniem wykluczenia społecznego. Zdecydowana większosć osób z naszego kręgu kultury i cywilizacji technologicznej nie może, nawet jeśli chce, żyć off-line: bo jakiś urząd, usługa, pracodawca, szkoła dzieci, instytucja będzie wcześniej czy później wymagała kontaktu w formie e-maila lub umożliwi dostęp do istotnych danych jedynie on-line.
    W zasadzie nie ma w tym nic złego, tak jak nie było nic złego w upowszechnieniu poczty czy telefonu, problemem jest jedynie sposób i zakres prawnej ochrony naszych informacji i informacji o nas. Posyłajac list na poczcie nie muszę zgadzać się na przetwarzanie jego treści przez kogokolwiek, by kupić znaczek. Owszem, w określonych warunkach ktoś może mój list otworzyć i sprawdzić jego zawartość włącznie z treścią, jednak te sytuacje są dość rygorystycznie obwarowane prawem i nawet jeśli to prawo jest łamane, to każda taka sytuacja w wypadku wykrycia jest traktowana jako poważne naruszenie praworzadności. Tymczasem prywatność poczty elektronicznej jest bardzo… ulotna. Jeśli wezmę z biurka w firmie kopertę i poślę w niej list dotyczący negocjacji w sprawie zmiany miejsca pracy do konkurencji, postąpię może nieetycznie, ale mój pracodawca się o tym fakcie nie dowie (w normalnej sytuacji, wykluczającej przypadek lub działanie ‚życzliwych’), bo tajemnica korespondencji chroni mnie wystarczajaco. Jeśli zrobię to samo wysyłajac e-mail z firmowego komputera, nawet logujac się na webowy interface mojej prywatnej skrzynki pocztowej – pracodawce nie tylko może się łatwo o tym dowiedzieć, ale też poznac treść maila i użyć jej przeciwko mnie, zwalniajac z pracy i fakt, iż komputer należy do niego jest w tym momencie ważniejszy, niż prywatność mojej korespondencji.
    NIe wiem z jakiego powodu, ale ewidentnie istnieje domniemanie prawodawców, że w cyberprzestrzeni nasze dane i my sami możemy być chronieni słabiej, bo nawet jeśli musimy na coś wyrazić zgodę (lub jej nie wyrazić, bo domyślniejest przyjęte, że się zgadzamy), to w zakresie sztuczek i pułapek sprawiajacych, że nawet najostrożniejszy użytkownik Internetu kiedyś kliknie coś, czego nie powinien, panuje pełna dowolność w myśl zasady: zgodził się i jest to prawnie wiążące, a że ta zgoda została de facto wyłudzona albo jest efektem oszustwa, to już mały pikuś. Wiem, że jestem naiwny pisząc to, ale czy nasz świat naprawdę byłby dużo gorszy, gdyby istniał zakaz profilowania uzytkowników Sieci, zaś o tym, na jaki temat chcemy otrzymywac reklamy czy informacje decydowalibyśmy sami, wybierając i dowolnie modyfikując odpowiednie opcje na stronach dostarczycieli usług?

  6. 13 lutego, 2016 at 17:07

    Bardzo dobry punkt z pracodawcą – właśnie o to chodzi w naszym wizerunku w sieci. Ktoś gdzieś kiedyś się wygłupił w życiu i ma się to za nim ciągnąć przez całą karierę zawodową, a ci którzy takie numery odstawiają co tydzień pną się po szczeblach kariery – bo nie udostępniają tego w sieci. Z drugiej strony, ktoś go zachowuje się wg schematu nr. 1można określić mianem głupca, a druga postawa to cwaniak. No ale ludzi trzeba uświadamiać, że mają wybór pomiędzy dwoma takimi postawami.

  7. 13 lutego, 2016 at 17:07

    Zgadzam się. Tor nie gwarantuje totalnej dyskrecji na nasz temat i przy odpowiednim nakładzie kosztów, wiedzy technicznej i zacięcia można dociec kto, skąd i kiedy.

  8. 13 lutego, 2016 at 17:13

    Zgadzam się z powyższym i przyznaję – temat prywatności w sieci można ciągnąć jeszcze przez wiele akapitów, jednak badania wykazują, że czytelnik wymięka zwykle w okolicach 5 akapitu 🙂

    Co do podanego przykładu, to mogę tylko przyklasnąć. Nie tak dawno temu bylibyśmy zszokowani i oburzeni, że ktoś sprawdza, co wysyłamy w liście. Ok, paczki z zagranicy, konieczność oclenia – to może usprawiedliwiać otworzenie paczki. Otworzenie listu obecnie traktowalibyśmy jako powrót do praktyk stalinowskich, zamach na wolność, jednostkę i tak dalej. Ale że ktoś może przeczytać naszego maila? (choćby usługodawca u którego trzymamy pocztę)? Kogo to obchodzi – a raczej, ludzie nie wiedzą, że to jest możliwe i stosowane. A szyfrowanie poczty jest obecnie nieco uciążliwe… Hm, ale to dobry pomysł na kolejny wpis 🙂

  9. 13 lutego, 2016 at 17:16

    Masz absolutną 100% rację. Hodowane od paru lat (dekady) pokolenie konsumentów ma konsumować, a nie kreować. Takim społeczeństwem łatwiej jest manipulować, przekonywać do konkretnych idei, itp. Osobniki samodzielnie analizujące rzeczywistość są niebezpieczne i niepodlegające ogólnym prawidłom marketingu.

  10. slawomir777
    13 lutego, 2016 at 17:39

    A jeszcze niedawno były książki telefoniczne z imieniem, nazwiskiem i adresem abonenta. Poniewierały się wszędzie i nikomu to nie przeszkadzało. Czasami były nawet przydatne… Żeby być całkowicie anonimowym trzeba wyrzucić komórkę, laptopa, karty bankowe a następnie zaszyć się w Bieszczadach bez dostępu do prądu. Żeby bezpiecznie funkcjonować w dzisiejszym świecie, trzeba myśleć co się robi, mówi i pisze, zarówno w sieci, jak w realu.

  11. ratus
    13 lutego, 2016 at 19:44

    Niestety, jest jeszcze jeden aspekt sprawy. Jak wiadomo – nie ma nic za darmo. A wszak lubimy „darmowe” treści w necie? Wyszukiwarki, skrzynki pocztowe, muzykę, filmy i.t.d. Znaczna część tego gratisu jest finansowana z idiotycznych i nachalnych reklam. Żeby ktoś chciał płacić za reklamowanie, musi mieć zdefiniowany „target” potencjalnych nabywców. Aby zdefiniować target nabywców, trzeba zdobyć ich dane… Koło się toczy!
    Przykład: Wyszukiwarka numerów telefonicznych 118913 za informację, jaki nr. ma FirmaKrzak (albo, że nie wiadomo!) pobiera 1,20+vat. Ale nie wmusza reklam! I nie śledzi jak Wujek G! Komu pasuje? 🙂
    Obawiam się, że Internet bez reklam i bez śledzenia użytkowników już był (Usenet) i bezpowrotnie przeminął.
    Jedynie, co można zrobić, to samodzielnie się edukować i traktować internetowe zagrożenia tak, jak to robimy z zagrożeniami ze strony pogody – stosujemy środki ochronne, albo nie wychodzimy z domu…

  12. 13 lutego, 2016 at 20:10

    Nie no, Tor + noscript i wiedza techniczna wystarczą, by być absolutnie niewykrywalnym, inna sprawa gdy np. nie włączysz noscripta, wyłapanie w takiej sytuacji geolokalizacji (albo chociaż prawdziwego IP) to kilka linii kodu.

  13. Aspa
    13 lutego, 2016 at 20:48

    Nie popadaj w skrajność – czemu zaraz wyrzucać wszystko i zaszywać się w Bieszczadach? Moze wystarczy posluchac rad zawartych w komentowaym tekście? Może warto jednak pohodować sobie trochę paranoi i uwierzyć, że coś jest na rzeczy w świecie, w którym informacja jest bardzo cnnym towarem.
    Naprawdę uważasz, że zbieranie wszystkich informacji o tobie przez twoj telefon, aplikacje, których używasz, serwisy, z których korzystasz etc., etc. jest KONIECZNE? Naprawdę uważasz, ze to, co dostajesz w zamian usprawiedliwia żerowanie na twojej aktywności, prywatnosci, zwyczajach? Naprawdę nie bylbyś w stanie żyć bez setek powiadomień dziennie o promocjach, okazjach, wszelkich aktywnościach twoich wirtualnych znajomych?
    Ja jestem na tyle stary, iz pamiętam czasy, gdy za system operacyjny się płaciło, w zamian zas dostawalo się narzędzie do pracy czy rozrywki, które nie zbierało o tobie informacji, bo nie bylo ku temu technologii. Firma, która ten OS produkowała miała sie świetnie, jej pracownicy dostawali pensje, prezes został miliarderm a inwestorzy cieszyli sie jak dzieci. Dziś dostajesz system operacyjny twojego smartfona ‚za darmo’, a tak naprawdę płacisz za niego kazdego dnia, kazdej minuty gdy z korzystasz z oprogramowania.
    Zawsze, gdy podnosze ten argument w dyskusji ze studentami słyszę: ale my CHCEMY wiedzieć, co dziś zrobiła celebrytka, z kim się umówiła nasza koleżanka z podstawówki, z kim się spotyka pilkarz, jaka jest przecena w sieciówce z odzieżą… To nasza WOLNOŚĆ.. A skoro dostajemy to za darmo, to tylko lepiej!
    Wtedy proszę tych młodych ludzi, by zdefiniowali pojęcie wolności, tej osobistej. Wcześniej czy później ktoś stwierdza – jest to stan w ktorym robię to, co uważam za dobre dla siebie, wybieram tak, jak chce i NIKT NA TO nie może mieć wpływu tak długo, jak moje wybory nie ograniczaja praw innych. Wtedy zas wracamy do zycia on-line: pytam, czym jest to, co konsumują z FB, z Tweetera, z różnych aplikacji. No, to są informacje… Kto je wam podał? No, nasi znajomi, ludzie, których obserwujemy i jeszcze… ALGORYTMY wyszukujące, pozycjonujące, profilujace, pracujące w oparciu o to, co zlecił ktoś, kto kupił uslugi reklamowe…
    I to jest właśnie sedno sprawy: tracisz wolność, bo nie masz wpływu na to, co do ciebie dociera, nie DECYDUJESZ o swoich żródłach informacji i tym, jak te informacje sa selekcjonowane, a stąd już tylko krok do manipulacji twoimi pogladami, przekonaniami, tym, co wiesz. Nawet jeśli wydaje ci się, ze decydjesz – mylisz się: możesz dowolnie dodawać i usuwać znajomych, ewenty, wydarzenia, ale drobne informacje o twoim życiu, przyzwyczajeniach, pogladach zebrane w chwili, gdy coś dodaleś jak i w momencie, gdy to usnałeś, są gdzieś tam przetwarzane, sprzedawane i kupwane. Myslisz, że przesadzam? Że przeciez byla podana polityka prywatności, że dane zbierane anonimowo etc? Pozostaje pytanie – co tworcy tych dokumentów uwazają za prywatność, za dozwolone użycie tych kawałeczków danych o tobie? Polityka prywatnośc aplikacji open source to jedno, dwa zdania napisane prostym językiem: nasz program, zeby działać zbiera takie i takie informacje, mozesz to wyłączyć tu i tu. Kropka. (Nie pisze tu o jakiejs onkretnej aplikacji, chodzi raczej o styl). To samo w wydaniu korporacji na G czy F to kilka stron prawniczego bełkotu z definicjami pojęć, odwołanami, cytatami, czestymi zmianami wyświetlaymi, gdy czekasz na załadowanie ‚ważnej’ informacji z komunikatem, że jesli akceptujesz, to nic nie musisz robić… Nie czarujmy się – mam dość wysokie IQ, dobrze władam angielskim i nie jestem w stanie przez to przebrnąć, A studenci? Uczniowie? Gospodynie domowe?
    Przesadzam? Może… Ale obawiam się, że niekoneicznie…
    Przepraszam za długi wywód: sobota a za oknem leje już trzeci dzień 🙂

  14. Aspa
    13 lutego, 2016 at 21:45

    Nie ma nic za darmo? Jest Wikipedia, dla której osobiście wykonałem sporo pracy za samą satysfakcję, ze mogłem podzielic sie z potrzebujacymi swoją wiedzą. Jest Open Source, dla którego wszyscy chyba tu jestesmy. Są wolontariaty, których praca jest w skali swiata warta miliony dolarów tygodniowo.
    Kiedys, gdy byłem małą dziewczynką, tzw. media tradycyjne też targetowały się na określone grupy klientów – coś o tym wiem, bo przepracowałem w takich mediach kawałek zycia. I też utrzymywały się z reklam, bo dla wielu gazet wpływy uzyskiwane z tzw. sprzedaży egzemplarzowej nawet w tłutych latach prasy stanowiły tylko zwrot kosztów dystrybucji, czasem jeszcze druku, jak dobrze szło. Koszty utrzymania redakcji, produkcji treści, mrketingu – pokrywało się z reklam, wyjątki wprawdzie były, ale nieliczne. Różna byla tylko technika targetowania: wymyslalo się, jaka grupę chce się pozyskać i nastepnie oferowało się wartościowy towar, by ludzie z tej grupy zechcieli tytuł kupić i potem stale do niego wracać. A jak juz sie taka grupę miało, to się ją oferowało potencjalnym reklamodawcą jako ‚target’.
    Dziś jest prościej: daje się WSZYSTKIM jak leci uzależniajacą zabawkę pomyslaną tak, by sami jej uzytkownicy produkowali zalew treści, zbiera się informacje o kazdym użytkowniku w sposób dalece ingerujący w ich prwo do prywatności i anonimowości, a potem – odpowiednio posegregowane i pogrupowane ‚targety’ oferuje się na rynku na zasadzie: mamy coś dla kazdego. Kiedy to uświadomić ludziom: słuchajcie, sami zapieprzacie w fabryce obróżek i kagańcow dla siebie, zaś własciciele fabryki zarabiaja miliardy sprzedajac bilety a galerię widokową, z której można sobie popatrzeć, jak się staracie i jeszcze okradaja wasz kraj z podatków, jakie winni płacic od swoich zysków – to jest wielkie zdziwienie. A to sama prawda, niestety…
    Oczywiscie wiem, że mój głos jest odosobniony i nie zdolam nic zrobic swoją krucjatą edukacyjną mając przeciwko sobie miliard użytkowników Facebooka, wiem tez jako socjolog, że zjawiska społeczne sa na swój sposób obiektywne, tak naprawde ani dobre, ani zle, jak promieniowanie, ktore zwyczajnie jest – ale mam prawo do sprzeciwu i będę z niego korzystał bo obawiam się, ze uzaleznienie znaczącej grupy społeczności świata od informacji przygotowywanych i manipulowanych przez kilka korporacji, nad ktorymi NIKT nie ma kontroli, bo są zbyt wielkie, by je kontrolować nie służy naszej wolnosci, demokracji, równości. Coraz częściej jest tak, ze ludzie unikajacy FB są wykluczani bo bywa na przykład tak, ze szkoła czy instytucja publiczna uznaje, ze skoro ‚wszyscy’ (czyli większość) są na FB to nie opłaca się utrzymywac inne kanały informacji czy uczestnictwa. Gdyby to nie dotyczylo FB, tylko koloru skóry – byłby problem, Ale to TYLKO, kwestia zgody na warunki korporacji, co ci zależy, nie bądź dziwny, zapisz sie, otwórz konto, przecież możesz podac nieprawdziwe dane etc. To jest dyskryminacja, ale że ma forme zabawy (bodostaliśmy za darmo takie wspaniałe narzedzie), to nikt tego nie dostrzega…

  15. Inter
    13 lutego, 2016 at 22:32

    „Nic nie jest za darmo” to dość popularne hasełko i równie prawdziwe jak „Wszyscy Polacy to katolicy”. Oczywiście z filozoficznego punktu widzenia wszystko ma swoją przyczynę i skutek i nic nie bierze się znikąd. Jeśli wolontariusz opracował narzędzie z którego korzystam to w pewnym sensie nie jest ono za darmo bo zapłacił za nie wolontariusz swoim czasem i pracą. Ale ja korzystam z niego bezpłatnie. Oczywiście korzystanie jest też kosztowne bo poświęcam własny czas 🙂 .

    W takim ujęciu nic nie jest za darmo, nawet mój komentarz tutaj, choć w tym przypadku już pojawia się strona trzecia, czyli autor niniejszego bloga. Ja płacę czasem pisząc ten tekst, Ty czytelniku właśnie marnujesz swój czas na czytanie a podstępny Salvadhor czerpie niecne korzyści żerując na naszej naiwności 😉

    Teoretycznie rozwijając ten wątek, przy założeniu, że Salvadhor bardzo dba o finanse i dużo czasu poświęci dla zwiększenia zysków, możliwe jest n.p. zainstalowanie na blogu aplikacji, która na podstawie wpisywanych komentarzy sprofiluje czytelników i umieści ich w określonych targetach, aby zwiększyć skuteczność kampanii marketingowej. A właściwie to równie możliwe jest skanowanie naszych komentarzy przez zewnętrzną aplikację, która nas ładnie sprofiluje i prześle na bloga lubiane przez nas reklamy.

    Tak więc podsunę mocno prowokacyjne zagadnienie: gdyby nie było googla, czy facebooka to może mielibyśmy do czynienia z trudniejszymi do ominięcia formami wykradania prywatności.

    p.s. przepraszam Autora za instrumentalne posłużenie się nim jako teoretycznym przykładem.

  16. Aspa
    13 lutego, 2016 at 23:19

    O, fiozofia nam sie wlącza!
    No to jedziemy… Praca wolontariusza jest za darmo, bo za darmo z niej korzystasz – koszty ponoszone przez wolontariusza są skutkiem jego samodzielnej decyzji i on/ona moze je postrzegać nie jako koszt, ale jako inwestycje, spłatę zobowiązan wobec społeczenstwa, formę realizacji przekonan swiatopogladowych – mogą wręczone być z jego/jej punktu widzenia zyskiem, niezależnie od poglądów ekonomistów na ten temat!
    Produkt software’owy firmy na G. nie jest za darmo, bo korzystajac z niego sam stajesz się produktem marketingowym firmy na G. który ona oferuje swoim płacacym klientom za konkretne pieniądze. Twój czas i aktywność zwiazane z uzytkowaniem oprogramowania wprost przekładaja sie na zyski jego tówrcy.
    Decyzja wolontariusza o tym, jaką pracę, w jakim zakresie, kiedy i gdzie wykona w ramach wolontariatu jest jego autonomiczna decyzją. Ty jako produkt korporacji na G. nie masz najmniejszego wpływu na to, co korporacja zrobi z uzyskaną z ciebie wartoscią – kontrola, jaką dostajesz w ramach kontraktu jest w praktyce iluzoryczna, zaś jedyna autonomiczna decyzja dotyczy tego, czy zaczynasz używać produkt korporacji, czy nie. Przy czym często nie masz wyboru, bo produkt może być elementem pakietu, jaki jesteś zobowiazany przyjać podejmujac pracę, a nawet jesli nie, to onkurencyjne produkty są obarczone dokładnie takim samym ryzykiem, zaś niezdecydoanie się na żaden może skutkowac wykluczeniem, o którym pisałem gdzie indziej. Paragraf 22.
    Salvadhor wreszcie. Wykonuje on pracę, wykorzystaując swoją wiedzę, czas i umiejetnosci w celu stworzenia dobr, które wielu z nas uważa za atrakcyjne. W zamian za to otrzymuje od nas nas samych jako target reklamowy, który przy odrobinie szczęscia i umiejętności moze przekuć na jakis dochód dla siebie. Pozornie jest to układ niemal identyczny z tym, jaki jest między korporacją na G i użytownikami jej oprogramowania, ale sa to pozory mylące. Salvadhor na przykład nie posiada mocy politycznej, wynikajacej z zasobów finasowych, które posiada a które zdobył poprzez unikanie płacenia podatkow. Tymczasem korporacja na G taką moc posiada, bo stac ja albo na bezpośredni lobbing, albo na działania pośrednie, typu uzyskanie oczekiwanych przez siebie rozwiazań i decyzji w zamian za obietnicę utworzenia w danym kraju biura, co dla rzadzącym ma znaczenie propagandowe, ale już dla mnie jako obywatela obiektywnie nie ma żadnego znaczenia, zwłaszcza jeśli w zamian korporacja na G zyska kolejne przywileje podatkowe i zyski, korzystając przy okazji za darmo z infrastruktury stworzonej takze za moje podatki. Ale skuteczność korporacji na G moze iść dalej i poza korzystną interpretacja przepisow podatkowych może ona w danym kraju uzyskać zmiane prawa, pod która to eufemistyczną nazwą może sie kryć ograniczenie moich praw obywatelskich, korzystne z jakiegoś powodu dla korporacji. Ze strony Salvadhora raczej mi to nie grozi. Gdyby jednak Salvadhor rozpoczął działania, które albo bylyby niezgodne z naszą nieformalną umowa o współpracy, albo wręcz niekorzystne dla nie, mogę nie tylko zrezygnowac z jego ofety, karząc go tym samym poprzez zmniejszenie targetu (a mnie troche jest, więc wagowo i objetościowo strata na targecie byłaby zauważalna :-D), lub wecz udać się do sądu i oskarżyc Salvadhora o niecne praktyki, ze sporą szansą na wygraną, o ile mialbym rację, bo ‚chodzimy’ w tej samej wadze społecznej z Salvadhorm. Moje szanse na podobną wiktorię z korporacją na G są znikome, musiałbym przekonać rzesze innych do pozwu zbiorowego, zdoyć finasowanie dobrego prawnika a i tak szanse na sukces mialbym raczej mizerne, bo korporacja chozi w wadze suprciężkiej, ja zas przy niej – w lekkopółniepewnej…

  17. Dobrecki
    13 lutego, 2016 at 23:47

    Marudzisz jeszcze rozwleklej niż ja. Ale piszesz dużo mądrzej ode mnie i o niebo lżej się ciebie czyta.
    Idę po chipsy i zamieniam się w zaciekłego czytelnika waszej poniższej dyskusji z @Inter-em.
    I nie, nie powiem któremu z was kibicuję. 😉

  18. Dobrecki
    14 lutego, 2016 at 0:11

    Miałem taką książkę, przydatna rzecz. Byłem w niej też na samym środeczku 160-tej bodajże strony! Taka szycha jestem że i o mnie napisali!
    Ale ona nie śledziła każdego mojego kroku, nie czytała mojej korespondencji, nie notowała odwiedzanych przeze mnie witryn a przede wszystkim nie wysyłała regularnie tego wszystkiego na zewnętrzne serwery, diabli wiedzą w czyje ręce.

    I możesz mi powiedzieć na cholerę mam być całkowicie anonimowy w internecie? Nie planuję żadnych przestępstw czy temu podobnych. Mi i podobnym śmiertelnikom zależy jedynie na poszanowaniu mojej prywatności. A to się da załatwić z pomocą odpowiedniego systemu i oprogramowania, bez ucieczki w Bieszczady. No, czasami jeszcze trzeba pomyśleć przed wysłaniem czegoś w internety, ale to i tak tańsze i łatwiejsze niż ucieczka na bezludną wyspę.

    O prywatność i dziś naprawdę łatwo jest zadbać, wystarczy zdobyć trochę wiedzy i mieć właściwe priorytety.

  19. Inter
    14 lutego, 2016 at 0:25

    Ależ nikt nie broni Slavadhorowi prawa do zrzeszania się w większe lub mniejsze osobowości prawne. Ba mogą to też być zrzeszenia nieformalne, jednakże mające znaczące wpływy i możliwości. Istnieje więc pewne prawdopodobieństwo, że jest Żydem, masonem i cyklistą zrzeszonym w bardzo wpływowym (serio!) Stowarzyszeniu Właścicieli Ogródków Działkowych. Przy pomocy tychże wpływowych instrumentów może on, wraz z grupą podobnie planujących osób, lobbować za zmianami, o których mówisz. A Ty nawet byś nie podejrzewał Salvadhora o takie praktyki i żadnego sądu, czy rezygnacji z jego oferty by nie było.

    Z tą pracą wolontariusza to nie jest do końca tak łatwo. Wolontariacko umieściłem filmik na youtubie, ale filmik obejrzało już ze 20 tys osób więc otrzymałem kilka groszy od korporacji… Wykonałem wolontariacko świetną aplikację na androida, której popularność pozwoliła mi na znalezienie nieźle płatnej pracy. Można powiedzieć, że użytkownicy tej aplikacji to moje ofiary, które wykorzystałem do znalezienia tej pracy.

    Zjawiska które obserwujemy w zachowaniu korporacji są całkowicie naturalne. Naturalny jest też nasz opór i obrona prywatności. Myślę jednak, że w skali setek tysięcy, czy milionów użytkowników nie powinniśmy mówić o prywatności, tylko o statystyce. Sprzedaje się przede wszystkim dane zbiorowe. Nasza prywatność może ucierpieć tylko w sytuacji kiedy zainteresują się nami służby. Wówczas korporacje zmuszone są udostępnić dane szczegółowe za które prawdopodobnie nie otrzymują wynagrodzenia. Więcej prywatności tracimy gdy znajdziemy się oku kamer osiedlowego / miejskiego / sklepowego monitoringu bo przed monitorami non stop siedzą fizyczne osoby, które mogą nas znać i mogą nam realnie zaszkodzić.

  20. ratus
    14 lutego, 2016 at 10:07

    Nic nie jest „za darmo”. Są tylko różne poziomy zapłaty. Wolontariat Wiki, blogerzy czy w końcu komentatorzy tacy jak ty i ja, otrzymuja w „wynagrodzeniu” satysfakcję, możliwość zaistnienia, PR czy inne abstrakcyjne walory. Na drugim końcu jest twardy pieniądz. Serwery, satelity, światłowody w ogóle cała technologia internetu. Czy wiesz, jak wygląda serwerownia Google?
    http://technowinki.onet.pl/fotografia-i-wideo/serce-internetu-serwerownia-google/nnd4q
    To są ogromne, konkretne pieniądze. Częścią zapłaty za możliwość korzystania z tego „darmo”, jest rezygnacja z jakiegoś kawałka naszej prywatności. Bilans – warto/nie warto – każdy powinien zrobić sam.

  21. Aspa
    14 lutego, 2016 at 10:31

    W twoich przykładach Salvadhor może mieć wpływy poprzez jakieś przynależności, ale wcale niekoniecznie (drogi gospodarzu, przepraszam za nadużywanie Ciebie jako przykladu, jakoś tak wyszło i nie ja zacząłem). Korporacja MA te wpływy, tu i teraz. Ja w najbliższy wtorek mogę wygrać kumulację w Euromilion i przyszy weekend spędzić we własnej willi na Kanarach. Bill Gates taką willę zapewne ma, a jeśli nie, to tylko z tego powodu, ze nie miał ochoty jej posiadać. Jeśli Salvadhor jako czlonek wpływowego (tak, wiem, to prawda…) Polskiego Zwiazku Działkowców będzie chcial zmienić prawo dotyczące prywatnosci czytelnikow blogów technologicznych, prawdopodobienstwo, że przekona innych członków zwiazku działkowców, że leży to w ich iteresie i warto użyć posiadane wpływy – jest niewielkie.
    Co do pracy wolontariusza, to niestety mylisz się. Wolontariat to praca, ktora MUSI być wykonanana: opieka nad chorymi na raka w hospicjum, badania terenowe. Jesli nie wykona ich wolontariusz, to trzeba zatrudnic płatnego wykonawcę. Jeśli zas nie ma na to pieniedzy – hospicjum jest likwidowane, projekt baawczy zostaje zawieszony lub zlikwidowany. Jak się to ma do twefo przykładu z filmikiem? Nijak: nakręciłeś filmik, zmontowaleś go i wrzuciłeś na YT bo masz takie hobby, bo chciałeś zyskac nieco popularnosci. Malo tego, zakładam, że wiedziałeś, iż ewentualna popularnośc może sie przełozyc na jakąś tam gratyfikację, bo otwierając onto na YT zapewne wiedziałeś, że ten serwis tak działa. Gdyby twoja praca filmowca miała być ‚czystym’ wolontariatem, to zamiast korzystać z YT i jego polityki wynagradzania, zrobilbyś własną stronę www, wykupił domenę i tam umiescił swój filmik licząc na zainteresowanie internautow i szeptaną propagandę (lub raczej linkowaną), ktora zapewni dotarcie twoich treści do jak największej widowni. Podobnie jest z aplikacją na Androida – gdyby jakiś szpital czy muzeum potrzebował taką aplikację i ty byś ja dla nich napisał za darmo bez dodatkowych warunków (czyli, na przykład z przekazaniem kodu tak, by jakiś inyny wolontariusz za kilka lat mógł wprowadzić poprawki jeśli będą onieczne) – to uznałbym za wolontariat. Natomiast pisanie aplikacji w celu pokazania swoich umiejętności, zareklamowania siebie jako potencjalnego dobrego pracownika, to nie jest wolontariat, tylko inwestycja.

  22. Aspa
    14 lutego, 2016 at 11:21

    Z punktu widzenia ekonomii – tak, nic nie jest za darmo, nawet sex kochajacego się i oddanego sobie małżenstwa jest formą transakcji. Ja jednak jestem romantykiem i trwam w prywatnym przekonaniu, że istnieją inne jezyki opisu rzeczywistości, niż ekonomiczny, choc ten ostatni dominuje w dyskursie społecznym. Mówiąc brutalnie: chce dostrzegać różnicę miedzy seksem z kochającą i kochaną żoną, a prostytutką, choć ekonomicznie jedno i drugie jest transakcją. Podobnie chcę widzieć różnicę miedzy tym, co robię z zalozenia za darmo i udostępniam innym a tym, co ‚za darmo’ dostaję od korporacji w ramach kontraktu a kilkanaście stron drobnego druczku. Jeśli nazwiesz to naiwnością starego człowieka – wolna wola. Glupotą – prosze cię bardzo. Ale mi z tym przekonaniem jest zwyczajnie lepiej na swiecie i w życiu i z uporem maniaka przekazuje te poglądy moim dorastającym dzieciom od chwili, gdy tylko zaczęły cokolwiek rozumieć.

  23. Inter
    14 lutego, 2016 at 12:07

    I tu dochodzimy do względności pojęć 🙂

    Gdzie kończy się wolontariat a zaczyna inwestycja? Co robi człowiek pomagający staruszce nosić zakupy? Pracuje na rzecz innych ale również inwestuje w swoją reputację, która może pozwolić mu w przyszłości osiągnąć całkiem wymierne korzyści.

    Czy kolega pomagający malować moje mieszkanie nie robi tego za „dług wdzięczności”? A może właśnie odpracowuje własne „długi wdzięczności”?

    Hospicjum wydaje się być nienaruszonym bastionem idei wolontariatu. Ale jeśli spojrzymy na to ze strony psychologicznej to może okazać się, że otrzymujemy bardzo konkretne korzyści za które musielibyśmy sporo zapłacić. Jest to też duże doświadczenie.
    Są w życiu zdarzenia i sytuacje, których wartość jest nieprawdopodobnie wysoka i nikt ich nie monetaryzuje.

    Żeby była jasność, sam robię wiele rzeczy za darmo i staram się nie pobierać za nie korzyści, a więc nie chwalę się że to robię, nie oczekuję niczego od obdarowanego i staram się nie podbudowywać swojego ego tymi czynami. Ale to tylko ja wiem. Jak się rozejrzysz to zauważysz bardzo wiele różnych form autopromocji poprzez wolontariat. Niektórzy robią na tym konkretny biznes finansowy.

    Co do naszego S. to troszkę czepiasz się tych działkowców, a to tylko nieco żartobliwy przykład formalnego zrzeszenia. A po za tym zapominasz o tajemniczych wpływach masonów i Żydów. Piszę o organizacjach gdyż porównanie korporacji do pojedynczego człowieka jest bez sensu bo „i Herkules dupa kiedy wrogów kupa”. Dlatego ludzie o podobnych problemach powinni się zrzeszać aby lepiej radzić sobie z większymi. Takie zrzeszenie może również wypracować spore wpływy „tu i teraz” podobne do tych jakie mają n.p. związki zawodowe.

  24. Aspa
    14 lutego, 2016 at 12:39

    CO do pierwszego – zgoda, w zasadzie dokładnie to chciałem napisać – względnosc pojęć. Dla kogoś ZAWSZE jest transakcja, dla kogoś innego – czasem przejaw człowieczeństwa 🙂
    Gdzie się kończy wolontariat (zdefiniowany tak, jak my tu go sobie domyślnie definiujemy) a zaczyna inwestycja to – znowu masz rację – oczywiście kwestia umowna i płynna, bardzo przy tym subiektywna, więc w zasadzie niemerzalna. I na tym poprzestanmy.
    A biedny, targany naszą uwagą Salvadhor? Twój żart o działkowcach został własciwie odczytany i zrozumiany, ja pociągnąłem tę konwencję, choć oczywiscie pomimo żartowania sobie de facto obaj opisaliśmy rzeczywiscie działajacy mechanizm spoleczny. Znowu zgoda.
    Dalej jest już inaczej, bo twoje przekonanie, że dobrowolne zrzeszenie ludzi o podobnych problemach może tu i teraz zdobyć nieformalną ‚siłę pzrekonywania’ taką samą, jak grupa ludzi połączonych wspólną wizja zysku lub groźba jego utraty jest – wybacz – trochę naiwne. Smutna prawda, którą potwierdzaja nieskonczone przykłady z historii, takze tej, która dzieje się tu i teraz, jest taka, że rację z reguly ma ten, kto ma władzę, zaś wladze ma ten, kto ma pieniądze. Ilość dóbr na świecie jest ograniczona i zdecydowanie niewystarczajaca, kto ma pieniadze moze te dobra posiaść i redystrybuowac wśrod tych, którzy pieniedy nie mają, a dóbr otrzebuja. W zamian za drobne przyslugi, ma sie rozumieć. Takie, jak odpowiednie głosowanie, złożenie własciwego projekty przepisów, przymkniecie oka na jedno i dokładne przyjrzenie się czemus innemu. Zauważ, ze ty, prowadząc firmę i zatrudniając 10 osób jesteś traktowany jako przedsiębiorca całkiem inaczj przez państwo, polityków i partnerów na rynku, niż korporacja na G czy M albo F, choć obiektywnie rzecz ujmując JEDYNE co was różni, to skala działania, czyli wprost – zasób pieniądza. Ciebie demokratyczna władza może zniszczyc w imię obrony praworzadności (zablokwanie kont przy podejrzeniu, niesłusznym, błędów w rozliczaniu podatków wykończy kazdego), podczas gdy te ‚nieco’ większe firmy nawet gdy nie kryją się z przekrętami podatkowymi – nie są karane a jeśli już, to tak, by propaganda sie dziala ale firie nie stala się krzywda. Podsumowując – pieniądz znieksztalca równośc i sprawiedliwosć.
    I ostatni przyklad – iluzoryczne przekonanie, ze zrzeszenie może duzo. Bylem w kilku miejscach na swiecie, gdzie kiedys na setkach, tysiącach kilometrów rósł las deszczowy. Dziś skurczył się o dziesiatki procent na skutek wycinki w celu wydobycia kopalin, pozyskania drewna, zdobycia pastwisk. Miliony ludzi na swiecie są przekonane, ze taka gospodarka jest szkodliwa dla wszystkich, poza – na krótką metę – tymi, którzy czerpia bezpośrednie zyski. Miliony ludzi! Jakaż to potega!
    Tymczasem przeciwko nim działa grupa, powiedzmy, 200 tysięcy ludzi: włascicieli i najbogatszych udzialowców firm prowadzących rabunkową gospodarkę w Amazonii czy na Borneo i to ta garstka, przeciwko milionom, jest skuteczna. Czemu? Bo ma pienądze.
    I to jest własnie rożnica miedzy korporacjami a zrzeszeniami obywatelskimi. Te półtajne, tajne czy fikcyjne zrzeszenia, które mają olosalne wpływy na swiecie (a częśc z nich istnieje) to de facto korporacje – mają cele, ale mają tez środki na ich realizację.

  25. ratus
    14 lutego, 2016 at 12:55

    Absolutnie rozumiem i popieram wartości pozaekonomiczne, bardzo sobie cenię humanitaryzm i romantyzm. Ale uważam, że nie można lekceważyć drugiej sfery życia, ekonomiczno-socjologiczno-politycznej. To jest nasza rzeczywistość, czy tego chcemy, czy nie. Nikogo nie nazywam głupkiem czy naiwniakiem. Jeśli polemizuję, to jedynie z tezami zawartymi we wpisie, nigdy nie odnoszę się ad personam.
    Jeśli cię jakoś uraziłem (wyczuwam gorycz w twoim wpisie), to przepraszam, nie było to zamierzone.

  26. Inter
    14 lutego, 2016 at 13:51

    A myślisz, że jeden koleś zakładając stowarzyszenie albo firmę mający jakieś 200 osób za sobą będzie miał taką samą siłę przebicia jak firma zatrudniająca tysiące? To jest nierealne ale zauważ, że są mniejszości, które potrafią tak się zorganizować i tak działać, żeby wymusić pewne ustępstwa w prawie albo w działaniu.
    I jak dochodzą swoich praw to podnosi się bunt w społeczeństwie, że oto mniejszość dyktuje swoje zdanie większości.

    Generalnie zrzeszenie może więcej niż jednostka. Jeśli pomyślisz o korporacji jak o zrzeszeniu społecznym to zauważysz że nic nie jest niemożliwe. Bez wiary w zrzeszenia nie byłoby Solidarności.

    Ale nie łudź się, że będzie to łatwe tak jak nie jest łatwe zrobienie wielkiej międzynarodowej korporacji.

    Z tą wycinką lasów to nie jest tak, że korzystają tylko właściciele firm. Korzyści są wielotorowe, powszechne, choć głównie regionalne. Wiesz że Greenpeace to też rodzaj korporacji?

    Nie wiem dlaczego tak nie lubisz pieniędzy? Pieniądz to nie jest jakieś zło wcielone a zasób pięniędzy to nie tragedia. Wydaje Ci się że każda złotówka przekazana korporacji trafia do kieszeni jakiegoś grubego szefa. Prawda jest taka że duża spółka dosyć dobrze operuje zasobami i pieniądze nie są tam marnowane na zbyt wysokie pensje, tam są rady nadzorcze, które mają wpływ na wydatki i pensje. Duża firma to przede wszystkim pracodawca i co by nie mówić jest to duża zasługa. Jak upadnie duża firma to straty dla gospodarki mogą być odczuwalne, dlatego tak dużą władzę mają takie firmy. Nic w tym nienormalnego. Inaczej mówiąc zysk dla firmy to również bardzo często zysk dla społeczeństwa. A że nie płacą jakiegoś podatku… spokojnie podatków jest tyle, że nie można ich uniknąć, jak państwo odczuje jakieś braki to podniesie podatek od towarów i usług. Pieniądze to środek który krąży, nie jest zamykany w sejfach. Jeśli ktoś ma dużo pieniędzy to również dużo wydaje. Jak mu zazdrościsz i chcesz mu nieco odjąć to zaproponuj mu towar lub usługę za którą będzie skłonny dużo zapłacić.

  27. Aspa
    14 lutego, 2016 at 15:00

    Ależ nie, absolutnie mnie nie uraziłeś, wręcz przeciwnie – cenię sobie możliwość interesujacej dysputy nawet, jeśli pozwalamy sobie obaj na nieco pzekomarzania. Mnie łatwo urazić głupotą pogladów i płytkoscia argumentacji – odmiennością przekonań i mądra ich obroną – nigdy.
    Powtórzę jeszcze raz i najprościej – tak, masz rację, rozumiem twój punkt widzenia. Wiem też, że mój własny, romantyczny pogląd na pewne aspekty naszej ludzkiej kondycji jest w oczywisty sposób naiwny i trudny do utrzymania w starciu z tzw. twardymi faktami. Ale od lat upieram się i trwam na straconych pozycjach bo uważam, że… ktoś musi. Bo inaczej zaakceptujemy nasze istnienie w formie komórki w Excelu zaś nasze możliwości będą ograniczone do wnioskow z fiansowej czy statystycznej analizy zawartości tej komórki…
    Nie roszczę sobie przy tym jakicholwiek pretensji do bycia Mesjaszem Narodow, Sumieniem Ludzkości, Prorokiem Jedynie Słusznej Sprawy czy choćby Wyrzutem Sumienia dla innych – nie, w żadnym wypadku. Moja postawa jest przejawem mojej własnej wygody i egoizmu – dobrze mi z nią tak, jak zapewne Sokratesowi dobrze było z jego decyzją o obronie sprawy, co do której sluszności był przekonany nawet wtedy, gdy byla to sprawa oczywiscie przegrana a najwyższą cenę za porazkę musiał zapłacić on sam…
    P.S. – Kolejne zastrzeżenie, istotne – baaaaardzo daleko mi do Sokratesa pod względem zdolnosci analizy, logicznej konstrukcji argumentów i retorycznych zdolności ich prezentacji. Posłuzylem sie Nim li tylko jako rozpoznawalnym przykładem.

  28. slawomir777
    14 lutego, 2016 at 17:06

    Masz rację, Dobrecki. Ja myślę podobnie i nie przeginam ani w jedną, ani w drugą stronę. Całkowita anonimowość w sieci (możliwa do osiągnięcia) wymaga zbyt wielu wyrzeczeń, utrudnia życie i… jest podejrzana. A o własną prywatność trzeba zadbać samemu. Dlatego na pc używam Debiana, nie mam kont na facebookach, twitterach, nk i temu podobnych.

  29. Dobrecki
    15 lutego, 2016 at 13:49

    ” Ja jednak jestem romantykiem i trwam w prywatnym przekonaniu, że
    istnieją inne jezyki opisu rzeczywistości, niż ekonomiczny, choc ten
    ostatni dominuje w dyskursie społecznym”.

    -Po prostu pamiętasz jeszcze świat w którym władza oraz pieniądz nie były naszymi głównymi bogami. Można ten świat jeszcze dziś odnaleźć, ale poza głównym nurtem jak to nazwałeś dyskursu społecznego. Bo ten jest narzucony ludziom odgórnie, celem ukształtowania ich osobowości a co za tym idzie zachowań w określony sposób.

    Ups! Zapomniałem że ty nie uznajesz skuteczności inżynierii społecznej… No to masz problem, romantyku. 😉

  30. Aspa
    15 lutego, 2016 at 14:06

    To nie tak – nasza wymiana zdan dotyczyła tego, co rozumiemy pod pojeciem inżynierii spolecznej, o ile pamiętam. W znaczeniu, jakie pokutuje powszechnie, inżyniria społeczna nie jest skuteczna. Jednak manipulacja i upowszechnianie pewnych zachowań jak najbardziej są możliwe i się udają… Temat na osobna dyskusję…
    A problem rzeczywiscie mam i to palący, choc z innej beczki: ma ktoś może przypadkim ksiażkę pana nazwiskiem Goeffrey Nowell-Smith, pod tytułem ‚Making Waves. New cinemas of 1960’s’, najlepiej wydanie rozszerzone z 2013 roku bodaj? Komuś pożyczyłem swój egzemplarz i… nie pamiętam komu a KONECZNIE muszę sprawdzić jeden cytat i to – oczywiście – na wczoraj… W okolicznych bibliotekach, do których mam szybki i łatwy dostęp nie ma, jest na Amazonie, ale w Stanach, więc na przesylke będe czekal z tydzień minimum… Jest tam jakiś kinomaniak? W desperacji pytam wszedzie…

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *

This site uses Akismet to reduce spam. Learn how your comment data is processed.

Translate »