przystajnik

Fotograf z Linuksem u szyi i aparatem na biurku #1

Chwila mojego osobistego rozliczenia się z wykorzystywania Linuksa do fotografii musiała kiedyś nastąpić. To niebywałe, ile rzeczy w naszym życiu robimy tak jak inni chcą żebyśmy robili. Czy to na wskutek cywilizacyjnego pośpiechu, czy też niewiedzy dajemy się mamić marketingowym zapewnieniom i reklamie społecznościowej, lądując w tyglu masowych odbiorców jedynych i słusznych rozwiązań. W zbiorowej świadomości kulturowej na trwałe wyryły się już etykiety przyczepiane konkretnym produktom i programom, a praktykujący artyści z aparatem fotograficznym w dłoni znają tę mantrę doskonale.

lightzone

LightZone 4.1.0 RC2 w trakcie prac

„Do obróbki zdjęć jest Lightroom i Photoshop”, „Retusz zdjęć można wykonać jedynie w Photoshopie”, „Robisz zdjęcia i importujesz do Lightrooma” – tak większość amatorów i profesjonalistów postrzega współistnienie z oprogramowaniem w swojej rzeczywistości. O dziwo mniej szkodliwi są niezorientowani użytkownicy, którzy tylko powtarzają powyższe i używają tego co wszyscy. Gorszym gatunkiem są świadomi istnienia Linuksa i wprowadzający zamęt fachowcy, przekonani o nieomylnej sile pieniądza i jednoczesnej „bylejakości” jakichkolwiek innych rozwiązań niż te zakupione przez nich. Takie osobny potrafią rozpowszechniać kolejne stereotypy – „Linux jest trudny”, „Na Linuksie nic nie działa”, „Linux jest tekstowy”. Koronne argumenty „Linux to nie Windows” oraz „Cały świat używa Lightrooma i Photoshopa” betonują ich dokumentnie w więzieniu przyzwyczajeń. Oczywiście do powyższego można dołożyć całą garść przeróżnych tyrad i dowodzenia tego, czy tamtego. Jednak obecny stan oprogramowania sprawia, że profesjonaliści i amatorzy nie muszą się zastanawiać, czy na Linuksie da się obrabiać zdjęcia, ale raczej jak zorganizować na tym systemie swoją cyfrową ciemnię.

Ile ludzi tyle wymagań. Ktoś będzie oczekiwał jedynie zgrabnej edycji plików jpeg plus możliwości ich katalogowania. Ktoś inny bez CMYK nie da rady funkcjonować w biznesie. Jeszcze ktoś inny dla pełnego wyrażenia swojego artystycznego „ja” musi przeprowadzać karkołomne edycje z filtrami, maskami i warstwami. Oczywistym jest, że na ten tekst mogą natrafić również osoby, które dopiero stąd dowiedzą się o Linuksie i jego możliwościach w zakresie obróbki obrazu. Dlatego też pierwszym pytaniem jakie musi zadać sobie każdy adept rozmyślający o przejściu na Linuksa lub uskutecznieniu na nim swojego warsztatu pracy jest:

Po co fotografowi Linux?

linuxdesktop

Linux, biurko i zdjęcia – to da się pogodzić

Kwestie rozstrzygające o korzyściach płynących z użytkowania Linuksa to materiał na publikacje przez najbliższy rok. Tyle samo czasu można ciągnąć cykl, co jest nie tak z Linuksem, Windowsem i każdym innym systemem. Decyzja o przejściu na inny system jest złożona, szczególnie jeżeli ktoś wcześniej wpakował mnóstwo pieniędzy w wiodący system operacyjny, wiodące oprogramowanie branżowe, itp. Jeszcze mniej argumentów stoi za tym, by to właśnie profesjonaliści rozważali taką przesiadkę, bo dla nich czas to pieniądz, a kwestie techniczne są nieistotne. Jedno jest pewne – dla Linuksa nie ma superprodukcji, które nie są jednocześnie dostępne dla Windowsa (poza nielicznymi wyjątkami, np. Darktable). To co może nas skusić, to jakość działania tych programów, które pod Linuksem po prostu często działają sprawniej (zależy to oczywiście też od kodu programu) oraz sama specyfika Linuksa, którą warto poznać i rozważyć. Niestety, pozostałe argumenty to komunały takie jak brak wirusów czy malware, bezpieczniejsze i pewniejsze przechowywanie i backupowanie materiału zdjęciowego, bardziej przewidywalne działanie sprawnego systemu (na obsługiwanym sprzęcie), brak niespodzianek typu „system się aktualizuje, pozostało 40 min.” w momentach palącej potrzeby. Nie da się też pominąć bijącego rekordy popularności ostatnimi czasy tematu szpiegowania użytkowników przez NSA jak i współpracy przeróżnych korporacji z tą placówką. Drażliwym i osobnym tematem jest kwestia finansowa. W myśl naszego narodowego „zastaw się a postaw się” użytkownicy sponsorują co jakiś czas błądzące koncepcje korporacji stojącej za wiodącym systemem, jak też pochylają pokornie głowę w obliczu nowej jakości licencyjnej, gdy branżowi potentaci przechodzą na rozliczanie abonamentowe za użytkowanie programu. Innymi słowy, robi się wszystko, by większymi i mniejszymi kwotami drenować coraz częściej nasze portfele. Nieświadomi konsumenci nie zwrócą na to uwagi, albo w typowy dla nas sposób ponarzekają i zapłacą po raz n-ty za to samo, albo lekko przypudrowany produkt. Tymczasem Linux daje nam wolność w gospodarowaniu swoimi zasobami finansowymi – chcesz jechać za tę kasę w jakieś ciekawe miejsce robić zdjęcia? Jedź, nie musisz aktualizować swojego oprogramowania na komputerze i zadłużać się w banku. Chcesz wesprzeć finansowo gości od jakiegoś projektu? To wesprzyj, będzie się dzięki temu sprawniej rozwijał. Ponownie, argument finansowy nie trafi do profesjonalistów zarabiających krocie, ale z drugiej strony, czy to, że ktoś zarabia mnóstwo pieniędzy zwalania go z przyjemności rozsądnego gospodarowania nimi?

Skoro tak, to jaki Linux

Mint jak Mint

Mint jak Mint

Tu docieramy do kolejnego fenomenu dystrybucji Linuksowych. Pytanie powinno brzmieć nie „Jaki Linux”, a „Jaki jest mi potrzebny i czego po nim oczekuję”. Mam słabszy komputer? Wybieram coś ze zoptymalizowanym i lekkim środowiskiem graficznym. Mam mocniejszy komputer i lubię fajerwerki? Nie ma problemu. Zasadniczo wybór dystrybucji linuksowej możemy uzależnić tylko od jednego czynnika. Dostępności w jej repozytoriach wymaganego przez nas oprogramowania. Repozytoria, czyli „worek” z programami z którego w momencie zainstalujemy co nas interesuje (bez zbędnego błądzenia po sieci), to to samo do czego już przywykliśmy użytkując nasze smartfony z Androidem, iOSem i Windowsem, gdzie tak samo instalujemy programy. Podobnie jak przy tych smartfonach, tak i w dystrybucjach linuksowych zawartość repozytoriów może się różnić. Niektóre jakiś program mają, niektóre nie, dlatego wybieramy taką dystrybucję, która ma najbogatsze repozytoria (by uniknąć niespodzianek na potem), oraz jest w stanie szybko i łatwo dostarczyć nam najświeższe oprogramowanie. Nieobiektywnie można w tym momencie wskazać na grupę dystrybucji skupionych wokół Ubuntu (Xubuntu, Kubuntu, Lubuntu). Pozostałe dystrybucje warte rozważenia to Mint, openSUSE, Manjaro, Fedora. Te systemy wypracowały mechanizmy, dzięki którym nie musimy czekać na nową wersję Darktable np. kolejne pół roku, a do ich obsługi wystarczy pobieżne przeglądniecie strony projektu, lub zapoznanie się z ekranem startowym jaki się wyświetla po zainstalowaniu systemu. Zaraz podniosą się głos zwolenników innych dystrybucji – i słusznie. Na każdym Linuksie da się pracować, o ile sprawnie poruszamy się w ramach jego formuły. Początkujący jednak lepiej aby trzymali się rozwiązań popularnych, by uniknąć rozczarowania w przypadku problemów. Jeżeli ktoś ma obawy, że nie poradzi sobie z instalacją Linuksa, to na Youtube znajdzie dziesiątki filmików instruktażowych. Jedyne na co trzeba uważać, to odpowiedni dobór środowiska graficznego – bo tylko Unity, GNOME, KDE, Cinnamon, MATE i po części Xfce nie mają problemów z następnym punktem.

Do sedna – kalibracja

linuxcalibration

Linux i kalibracja monitora? Żaden problem

Blabla – przebrnęliśmy przez ideologiczne kazanie, mamy już naszego Linuksa (niektórzy się z nim nie rozstają), zapoznaliśmy się z jego obsługą, zatem od czego powinniśmy zacząć konstruowanie naszego warsztatu fotograficznego? Od odpowiedniego skalibrowania naszych monitorów, by uniknąć rozczarowań w stylu „dlaczego na wydruk to zdjęcie jest takie ciemne, u mnie było OK”. Do wyboru mamy dwie metody – stworzenie odpowiedniego profilu ICC ręcznie lub z wykorzystaniem urządzenia zwanego kolorymetrem. Tutaj zaskoczenie numer jeden – większość kolorymetrów dostępnych na rynku współpracuje z Linuksem (oczywiście out-of-the-box, bez instalacji sterowników), a nawet jeżeli mamy dylemat jaki z nich zakupić, to pozostaje nam do wyboru opensource’owy ColorHug.

Wariant optymistyczny i automatyczny zakłada, że po podpięciu do komputera kolorymetru pojawi się nam stosowne okno umożliwiające kalibrację monitora. Należy postępować zgodnie z instrukcjami na ekranie i poprawnie użyć urządzenia do pomiarów. Stworzony profil po zapisaniu jest gotowy do użycia w systemie.

dispcalgui

dispcalGUI

Wariant mniej optymistyczny (czyli nie wyskoczyło nam automatycznie żadne okno) polega na uruchomieniu programu Ustawienia Systemu -> Kolor (GNOME Color Manager) i kliknięciu przycisku Skalibruj. Należy pamiętać, że staje się on aktywny dopiero po podłączeniu kolorymetru.

Jeżeli jednak z jakichś względów nie możemy przeprowadzić powyższych kroków (lub jesteśmy żądni większej ilości parametrów), pozostaje nam odpalić programu dispcalGUI i ręczne wskazać posiadane urządzenia (monitora, kolorymetru) i skonstruować pożądany profil. To niemal podstawowe narzędzie do kalibracji urządzeń w Linuksie, z przebogatymi opcjami, takimi jak np. generowanie profilu na podstawie danych DDC przesyłanych przez niektóre modele monitorów.

Niemniej, jeżeli nie mamy możliwości stworzenia pliku ICC odpowiadającego specyfice naszego monitora, możemy spróbować jednego z poniższych wariantów:

    gammapage

    GAMMApage

  • odnaleźć profile ICC dla naszego monitora załączone do oprogramowania w innych systemach,
  • przy odrobinie szczęścia przeszukać internet lub bazę ICC Profile Taxi,
  • uskutecznić bieda-kalibrację z wykorzystaniem programu Kgamma, GAMMApage (brak w repo) i uruchamianie przy starcie sesji (Programy startowe) xgamma z odpowiednimi parametrami.

Powyższe zmagania w Unity, GNOME, Cinnamon, KDE, MATE to czysta i w większości automatyczna przyjemność. W przypadku Xfce i innych środowisk nieobsługujących zarządzania kolorami, pozostaje uciec się do trików jak choćby ten opisany przeze mnie jakiś czas temu. Natomiast wspomniana bieda-kalibracja, jak sama nazwa wskazuje, jest jakimś wyjściem dla niewymagających amatorów, ale jest zupełnie nie do przyjęcia w przypadku profesjonalnej pracy z obrazem.

W porządku, wiemy już dlaczego chcielibyśmy używać Linuksa do obróbki zdjęć, ustawiliśmy nasz monitor… Ale co dalej?

CDN.
 

Post navigation

30 comments for “Fotograf z Linuksem u szyi i aparatem na biurku #1

  1. oldsoldier
    11 lipca, 2015 at 13:25

    Wow 🙂 No na takie opracowanie czekałem i nie mogę się już doczekać reszty… Po zapoznaniu się z możliwościami Darktable i Rawtherapy oraz przypadkowym odnalezieniu stworka o nazwie Hugin jestem już w 99,99% gotowy do przejścia na stronę ludzi wolnych 🙂

  2. Magnum44pl
    11 lipca, 2015 at 16:18

    Wie ktoś jak pracuje Lightroom wersja 5 pod Linuxem? Jako, że posiadam licencję oraz jestem przyzwyczajony to korzystam, a chętnie pozbyłbym się dual boot’a 🙂

  3. oldsoldier
    11 lipca, 2015 at 20:21

    Szkoda, że nie odzywają się starzy linuxowi wyjadacze albo szanowny Autor bloga 🙂 Widać weekendowo wakacyjny czas zbiera swoje żniwo. Z tego co czytałem ostatnio (a czytam przygotowując się do migracji wszystko co mi wpadnie w ręce o Linuxie) to Wine (PlayonLinux) jest coraz bardziej użytecznym narzędziem… ale chyba pozostawia pewien margines niepewności i nistabilności… dla hobbysty myślę ryzyko do przyjęcia ale dla ewentualnego Profi to chyba nie. I tu zgadzam się z Autorem, że są przecież bardzo dobre aplikacje natywne… A przyzwyczajenia zawsze można zmienić.

  4. 11 lipca, 2015 at 20:27

    Osobiście Lightrooma nigdy nie używałem, nawet wersji demo. Ale jeżeli miałbym go instalować, to z pewnością z wykorzystaniem PlayOnLinux. Szczególnie, że na stronie tego projektu istnieje oficjalna wzmianka o udanych instalacjach i uruchomieniu tego programu: https://www.playonlinux.com/en/app-2247.html

    Z drugiej strony, nie wiem jak będzie z wydajnością podczas obróbki. LR z pewnością wydatnie korzysta z mocy GPU, a czy Wine coś takiego umożliwia… Nie jestem do końca przekonany.

    Poza tym, obiło mi się też gdzieś o uszy i oczy udane uruchomienie Photoshopa w którejś wersji i inne takie.

  5. oldsoldier
    11 lipca, 2015 at 20:39

    Rozmyślając o tym co napisał salvadhor to można tylko z zadumą pokiwać głową. Coś dziwnego dzieje się w świecie informatyki
    (w świecie ogólnie chyba) bo pętla korporacji coraz bardziej dusi ludzkość. Wspomniane dojenie (i jego nowe formy np. abonament za właściwie co… wypożyczenie?) tak mnie nie przerażają jak powolne osaczenie. Jeśli internet i korzystanie z narzędzi informatycznych mają oznaczać totalną inwigilację to ja dziękuję i… wysiadam. W tym momencie open software jest naprawdę jedynym ratunkiem dla nas. I jeśli przy bliższym spojrzeniu okazuje się, że często oferuje produkty równoważne a czasami o cechach wyjątkowych… to tylko można się przyklasnąć. Dodatkowo nie mam nic przeciwko płaceniu za open software choć wiem, że jest to temat tabu. Natomiast z pewnością będę starał się przekazywać datki dla twórców narzędzi jakie zainstaluję w moim nowym Pingwinie.

  6. 11 lipca, 2015 at 21:08

    Ponieważ cykl wpisów ma ukazać przydatność Linuksa dla fotografa, nie rozwijałem zbytnio wątku filozoficzno-ideologicznego. Ale komentarze to doskonałe miejsce do tego 🙂

    To co napisałeś to prawda. Konsumpcjonizm to stwór zaczynający zjadać swój własny ogon – korporacje i kapitalizm wpadł w pętlę „sporo – dużo – więcej – jeszcze więcej”. Nieważne co, ważne, żeby sprzedawać i generować wpływ. Koszty utrzymania korporacji rosną (jak wszystko), płace dla pracowników rosną (normalne, każdy lubi zarabiać dużo), ludy Dalekiego Wschodu podnoszą głowę i nie chcą pracować za miskę ryżu. Trzeba sprzedawać albo drożej, albo więcej. I więcej, jeszcze więcej i coraz więcej. Ta pętla nie ma końca, a klientów nie przybywa (dopóki nie odkryjemy jakiejś cywilizacji pozaziemskiej). Stąd też odkrywcze sposoby na to, skąd brać pieniądze. Tu na arenę wkraczają trolle patentowe, kreatywny marketing, uzależnienie użytkownika od produktu, itp itd. Oczywiście nie ma w tym nic zdrożnego – w sklepach też możemy kupić albo zdrową żywność, albo jakieś chemiczne eksperymenty – innymi słowy, mamy wybór. Jednak, podobnie w spożywczakach, ludzie nie czytają etykiet i warunków licencji. Na to liczą i z tego żyją wielcy tego świata.

    Jednak, aby całkiem nie demonizować – LR, PS i większość branżowego oprogramowania to kawał świetnego softu. Wydajne algorytmy, przemyślany interfejs, potrzebna funkcjonalność. To produkt komercyjny, musi zatem trafić w gusta i oczekiwania klientów. Niemniej, te produkty zaczynają dreptać w miejscu, bo zmienić mogą niewiele – użytkownicy się już przyzwyczaili (vide Win8.1 i przyjęcie przez wyhodowaną grupę userów WinXP/Win7).

    Opensource i wolne oprogramowanie ma tę przewagę, że nawet jeżeli w grę włączy się pieniądze, to wędrują one na konkretny cel i rozwój konkretnych funkcji w programie. I są to wpłaty zupełnie dobrowolne. Crowdfunding to potęga, ale trzeba mieć projekt, któremu przyklaśnie społeczność. Kolejne „uczciwe” postawienie sprawy to ciągłość projektu. Nawet jeżeli autorzy porzucą projekt, ktoś może przejąć źródła i iść dalej (Rawtherapee, Lightzone). W przypadku produktów komercyjnych – wiemy jak to wygląda.

  7. Inter
    11 lipca, 2015 at 22:37

    Wine jest pomocne ale nie zawsze sobie ze wszystkim poradzi. Po uruchomieniu programu pod wine trzeba dobrze go przetestować. Przykładowo taki Total Commander. Uruchamia się, działa, ale są problemy z wtyczkami i nie działa drag and drop plików. Albo bardzo fajny menedżer fontów nexus font. Nie działa instalowanie fontów i kilka mniejszych drobiazgów. Ostatnio zaczynam używać Thunderbirda portable przez wine właśnie. Chcę go uruchamiać pod windowsem i linuxem bo jak współdzieliłem samą bazę danych to były problemy. Tak więc w sumie działa dobrze, ale kalendarz lightning nie potrafi zmienić miesiąca :).

    Najlepiej pracuje się na aplikacjach natywnych, lepiej zmienić przyzwyczajenia. Zrezygnowałem n.p. z Irfan View choć działa z winem na rzecz XnView MP. I nie żałuję. Aczkolwiek nie zawsze się da. Nie znalazłem jak dotąd zadowalającego menadżera fontów pod linuxa.

    Jeśli wine sobie z czymś nie radzi a jest to nam bardzo potrzebne to można spróbować zainstalować windowsa na wirtualnej maszynie (n.p. Virtual Box).

  8. Inter
    11 lipca, 2015 at 22:50

    A ja nie demonizowałbym kapitalizmu. Każda praca dla społeczności powinna być wynagradzana w jakiś sposób. Fajną ideą są banki czasu. Poświęcam godzinę dla Ciebie, daj mi więc godzinę swojej pracy. Jak się ma pracę i rodzinę to czas wolny się kurczy i trzeba zweryfikować swoje podejście do wykorzystania tego czasu. Myślę że wiele projektów padło właśnie w momencie gdy okazało się, że trzeba zarobić na rodzinę. Stworem zjadającym własny ogon są wydatki na promocję. Czasami 50% ceny produktu to właśnie promocja a więc płacimy niemało za to żeby nam mówiono, że ten produkt jest najlepszy.

  9. oldsoldier
    12 lipca, 2015 at 15:37

    Genialna uwaga apropos promocji. Już dawno przecież przestały się
    liczyć prawdziwe cechy i jakość produktów… Wszystko jest ukryte za
    zasłoną marketingowego bełkotu, reklam mniej lub bardziej podprogowo
    działających, płatnego szumu w sieci kupione testy, tzw. ambasadorzy
    marek etc. Jakość produktu jest najmniej istotnym problemem. Co do
    kapitalizmu to nie potrzeba go demonizować. Wystarczy zdawać sobie
    sprawę z tego, że są w niego wbudowane nieuchronne mechanizmy (ja bym to
    nazwał nieuchronną degeneracją). Wystarczy, że nie odcinamy się od
    sygnałów jakie wysyła nam system gospodarczy. Aktualna siła nabywcza
    przeciętnego amerykańskiego zjadacza chleba niższa niż w latach 60-tych?
    50% majątku na świecie w rękach 80 (słownie osiemdziesięciu) osób?
    Niewiarygodna wielkość korporacji kontra śmierć związków zawodowych? Do
    tego dorzućmy narzędzia kontroli i inwigilacji jakich państwa i
    korporacje nie miała dwadzieścia lat temu. Dla mnie to są istotne
    kwestie rodzące jedno pytanie w jakim kierunku to zmierza? Równowaga bowiem została już zachwiana.

    Co
    do głównego tematu to jest jedna pięta achillesowa Open Source. Jeśli
    produkt nie jest komercyjny (przynajmniej wprost) to nie ma też
    wsparcia. Dwa, jeśli jest niszowy (co samo w sobie ogromnie lubię) to
    tego wsparcia – bazy wiedzy, tutoriali, helpdesków etc. jest jak na
    lekarstwo. Dlaczego Lightroom jest królem wywoływarek RAW? Np. w takiej Polsce?
    Bo każdy profi go używa, bo zetkniemy się z nim na każdym kursie fotograficznym.
    Bo w sieci są setki tutoriali w ojczystym języku a w księgarniach porządne podręczniki
    też przetłumaczone. I wcale nie chodzi o jakieś wyjątkowe zalety oprogramowania komercyjnego.
    Ono może być dobrze dopracowane (tak jak pisał salvadhor) ale wcale nie musi…
    Wspomniany Lightroom fatalnie obchodzi się z matrycami typu X-trans, jakie stosuje Fujifilm

    (dopiero teraz przy 6-tce podobno jest trochę lepiej). Inne mniejsze niż Adobe podmioty (ale też społeczność Open Source) zareagowały szybciej i lepiej – oferując dobre algorytmy demozajkujące.

    Zatem wcale wielkość i ogromny kapitał firmy (oraz jej światowe koneksje i wpływy) nie gwarantują lepszego produktu…

  10. Wojciech
    13 lipca, 2015 at 8:12

    @oldsoldier: „Jeśli produkt nie jest komercyjny, to nie ma też wsparcia.” – to jest niestety powtórzenie argumentu wielkich korporacji, które usiłują przekonać użytkowników, że tylko oni zapewniają wsparcie i ciągłość rozwoju. I jeśli się rozmawia o oprogramowaniu w przedsiębiorstwach, to osoby za to odpowiedzialne zaraz zaczynają swoje o tymże wsparciu. Tymczasem jak to wygląda w praktyce? „Skontaktuj się ze sprzedawcą?” A czy ktoś pamięta, co się stało, gdy słynny (i dobry) pakiet biurowy Lotus zakończył swój żywot? Z dnia na dzień użytkownicy zostali z plikami, których nic innego nie chciało czytać. A w przypadku OSource i FS szansa, że rozwój będzie kontynuowany, jest bardzo duża. Dokumentacja? Jeśli trzeba mi coś na temat np. Darktable, to odpalam Internet i prędzej czy później zawsze znajdę jakąś pomoc, że nie wspomnę o Linuksie jako takim. Fakt, warsztatów poświęconych Darktable czy Gimpowi jeszcze nie spotkałem.
    W przypadku Wolnego Oprogramowania widzę jedynie dwa problemy: Jednym jest eksperymentowanie deweloperów na żywych organizmach, co często oznacza kłopoty użytkowników (tak się stało np. w Ubuntu 14.04 po którejś aktualizacji przestał działać czytnik linii papilarnych). Drugi to ślimaczenie się prac i koncentrowanie się na sprawach niekoniecznie istotnych (patrz kilkuletnie dreptanie w miejscu Gimpa i radosne odtrąbienie sukcesu w sprawie interfejsu a la Photoshop, podczas gdy istotne problemy leżą i kwiczą).

  11. 13 lipca, 2015 at 13:13

    Proszę bardzo warsztaty już są: http://www.rileybrandt.com/lessons/

  12. 13 lipca, 2015 at 13:25

    „Co do głównego tematu to jest jedna pięta achillesowa Open Source. Jeśli produkt nie jest komercyjny (przynajmniej wprost) to nie ma też wsparcia.”

    To wszystko zależy od danego projektu i ludzi zgromadzonych przy nim – bardzo dobry przykładem jest wsparcie systemu bibliotecznego KOHA – jest to system z grupy ILS – (zintegrowane systemy biblioteczne) – życzył bym sobie takiego wsparcia w systemach komercyjny – masz pytanie wystarczy mail, a najlepiej kontakt na IRC i nie mija nawet 15 min jak dostajesz odpowiedź/radę/pomysł na rozwiązanie problemu od któregoś z devów. Oczywiście jest też suport płatny realizowany przez zewnętrzną firmę. Świetnie napisana dokumentacja, wiki, poradniki, materiały wideo – no może jedynym mankamentem jest, to że jest w języku angielskim – ale w dzisiejszych czasach to akurat mała przeszkoda. Więc wsparcie jest – ale to w dużej mierze zależy od twórców i od społeczności, która dany system/program użytkuje.

    Ja osobiście używam tylko softu do obróbki zdjęć na Linuksie – i tylko na nim obrabiam zdjęcia – nie potrzebny jest mi Lightroom – chociaż program trochę znam, ani tym bardziej Photoshop. Oprogramowanie do zdjęć pod Linuksem, jest wystarczające do postprodukcji wysokiej jakości zdjęć np do wydruków wielkoformatowych i oby tak dalej się rozwiało. Jedynie żal mi trochę Gimpa, który został w ogonie… Natomiast całkiem nowe alternatywy pojawiają się wraz z komercyjnym oprogramowaniu do grafiki pod Linuksa np: Pixeluvo, Bloom, Aftershot.

  13. oldsoldier
    13 lipca, 2015 at 19:48

    Oj nie ładnie tak smak robić 🙂 Bardzo ciekawe aplikacje na ten przykład ta Pixeluvo (pewnie nabędę jeśli okaże się, że Gimp wymięka lub, że ja wymiękam przy próbie ogarnięcia go) Jeszcze bardziej spodobał mi się Bloom i tu rozczarowanie bo nie ma wersji Linuxowej także, tym Panom już dziękujemy jednak 🙂 Ale Aftershot chyba nie oferuje nic ponad to co daje Darktable?

    Jeśli idzie o mnie to ja już decyzję o migracji podjąłem ale w powyższych postach starałem się przedstawić punkt widzenia kogoś spoza świata Linuxa.

    No i chyba skuszę się na ten webinar, który podlinkowaleś 25 dolców to w końcu nie taka tragedia, ciekaw jestem czy ktoś ten kursik zaliczył i ma jakąś opinię?

  14. oldsoldier
    13 lipca, 2015 at 19:55

    A czy ciągłe forkowanie i coraz większy rozjazd różnych składowych (środowisk, bibliotek etc.) nie jest tak naprawdę największym zagrożeniem dla Linuxa? Jeśli choć promil z tego miliarda użytkowników Win ma przejść na stronę Open Source to musi uwierzyć, że jest to jeden spójny system bez niespodzianek, niekompatybilności etc.

    Wiem, że zaraz odezwą się głosy Geek’ów, że Linux to wolność i i swoboda modyfikacji a jeśli chcę stabilności to wypad z imprezy 🙂

  15. oldsoldier
    13 lipca, 2015 at 20:02

    Dobra muszę odszczekać chyba część o Bloom bo widzę, że jednak obsługuje Linuxa (choć nie znalazłem na ich stronce żadnych wymagań co do platformy). Ale najlepsze, że przypadkiem zobaczyłem, że obsługuje ekrany HIDPI (wspominają coś o Retinie przecież).

  16. oldsoldier
    13 lipca, 2015 at 20:02

    No i właśnie z tym wiąże się moje szersze pytanie do salvadhora i
    forumowiczów – które środowisko Linuxowe najlepiej radzi sobie teraz z obsługą
    HiDPI? I jakie są perspektywy w tej materii?

  17. 13 lipca, 2015 at 20:09

    Poszukaj na blogu gospodarza – Salvadhora – pisał o Bloom a wcześniej ten projekt się zwał Ormr 😉 – cóź stabilność taka sobie była jak testowałem, natomiast pixeluvo używam – bardzo fajnie działa – chociaż czasami ma jakieś bugi – ale kontakt z autorem jest bardzo dobry 🙂 i dosyć szybko odpowiada na zadane pytania. A cena nie jest jakoś strasznie przesadna 🙂

  18. 13 lipca, 2015 at 20:34

    Tak w Mincie widnieje:

    HiDPI is detected automatically. You can however force Cinnamon to run in low or in high DPI mode by going to Menu->Preferences->General.

  19. 5 sierpnia, 2015 at 10:32

    Próbowałeś FontMatrix?

  20. Inter
    6 sierpnia, 2015 at 22:06

    Próbowałem ale nie działał stabilnie. Projekt nie jest rozwijany od 2011 roku więc nie zachęca. Po za tym potrzebny jest mi podgląd czcionek rownież z innych folderów a nie tylko zainstalowanych w systemie. Nexus font jest wspaniały, szybki, wybrane czcionki są widoczne w windowsie „w locie” bez potrzeby instalacji deinstalacji (przez wine takiego luksusu się nie uświadczy). Niezwykle praktyczny program.

  21. 7 sierpnia, 2015 at 8:58

    A jak z FontManagerem? http://fontmanager.github.io/

  22. Inter
    7 sierpnia, 2015 at 23:20

    Font Manager jest znośny, ale dużym minusem dla mnie jest brak custom textu przy przeglądaniu fontów. Szukam n.p. czcionki na tytuł. Wpisuję tytuł i przelatuję moją kolekcję na podglądzie, n.p. coś tym stylu jest na stronie dafont.com. W Font Managerze opcja browse wyświetla krojem czcionki to co mnie najmniej interesuje czyli nazwy czcionek.

    Najlepiej się porównuje czcionki gdy wyświetlają ten sam tekst. W tytułach n.p. każda litera jest ważna i to co pomiędzy tymi literami się dzieje.

    Nexus Font jest dla mnie póki co liderem w tej kategorii. W dodatku ma opcję portable. Duża baza czcionek na pędraku z nexus fontem jest rozwiązaniem bezkompromisowym. Żadnych niepotrzebnych fontów w systemie ale wszystkie fonty w zasięgu ręki.

  23. Paweł
    25 lutego, 2017 at 1:41

    Witam. Mam spektrometr ColorMunki Photo który dodatkowo sam się kalibruje i dokonuje pomiaru oświetlenia. Czy Displaycal korzysta z funkcji pomiaru oświetlenia? Wiem że jest ustawienie Photo D50 które nie bardzo mi pasuje.
    Minusem jest to że program niema interfejsu polskojęzycznego i nie tłumaczy co w danym momecie trzeba zrobić.Niema lub nie udalo mi sie znaleźć polskiego tutka na ten temat. Najbardzej mnie zastanawia momęt gdy pokazuje się ramka z ustawieniami RGB i jaskrawosci.To jest zaraz na początku. Program stoi w miejsu i słychać tylko pikanie.Co trzeba wtedy zrobić? Linux jest fajny ale jest sporo niejasności językowych by można było kożystać tylko z Linuxa.

  24. Piotr Rychel
    3 listopada, 2017 at 11:23

    Grafiką 2D zajmuję się od dawna, używam Adobe CC na OSX. Niestety ostatnio zacząłem się bawić w 3D i okazało się, że mój wiekowy już MacPro nie daje rady. Nowe Maki Pro w kształcie urny na prochy nie są już takie nowe, właściwie to już zabytki. Kupiłem więc peceta z szesnastordzeniowym prockiem i z bólem żegnam OS X, ale na windę nie wrócę. W każdym razie nie bez walki.
    Przyjrzałem się programom graficznym i pokrewnym na linuksa i okazuje się, że jest tego dość dużo. Ale np. DaVinci Resolve i blackmagic Fusion są w pakietach pod centOS i redhata inne zaś np pod Ubuntu. W repozytoriach nie znajdę wszystkiego, a jeśli już, to często starsze wersję (tak jest z blenderem, zdaje się). Niektóre programy kupiłem już pod OSX i będę mógł używać ich pod linuksem (Pano 2vr, Paintstorm Studio, VueScan).

    NARESZCIE PYTANIE: jaka dystrybucja umożliwi mi zainstalowanie wszystkich, interesujących mnie programów i będzie w miarę przyjazna dla informatycznego idioty?

    Więszość programów opensourcowych takich jak
    darktable,
    krita,
    blender,
    natron
    etc.
    na pewno pójdą pod Ubuntu lub Mintem. Ale te ze stajni blacmagik – niekoninecznie.

  25. 3 listopada, 2017 at 11:36

    Wybór dystrybucji to istotna kwestia, jednak wiedziony doświadczeniem dodam, że najmniej problemów początkującemu sprawią dystrybucje „wiodące” typu Ubuntu, Mint, openSUSE. CentOS pomimo możliwości zainstalowania pulpitu jest dystrybucją bardziej skupioną na rozwiązaniach Enterprise i serwerach. Stąd też nowości będzie o wiele prościej zainstalować we wspomnianym Ubuntu czy Mincie. Warto w tym celu zaznajomić się z PPA, czyli repozytoriami które po dodaniu do systemu umożliwiają instalację najnowszej wersji np. Darktable (jak to zrobić wystarczy sprawdzić mój cykl wpisów o Darktable – podaję tekstową formę używania PPA bo jest najszybsza. To samo można wyklikać w Ustawieniach i Źródła Oprogramowania).

    Co do DaVinci, to: https://404.g-net.pl/2017/03/davinci-resolve-12-5-5-mocna-rzecz/. Z tego co pamiętam, pobierany jest instalator .sh, który trzeba odpalić w terminalu lub dwukliknąć na nim. Da się go zainstalować pod Ubuntu i Mintem – to rzecz pewna. Ale dobrze podeprzeć się opisem na stronie Blackmagick.

  26. Inter
    3 listopada, 2017 at 13:05

    Tutaj jest krótka instrukcja jak zainstalować Fusion na Ubuntu:
    https://vimeo.com/201111400
    Komuś (patrz komentarz pod filmem) jednak nie chciał pracować bo kodeków nie miał, więc możliwe, że jeszcze trzeba coś doinstalować

  27. Piotr Rychel
    3 listopada, 2017 at 17:05

    Dzięki za podpowiedzi. Zacznę więc od testowania Minta, bo z różnych informacji wynika, że dla beginerów jest OK. Całą zabawę z testowaniem zacznę gdzieś za tydzień i wtedy pytań pewnie będę miał dużo. Już po rzuceniu okiem na artykuł DaVinci – mocna rzecz” zaniepokoiła mnie informacja, że potrzebna będzie nvidia, bo u mnie radeon. Ostatecznie przeproszę się z cinellerrą, czy innym, już nie tak wypasionym edytorem wideo. No i mam nadzieję, że konsola mnie nie pogryzie.

  28. Inter
    3 listopada, 2017 at 20:35

    Z profesjonalnych płatnych edytorów video ludzie polecają często Lightworks’a, który jednak ma jakiś specyficzny sposób działania którego nie chciało mi się ogarniać. Do moich skromnych okazjonalnych potrzeb świetnie się sprawdza Kdenlive i myślę że jest to najbardziej wypasiony z darmowych edytorów na pingwina.
    Dystrybucji opartych na Ubuntu jest naprawdę sporo, masz w czym wybierać. W Mincie możesz zerknąć na środowisko Cinnamon, jest całkiem zgrabne i wygodne. Osobiście siedzę obecnie na KDE Neon, też bazujące na Ubuntu.

  29. Piotr Rychel
    9 listopada, 2017 at 20:58

    Dobrze, że już wcześniej osiwiałem, bo teraz instalując linuxa do pracy przy grafice osiwiałbym na amen. Chociaż z grubsza ogarnąłem temat, to poległem na konfiguracji tabletu wacom.
    Ze strony:
    https://packages.ubuntu.com/trusty/amd64/kde-config-tablet/download

    ściągnąłem plik: kde-config-tablet_2.0-2_amd64.deb

    i zainstalowałem z konsoli. I nic. W KDE nic nie ma, a ja nie wiem, w jakim pliku konfiguracyjnym można pogrzebać.
    W ubuntu 16,04,3 w gnomie jest pełna możliwość konfigurowania piórka i tabletu. Ja zaś zainstalowałem sobie kubuntu w tej samej wersji,a w KDE takiej możliwości nie ma.

    Może ktoś coś wie w tym temacie?

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *

This site uses Akismet to reduce spam. Learn how your comment data is processed.

Translate »