przystajnik

Monthly Archives: Marzec 2012

Darktable 1.0

Darktable – program, który zna każdy, kto na poważniej zajmują się obróbką zdjęć RAW w Linuksie. Nie bez przyczyny, bo program zasłużył na rozgłos dzięki niebanalnym możliwościom, jakością wyglądu i działania, wykorzystaniem nowych technik obróbki obrazu i zaprzęgnięciem do pracy GPU. Jak też tempem rozwoju. I niejako na potwierdzenie utrzymania dobrego tempa w rozbudowie tej aplikacji, po dwóch krótkoterminowych wydaniach Release Candidate, otrzymujemy dziś do rąk stabilną wersję Darktable 1.0.

Darktable 1.0, widok ogólny

Osobom, które podążały za wydaniami niestabilnymi oraz RC, może się wydać, że w wydaniu 1.0 nie pojawiło się nic nowego. Jednak od poprzedniej stabilnej wersji 0.9.3 zmian jest ogromna liczba.

  • Dodano obsługę kolejnym modeli aparatów fotograficznych:
    . Leica M9
    . NX100/NX5/NX10/NX11
    . Panasonic DMC-GX1
    . Pentax K-r
    . Canon Powershot S100
    . Olympus XZ-1
    . Olympus E-P3
    . Sony DSLR A330
    . Sony NEX-5N
    . Canon EOS 1000D
    . Canon EOS 600D
    . Sony Alpha 390
    . Fuji Finepix HS20EXR
  • Pojawiły się nowe wtyczki:
    . cienie i światła
    . krzywa tonalna z kontrolą krzywej w kanałach L, A, B
  • Przerobiono moduły programu odpowiedzialne za:
    . import
    . migawkę z możliwością włączenia dzielonego podglądu przed/po
    . obsługę metadanych
  • Usprawniono pamięć podręczną dla obrazów:
    . szybszy jednoczesny dostęp do miniaturek
    . redukcja zużycia pamięci
    . więcej miniaturek na dysku
    . użycie osadzonych w RAW jpeg do tworzenia podglądu (szybszy import kolekcji)
  • Zwiększona ogólna prędkość działania dzięki wykorzystaniu sqlite3
  • Przebudowany, modułowy interfejs użytkownika
  • Rozbudowane skróty klawiszowe
  • Wsparcie dla Launchera (Ubuntu + Unity)
  • Paski narzędziowe szybkiego dostępu (Style, ustawienia ulubione)
  • Nowy próbnik koloru
  • Eksport do galerii WWW, z przyciskami następne/poprzednie dla każdego zdjęcia
  • Rezygnacja z użycia gconf, stworzenie autorskiego rozwiązania
  • I rzecz jasna cała masa poprawek
  • Krzywa tonalna LAB


    Oczywiście nie oznacza to, że w programie znajdziemy już wszystkie możliwe i przewidziane opcje. Pojawia się też parę niedoróbek wynikły w ostatniej chwili:

  • Problemy z obsługą Fuji SuperCCD
  • Domyślnie wyłączone OpenMP w wersji dla MacOS (z powodu błędów w kompilatorze gcc dla tej platformy)
  • Wymuszony powrót do biblioteki libraw w wersji <14.5 i brak współpracy z Fuji X10
  • Mogą pojawić się nieprzewidziane zachowania na platformach 32bitowych (obsługa pamięci)- mocno polecane korzystanie z wersji 64bitowej
  • Z mojej obserwacji na szybko wynika też, że program ma problemy podczas otwierania z kolekcji zdjęć, których na dysku już fizycznie nie ma. Innym niedopatrzeniem jest brak ikonek umożliwiających szybkie tagowanie kolorystyczne/ocenianie zdjęć w trybie Ciemni – etykietę trzeba ustawiać zdjęciu za pomocą skrótu klawiszowego (F1-Fxx).

    Próbnik koloru

    Ale to błahostki w porównaniu z ogromem zmian w programie. Cieszy głównie prędkość działania – program zdecydowanie szybciej ‚zbiera’ się do pracy, jak i nakładania filtrów (choć odszumianie może nieco przyciąć tę płynność). Cieszy usprawniony interfejs graficzny, style i ustawienia ulubione. Różnica między tymi ostatnimi polega na tym, że style tworzymy na podstawie historii wprowadzanych zmian (panel po lewej stronie, Historia i ikonka), natomiast ustawienia ulubione to szybkie aplikowanie zapisanych przez nas ustawień ulubionych wtyczek (Ulubiona wtyczka -> klikanie we wtyczkę na liście wtyczek, aż jej tło stanie się czerwone). Warto też zapoznać się ze skrótami klawiszowymi, pozwala to na momentalną zmianę wielkości podglądu, czy konkretnych fragmentów programu – co przy obróbce grafiki jest istotnym elementem (np. ctrl+h odpowiada za zwijanie/rozwijanie nagłówka z logo programu i wyborem trybu pracy).

    Jakby tych zmian było za mało (co może szczególnie uwierać użytkowników z zachowawczym podejściem do programów), twórcy od następnych wersji zapowiadają kolejne rewolucje.

    Cienie i światła

    Ma się pojawić o wiele więcej spójności w interfejsie wtyczek, nowy sposoby mieszania warstw i filtrów, organizowanie i wyszukiwanie zdjęć według zawartości, maskowanie i parę innych niespodzianek. Co przy tempie prac nad tym programem wcale nie może dziwić.

    Aby stać się użytkownikiem tego programu w wersji dla Ubuntu 10.04/10.10/11.04/11.10/12.04 oraz Mint 9/10/11/12/13 należy aktywować PPA:

    sudo add-apt-repository ppa:pmjdebruijn/darktable-release-plus
    sudo apt-get update
    sudo apt-get install darktable

    Ciekawscy na własną odpowiedzialność mogą korzystać z PPA zawierającego niestabilne i testowe wersje programu:

    sudo add-apt-repository ppa:pmjdebruijn/darktable-unstable

    Migawka i podgląd przed/po

    Podwójny rozbłysk Jupitera

    Jupiter

    Sympatyczny i czuły dla baterii naszych laptopów, energooszczędny Jupiter błyszczał do tej pory na naszych pulpitach blaskiem nieco przyćmionym. A wszystko przez feler w tym blasku, wynikający z wykorzystania do stworzenia Jupitera platformy Mono (która poprzez związki z .NET od wiadomej firmy jest elementem dość kontrowersyjnym). Na szczęście dla wielu purystów otwartoźródłowych, Jupiter 0.1.2 w nowej odsłonie doczekał się przepisania na język Python.Twórcy Jupitera lepszego momentu na taki zwrot akcji nie mogli zaplanować. Taki program może poprawić nieco humory w czasach, gdy większość użytkowników narzeka na ciągnące się od momentu wydania kernela 3.0.0 problemy z zarządzaniem energią na urządzeniach przenośnych. Pomimo tego, że wspomniane problemy powoli odchodzą w niepamięć wraz z kolejnymi wersjami kerneli (3.0.21, 3.2.x, 3.3.x).Niezależnie od zawieruchy na lini kernel – ASPM, Jupiter ze stoickim spokojem, jak na siłę wyższą przystało, automatycznie:

  • wyreguluje tryb CPU do pracy z zasilaniem sieciowym lub baterią
  • wyreguluje parametry kernela do pracy z zasilaniem sieciowym lub baterią
  • wyreguluje komponenty naszego urządzenia do pracy z zasilaniem sieciowym lub baterią
  • rozpozna i wykorzysta Asus Super Hybrid Engine (SHE)
  • zapamięta i zaaplikuje ostatnio wybierane ustawienia
  • pozostanie szybki i efektywny, przy niewielkim zużyciu zasobów
  • pozwoli na wyłączenie karty radiowej/bluetooth lub touchpada
  • umożliwi szybką zmianą rozdzielczości jak i przekieruje obraz na wybrane wyjście (wewnętrzne/zewnętrzne)
  • Efekt? Na dość hałaśliwym Dellu XPS 1645 Jupiter niemal kompletnie wyciszył wentylatory – oczywiście w granicach rozsądku oraz we współpracy z ustawieniem częstotliwości CPU. Czas pracy na baterii należałoby już mierzyć z zegarkiem w ręku i pod zdefiniowanym obciążeniem. Niemniej jednak nie musicie mi wierzyć na słowo. Każdy może się przekonać, jaki wpływ na jego laptopa wywiera ten sprytny program. Użytkownicy Ubuntu 10.10/11.04/11.10 i Minta 10/11/12 mogą stać się posiadaczami tego programu, jak i dodatku jupiter-support-eee (dla Eee PC) po dodaniu repozytorium:

    sudo add-apt-repository ppa:webupd8team/jupiter
    sudo apt-get update
    sudo apt-get install jupiter (i opcjonalnie jupiter-support-eee)

    Po pierwszym uruchomieniu program ulokuje się wygodnie w zasobniku, oraz doda się do listy programów startowych (gdyby ktoś go tam nie chciał – to w edytorze Programów Startowych należy odptaszkować pozycje ‚Jupiter ***’.

    Double Commander – ukryty plik, przyczajony folder

    Wielu z nas z rozrzewnieniem i łezką w oku wspomina czasy, kiedy wszystko było prostsze. Nawet obsługa plików w niewybrednej oprawie pierwszych programów była bardziej oczywista. Choćby pod postacią DOS Navigatora (1993), a w czasach nowożytnych Total Commandera, czy innych licznych klonów Norton Commandera. Banalny podział na dwie kolumny, w każdej zawartość konkretnego folderu i operacje na plikach – począwszy od najprostszych jak kopiowanie, przenoszenie, po całkiem rozbudowane (edycja, porównywanie zawartości).Okazuje się, że i w dzisiejszych czasach jest jeszcze miejsce na tego typu programy, pomimo systemów indeksujących zbiory plików czy nawet porządkujących za nas nasze zdjęcia i muzykę, by potem podać nam je wszystkie na tacy. Nawet jeśli nie wiemy czego szukamy.

    Double Commander 0.5.3.1

    A dla Linuksa jednym z takich przedstawicieli ginącego gatunku ‚dwu-panelowców’ jest mało znany Double Commander. Osoby, które wcześniej nie próbowały pracować na plikach w ten sposób, będą musiały zadowolić się zdawkowym – Double Commander pozwala na kopiowanie, przenoszenie, przesyłanie przez FTP i Sambę plików i folderów oraz nawigację między nimi. Resztę trzeba dopowiedzieć sobie samemu, przeglądając opcje aplikacji. Jest ich ogrom (opcji). Można zaryzykować stwierdzeniem, że to program dla starych wyjadaczy, bo tylko tacy z zamiłowaniem zagłębią się w gąszcz funkcji konfiguracyjnych tego narzędzia. Dowolność w ustawieniu wielu aspektów obsługi plików, oraz zachowania i wyglądu stawia ten program na równi z GNOME Commanderem i Workerem (a czasem i wyżej). .

    Double Commander, parę opcj

    Próbując jednym tchem wyliczyć choćby połowę możliwości Double Commandera, niewątpliwie ryzykujemy czasowym niedotlenieniem. Bo program rozpoznaje typy plików, pozwala skojarzyć je z dowolnym narzędziem, pozwala na nawigację po archiwach, szybki podgląd pliku, pracę w kartach, horyzontalne ułożenie paneli, zaawansowane wyszukiwanie plików, wielokrotne zmiany nazw, porównywanie plików, obliczanie sum kontrolnych, tworzenie dowiązań, zmianę atrybutów pliku, selektywne wybieranie grupy plików, zmianę czcionki, kolorów, ikon, poziomą i pionową siatkę… I długo by jeszcze wymieniać. Jakby tego było mało, program obsługuje system wtyczek (WCX, WDX, WLX, WFX) oraz ładnie minimalizuje się do ikony w zasobniku systemowym.

    Jednym słowem – obowiązkowa pozycja dla wszystkich, którzy lubią by pliki i foldery na dysku tak tańczyły tak, jak im właściciel zagra. Czy w dobie sprawnie działającego Nautilusa, Thunara, Marlina, PCmanFM i Dolphina potrzebne są takie archaizmy jak dwie pionowe kolumny z plikami? Cóż, praktyka pokazuje, że czasem masowe operacje na plikach można szybciej przeprowadzić właśnie za pomocą takiego narzędzia jak Double Commander. Jednak ta praktyczność nie każdemu wyda się czytelna, zrozumiała i wystarczająco klikalna.

    Program w wersji dla Ubuntu 10.04/10.10/11.04/11.10 (i analogicznie Mint 9/10/11/12) można zainstalować bezpośrednio po dodaniu repozytorium.

    sudo add-apt-repository ppa:alexx2000/doublecmd
    sudo apt-get update
    sudo apt-get install doublecmd

    Maverick w stanie spoczynku

    Zgodnie z odwiecznym osiemnastomiesięcznym cyklem, Ubuntu 10.10 Maverick Meerkat w dniu 10 kwietnia 2012 roku osiągnie wiek emerytalny. Od tego dnia dla tej wersji Ubuntu nie będą się już pojawiały uaktualnienia bezpieczeństwa jak i pakietów.To doskonała i nieco przymusowa motywacja do aktualizacji systemu na nowsze wydanie Ubuntu 11.04 (wspierane do 10.2012), lub od razu do zaplanowanego na kwiecień Ubuntu 12.04 LTS. Czy aktualizacja to zło konieczne? Dla wielu zwykłych użytkowników zapewne tak. Jeżeli w pracy na komputerze używają dwóch, trzech aplikacji i nieszczególnie zwracają uwagę na ich wersje, to przypuszczalnie w momencie zaprzestania wsparcia 10.10 i tak nie odczują dyskomfortu. Inni zawsze mogą poprosić swojego rodzinnego/lokalnego fachowca od Linuksa, aby móc cieszyć się aktualnym oprogramowaniem, zwiększonym bezpieczeństwem, większą bazą obsługiwanego sprzętu, oraz wydajnością systemu. Nie bez znaczenia pozostaje też fakt wiekopomnej zmiany, jakiej doświadczymy przesiadając się z 10.10 opartego na GNOME 2.30 do nowoczesnego, acz nieco sterylnego w ustawieniach Unity/GNOME 3, na którym zbudowane jest Ubuntu 11.04/11.10/12.04. To też dobry moment dla wszelkich samowystarczalnych i rodzinnych fachowców, by zrewidować swoje poglądy i przyzwyczajenia w stosunku do XFCE (jeżeli Unity/GNOME 3 to zbyt traumatyczne uderzenie przepychu), czy wręcz przychylny rzut oka na poboczne klony Ubuntu, jak choćby Mint 12 i rozwijany w jego ramach Cinnamon.Opis, jak w miarę bezboleśnie podnieść wersję z 10.10 do 11.04 znajdziemy na oficjalnej stronie. Choć w wielu przypadkach i tak najlepiej sprawdzi się instalacja na świeżo (najbardziej komfortowe rozwiązanie, jeżeli mamy oddzielną partycję /home) – a w przypadku wersji 12.04 byłoby to wręcz wskazane.Na pożegnanie Ubuntu 10.10 mogę zaś powiedzieć, że dla mnie to było bardzo udane wydanie. Nie miałem większych problemów z jego instalacją na przeróżnych konfiguracjach sprzętowych, choć w niektórych momentach archaizm niektórych rozwiązań w GNOME 2.30 był już odczuwalny.

    Unity w ryzach Unsettings

    Nie można pominąć milczeniem faktu, że przybranie nowych wydań Ubuntu w szaty interfejsu graficznego Unity spowodowało wysyp programów dla Linuksa. Niestety, głównie programów które mają za zadanie nadrobić zaplanowaną przez twórców funkcjonalnością, jaką jest brak możliwości dokładniejszego dostosowania interfejsu do swoich potrzeb. Niestety, biurka linuksowe przyzwyczaiły całe rzesze użytkowników do niemal dowolnego kształtowania większości elementów pulpitu, zachowania programów, elementów systemu, itp. Unity w tej przestrzeni niepohamowanej swobody widzi konieczność ubezwłasnowolnienia użytkownika (wszak większość klikaczy to po prostu…) i ograniczenia konfiguracji do minimum. Jednym jest to obojętne, inni uważają, że to dobre podejście, wzorem dużych graczy ze świata komercyjnego. A niektórzy na widok Unity zębami skry krzeszą.I w ten sposób swoje złote dni przeżywają wszelkie programy pozwalające na zmianę takich michałków jak szerokość Launchera, widoczność ikon na pulpicie, ułożenie elementów sterujących na pasku tytułowym, itp. Od dzisiaj obok Ubuntu Tweak i MyUnity można też wymieniać nowego gracza – Unsettings.Osoby znające MyUnity zauważą, że obydwa programy umożliwiają ustawienie niemal tych samych opcji. Jest jednak parę niuansów, które czynią z Unsettings bardziej poręczne narzędzie. Choćby zmiana motywów kursora myszy i okien, wyłączanie/włączanie Global Menu, Overlay Scrollbars, lista aplikacji dopuszczonych do pokazywania ikonek w trayu, sposób odkrywania launchera i parę innych. Z wprowadzanych ustawień możemy tworzyć profile zapisywane na dysku i do późniejszego wykorzystania (wczytanie do programu). Gdy pozmieniamy za dużo i zbyt gwałtownie, zawsze możemy użyć ikonki przywracania systemowych ustawień domyślnych. Przyciskiem ‚Apply Settings’ na żywo możemy zatwierdzać wprowadzane zmiany i podglądać ich wpływ na zachowanie i wygląd pulpitu.Program jest czytelny i całkiem sprawny w działaniu – jedyne co nie zadziałało, to metoda wywoływania schowanego Launchera. Jest też aktywnie rozwijany, co dobrze rokuje na przyszłość. Niestety, miłośnicy polskiej wersji językowej będą musieli na nią zaczekać, lub też spróbować metodą prób i błędów wyczuć przeznaczenie anglojęzycznych opcji.Użytkownicy Ubuntu 11.10 i 12.04 mogą przetestować programu po dodaniu autorskiego repozytorium.

    sudo add-apt-repository ppa:diesch/testing
    sudo apt-get update
    sudo apt-get install unsettings

    Tłumaczenie środowiska Cinnamon – razem, bracia i siostry

    Wszyscy lubimy, gdy programy rozmawiają z nami w naszym pięknym, ojczystym języku. Nadarza się okazja, by nauczyć posługiwać się polskim dialektem środowisko graficzne Cinnamon. Clement Lefebvre poinformował, że zostały wygenerowane i udostępnione na Launchpadzie gotowe do przetłumaczenia komunikaty tekstowe, które wyświetla tu i ówdzie Cinnamon. Jeżeli zatem komuś w tych mrocznych czasach nijakości zależy jeszcze na blasku chwały, doczesnym miejscu w pieśniach, oraz poczuciu dobrze wykonanej roboty, zapraszam do tłumaczenia – całość można znaleźć pod tym adresem (wymagane jest posiadanie konta na Launchpadzie).

    Mint Spirit

    Pod tą wielce obiecującą nazwą kryją się, niestety, fonty. Fonty, które mają za cel sprawienie, by Linux Mint wzmocnił swoje własne ‚Ja’ wrażone fantazyjną, acz funkcjonalną krzywizną glifów.

    Uduchowione fonty Mint Spirit

    Mint Spirit są inspirowane takimi krojami fontów jak Futura, Gillius, NeoGothis i Ubuntu oraz nawiązują do stylistyki logo Minta, czy wręcz stanowią jego rozszerzenie i uzupełnienie. Stworzone przez Arkandis Digital Foundry nie stanowią jeszcze oficjalnej i integralnej części dystrybucji Linux Mint, lecz nic nie stoi na przeszkodzie, by tę integralność zapewnić sobie we własnym zakresie.Wydane na licencji OFL fonty można pobrać z tego miejsca. Otrzymujemy do dyspozycji osiem wariantów, z czego cztery posiadają charakterystyczną manierę niektórych znaków (A M N V W v w y), pozostałe cztery są w konwencji bardziej tradycyjnej.Pobrane archiwum należy rozpakować i zainstalować czcionki w systemie. Najprościej uczynić to programem FontMatrix (jest w repozytorium – wystarczy zainstalować). Po uruchomieniu aplikacji wybieramy File -> Import i wskazujemy folder z Mint Spirit. Jeszcze łatwiej jest skopiować wszystkie pliki .otf z rzeczonego folderu do ~/.fonts (pamiętając następnie o wydaniu polecenia fc-cache -f).

    GIMP – rejterada z wersji 2.7.5 do 2.7.4

    Lata i wieki całe obiecanek, planów, nieoczekiwanych wydań i opóźnień, tajemniczych zniknięć deweloperów i innych przygód. Udało się jednak doprowadzić sprawy do końcowego odliczania i wszyscy z nerwowym bębnieniem palców o blat biurka czekamy, aż GIMP 2.8 zaszczyci nas swoją obecnością.Jednak na drodze do ziemi obiecanej 2.8 znajdują się kolejne niestabilne i testowe wydania 2.7.x. Dla ich pozyskania większość użytkowników Ubuntu i Minta korzysta z repozytorium ppa:matthaeus123/mrw-gimp-svn, jednak awaryjność znajdujących się tam pakietów i ich kolejnych wydań może doprowadzić do stanów szewskich. Podobnie było z ostatnią aktualizacją do wersji 2.7.5, która pomimo kompilacji w wersji dla Ubuntu 11.10 (Oneiric), bez skrupułów zażądała zależności z przyszłej wersji Ubuntu 12.04 (Precise).

    The following packages have unmet dependencies:gimp : Depends: libglib2.0-0 (>= 2.31.2) but 2.30.0-0ubuntu4 is to be installedE: Unable to correct problems, you have held broken packages.

    Problem można rozwiązać dwojako. Dodać repozytoria zawierające odpowiednie wersje bibliotek GLIB i GTK i zaktualizować system – lecz w ten sposób otrzymamy mieszankę wydań 11.10 i 12.04 i sam Canonical chyba nie wie, do czego to może doprowadzić*.

    Jednak ja zajmę się powrotem do wersji 2.7.4. Odbędzie się to za pomocą usunięcia z systemu feralnych pakietów GIMPa, usunięcie brużdżącego nam repozytorium i dodaniu innego, z działającą wersją 2.7.4.

    Usuńmy zatem siedlisko zła:

    sudo rm /etc/apt/sources.list.d/matthaeus123-mrw-gimp-svn-oneiric*.*

    Jeżeli ktoś ma zainstalowane, to może użyć do powyższego ppa-purge.

    Dodajmy siedlisko dobra:

    sudo add-apt-repository ppa:jmou/ppa

    Pozbądźmy się starych paczek:

    sudo apt-get remove --purge gimp* libgegl* libbabl*

    I zainstalujmy te dobre:

    sudo apt-get update
    sudo apt-get install gimp

    I jeżeli nie stanęły nam na drodze jakieś nieprzewidziane okoliczności, staliśmy się posiadaczami GIMPa 2.7.4. A co z 2.7.5 i ew. 2.8? Cóż, niedługo doczekamy się wersji Ubuntu LTS 12.04, przypuszczalnie dla tego wydania owe paczki powstaną już bez trudności.

    GIMP 2.7.4, na razie

    * Gdyby ktoś poczuł napływ odwagi podsycanej desperacją, to…

    sudo add-apt-repository ppa:ricotz/unstable
    sudo add-apt-repository ppa:gnome3-team/gnome3
    sudo apt-get update
    sudo apt-get upgrade

    Chromium, Firefox, Opera i cyfrowy daltonizm

    Każdy kto zetknął się z tematyką obróbki zdjęć i grafiki, wie na ile istotnym zagadnieniem jest odpowiednia kalibracja naszych monitorów (ale i drukarek, itp) i programów, aby uzyskiwać rezultaty zgodne z zamierzeniem. Do tego celu wymyślono profile barwne, a systemy, programy i urządzenia nauczyły się z nich korzystać. Każdy poważniejszy program do obróbki zdjęć zapisuje efekt finalny z dołączonym właśnie takim profilem. I w ten sposób mamy niemal pewność, że efekt naszej pracy po np. umieszczeniu gdzieś w internecie, każdemu wyświetli się tak jak na naszym monitorze (pomijając kwestię różnej jakości monitorów i ich ustawień).Czy aby jednak na pewno? Okazuje się bowiem, że w XXI wieku i galopującej modzie na serwisy społecznościowe, zdjęciowe i inne formy wynurzeń artystyczno-towarzyskich, większość popularnych przeglądarek WWW ignoruje profile barwne. Można wręcz stwierdzić, że tylko Firefox i Safari je respektują. Jak sprawdzić czy używana przeglądarka potrafi zarządzać kolorami? Wystarczy porównać poniższe trzy zdjęcia. Każde z nich zostało zapisane z innym profilem – sRGB, Adobe RGB i Linear RGB. Jak głoszą teoretycy i elementarne zasady przyzwoitość wobec użytkownika – wszystkie trzy powinny wyglądać tak samo.

    sRGB

    Adobe RGB

    Linear RGB

    Przypuszczalnie chyba tylko Firefox i Safari wyświetlą je poprawnie. Nie wiem jak IE, ale ze zwykłej złośliwości zakładam, że też się wyłoży i zdjęcia będą różne. Bo w Chromium (Google Chrome) i Operze są.

    Czy sytuacja jest zatem beznadziejna i jesteśmy skazani na niedomówienia kolorystyczne w przeglądarkach? Tak po prawdzie, to cały ten ambaras dotyka najmocniej osoby pracujące z różnymi profilami barwnymi. W większości przypadków, by zamieścić swoje prace w internecie, będą musieli pamiętać o wykorzystaniu sRGB – bo taki domyślny profil aplikują każdemu zdjęciu przeglądarki nie radzące sobie z zarządzeniem kolorami. Widzę jednak nawet teraz, przeglądając na flickr.com zdjęciach różnych osób, że problem istnieje.

    Można też spróbować ‚naprawiać’ przeglądarki. Ale na dzień dzisiejszy nie spotkałem się z jakimś konstruktywnym opisem w sprawie Chromium (przełącznik –enable-monitor-profile nie do tego służy). Natomiast, jeżeli ktoś ma problemy we Firefoksie, to znajdzie kilka rozszerzeń ułatwiających kontrolę i konfigurację zarządzania barwami.

    Tak czy owak – nie zdziwmy się, jeżeli piękne, nasycone kolorystycznie zdjęcie z ekranu naszego monitora, po przesłaniu linka znajomemu wyświetli się u niego w postaci zbioru odbarwionych plam. Zostaliście ostrzeżeni.

    Fotoxx 12.03 – złudny bezruch

    Fotoxx 12.03

    Niech nikogo nie zmyli nowy numerek z jakim pojawił się w sieci Fotoxx, świetny edytor grafiki. Wbrew temu, że pomiędzy obecną, a poprzednią wersją różnica w numeracji wynosi tylko 0.01 punktu rozwojowego, zmian jest nadspodziewanie dużo. Co najważniejsze dla końcowego użytkownika, namacalnie odczuje ich wpływ na funkcjonowanie programu.Poprawiła się wydajność narzędzi wykorzystujących bezpośrednie manewry myszką na obszarze zdjęcia (zaznaczanie regionów i ich obróbka. w tym rysowanie).Start programu uległ poprawie w wyniku zmian w indeksowaniu zbiorów.Exiftool działa w tle jako ‚serwer’, co przyśpiesza wczytywanie nowych zdjęć (z danymi exif).Usprawniono obsługę funkcji przybliżania.

    Wynik prac może być zapisywany również w formacie .bmp i .ico.

    Pod maską – wszelkie operacje na obrazie program wykonuje teraz za pomocą 32bitowych wartości zmiennoprzecinkowych, a nie jak do tej pory 16bitowych całkowitych. Koszt zmiany – większe zużycie pamięci.

    I tradycyjne, spora dawka poprawek – niepotrzebne indeksowanie miniatur z katalogu ~/.thumbnails, dokładniejszy pasek postępu, poprawki w obsłudze formatu .gif, plugin Stack/Noise poprawił swoje działanie w nakładaniu kolejnych kadrów.

    Jak zatem widać, autor nie zasypuje pikseli w popiele i w dość ekspresowym tempie (jak na one-man-project) obdarowuje nas całkiem sensownymi zmianami. Pomimo braku np. świętych warstw, za pomocą Fotoxxa można na zdjęciu przeprowadzić całkiem zaawansowane operacje – niektóre nawet prościej i z lepszą jakością niż w GIMPie! (stackowanie zdjęć, panoramy, swobodne transformacje, itp).

    Gdyby ktoś zapragnął zaznajomić się z opisem podstawowych funkcji programu, to polecam zerknąć na dedykowany wpis na blogu linux4photo.wordpress.com.

    A teraz, gdzie można znaleźć program. Autor z każdym wydaniem dostarcza paczki .deb i .rpm – wystarczy pobrać pożądaną wersję (32bit lub 64bit) .deb. Dość istotna uwaga – Fotoxx wykorzystuje już GTK3, zatem jego zainstalowanie będzie możliwe tylko na nowszych wersjach Ubuntu >= 11.04, analogicznie Mint >= 11 oraz Debian >= Sid. Co zrobić ze ściągniętą paczką? Zwyczajowo powinien wystarczyć dwuklik (może zajść potrzebna wcześniejszego odinstalowania poprzedniej wersji programu).

    Poniżej oryginalna lista zmian.

    2012.03.01  v.12.03
    + Mouse-driven area select and edit functions respond much faster.
    + The internal image format was changed from int-16 to float-32 per
      RGB color. This simplified the code and made some edit functions
      slightly faster. There is no visual image impact. The main memory
      needed to edit a 20 megapixel image has grown to about 800 MB.
    + The exiftool program is started as a server process and left running.
      This eliminates a significant startup delay for every image opened.
    + Indexing of new files at startup was made much faster: typically
      1-2 seconds on a strong PC if only a few new images are found.
    + A toolbar button is used to change the mouse-drawing color for select
      and edit functions. Similar buttons on many dialogs were removed.
    + The pixel edit function was made easier and faster to use.
    + An edited file can be saved in the additional formats .bmp and .ico.
    + Setting the zoom ratio was simplified: each 2x zoom is 1-3 clicks.
    + Create Blank Image: the file type can be .jpg, .tif, .png, or .bmp.
    + The E-mail function was removed because Thunderbird and Evolution do
      not work (or no longer work) with the "standard" xdg-email protocol
      for attachments. Use Tools > Batch Convert to select images, export,
      and reduce size (if wanted) for attaching to e-mail or uploading.
    + Bugfix: If the top image directory was set to /home/, thousands
      of unwanted files in /home//.thumbnails/* were being indexed.
    + Bugfix: Stack/Noise image alignment was poor if there was significant
      camera movement between photos.
    + Bugfix: Progress monitoring for some functions was very inaccurate.
    + Bugfix: some .gif files produced empty thumbnail images.
    + Bugfix: file synchronization at startup was sometimes wasting time
      with unnecessary updates.
    

    Redshift w wieczornych barwach monitora

    Redshift, a nie inaczej

    Zupełnie nieoczekiwanie spróbujmy skierować naszą uwagę na problem ciągłego (w większości przypadków) spędzania czasu przed ekranem monitora. O ile przez lata technika poszła do przodu i nasze monitory nie przypominają już lamp w solarium, o tyle pozostają inne aspekty relacji oczy – obraz z LCD. Jeżeli jeszcze ktoś żyje w błogiej złudnej nieświadomości, to niestety mam dla niego wiadomość druzgocącą – nasze oczy to nie włosy – już nam nie odrosną…Z problem tym zetknął się chyba każdy już w czasach dzieciństwa, gdy gazetą byliśmy odpędzani sprzed Rubinów na dalsze pozycje obserwacyjne. Prosta forma wychowawcza (teraz w dobie bezstresowego wychowania można powiedzieć – nieludzka), ale prosty przekaz podprogowy w umyśle pozostał – ‚patrzeć z bliska na coś świecącego – źle, patrzeć z daleka – dobrze (a nawet cukierka ktoś rzuci)’. Teraz popatrzcie na swoje LCD (wgłębnie) – zwykle szczerzy on ku nam dość mocno kontrastowy obraz, przyprószony śnieżną bielą pikseli. I tak cały dzień, często do późna w nocy. Tymczasem badania naukowe dowodzą, że nasz mózg (a jakże!) dość nieoczekiwania zżył się przez wieki ewolucji z dobowymi cyklami kolorystycznymi. Co to znaczy? Jeżeli akurat nie macie pod ręką wschodu lub zachodu słońca, zwróćcie uwagę na zdjęciach opiewających tę porę dnia – barwy stają się wtedy zdecydowanie cieplejsze (czyli okolice pomarańczowo-czerwonego, dla fachowców ~3600K). Inaczej, niż w ciągu dnia, gdy barwy są już zdecydowanie zimniejsze (czyli okolice niebieskiego dla fachowców ~5500K). Dla mózgu (i oczu) te przejścia między temperaturą barw stanowią swojego rodzaju zegarek, pozwalający wyciszyć organizm do snu (ciepłe barwy wieczorne, odpoczynek oczu), bądź pobudzić do działania (aktywny niebieski i maksymalna sprawność oka). Ręka do góry, kto ma problemy z zasypianiem po wpatrywaniu się do późna w nocy w ekran laptopa.Reasumując, o ile odległości od źródła emitującego obraz musimy pilnować sami, o tyle komputer może nam pomóc w dobowej adaptacji temperatury barwnej naszego pulpitu. I tu po pojawia się tytułowy Redshift. Dla sprawnego działania potrzebujemy pakietu gtk-redshift – znajdziemy go w domyślnych repozytoriach Ubuntu 10.10/11.04/11.10, Mint 10/11/12 oraz Debian Squeeze/Sid. Po zainstalowaniu naciskamy alt+f2 i wpisujemy polecenie gtk-redshift – pojawi się nam gustowna ikonka w zasobniku (powinna) i zmianie ulegną kolory – bez paniki. Po kliknięciu lewym przyciskiem na ikonce w zasobniku możemy zaznaczyć opcję uruchamiania programu podczas startu systemu, przełączyć tryb dzień/noc, lub zakończyć program. Redshift, jeżeli nie napotka na trudności, samodzielnie rozpozna nasze położenie geograficzne i dostosuje do niego zmianę barwy w poszczególnych godzinach. Temperatura kolorów będzie się płynnie zmieniała w domyślnym zakresie 3700K (noc) – 5500K (dzień). Jeżeli jednak coś nie wyglądałoby, tak jak byśmy chcieli…Więcej opcji zostało ukrytych w parametrach z jakimi można wywołać ten program. I tak:

  • parametr -t dzien:noc możemy użyć, gdy uznamy, że domyślny zakres temperatur (dzień 5500K, noc 3700K) jest zbyt agresywny dla nas (zbyt pomarańczowy lub zbyt niebieski) – czyli np. -t 5200:3800. Łatwo sprawdzić jak się będzie to wyglądało w poszczególnych godzinach – po prostu przestawiając godziny w zegarku (komputera, nie budziku na komodzie),
  • parametr -l LAT:LON nakieruje program na naszą lokalizację, jeżeli sam nie potrafiłby jej rozpoznać prawidłowo (co może też prowadzić do problemów z autostartem programu). Jak to sprawdzić? Wystarczy uruchomić gtk-redshift w konsoli i odnotować, jaką szerokość i długość geograficzną sobie wymyślił (we’re at: 49.66, 21.1). Teraz konfrontujemy to z odczytem z http://stereopsis.com/flux/map.html. Koordynaty oddzielone ‚:’ podajemy jako wartość dla parametru.
  • Programy startowe i parametry dla Redshift

    Jeżeli któraś z powyższych opcji wymagała naszej interwencji, musimy udać się z menu do listy Programów Startowych i dodać wytyczne dla programu Redshift.

    Kolejna uwaga dotyczy osób obrabiających grafikę (zdjęcia). Na pewno się domyśliliście, ale dla spokoju sumienia uzupełnię – przed obróbką zdjęć należy Redshift wyłączyć.

    To oczywiście nie jest jedyne rozwiązanie dla Linuksa umożliwiające automatyczne oszczędzanie naszego wzroku. Kolejnym, bardziej znanym projektem jest F.lux, który też w prosty sposób można dodać do systemu (należy uaktywnić repozytorium).

    Meiga 0.4.0 – okno na pliki

    Meiga to projekt stary. Przy obecnym tempie rozwoju oprogramowania, można rzecz – bardzo leciwy i z długą brodą. Ale wykonuje swoje zadanie z gracją i sprawnością godną wiekowego rutyniarza. Po co wymieniać coś na nowe, skoro stare się sprawdza. Dwa, trzy ruchy i zadanie wykonane. A za punkt honoru Meiga postawiła sobie udostępnianie naszych plików w internecie i sieci lan.Jeżeli brzmi to pretensjonalnie, to macie rację. Udostępnianie plików to dziś przecież temat, nad którym wielu się nawet nie zastanawia. Machinalnie wrzuca się plik w chmurę, serwer hostujący i gotowe. Bardziej ambitni mogą postawić i skonfigurować Sambę lub Apache (z przeznaczeniem do obsługi Webdav). Meiga posiada jednak zasadniczą przewagę – nie wymaga zakładania kont (chmura, serwery hostujące), ani doktoryzowania się w temacie ‚Samba/Apache/coś innego w 1001 krokach’. Dodatkowo, żeby udostępnić jakiś plik tekstowy, nie trzeba instalować i uruchamiać kilku megabajtów oprogramowania – Meiga zajmie raptem 400KB na dysku.

    Meiga

    Wszystko, co należy zrobić po zainstalowaniu programu, to dodać katalog/plik który się będzie chciało udostępniać. Osoba, dla której ten plik będzie przeznaczony nie musi nic instalować – wystarczy jej przeglądarka internetowa i adres (zwykle w postaci http://xx.xx.xx.xx:numer_portu/zasob) który się pojawi u nas na pasku stanu programu. Adres w prosty sposób się skopiujemy za pomocą trzeciej ikonki na pasku narzędziowym i przekażemy zainteresowanym.Bystrzy użytkownicy z pewnością dostrzegą zakładkę ‚Options’ – znajdziemy tam parę opcji, które czynią z Meiga jeszcze bardziej poręczne narzędzie, niż się nam wydawało. Zatem, udostępnione zasoby możemy zabezpieczyć loginem i hasłem. Ustawienie portu, na którym będą serwowane nasze dane to formalność. Włączenie szyfrowania transmisji (SSL) to też nie problem. Sposób przekierowania portów – tutaj mamy do wyboru None (czyli zwykłe udostępnianie), UPNP – świetna opcja, jeżeli znajdujemy się za routerem obsługującym UPNP i dysponującym zewnętrznym adresem IP (którego my na komputerze nie mamy), SSH stworzy tunel SSH na wskazany serwer/port. Po ustawieniu wszystkiego klikamy ‚Apply’ i ew. przeglądamy okienko ‚Log’, czy wszystko poszło jak założyliśmy.

    Meiga - ustawienia

    Niestety, w całości pojawia się zgrzyt w postaci (przynajmniej u mnie) niemożności przekierowania UPNP z jednoczesnym szyfrowaniem transmisji. Poza tym – nie widzę prostszego sposobu, aby udostępnić swoje pliki komuś w pracy, znajomemu w domu, mężowi w delegacji, żonie w poczekalni SPA, itp.

    Z racji wieku, program wymaga uwagi przy instalacji – bowiem domyślnie znajduje się tylko w repozytoriach Minta 12. Użytkownicy Ubuntu 10.04 i 11.10 będą musieli dodać repozytorium:

    sudo add-apt-repository ppa:sj-i/archive-needs-packaging
    sudo apt-get update
    sudo apt-get install meiga

    Pozostałe wersje – znajdziemy na stronie projektu.

    Translate »