przystajnik

słuchowisko

… co staremu prykowi pryka w głośnikach …

Bigelf „Cheat the Gallows”

Z racji postępującego z wiekiem procesu wytwarzanie się we mnie postawy zgreda, ciężko czymkolwiek mnie zaskoczyć. Szczególnie jeżeli chodzi o branżę muzyczną i jej artystyczny aspekt, czyli pieśni i aranżacje. Całe dekady muzyczne zawężam do okresów działalności interesujących mnie grup i wokalistów. I żyję w przekonaniu, że poza tymi okresami w muzyce nie wydarzyło się nic, absolutnie.

Jednak rzeczywistość narusza od czasu do czasu mój bastion gustu muzycznego. Czasem robi to na przekór mnie, gdy przebiegając przez wielkopowierzchniowe skupiska tandety jestem przeszywany plastikowy rytmem wtłaczającym we mnie kicz wokalnego zawodzenie. Czuję, jak wrażliwość we mnie wtedy obumiera. I tolerancja.

Lecz niekiedy przez przypadek trafiam na takie zespoły jak Bigelf. I wraca wiara, że rock w kultowej postaci nie przepadł.

Sprawa z Bigelf jest ciekawa, bowiem ta założona w 1995 roku kapela jak do tej pory pozostaje niemal kompletnie niezauważona. Może ostatnio z racji koncertów zrobiło się o niej nieco głośniej, jak i za sprawą nowej/starej płyty, czyli wydanej w 2008 roku „Cheat the Gallows” (piąta płyta w dorobku zespołu!). Bez wątpienia ma na to wypływ repertuar grupy, ponieważ konsekwentnie nagrywają kawałki czerpiące z osiągnięć lat 70siątych i 80siątych całymi garściami. A konkretniej z osiągnięć niemal wszelkich rodzajów rocka, jaki przewinął się przez tamte lata (w zasadzie – dawniej się grało po prostu rocka, dopiero potem zaczęto przypinać etykietki). Mamy zatem i hard rock, prog rock, heavy metal, trochę psychodelii, itp. Usłyszymy organy Hammonda rodem z Deep Purple lub Atomic Rooster, proste ale wpadające w ucho ostre riffy żywo z Black Sabbath, czasem wplecie się nieco poetyki Pink Floyd, czy King Crimson, niekiedy podążymy zawiłą ścieżką ELP. I co najważniejsze. Wszystko jest zagrane w stylistyce i akustyce przeniesionej z lat 70siątych. Wszystko brzmi tak analogowo, jak tylko można sobie analogowe miękkie brzmienie wyobrażać.

Bigelf - Cheat the GallowsTo tłumaczy, dlaczego słucham ich osiągnięć, słucham… I nie chcą mi się znudzić. Na zamówioną płytę „Cheat the Gallows” czekałem niemal trzy miesiące (niszowe zespoły dla niszowego odbiorcy). Ale warto było.

A nad samą płytę mogę się tylko rozpływać w och’ach i ach’ach. Diabelnie mi wszystko w niej pasuje. Rozpoczynający płytę „Gravest Show On Earth” z racji na specyficzną aranżację (werble, atmosfera cyrkowego przedstawienia), zmusza do zainteresowania się materiałem na płycie, choć sam kawałek nie jest może powalający. Przechodzi on płynnie w „Blackball” – mocno inspirowany Black Sabbath’em. Mamy zatem znajome riffy, doskonale komponujące się z wokalem Damona Foxa, a wszystko jest przeplatane klimatyczną pracą organ. Co warte zauważenia – Bigelf nie stroni od form długich. Zapomnijcie o sztucznym ograniczeniu utworu do trzech, czterech minut. „Blackball” trwa siedem minut – i nie jest najdłuższy na płycie. „Money is Pure Evil” uspokaja nieco tempo – chwytliwy kawałek z niezłym tekstem. Może i trąci banałem, jest krótki, ale wpada w ucho. Potem znowu jest soczyście – „The Evils Of Rock & Roll” – i na powrót mamy piękne organy z „Blackball”, perkusja i gitary na początku nadają wszystkiemu relaksujący rytm i ton, by za parę minut z kopa przyłożyć w kolumny i zdemolować nasze przekonanie, że wszystkie klasyczne riffy zostały już zagrane. Zdecydowanie jeden z najlepszych kawałków na płycie. Następna jest kolejna ‚krótkometrażowa’ perełka mocno podkreślająca charakter zespołu. „No Parachute” to czterominutowy (3.43) utwór z cudną gitarą jak za starych dobrych czasów (Gilmour?). „The Game” na tle poprzednich utworów – zaczyna się ‚normalnie’. Brzmi jak zwykły solidny rockowy kawałek, bez szału. W zasadzie jego początek mógłby następować w 2.30 minucie, gdy gitara zaczyna pracować wydajniej i robi się ciekawie. „Superstar” to najsłabszy kawałek. Takie trochę wzornictwo na Lenny Kravitza. Jest ubogo z gitarą, organy niemal nie grają roli. Tragedii nie ma, ale nie jest to też porywające dzieło. I ponownie robi się ciekawie z „Race with Time”. Początek mocno progresywny, w połowie ponownie wkracza mocniejsze granie Bigelfa. „Hydra” – doskonały track, mocno okraszony organami, świetnie poprowadzona zmiana tempa. Płytę zamyka rewelacyjny dziesięciominutowy „Counting Sheeps”. Czego tu nie ma. Wszechobecne organy, Fox udowadniający wokalem, że potrafi, mocne riffy kiedy trzeba, płynne zmiany klimatu – po raz kolejny mamy zgrabne połączenie wszystkiego co najlepsze (PF + ELO + ELP + Bigelf). Zaryzykuję stwierdzenie, że to najlepsza część tej płyty.

Czytając opis, jak i recenzje w sieci, ciężko nie zauważyć, że często stwierdza się ‚o tu grają jak Black Sabbath, o a tu Deep Purple’. Może to rodzić podejrzenie, że zespół wtórnie powiela kanony utrwalone przed laty. Nic z tego – dementuję i nie potwierdzam. Najzwyczajniej jest się zaskoczonym tym, że w tych podłych latach ktoś potrafi zagrać z taką pasją i wkładem własnym, a jednak z takim głębokim ukłonem brzmieniowo-aranżacyjnym w stronę najlepszych lat historii rocka.

Polecam, bez dwóch zdań.

httpv://www.youtube.com/watch?v=-fpkEsGMOHU

httpv://www.youtube.com/watch?v=AAcUL8o5F2I

httpv://www.youtube.com/watch?v=8JNtR6jb8HQ

Osiem bitów na dwie gitary

Jak dobrze policzyć – to wychodzi po 100 bitów na gitarę (żart dla liczących binarnie). Innymi słowy – czy muzyka z lat świetności ośmiobitowych Atari XE/XL to relikt dla wapniejących trucheł? Okazuje się, że niekoniecznie. Wiele osób przywraca im (muzyczkom) blask dawnej chwały za pomocą arcyciekawych aranżacji. Znajomy mnie ostatnio nakręcił jednym takim klipem, a jak zacząłem przeszukiwać internet odnalazłem kilka innych perełek… A zresztą, posłuchajcie sami:

Inspirujące…

Dio – Sacred Heart

Sacred Heart

Sacred Heart

Ronnie James Dio nieszczęsnym zbiegiem okoliczności jest przeze mnie bezwiednie szufladkowany w miejsce po Ozzym w Black Sabbath. Wiem, narażę się fanom Dio, ale sam nie wiem czemu pierwsze co przychodzi mi na myśl, to właśnie ten epizod. A faktem pozostaje to, że Dio to fenomenalny wokalista z fantastycznym dorobkiem. Że wspomnę o dokonaniach Rainbow czy właśnie Dio (jako formacji).

W dyskografii Dio znajdziemy dość słabo ocenianą płytę Sacred Heart (1985). Nie jestem do końca przekonany co do tych ocen, bo sam album może nie na poziomie dwóch pierwszych (Holy Diver i The Last in Line), ale przynajmniej połowa nagrań jest tym, do czego przyzwyczaił nas Dio. Album ten jest wyjątkowy też przez fakt, iż jako gitarzysta gościł na nim po raz ostatni Vivian Campbell (Def Leppard, Whitesnake, Riverdogs).

Jak na nierówny album przystało, mamy perełki jak i wypełniacze. Do perełek na pewno można zaliczyć dwa pierwsze kawałki, bezbłędnie szybki i z soczystymi riffami King of Rock and Roll oraz tytułowe Sacred Heart – przepełnione specyficznym wokalem Dio i kolejny raz świetną pracą gitary. Tę dobrą passę przerywa następny utwór, Another Lie, który spowalnia tempo i stylistyką próbuje niepotrzebnie nawiązać do zupełnie innego grania. Teraz przychodzą lepsze momenty, bo przestrzeń wypełnia Rock and Roll Children, efektowną pracą gitary i przekonywującym wokalem i tekstem Ronniego. Następna nieco typowa balladka Hungry for Heaven nie powala niczym specjalnym, choć i nie wzbudza odruchu przeskoczenia dalej. Spowolniony Like the Beat of Heart umacnia w nas specyfikę głosu Dio i pozwala nacieszyć się po raz kolejny dobrą gitarą jak i specyficznym rytmem. Świetny ‚firmowy’ kawałek Just Another Day to solidne granie, okraszone szybkimi riffami – to jedna z najmocniejszych stron tej płyty. Fallen Angels to lekko naciągany wypełniacz, może nie przepełnia obrzydzeniem, ale odstaje od poprzednich pozycji. Album zamyka Shot Shot, też nie przekonywujący, a przynajmniej nie po tym, co można było usłyszeć na początku.

Jak zatem widać, album nie jest majstersztykiem. Ale przynajmniej cztery kawałki (King of …, Sacred Heart, Rock and …, Another Lie) prezentują wysoki poziom i przynajmniej dla nich warto tę płytę posiadać na półce. Nadal będę jednak polecał przede wszystkim dwie pierwsze płyty Dio.

Dużo dobrej muzy

Pierwszy raz uległem spamowi. Dostał, przeczytałem (sic!), bynajmniej nie dotyczył on muskulatury wiadomych części ciała. A przynajmniej nie tych części co zawsze.

Ale do rzeczy. Znacie polskie wydawnictwo ARMS? Osoby bywające na salonach i w temacie, na pewno znają. Mnie, niestety, ich osiągnięcia umknęły. Z różnych powodów – a to czasy młodzieńczego buntu i kompletowania zagranicznych twórców, czy też z przekonania o dole i nijakości polskiej sceny muzycznej. O w jakim ja błędzie byłem. W dodatku przesiadując od czasu do czasu na forum hfm.pl, jak mogłem tam nie zauważyć tych płyt.

Rzeczony spam zawierał informację o promocji wydawnictwa ARMS na swoje produkty. Mało tego, w przystępnej cenie oferowane jest zestawienie kilku płyt. Śpiewające damy, pakiet audiofilski, pakiet jazzowy… I tym ostatnim się zainteresowałem. Wirtualne pieniążki zmieniły właściciela i za dwa dni zapukała do mych drzwi Pani (Pani!) Listonosz.

Mega paka jazzowa zawiera cztery płyty + jeden bonus i jeszcze jeden bonus bonusowy – przynajmniej ja go znalazłem w swojej przesyłce. Regularne wydania to:

Włodek Pawlik – „Grand Piano”

Paweł Kaczmarczyk – „Audiofeeling”

Rafał Sarnecki Quartet – „Songs From a New Place”

Grzech Piotrowski – „Sin”

A w roli bonusu wystąpił Sampler testowy.

Cóż ja mogę napisać. Jestem zauroczony tymi płytami. To solidna dawka jazzu wszelkiej maści, nagranych (studio) z pietyzmem i wyrafinowaniem.

Włodek Pawlik – Grand Piano – to praktycznie 2 godziny (dwie płyty CD) fortepianowych solówek-improwizacji. Całość brzmi niemal jak spowiedź artysty, a surowości wyznania dodaje dowolność interpretacji – materiał nie został upstrzony fantazyjnymi tytułami utworów (track 1, track 2, track 3, itp). Często przeplatają się nawiązania do klasyki (stylistyczne), czasem może brakować ‚kropki nad i’ w postaci dosadnego rozwiązania tematu, lecz całości słucha się… W odrętwieniu i oderwaniu od rzeczywistości. Płyta jest nagrana bez wydziwiania z dźwiękiem – fortepian brzmi jak fortepian, być może zbyt naturalistycznie, ale od czego jest gałka głośności w sprzęcie. Zresztą, to nie muzyka mająca poruszać trzewia niskimi częstotliwościami.

Wydanie – pierwsza klasa, świetna poligrafia, opakowanie płyty rodem z SACD (za zatrzaskiem). Jak można się spodziewać – polecam.

Paweł Kaczmarczyk – Audiofeeling – niech nie zwiedzie was badziewna okładka, zupełnie nie przystająca do tego co znajdziemy na płycie. Tutaj też pierwsze skrzypce gra fortepian, lecz wspomożony trzema (sic!) saksofonami, perkusją i basem. Co można rzecz o stylu. Styl płyty i utworów jest wysmakowany, starając utrzymać się ‚w normach przyzwoitości’. Nie znajdziemy tu gwałtownych ekspresji, wyskoków i gwałtownych zmian tempa (które są, lecz delikatne). Kompozycje cieszą ucho sprawnością z jaką artyści poruszają się po tematyce – choć przyznam, że płyta musi się wetrzeć w ucho, nim będziemy ją w stanie przyswajać. Jakość nagrania – rewelacja. Co więcej, płyta została zarejestrowana na pozłacanym nośniku – bynajmniej nie w celu poprawy cyfrowego nagrania, lecz przedłużenia żywota płyty (to dla anty-audiofilii).

Opakowanie – niestety, digipack.

Rafał Sarnecki Quartet – Songs From a New Place – tu znajdziemy nieco inny typ muzyki. Rzekłbym, jazz bardziej ludzki. Artyści nie wdają się w skomplikowane zawiłości aranżacyjne czy improwizacyjne, a co więcej – część utworów jest ułagodzonych wprowadzeniem melodii (lecz, jak to w muzyce ambitnej – nie takich od kropki do kropki). W wielu recenzjach można przeczytać o tym, jak ten album nawiązuje i pokazuje ducha Nowego Jorku, w którym autor szlifował swoje zdolności. Prawdę mówiąc – w Jorku nie byłem, nie znam się. Album mi się podoba, słucha się bardzo dobrze. Nie razi w uszy wyskokami czy to gitary, kontrabasu czy fortepianu, jednym słowem – miło się spędza przy płycie czas.

Wydanie – digipack, niestety.

Grzech Piotrowski – Sin – ooo, proszę państwa. To jedna z jaśniejszych perełek w tym zestawieniu. Co ja mówię. Płyta jest rewelacyjna. W zasadzie, nie wiem co o tej płycie napisać. Po prostu siadam i słucham. Saksofon, harfa, gitara basowa, perkusja, klawisze i wiele innych ciekawych instrumentów które się tu przewijają, zostały zaaranżowane w zmyślne, snujące się wokół nas kompozycje, które wciągają niczym tytułowy grzech. Może płyta nawiązuje do wzorów różnakich, ale dobrych wzorów. Może brzmieć momentami zbyt nowocześnie – ale bez przesady. Lecz całość roztacza ciekawą magię, która mnie zaczarowała motywami blisko-wschodnie (oj tak), świetnym saksofonem i nutką nowoczesności. Początek płyty może zwodzić – że będzie ot tak, normalnie. Lecz z każdym utworem, jawi się nam kolejna opowieść, rewelacyjnie opowiedziana czy to saksofonem, czy też każdym innym instrumentem.

Wydanie – tekturowa okładka, świetna poligrafia, płyta nagrana na złotym nośniku. Bo prostu bajka. A z ciekawostek (i tu fragment dla mojego znajomego, on będzie wiedział, że to o nim :)). Artysta otrzymał do testów srebrne kable. Przesłuchał nagrany materiał i… I przez to opóźniło się nagranie płyty, bo postanowił nagrać jeszcze raz parte saksofonu, właśnie za pomocą nowych kabli.

Sampler – zasadniczo do ustawiania sprzętu i testowania. Ale u mnie gra wszystko ok, nawet nie przesłuchałem. Jeszcze.

Bonus bonusowy:

Apolonia Nowak, Jacek Urbaniak – Zaświeć niesiądzu – płyta dołączona do magazynu Hi-Fi, do mojego zamówienia została dorzucona w miłym geście i ogromne podziękowania się za nią należą. Numer magazynu z tą płytą przegapiłem, a jednocześnie przegapiłem coś tak zjawiskowego, że szczęka opada. Co jest na płycie? Tradycyjne pieśnie kurpiowskie. Ale jak zaśpiewane! Do tego akompaniament – ale jaki! W myśl ‚swego nie znacie, cudze chwalicie’, takie perełki jak ta płyta niestety pozostają niedocenione i nieznane na naszym rynku. Nie znaczy, że jest to folk dla każdego. Trzeba umieć przekroczyć barierę ‚obciachowości’ jaka została przylepiona naszemu folklorowi. A wtedy teksty pieśni, w połączeniu z średniowiecznym dopełnieniem muzycznym, objawią się nam w nowym świetle.

Wydanie – jako bonus z gazety, płyta we folii.

I co ja mogę powiedzieć na koniec. Wydawnictwo ARMS odwala kawał niesamowitej roboty. Mało kto ją dostrzega, bo wydawana muzyka i artyści są niepospolitego formatu. Nie dla masowego odbiorcy. To wyjaśnia trudności studia, o jakich można poczytać na forum hfm.pl. A pakiet takich płyt za 79,00 zł (do znalezienia na Allegro) uważam za rewelacyjną ofertę na naszym rynku, a zainteresowani nie powinni się zastanawiać nawet przez moment jak ulokować powyższą kwotę. Rozumiem różnicę gustów, nie każdy musi tak entuzjastycznie podchodzić do tego materiału jak ja. Ale powinniśmy docenić wkład i zaangażowanie. Bo kto za jakiś czas zaoferuje nam tej klasy muzykę? Dodadzą do chipsów lub hamburgera?

Może się powtórzę – ale jeszcze raz polecam.

Rycerzy trzech

Trzy kawałki wyzwijanych ze sobą drucików miedzianych, niektórych nawet posrebrzane. A tyle emocji potrafi to wnieść w spokój dnia niejednego człowieka. Oczywiście, za sprawą odpowiedniego ich wykorzystania, co w moim przypadku oznaczało podłączanie kolumn tymi kablami w różnej konfiguracji.

Kolumny podłączam bi-wiringiem do wzmacniacza i co do górnego pasma nie mam zastrzeżeń – gra tam Qed X-Tube 350 i gra tak, jak mi się podoba. Nie wyostrza góry zbytnio, ale zachowuje szczegółowość, unosząc w przestrzeń delikatne aspekty wysokich częstotliwości.

Dolne pasmo też miałem podłączone tym kablem. Ale zrodziło się pytanie, czy srebro i charakter tych kabli na pewno sprawdza się w niższych rejestrach?

Dlatego podłączałem na okres jednego dnia ten dół trzema różnymi kablami:

Qed X-Tube 350 (2×3.5mm, miedź + srebro) – gra dobrze, średnica i stereofonia jest wyśmienita, jednak bas potrafi być bez tchnienia. Schodzi nisko, jednak wybrzmiewa nieco krótko, brak mu elementu sprężystości. System się rozmiękczył za bardzo, uderzenie stopki perkusyjnej to takie mlaśnięcie, gitara basowa czasem znika.

Jantzen (2×2.5mm, miedź o czystości 6n) – w przeciwieństwie do Qed’a, ten kabel wydłużył wybrzmiewanie basu, jednak zbytnio zlepił w ścianę dźwięku resztę średnicy. Jednak dźwięk pozostał taki… Bez charakteru.

Monster Z1R (2×3.0mm miedź) – bardzo dynamiczny kabel, gra nisko, stopka zyskuje element uderzenia, wyśmienicie wybrzmiewająca gitara basowa. Lekko wycofuje jednak średnicę. Gdy za dużo dzieje się na dole, kabel ma lekkie tendencje do przerabiania dźwięku w jedno buczenie.

Cóż, na razie w systemie został Monster – pomimo minusów, sprawił się zdecydowanie lepiej niż pozostałe kawałki drutów i osiągnął to co zamierzyłem – uwypuklić nieco dół muzyki. Planuję jednak wypróbować jeszcze jakiś kabel solid core – jeden kawałek drutu (wieszak?), a nie plecionka. Na oku mam DNM Reason. Zobaczy, czy uda mi się go wypróbować.

Powyższe rozważania dotyczą zestawu Xindak A-06, Marantz CD6002, Monitor Audio RS5.

Czarnule

Odwieczne prawo natury zna każdy – kochanki trzeba co jakiś czas zmieniać. Dla wygody, dla doznań, dla sportu, dla nowych wyzwań. Jeśli jeszcze macie przyzwolenie od swojej towarzyszki życia na takie zabawy – nad czym tu debatować.

Zawsze gustowałem w czarnulkach. Godziło się to z moją definicją wdzięku i stylu. Zdecydowałem się jednak na zmianę. Czarne nadal pozostały w kręgu zainteresowań, lecz tym razem postanowiłem sprawdzić, czy filigranowe wdzięki i nieopisana słodycz wyglądu zastąpią fachowe i wyuczone przez lata sposoby niesienia rozkoszy. Sobie znanymi sposobami, odnalazłem i zaprosiłem takie dwie boginie. Dwie, bo przecież każdy wie, że musi być para.

Dzień przed ich przyjazdem pożegnałem się czule z ich poprzedniczkami, które rzewnym łkaniem niemal przekonały mnie, abym zmienił zdanie i nie odprawiał starej miłości w nieznane. Jednak, wola nowych doznań była mocniejsza od przyzwyczajeń w które się wpędziłem podczas naszej przygody. I one to też czuły.

Przyjazd tych nowych nie był jakimś hucznym wydarzeniem. Ot, przyszły i stanęły nieśmiało w kącie, niepewne tego, czego mogły się po mnie spodziewać. Kazałem się im rozgościć, przelotnie rzucając okiem, gdy ściągały z siebie wierzchnie odzienie. ‚Ależ one są niskie’ – przemknęła mi taka myśl, lecz odrzuciłem ją precz, bo nie swoim wzrostem miały mi imponować. Zamknąłem je w domu na cały dzień, by nazajutrz zapoznać się z tym, co mają mi do powiedzenia.

Na drugi dzień, gdy już szarzało, poświęciłem im więcej uwagi. Fakt. w porównaniu do poprzedniczek, te dwie były niskie. Jednak ich kibić zdała się mi smuklejsza i bardziej przyciągająca wzrok. Cieszył każdy drobny szczegół ich oblicza, a gładkość cery wprawiała w zdumienie. Być może po latach jednostajności, zmysł żywiej reagował na wszystko co nowe.

Płonąc z niecierpliwości pokazałem im, gdzie mogą przysiąść. Dłońmi delikatnie powiodłem po ich kształtach, by uspokoić nieco niepewność, która nimi wstrząsała. Nieco problemu sprawiły zapięcia z tyłu, lecz pożądanie wespół z adrenaliną czyni cuda.

Gdy się nieco uspokoiłem, przysiadłem z boku, a one rozpoczęły taniec. Niewątpliwie, były dla siebie stworzone. Bez mrugnięcia okiem potrafiły się dopełnić, aby po chwili jawić się omamionemu zmysłowi jako jedność. Swoimi ramionami zdawały się oplatać jedna drugą, a gdy mrugnąłem okiem, uwodzicielsko wędrowały w przeciwne strony, kołysząc męskim wzrokiem wedle swych upodobań. Jak na komendę zarzuciły głowami, a długie, czarne włosy niemal poczułem na swej twarzy, gdy jak w zwolnionym tempie przelatywały mi przed oczyma. Ręce mimowolnie zaciskały się na poręczy fotela, taniec zyskiwał dodatkowego wymiaru, wzrok nie nadążał z odbiorem zwodniczego ruchu, dlatego zamknąłem oczy. A wtedy…

Wiele legend słyszałem o tym, co niektóre potrafią zrobić na górze. Jednak, dokonania tych dwóch przerosły najśmielsze oczekiwania. Czułem ich oddech, muskający moją twarz, a westchnienia niosły ze sobą delikatność , której nie można opisać prostymi słowami. Zmysł wybuchł setką nieruszanych od lat receptorów, gdy obie stanowczo otuliły się wokół mnie. Tchnieniem, które wydało się srebrzyć niczym odbicia na łagodnym nurcie rzeki, wniknęły w moje wnętrze.

Po chwili skupiły swoją uwagę na dole. I też było to jak uderzenie nieznanego do tej pory w smaku wiatru. Nie zeszły zbyt nisko, niemal prowokując tym mój pomruk zniecierpliwienia. Ich aksamitnie miękkie usta pozostawiły po każdym dotknięciu rozkoszne drżenie, które jednak nie trwało nazbyt długo. Jakby chciały ukryć sekret jego pochodzenia i trwania.

Jedwabiste dotknięcia ich ciał przybrały na intensywności, gdy w uniesieniu zrzuciłem z nich ostatnie okrycia… Wtedy przemówiły do mnie, po raz pierwszy od przyjazdu. Nie uwierzyłem. Nie uwierzyłem, że ten głos wydobywał się tuż obok mnie. Wydawał się szybować nam moją głową, nie absorbując zbytnio uwagi, ale wypełniając pomieszczenie swoim wyraźnym charakterem. Lśniące i opływające zmysłowymi kształtami sylaby i akcenty rysowały się łagodnie pod moimi zamkniętymi powiekami.

Taaaak… Pierwszą będę nazywał Spełnienie, drugą Rozkosz.

——————————————————————————————————————————–

Dlaczego się tak uzewnętrzniam? Bo to nudne, napisać, że kupiłem sobie nowe kolumny Monitor Audio RS5, które w porównaniu do moich poprzednich Wharfedale 8.4, są mniejsze, ale jak się miało okazać, nadrabiają to doskonale jakością brzmienia. Był to jednak trochę rzut na taśmę – warunkiem było: kolumny mają być czarne (fetysz), napędzić muzyką pokój 20m^2, do skutecznej pracy (pełnym pasmem) nie potrzebują wykręcania głośności do skali zagłuszającej słowa osób w pomieszczeniu.

Przyjechał kurier, zapiąłem pudła w domu, puściłem zapętloną płytę, żeby się wygrzały i poszedłem do roboty. Na drugi dzień przysiadłem wieczorem posłuchać, co potrafią. W jury zasiedli: Loreena McKennitt, Sweet, Ozzy Osbourne, The Doobie Brothers, Kansas, Marillion, UFO, klasyka z References Recordings, Breakout, Grand Funk Railroad.

Wniosek? W zasadzie zdziwienie. Kolumny wygrzane dnia poprzedniego pewnie potrzebowały jeszcze trochę ruchu, ale i tak, pokazały, że wiedzą o co chodzi w muzyce. Obawiałem się nieco ich metalowych membran C-CAM, czy nie spowodują zbytnio metalicznego i szczebiotliwego przekazu. Ale firma Monitor Audio akurat ten element rozpracowała już całkiem nieźle. Góra – naprawdę, ale to naprawdę zaskakuje szczegółowością, choć jak podkręcić wzmacniacz, w niektórych momentach jest na granicy. Dół – zupełnie inna kultura basu, niż na poprzednich Wharfedale’ach. Nie schodzi tak nisko (wg. producenta do 40Hz), ale jest bardziej sprężysty i wyrazisty. Potrafi łupnąć, jak na takie liliputy. Średnica jest ułożona i nie przeostrzona. No i wokal, to klasa sama w sobie (może po prostu słucham dobrych wykonawców). Wyciągnięty od kolumn, nie przyklejony do głośników – to się może podobać. Scena zrobiła się o wiele szersza, można określić czy instrument gra z przodu, czy z tyłu – poprzednio miałem problemy ze ścianą dźwięków. I istotny szczegół – kolumny najlepiej słuchać bez maskownic, które jednak nieco przycinają (przytłumiają) przekaz.

Monitor Audio RS5Kolumny mają swoje ograniczenia – o ile poprzednie Wafle (150W) potrafiły wytrzymać przy gałce na 12stej-13stej, to MA RS5 (100W) miękną gdzieś tak koło 11stej. Skuteczność deklarowana przez producenta to 90dB. W końcu mogę posłuchać całości pasma po cichu.

Reasumując – jestem zadowolony, choć trochę mnie wystraszyły swoją posturą 🙂 Oczywiście nie do każdego zestawu te kolumny się nadadzą – mam ciepło grający wzmak (Xindak A-06), Marantz CD6002 też jest ‚miękki’, to i efekt na kolumnach całkiem nieźle brzmi.

Zapach popiołu o zmierzchu

Nic tak nie odświeża spojrzenia na rzeczywistość, jak wygodny fotel i rozjaśniająca mroki dnia pochmurnego muzyka. Dzisiejsze godziny wieczorne należą do Wishbone Ash i… w zasadzie, którejkolwiek ich płyty. A weźmy pierwszą z brzegu, płytę ‚Wishbone Ash‚ z 1970 roku.

Wiele tej płycie się zarzuca. W sumie, to ich pierwszy krążek w składzie Powell, Turner, Turner, Upton, można zatem rzecz potraktować jako wspólną próbę wstrzelenie się w klimat. No zgoda, od wstrzeliwania są próby. Ale materiał na płycie pokazuje potencjał zespołu i rozpoczyna sukces (skromny, ale zawsze) grupy.

Największym przekleństwem, a może i zbawieniem tego zespołu, jest… Brak charyzmatycznego wokalu. W tych czasach wszyscy wielcy dysponowali ‚pieśniarzem’, który skalą i mocą głosu zrywał czapki z głów. W Wishbone Ash wokalny duet Power-Turner… Nie wgniata w fotel. Niemniej, po przesłuchaniu całości materiału, można odnieść wrażenie (nawet pewność), że to nawet lepiej. Takie kompozycje jak Handy i Phoenix, przytłoczone słowami, nigdy nie zapadłyby tak w nastrój i pamięć, jak w obecnej formie. I skromność frontalnie wykrzyczanego przesłania pozwala na wyciągnięcie z rękawa najważniejszego asa tej kapeli – dwóch gitar prowadzących (Powell-Turner). To jest to, za co po dni ostatnie będę chwalił i ciągle wracał do wspomnianych Handy, Phoenix, zapadającego w pamięć rytmu Lady Whiskey… Piękne rozmowy między strunami, przepływające dźwięki z jednej gitary w drugą, istny majstersztyk…

Druga, nie mniej ważna postać na płycie, to odpowiedzialny za perkusję Upton. Totalna masakra rytmiczna. Tego słucha się jak w transie, człowiek na nowo przypomina sobie, że perkusja to nie tylko stopka, ale i talerze. Rewelacja.

Krążek wydaje się krótki, jednak, to masa dobrej muzyki – może nieco roztrzepanej stylistycznej… Ale dryfującej we właściwym, progresywnym kierunku przyszłych dokonań tych fenomenów klimatu.

ps. To prawdopodobnie ostatni wieczór z moimi czarnulkami, stąd taki nastrój na wspominki z pierwszych płyt paru zespołów…

Rick Wright

Zwykle, a raczej z reguły, staram się nie pisać o zmarłych. Ale dziś odszedł od nas jeden z założycieli zespołu Pink Floyd, Rick Wright. Pierwszy był Syd Barrett, teraz Rick.


(1943-2008)

Cóż, człowiek zostawił po sobie kawał dobrej muzyki – i to ona zadecyduje o tym, jakim go zapamiętamy.

Jego śmierć może byłaby jedną z wielu, wszak pewne pokolenie się powoli wykrusza. Jednak po powrocie do domu dzisiejszego wieczora, włączyłem sprzęt, zapuściłem płytę ‚Wish You Were Here’ i uruchomiłem komputer. Wtedy się dowiedziałem.

Z Floyd’ami u mnie to jest w ogóle dziwna sprawa. Starałem się jak mogłem unikać tej muzyki – w myśl, skoro wszyscy tego słuchają, ja będę inny. Wyszukiwałem tony różnych dziwnych, nieznanych zespołów, kontemplowałem totalnie dziwaczne brzmienia, aranżacje, wokale. Mam płyty o nazwach, których nikt by nigdy nie szukał i się nie spodziewał znaleźć. A włączam płytę zespołu Pink Floyd i jestem w innym świecie. Nie da się ich pominąć, zapomnieć, zaszufladkować. Urośli w sławę, ale to tylko ich nazwiska stały się sławne i rozpoznawalne. Muzyka przebiła kokon stereotypów, poznania i rozumienia. Można wskazać wiele zespołów grających dziwnie, inaczej, subtelnie, tajemniczo – lecz to dźwięki Pink Floyd trafiają w ‚to coś’.

2112

Akurat trafił się dziś dzień, kiedy nieskrępowanie mogę poddać się dobroczynnemu wpływowi decybeli na organy wewnętrzne. I już trzeci raz leci Rush ze swoim flagowym ‚2112’ (1976). I po raz trzeci, wciąż nie mogę się nacieszyć tymi dźwiękami i inwencją artystów. Pewnie przesłucham i czwarty raz ten krążek. Bo rzecz jest kreatywna i za każdym razem odkrywa przed słuchaczem jakiś smaczek.

Płyta ‚2112’ nie jest może najbardziej progresywną z dorobku zespołu. Można powiedzieć, że poszli w komercję. Połączyli progrock z cięższym hardrock’iem, by nie stracić klientów-miłośników tego i tego. Ale gdyby dzisiaj grano taką komercję, to zacząłbym dawać na tacę. Główny klimat płyty tworzy 20sto-minutowy ‚2112 Overture’, podzielony na siedem różnorodnych instrumentalnie ‚podrozdziałów’. Ambitne i fantastycznie zaaranżowane mocne granie, przeplata się z nostalgią i marzeniami ukrytymi w tekstach. A teksty tworzą przed nami futurystyczną wizji świata, w którym wszystko zostało ułożone przez prawa i nakazy Federacji, decydującej za ludzi co jest dla nich słuszne i właściwe.

We’ve taken care of everything
The words you hear the songs you sing
The pictures that give pleasure to your eyes
It’s one for all and all for one
We work together common sons
Never need to wonder how or why

Można utonąć w tym klimacie, bez dwóch zdań. A panowie z Rush bez zahamowań grają dalej i udowadniają, że w tych latach byli (są) jednymi z tworzących najsprawniej i najswobodniej karkołomne parady riff’ów i dźwięków. Płyta ‚2112’ broni się po latach, w moim odczuciu, bez problemów. W zasadzie, nie jestem w stanie wskazać słabego kawałka na tym krążku. No po prostu nie mogę.

A w trakcie tego pisania przed moimi oczami ponownie zaczęła się przewijać opowieść o świecie opanowany przez dyktujących jak żyć i myśleć… Dobrze, że to opowieść z happy end’em.

[youtube Z6zZ3c4p62E]

Chcesz usłyszeć – nie kupuj!

Ponieważ 98% społeczeństwa sieciowego opiera swój gust muzyczno-jakościowy o pliki mp3, ten wpis będzie nosił znamiona antyreklamy.

Uwaga, antyreklamuję:

Jeżeli chcesz usłyszeć wszystkie niuanse zgromadzonych przez Ciebie na dysku plików mp3 – nie kupuj słuchawek AKG K 530 LTD!

Koniec antyreklamy.

Słuchawki AKG K 530 LTD przywędrowały do mnie dzisiaj (pani listonosz puka zawsze dwa razy) i zostały od razu poddane testowi. Czyli wpiąłem je w dziurę, którą aktualnie miałem pod ręką – wyjście jack w moich głośniczkach komputerowych. Głośniczki te, codziennie wypluwają w moją stronę muzykę zgraną na komputer dla łatwości do formatu mp3 (ogg) i ja tę muzykę przyjmuję bez zastrzeżeń. Raz lepiej, raz gorzej, ale do delektowania się dźwiękiem posiadam sprzęt inny. Ten sam materiał muzyczny puszczony na słuchawki nabrał nowej jakości. Jakości kompresji stratnej. Szumy, nerwowe poszukiwanie uchem góry pasma, instrumenty kończące się w połowie częstotliwości wybrzmiewania i generalnie – plastik.

Słabe słuchawki kupiłem? Nie w tym rzecz – po podłączeniu do dziury w stacjonarnym CD wszystko jest jak należy – ale już z normalnej płyty audio. Ich pasmo (17hz-26KHz) przenoszenia jest bezwzględne dla dokonań serwowanych z poziomu komputera. Może nagrania flac i inne, gdzie nie ma takiej straty materiału, zagrają lepiej (ba, na pewno). No ale – nie po to kupiłem te słuchawki, żeby szukać zaginionych częstotliwości w mp3.

A przy okazji kolejna ciekawostka, która dziś mi przez przypadek wpadła w ręce (uszy). Zaciągnąłem program do testowania progu słyszalności swego ucha (może nie do końca temu dedykowany). Program niestety w wersji dla Windowsa, ale pod Wine działa bez problemu i nawet go nie trzeba instalować. Ale w czym rzecz. Założenie naukowe jest takie – z wiekiem człowiek traci słuch, przez co obniża mu się zakres słyszanych wysokich tonów. W moim wieku i po dawce muzyki jaką sobie serwuję (a raczej jej natężeniu), powinienem oscylować w granicach 14 – 15KHz (i ten głuchy muflon będzie pouczał o stratach w mp3?). Odpaliłem programik i wskoczyłem od razu na 20KHz, włączyłem test i… Na głośnikach, jak i na słuchawkach słyszę pisk. Przy zmniejszaniu amplitudy, w okolicach 6% przestałem go słyszeć. Autosugestia? Zakłócenia z wnętrza komputera? Być może. Ale bez ceregieli, przy amplitudzie 1-2% słyszę dźwięk w okolicach 14KHz – 16KHz. Im amplituda większa, tym mniejsze problemy z usłyszeniem.

Program nie jest absolutnie wiarygodnym testem na głuchotę. Ale zawsze to jakiś wzrost samooceny 🙂

Translate »