przystajnik

GIMP 2.10 za 1.2.3…25 błędów

Wpis mógłby się rozpocząć „Dawno dawno temu w odległej galaktyce” i dla wszystkich byłoby jasne, że mowa jest o mitycznym wydaniu edytora GIMP 2.10. Bowiem od momentu ostatniego stabilnego GIMPa 2.8.0 minęło już pięć lat (maj 2012 roku) i przez ten czas otrzymywaliśmy aktualizacje naprawcze w rzeczonej serii. Postęp jaki dokonywał się na boku i w deweloperskiej wersji 2.9.x był dla wielu użytkowników niedostępny i tak samo tajemniczy jak i cała przyszłość tego edytora graficznego. W obliczu pogłębiającego się marazmu wydawniczego i widmie zapomnienia, twórcy podjęli decyzję o przyśpieszeniu.

GIMP 2.9.8 i nowa jakość edycji gradientów

W skrócie można to opisać tak: Obecna wersja 2.9.8 jest na tyle dobra, że mrozimy całość i czekamy na aktualizację tłumaczeń oraz usunięcie ostatnich 25 błędów. I niech się stanie GIMP 2.10. Tak, dokładnie 25 błędów stanowi przeszkodę jaka dzieli nas od wiekopomnej wersji 2.10. W podsumowaniu roku 2017 deweloperzy pochwalili się postępami prac oraz jakością jaką osiągnięto. Przypomnijmy. Dla GIMPa 2.9.8 nie stanowią już problemu obrazy o przeróżnej głębi bitów na kanał. Nie jest też już niczym zaskakującym wielowątkowa praca filtrów GEGL, operacje w liniowej przestrzeni barw, poprawna obsługa CIE LCH oraz CIE LAB, optymalizacje transformacji obrazu, edycja gradientów „na płótnie”, informacje o obszarach prześwietlonych i niedoświetlonych, itp. W obliczu tak konstruktywnych uzupełnień i poprawek, powoli jedynym argument przeciwko GIMPowi staje się dziecinne „nie, bo nie”.

Czynnikiem który pozwoli skutecznie i szybko pożegnać się z napotkanymi błędami to po prostu… Więcej deweloperów zaangażowanych w projekt. Po przejściowym okresie grozy, gdy nad programem pracował czynnie jeden koder, obecnie wygląda to już lepiej. Znacząco w procesie twórczym udziela się nie tylko lider projektu, Michael Natterer, ale również i Jehan Pagès, Ell oraz Øyvind Kolås. I inni. Jednak nadal każda pomoc jest mile widziana.

Oczywiście GIMP 2.10 nie będzie panaceum na wszystko. Port programu do wersji GTK+3 jest przewidziany na wersję 3.0.0. Podobnie wsparcie dla Waylanda, lepsza współpraca z tabletami Wacom, czy obsługa HiDPI. Dlatego im szybciej zobaczymy 2.10 tym szybciej rozpocznie się wędrówka w stronę 3.0.0. Oby do tego momentu standardem nie stało się GTK+4.
 

Post navigation

39 comments for “GIMP 2.10 za 1.2.3…25 błędów

  1. Krzysztof Tukiendorf
    2 stycznia, 2018 at 18:54

    I to właśnie jest piękne w wolnym oprogramowaniu… ciągle gdzieś z tyłu. Jak ukaże się wersja 2.10, to zaczną orać przez następne 5 lat by przejść z GTK+ 2 na 3… a w między czasie wyjdzie GTK+ 4 lub nawet 5. Kupa nie robota…

  2. Aspa
    2 stycznia, 2018 at 20:12

    W zamkniętym oprogramowaniu piękne jest to, że zapewne jest bardzo podobnie lub nawet gorzej, ale że jest ono zamknięte, to zwyczajnie nie zdajesz sobie sprawy, ze być może w MS czy innym Adobe maja jakieś lepsze biblioteki, ale rzeźbią w starszych, bo taka była decyzja szefów… Albo zaimplementowali nowsze, ale część funkcji jest tylko połatana rozpaczliwie, by z tymi nowszymi działać… Tego się nie dowiesz, bo nie masz dostępu do kodów źródłowych, nie wiesz, jaka jest struktura programu ani zależności i powiązania z innymi elementami systemu. A jak nie wiesz to cię nie boli 🙂

  3. Aspa
    2 stycznia, 2018 at 20:16

    Pracuję na wersji developerskiej już od ponad roku i dopiero ostatnio wycięła mi drobnego psikusa – nie byłem w stanie nic rysować ani malować na warstwie, działało tylko wypełnianie zaznaczonego obszaru. Cóż począć, uroki wersji rozwojowej. Jednak generalnie zmiany w serii 2.9.xx idą w zdecydowanie dobrym kierunku i choć do nadrobienia jest jeszcze naprawdę sporo – to, co już zrobiono napawa optymizmem.

  4. Benizn
    2 stycznia, 2018 at 20:44

    Jakie z tyłu? W orbicie Gimpa pracowało/pracuje 1-4 osoby, więc trudno mieć pretensje, że na pewne rzeczy trzeba czekać. Nad Libreoffice, tuż po wyodrębnieniu się z OO, 20 osób potrzebowało ponad 2 lat, aby dokonać refaktoryzacji kodu. Taka jest specyfika open source i patrząc na to, co dzisiaj jest i jakie te programy zrobił postęp nie nazwałbym tej pracy kupą. Droga wolna, potrzebujesz przodów, bierzesz Adobe za 20 euro miesięcznie, pozostałym zostaw te tyłu – dla wielu one są jedynymi programami z których mogą skorzystać.

  5. artek
    2 stycznia, 2018 at 22:47

    jeden z bardziej zawodnych programów a Linuxa, nie wierzę że kiedyś będzie stabilny

  6. Pseudodrummer
    3 stycznia, 2018 at 1:32

    nie wierzę ,że mówisz prawdę,i że kiedyś powiesz

  7. rr
    3 stycznia, 2018 at 6:19

    I tak zawiera mniej błędów, niż jedno twoje zdanie :>

  8. K
    3 stycznia, 2018 at 6:46

    „Oby do tego momentu standardem nie stało się GTK+4.” – z tego co mówili developerzy GTK wersja 4 nie ma być rewolucją a ewolucją GTK3. Przejście na GTK4 powinno odbyć się w miarę bezboleśnie.

  9. 3 stycznia, 2018 at 14:02

    Potwierdzam, wersję deweloperską GIMPa też mam „w standardzie” i nie sprawił mi do tej pory żadnych problemów. Jednak doskonałe odczucia niweczy brak widocznej optymalizacji szybkości działania filtrów.

  10. Aspa
    3 stycznia, 2018 at 16:08

    To prawda, nawet tu kiedyś o tym pisałem. Na mojej całkiem wydajnej stacji, której mocy starcza na obrabianie video 4K, niektóre podstawowe filtry GIMPa pracują w sposób ‚widoczny’ – widać dokładnie gołym okiem, jak zmiany są nanoszone na obraz. Te same zdjęcia, na znacząco słabszym laptopie, na którym używałem jeszcze jakiś czas temu PSa – zmieniały się błyskawicznie. Po ‚zwielowątkowaniu’ bibliotek GIMPa jakiś postęp jest, ale nadal jest… wolno.

  11. artekp
    3 stycznia, 2018 at 22:10

    widze ze prowda o linuxprogrmach tutaj nie jest mile widziana, kij z wami zaklamane dzieciaki, siedze na linuchu nascie lat ale do idealu to mu bardzo daleko

  12. Pseudodrummer
    3 stycznia, 2018 at 22:40

    Widzę,że Ty niemile widzisz krytykę na swój temat,i w odwecie używasz inwektyw.
    Proponuję ad rem,a nie ad personam.
    Może nam,dzieciakom,powiesz coś o „linuchu”,czego nie wiemy?
    Czekam z niecierpliwością

  13. Aspa
    4 stycznia, 2018 at 0:35

    No niestety ‚z tyłu’… Dla wielu potencjalnych użytkowników oprogramowania FOSS instaluje jakieś distro Linuxa i oczekuje, ze to będzie Windows, tylko darmowy, Libre to będzie darmowy MSO, zaś GIMP to Photoshop, za którego nie trzeba płacić – co oczywiście nie jest prawdą, nigdy nie było i nigdy nie będzie. Z punktu widzenia tych osób bardzo wiele programów FOSS jest zapóźnionych i prymitywnych – i rzeczywiście przy zachowaniu tej perspektywy tak jest: bo kontekst, w jakim te programy powstają nie ma dla krytyków żadnego znaczenia…
    Zabawne, ale w zeszłym tygodniu miałem ożywioną dyskusje na ten temat na jednym z forów fotograficznych, na którym poinformowałem o windowsowej wersji Darktable zachęcając jednocześnie koleżanki i kolegów do spróbowania tego programu, którego ja z powodzeniem używam także w komercyjnych zastosowaniach, co IMHO jednoznacznik przeczy twierdzeniu, ze się nie da. Jeden z kolegów – sam będący głównym developerem dużego systemu informatycznego w branży finansowej – odparł, że ludzie pracujący nad FOSS odwalają kichę i jako przykład podał prośbę (wraz z uzasadnieniem) o implementację jakiejś sensownej funkcji w jakimś projekcie na githubie, która najpierw developer odrzucał, a jak już zaimplementował to ‚po swojemu’ i bez sensu. Po wymianie zdań kolega przyznał, ze mógłby sam napisać odpowiedni kod, ale… on stara się nie siadać do programowania po pracy ze względów zdrowotnych. Rozumiem, ale jak można wymagać od kogoś, kto po pracy siada jednak do programowania dla dobra ogółu, że nie chce czegoś zrobić, albo robi inaczej, niż my uważamy za optymalne, skoro dla nas samych to, co ów człowiek robi to już zbyt wielkie poświęcenie?
    Drugi z moich dyskutantów stwierdził z kolei, że jego kompletnie nie interesują ‚zakulisowe’ aspekty softu: jest oferowany, ma działać i być dobry i to dla użyszkodnika powinno być jedyne kryterium wyboru. On tak wybierał miedzy RAWTherapee zdaje się a Lightroomem i wybrał, oczywiście, Lightrooma, który bije RT na głowę (pod względem łatwości i intuicyjności obsługi… tak, jest to prawda). Kolega ów żyje w przekonaniu, że ‚sprawiedliwie’ potraktował oba projekty a fakt, że jeden z nich wspiera – bo nawet jak sprawdzał triala LR, to funkcjonalność tego triala była wspierana milionowymi wpłatami jego wcześniejszych użytkowników, zaś ów kolega sam do tego grona dołączył, kupując licencję na pełną wersję, tym samym dając zespołowi wsparcie do stworzenia jeszcze lepszej zachęty – czy zanęty – dla kolejnych użyszkodników. Drugiego zaś nie wspiera – bo sprawdził za darmo program, którego większość ludzi używa również za darmo, albo za jednorazową, symboliczną opłatą, a odrzuciwszy – nie zadał sobie trudu posłania twórcom paru groszy wsparcia w ramach podziękowania za dostarczenie ALTERNATYWY do wyboru i porównania. Krótko mówiąc jest to sytuacja, gdy jesz za free obiad w darmowej jadłodajni a potem w restauracji z trzema gwiazdkami od producenta opon płacąc za posiłek tym razem spory rachunek i po wyjściu masz pretensję do jadłodajni, ze było mniej wykwintnie… I masz głęboko w dudzie, że skoro ciebie stać na restauracje, to może warto rzucić parę groszy do skarbonki przy jadłodajni, bo są ludzie, których na gwiazdki nie stać, a bywają głodni… a kiedy ty sam kiedyś będziesz głodny, a kasy nie będzie, albo przejesz się zwyczajnie tym wykwintnym żarciem, to może zamiast szczawiowej z jajkiem ta jadłodajnia będzie już mogła zaoferować gulasz sojowy z ryżem i pieczarkami, jeśli ktoś ją czasem wesprze?

  14. Aspa
    4 stycznia, 2018 at 1:13

    Wersja stabilna jest… stabilna. Wersja developerska jak na taką – też całkiem nieźle sobie radzi. Nie wiem, gdzie widzisz problem, bo o ile można mówić o brakach czy stagnacji w rozwoju wielu funkcji programu, to braku stabilności zarzucić mu nie można a piszę to z perspektywy użytkownika, który nie ma jakiejś wielkiej wiedzy o Linuksie a do tego używa z założenia podatnej na niestabilności dystrybucji rolling opartej na Archu.

  15. Aspa
    4 stycznia, 2018 at 1:19

    A mógłbyś zdefiniować ów ‚ideał’? Bo mnie się wydaje, ze są zastosowania, w których nie wymyślono nic lepszego od ‚linucha’ (ciężko posądzać projektantów i użytkowników pięciuset najpotężniejszych na świecie superkomputeróœ, kosztujących dziesiątki lub setki milionów dolarów każdy o to, że wybrali Linuksa jako OS z powodu jego darmowości, nie sądzisz?), choć są na pewno i takie, w których istnieją rozwiązania lepsze – na przykład jeśli twoje życie zależy od gier komputerowych. W zastosowaniach ‚desktopowych’ na pewno są ludzie, którym Linuks nie wystarczy, choćby z tego powodu, że niezbędne im narzędzia nie istnieją w wersji na Linuksa i nie mają wystarczająco dobrych zastępników. Jednak dla wielu – w tym mnie – wszystko, czego do pracy potrzebuję pod Linuksem jest dostępne i w całkowicie akceptowalnej jakości.

  16. Benizn
    4 stycznia, 2018 at 1:21

    Ale ja tylko mówię, że trzeba znać miarę. W Adobe pracuje pewnie około 1000 programistów i trudno oczekiwać od Open Source, że ze swoimi kilkoma dotrzyma kroku komercyjnym programom. Poza tym otwartoźródłowe mają właśnie taką przewagę, że nie muszą podążać w swojej szeroko rozumianej koncepcji do wytycznych (jak powinien wyglądać, działać itp.) komercyjnych odpowiedników i hegemonów. Taki LibreOffice wykonał naprawdę gigantyczną pracę i jedyną przewagą MSO jest część analityczna-biznesowa Excela (wkładając w to makra i rzeczy bazodanowe) plus wydajność, cała reszta jest już na poziomie swojego komercyjnego odpowiednika. Nigdy nie gloryfikowałem programów otwartoźródłowych, ale też nie rozumiem tego przekonania, „że w barze mlecznym to musi być tylko złe jedzenie a na pewno gorsze niż w tej restauracji z „dwudziestoma gwiazdkami miszelina”. Pewnie, że jak kogoś stać na LR to na pewno nie jest to Kowalski, który obrabia zdjęcia z wakacji. Dziś każdy korzysta z Windowsa (bo dostarczony z komputerem), ale z całą odpowiedzialnością twierdzę, że Linux wstydzić się nie musi i nie jest biednym bratem. Wręcz przeciwnie. Z ostatnim zdaniami zgadzam się z tobą i też jeszcze podkreślam, że te programy, nawet jak ubogie, robią swoją obecnością różnorodność. A wygodne repozytoria? Daję sobie uciąć głowę, że za lat 5-10 zawitają w Windowsie – i ten skromny Linux jest faktycznie taki zacofany? Nie! Jest inny.

  17. Benizn
    4 stycznia, 2018 at 1:23

    Poza tym nie raz tak jest, że taki programista np. od Adobe po godzinach trzaśnie jakaś łatkę do otwarto-źródłowego projektu alternatywnego. Połowa programistów od XFCE pracuje obecnie na etatach w Google.

  18. Benizn
    4 stycznia, 2018 at 1:35

    Są programy teoretycznie do tyłu, ale są takie jak np. VLC, które „pozamiatały” swoją liczną komercyjną i niekomercyjną konkurencje. I w tym przypadku raczej nie spodziewam się, że w przeważającej większości użytkownicy Windowsa sypią jakimś groszem na ten program i zestaw bibliotek.

  19. takijeden.ninja
    4 stycznia, 2018 at 10:45

    Masz rację i jednocześnie jej nie masz 😉
    Nie da się do FLOSS i komercji przykładać miary 1:1. Są rozwiązania lepsze i są rozwiązania w jakiś tam sposób gorsze. Pytanie jest czy użytkownik korzysta z wszystkich możliwości oprogramowania i realnie widzi braki, które mu bardzo przeszkadzają czy np. tylko mu się interfejs nie podoba? Bo narzędzie trzeba dobrać nie tylko do określonej roboty, ale i do istotnych jej zewnętrznych uwarunkowań.

    Co do porównania z tanią jadłodajnią to ja się nie zgadzam. Nie o kasę tu się rozchodzi, a o możliwości i uwaga… wygodę. Stację roboczą z linuksem stawiam raz – dwa, większa część softu wpada z repozytoriów, a tylko niewielka ilość komercji wymaga aktywacji. Aktywacje jak wiadomo bywają upierdliwe (limity itd.), więc im mniej ich jest tym lepiej.

  20. 4 stycznia, 2018 at 11:07

    Widziałem wspomnianą dyskusję, zastanawiałem się nawet, czy nie przyjść Ci w sukurs 🙂 Ale mnie tam nikt nie zna.

    Tak czy owak koncepcja porównywania komercyjnego oprogramowania a odpowiednika opensource ma się tak, jak porównanie efektów pracy z fabryki samochodów a domorosłego dłubacza. Z fabryki taśmowo wychodzi masówka produkowana pod oczekiwania masowego odbiorcy. Zatem klient przychodzi, płaci, dostaje to czego oczekuje lub dostaje coś w ramach kompromisu cena – jakość. Tymczasem sąsiad dłubacz bierze na warsztat starszy model, przerabia, spawa, poprawia, montuje chromowane upiększenia… I z racji tego, że robi to sam jeden, po godzinach pracy, na własny koszt i z dostępnych materiałów, wyprodukowanie cacuszka zajmuje mu np. rok. Po skończonej pracy prezentuje swoje dzieło który da się jeździć, mieszczą się w środku cztery osoby, ma sensowny bagażnik. Ale publika próbując porównać to z osiągnięciami masowymi dostrzega, że kształt auta jest alternatywny (np. sprzed 20 lat), nie ma w środku gniazd usb, bluetoooth, asystenta parkowania itp. I nic nie zmieni ich oceny, nawet argument, że niegdyś ludzie byli w stanie jeździć samochodami bez klimatyzacji.

    Jest to wynikiem postępu i rosnącego zapotrzebowania społeczeństwa na wygody. Owszem, elektronika i automatyka ma swoje plusy. Żyjemy w zabieganych czasach, zatem skrócenie niektórych czynności o kilka minut to już jest jakiś wymierna korzyść. Podobnie z oprogramowaniem, fajnie mieć przycisk „napraw fotkę” który robi ze zdjęcia arcydzieło. Jednak jeżeli oddamy wszystko w ręce automatyki, to co za jakiś czas nazwiemy sztuką? Już obecnie sztuka musi uciekać się do tak odjechanych form, że większość tego nie pojmuje lub nie rozumie. Automatyka w Lightroomie jest w porządku, w końcu pracują nad nią rzesze programistów w swoich godzinach pracy za które otrzymują wynagrodzenie. Zdziwiłbym się, gdyby temu programowi czegoś brakowało. Ale ganienie Darktable, że ma coś zrobione inaczej niż Lightroom bądź też za mało w nim automatyki wskazuje na postawę wymienioną powyżej. „Wymagam tego i tego i nie ważne, czy za to płacę czy nie”. Skrajna niewdzięczność i niezrozumienie koncepcji opensource a tym samym brak szacunku dla siebie i swoich ciężko zarabianych pieniędzy. Bo jak inaczej ocenić kogoś, kto karmi komercyjną firmę coraz to kolejnymi transzami opłat za program, a tym samym nie zastanowi się, co by było, gdyby przekazał te pieniądze ludziom, którzy stworzyli Darktable a w którym brakuje mu tego i tego. Może byliby w stanie dopisać/poprawić takie narzędzia? A korzyść? Dorzucam się do rozwoju i mam program rozwijany przez lata i za który mogę zapłacić kiedy uznam za stosowne i o ile w ogóle.

    Owszem, niektórzy twórcy opensource unikają wikłania się w taką zależność. Wolą nie być sponsorowani i nie mieć żadnych zobowiązań wobec użytkowników. Ale to jest piękne, że nawet jeżeli ktoś nie chce tego zrobić, to ktoś inny może stworzyć forka projektu i np. ogłosić rozwój z dotacji np. z Kickstartera. Możliwości są nieskończone. A zamknięty Lightroom? Za jakiś czas może podrożeć, może zmienić się nie do poznania, użytkownicy nie będą mieli wpływu na jego kształt, a wręcz… Może zniknąć z rynku. Osobiście czułbym się jak skończony baran z kwitem na kilkaset dolarów utopionych w program, który po iluś tam latach nie spełnia moich oczekiwań lub kompletnie go już nie ma.

  21. Aspa
    4 stycznia, 2018 at 11:40

    Ależ napisałeś dokładnie to samo, co ja, tylko może inaczej obaj rozłożyliśmy akcenty. Co do ostatniej kwestii – z punktu widzenia użytkownika, administratora masz rację. Ja pisałem o pieniądzach, bo tak się złożyło, ze sporo podróżowałem po obszarach świata dużo biedniejszych od naszego i zwyczajnie wiem, że ten darmowy FOSS, którego używanie u nas często jest kaprysem czy wyborem ideologicznym tam może – oczywiście przy wielu dodatkowych warunkach – dosłownie uratować komuś życie, dając pracę, poprawiając infrastrukturę, wzmacniając wątłą demokrację czy ochronę praw człowieka. A skoro my, w bogatszym świecie używamy FOSS za darmo do swoich celów – to do cholery wspierajmy go. Nawet jeśli tylko sprawdzimy jakiś FOSSowy program by ostatecznie wybrać (i zapłacić…) komercyjny odpowiednik, to poślijmy parę groszy twórcom tego gorszego rozwiązania. Bo skoro chcemy, zeby yło lepsze – to jedyny sposób…

  22. Krzysztof Tukiendorf
    4 stycznia, 2018 at 11:44

    Kwestę zaglądania w kod źródłowy sobie darujmy, bo i tak bez sporych środków i zaufanego audytu można sobie co najwyżej popatrzeć i tyle się z tego ma. Jak dla mnie „dostępny kod źródłowy” to taka mantra powtarzana przez wyznawców wolnego oprogramowania, która z życiem ma niewiele wspólnego.

  23. Aspa
    4 stycznia, 2018 at 11:50

    Nie mogę się z Tobą bardziej zgodzić – świetnie ubrałeś w słowa to, co chciałem w tamtej dyskusji przekazać moim oponentom (BTW – zabieraj głos. Mnie tam też nikt nie zna, a gadam ile mogę :-)).
    Dodam jedynie, ze w przykładzie z odrestaurowanym samochodem jest nawet inaczej: takie dopieszczone cacko wzbudza zachwyt. ludzie oglądają się za nim na ulicy, podziwiają majsterkowicza, dziennikarze robią z nim wywiad i publikują zdjęcia. I nie chodzi o ‚zacofanie’ samej konstrukcji, ale o podziw, że się człowiekowi chciało, że potrafił, że URATOWAŁ zabytek techniki etc. Natomiast od programów FOSS wielu oczekuje bezrefleksyjnie, ze będą kopiami programów komercyjnych, a jeśli będą inne – to ‚lepsze’ (cokolwiek to znaczy). Jeśli nie są kopiami albo nie są lepsze – to nie tylko taki delikwent ich nie używa (do czego ma prawo, oczywiście), ale wszem i wobec ogłasza, ze to badziew i odradza próbowanie innym… Jeśli jest to osoba znana na forum fotograficznym na przykład, to wielu początkujących go posłucha i nigdy takiego DT nie spróbuje. A jeśli już – to z negatywnym nastawieniem od początku…

  24. Aspa
    4 stycznia, 2018 at 11:57

    Tu jest jeszcze jeden aspekt – gdy kupujesz komercyjny soft, to przynajmniej część pieniędzy, jakie płacisz jest przeznaczana na… ‚mainstreamowanie’ produktu. Wszelkie licencje dla uczelni i szkół, szkolenia i kursy dla nauczycieli, różnorakie certyfikaty ze znajomości danego softu promowane jako ‚wspieracze’ awansu, kariery, sukcesu w szukaniu pracy – to wszystko sprawia, ze po kilkunastu latach w systemie edukacji młody człowiek trafia na rynek pracy z przekonaniem, że znajomość MS Office ( a nie generalnie pakietów biurowych) jest dla niego wartością i… znajduje potwierdzenie, bo pracodawcy szukają ludzi z ‚biegłą znajomością pakietu MSO’, choćby na danym stanowisku mieli jedynie wysyłać korespondencję seryjną do klientów, co pod Libre da sie zrobić równie dobrze, jak w produkcie MS.

  25. 4 stycznia, 2018 at 12:02

    Jednak wolę sytuację, kiedy mam opcjonalną i ewentualną możliwość sprawdzenia kodu źródłowego. Nawet jeżeli z tego nie skorzystam to wolę mieć taki wybór niż go nie mieć. To nie jest też tak, że paranoicznie dopatruję się w zamkniętym oprogramowaniu dziur, furtek i wykradania danych. Jednak przykłady ostatnich lat dowodzą, że zamknięty kod nie zawsze gra z nami w otwarte karty.

  26. Aspa
    4 stycznia, 2018 at 12:24

    Ja na pewno się do tego grona nie zaliczam, ale są ludzie, którzy mając dostęp do otwartego kodu są w stanie zrozumieć/wyłapać/poprawić wiele rzeczy i wystarczy choćby wejść na forum Phoronixa (a są miejsca pod tym względem bardziej spektakularne) by zobaczyć, jak to działa w praktyce. W przypadku kodu zamkniętego nie mogą nawet próbować, z oczywistych względów. Poza tym mój wpis nie dotyczył tego, że otwarty kod jest lepszy, tylko podważał twoje zarzuty, że rozwiązania otwarte oparte na otwartych bibliotekach często są ‚łatane’ a całość to ‚kupa nie robota’. Zasugerowałem, że dokładnie taka sama ‚kupa’ może być w oprogramowaniu zamkniętym, ale jej nie krytykujesz, bo zwyczajnie… nie masz pojęcia o jej istnieniu. O ile wiem swego czasu ‚wyciekła’ część kodu źródłowego Windows 10 i ludzie, którzy te kawałki analizowali byli dość mocno zaszokowani bałaganem, jaki w kodzie znaleźli…

  27. pavbaranov
    4 stycznia, 2018 at 12:41

    Wbrew pozorom możliwość zaglądnięcia w kod źródłowy ma do rzeczy i to wiele. Każdy, kto choć raz zbudował cokolwiek z dostępnego kodu źródłowego wie, że to jest błogosławieństwo. I nie jest to żadna mantra, a po prostu pewien wymóg. Masz kod – masz wiedzę dlaczego coś nie działa (nie buduje się, buduje, ale np. nie otwiera itd. itp.) i możesz coś z tym spróbować zrobić. W przypadku zamkniętego rozwiązania masz możliwość zgłoszenia tego jedynie jego twórcom, którzy mogą, ale nie muszą wykonać jakikolwiek ruch (sam usłyszałem z pewnej firmy: błąd nam znany, ale zostanie naprawiony prawdopodobnie dopiero w przyszłej wersji).
    Doprawdy nie mam sporych środków i nie potrzebuję zaufanego audytu, kod źródłowy jednakże jest mi bardzo przydatny.
    Wszystko zatem zależy od punktu… siedzenia. Jeśli ktoś chce być wyłącznie konsumentem – jego prawo, jego wybór. Z życiem to może mieć, ale nie musi dużo wspólnego.

  28. pavbaranov
    4 stycznia, 2018 at 12:43

    Jesteś pewny, że w ogóle GIMP przejdzie na Gtk+ 3? 🙂

  29. Krzysztof Tukiendorf
    4 stycznia, 2018 at 13:37

    To, że ktoś zbudował coś ze źródeł w cale nie oznacza, że musi wiedzieć co w sumie zrobił. Wpisanie 3-4 poleceń w konsoli nie zrobi z Ciebie eksperta od programowania. Do tego podchodzisz do tego tak jakby każdy umiał programować, a może uściślijmy, że przeciętna osoba w tym kraju ma problem ze zrobieniem sobie late z ekspresu od kawy. Nie wspominając już o tym, że dalej można znaleźć osoby traktujące tackę z napędu optycznego jak podstawkę pod kubek z kawą…

  30. Krzysztof Tukiendorf
    4 stycznia, 2018 at 13:48

    Stwierdzenie „kupa nie robota” nie tyczyło się niskiej jakości kodu, tylko faktu, że zanim dane rozwiązanie nabierze odpowiedniej dojrzałości, to pojawi się nowa wersja bazowej biblioteki i programiści zamiast rozwijać projekt bawią się w przenoszenie oprogramowania na nową wersję biblioteki. Najlepszym przykładem jest KDE, które moim zdaniem zaczyna zataczać jakieś magiczne koła i w każdym kolejnym wydaniu odkrywa koło na nowo. Sam przerabiałem KDE4 i szczerzę podziwiam siebie z tamtego okresu, że chciało mi się bawić w co 5-minutowe wysyłanie commitu o kolejnym błędzie.

  31. pavbaranov
    4 stycznia, 2018 at 14:26

    Dla Ciebie kod źródłowy może być zbędny i wyłącznie „mantrą” powtarzaną przez „wyznawców wolnego oprogramowania”. Dla kogoś innego to cenne źródło informacji. Patrząc na cokolwiek wyłącznie przez pryzmat swojej osoby można dojść do bardzo błędnych wniosków.
    I ręczę Ci – kod jest przydatny nie tylko ekspertom, nie tylko programistom. Nie jestem ani jednym, ani drugim, a jednak możliwość zaglądnięcia do kodu umożliwiła mi zbudowanie doprawdy dużej ilości paczek.

  32. pavbaranov
    4 stycznia, 2018 at 14:30

    Postępu nie zatrzymasz. Niemniej jednak przykład KDE jest chyba najgorszym jaki mogłeś znaleźć. Ani KDE4 nie było „przenoszeniem” KDE 3 na nowe biblioteki, ani też Plasma 5/KF5 nie jest „przenoszeniem” KDE4 na Qt5 🙂
    Co ciekawe – KDE używam jeszcze od czasów wersji bodaj 3.2, siedzę przy komputerze dość sporo i zaiste nie miałem potrzeby wysyłać raportu (nie commitu) o błędzie co 5 minut. Może zatem co najmniej część owych błędów tkwiło gdzie indziej niż w KDE? Przeglądnij choćby raporty błędów na bugs.kde.org – ile spośród nich dotyczy np. wadliwego paczkowania w dystrybucji, błędów w bibliotekach zewnętrznych czy… wadliwego użytkowania przez użytkownika 🙂 I dotyczy to każdego, dowolnego, oprogramowania.

  33. Aspa
    4 stycznia, 2018 at 14:48

    Przepraszam, ale głupio argumentujesz. Fakt, coraz więcej osób ma problem z przeczytaniem informacji prasowej ze zrozumieniem, i im zapewne otwartość kodu źródłowego jest totalnie obojętna, podobnie zresztą jak fakt istnienia bibliotek. Niezaprzeczalne jest, że bywa taka wiedza przydatna jednostkom. Ale – te jednostki, które potrafią zrobić z tego użytek – MAJĄ TAKĄ MOŻLIWOŚĆ. W przypadku kodu zamkniętego – NIE. I to jest ZASADNICZA, fundamentalna różnica, której znaczenia nie zmienia liczebność tej grupy, która ma wystarczająca wiedzę, by z otwartości kodu źródłowego skorzystać. Jeśli mnie coś przerasta, to mogę poprosić kolegę @pavbaranow o wyjaśnienie i on może być na tyle miły, że korzystając ze swojej przebogatej wiedzy i dostępności kodu źródłowego – rozwiąże mój problem. W przypadku kodu zamkniętego: doopa zbita, najmilszy znajomy z forum mi nie pomoże… Ma to też wpływ na jakość kodu, bo mając świadomość, że te nieliczne jednostki, które potrafią zrobić użytek ze źródeł – mogą ‚zrecenzować’ moją pracę, jako programista przykładałbym się do niej. A jeśli coś by mnie przerosło – to byłaby szansa, ze znajdę na skrzynce e-mail z informacją: słuchaj, to i to powinieneś zrobić inaczej, jak wynika z twojego kodu…

  34. Krzysztof Tukiendorf
    4 stycznia, 2018 at 14:49

    Odpowiem Ci cytatem z Twojej własnej wypowiedzi: „(…)Patrząc na cokolwiek wyłącznie przez pryzmat swojej osoby można dojść do bardzo błędnych wniosków.(…)” i zaręczam Cię, że nie patrzę tylko przez pryzmat własnej osoby.

  35. Krzysztof Tukiendorf
    4 stycznia, 2018 at 14:59

    Nie dosłownym „przenoszeniem”. Każde kolejne wydanie bazowało na nowej wersji Qt i za każdym zabawa w przenoszenie aplikacji zaczynała się od nowa. Dlatego też piszę o nieustannym wymyślaniu koła na nowo. Co w sumie sprowadza się do faktu, że pierwsze wydania nie należały do dość stabilnych środowisko pracy.

    Pracowałem na openSUSE, które swego czasu miało ponoć najlepiej dopracowaną wersje KDE i 4 działała tam tragicznie. Co do 3 to potwierdza się to co pisałem… produkt osiągnął dojrzałość, to porzuconego by zacząć zabawę w KDE 4. Czwórka dojrzała, to wg. planu przeniesiono się na KDE 5.

  36. pavbaranov
    4 stycznia, 2018 at 16:11

    Krótko – postęp. Uruchom (nie w XWayland) jakąkolwiek aplikację opartą o Qt < 5. Chesz mieć zawsze to samo, "stabilne" – to Twoim wyborem winno być np. OpenBox, FluxBox itp.
    I – cóż – jestem dziecko szczęścia. Sprzęt dobieram pod linuksa. Dystrybucję – pod siebie. Działa "stabilnie" jak skała.

  37. pavbaranov
    4 stycznia, 2018 at 16:34

    Nie przekonam Cię. Niemniej jednak wcale nie muszę. Dam jedynie przykład. Masz aplikację. Zostaje stwierdzony błąd. Błąd zostaje naprawiony, ale… trafi do następnego wydania. Mając kod źródłowy możesz bez problemu zrobić sobie patch, który błąd usuwa, nałożyć na źródła, skompilować i cieszyć się poprawnie działającą aplikacją. Ręczę, że funkcjonuje, bo sam korzystam.
    Przykład drugi – zostałem poproszony o zrobienie paczki dla kogoś, kto nie potrzebował w tej aplikacji pewnych funkcji. Zrobiłem. Ów ktoś zadowolony, bo mniejszy program, mniej obciążony, szybciej się uruchamia itd. Musiałem znać część kodu (nie cały, bowiem jest on w całości dla mnie niezrozumiały). Wystarczyło.
    Przykład trzeci – program nie kompilował się. Wystarczyło dać prostą instrukcję sed i kompilować zaczął.
    Przykład czwarty, piąty… setny…
    Tak – nie są to rzeczy, które każdy zrobi. Dzięki kodowi jednak, który jest dostępny – każdy może choćby tak banalną wiedzę, jaką ja mam osiągnąć i sprawić, by to, z czego korzysta działo lepiej.
    Można być też konsumentem: mi się należy. I tu odpowiem tyle: nie FOSS dla niego.

  38. Benizn
    5 stycznia, 2018 at 1:12

    To jest też (z tą alternatywą dla biedniejszych) celny argument za FOSS, choć z drugiej strony i taka fundacja Gatesów mocno inwestuje osprzętem w rejony niezinformatyzowane.
    Poza tym pragmatyka – Niemcy czy Szwajcarzy inwestują w LO również dla przeciwwagi wobec MSO, gdyby coś się stało z MSO to taki LO zawsze jest bezpieczną bazą. Tym bardziej wobec komercyjnych programów, które w swoje działce zmonopolizowały udziały.

  39. Przemek
    21 stycznia, 2018 at 12:56

    Ciekawe czy cmyk będzie 😀

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *

This site uses Akismet to reduce spam. Learn how your comment data is processed.

Translate »