przystajnik

Monthly Archives: Październik 2011

Wejście i wyjście w rytmie PulseAudio

Już kiedyś o tym miałem pamiętać, ale zapomniałem. Dlatego po dwóch godzinach dociekań, przełączania kabli i szukaniu dziury z tyłu komputera, muszę sobie to zanotować.

Środowiska bardziej rozbudowane, jak GNOME i KDE, prawdopodobnie same z siebie posiadają w domyślnej konfiguracji PulseAudio obsługę jednej z dość istotnych cech karty muzycznej tzn. równoczesną obsługę wejścia i wyjścia audio. Pozwalam sobie na takie przypuszczenia, albowiem w GNOME udało mi się chyba bezboleśnie podłączyć wytykę jack do _wejścia_ liniowego w karcie muzycznej, zaś drugą wtykę jack do _wyjścia_ – i dźwięk który ‚wpuszczałem’ przez wejście słychać było na wyjściu. Normalne.

Niestety w XFCE 4.8 domyślne narzędzia do obsługi kart muzycznych, jak też sam mikser, nie pozwalają na jakieś wymyślne kontrolowanie naszych strumieni audio. Ponieważ jednocześnie jako osoby postępowe stawiamy na nowoczesne rozwiązania typu PulseAudio, jesteśmy w dwukropku (podwójna kropka). Nie dość, że mikser w XFCE z PulseAudio zna się tylko z widzenia, to na dodatek PulseAudio ignoruje wejścia na karcie muzycznej (czy też przekazywanie tego sygnału dalej).

Dlatego koniecznym będzie podjęcie kroków w postaci doinstalowania miksera o wdzięcznej nazwie pavucontrol, jak również małe zabawy w terminalu. Pavucontrol – bo potrafi zapanować na urządzeniami obsługiwanymi przez PulseAudio, wybrać które wyjście i jak ma być obsługiwane, itp. Pełna kontrola. Terminal z kolei, bo zakrojone na szeroką skalę badania wykazały, że nasz serwer dźwięku musi mieć załadowane odpowiednie moduły, aby odtwarzał na wyjściu to, co my mu odtwarzamy na wejściu. Owe tajemne receptury zezwalające na swobodny przepływ treści fonicznej to module-null-sink oraz module-loopback. Dlatego najpierw na próbę w terminalu dodamy je do PulseAudio (powinno zadziałać i bez sudo):

sudo pactl load-module module-null-sink
sudo pactl load-module module-loopback

A gdy osiągnięty rezultat nas zadowala, dodajemy je na stałe do domyślnej konfiguracji PulseAudio:

sudo gedit /etc/pulse/default.pa

… i dopisujemy gdzieś na końcu:

# input to output
load-module module-null-sink
load-module module-loopback

Oczywiście należy pamiętać o odpowiednim ustawieniu kanałów we/wy za pomocą pavucontrol. Czyli najpierw w zakładce ‚Konfiguracja’ wyłączamy i wyłączamy karty muzyczne, jak też określamy konfigurację ich we/wy. Następnie w ‚Urządzeniu wejściowym’ upewniamy się, że mamy wybrane odpowiednie wejście. Podobnie na ‚Urządzeniu wyjściowym’ – wybieramy wyjście, gdzie mamy wpięte głośniki. Upewniamy się też, że żadne z powyższych nie jest wyciszone lub wyłączone.

Kupić, nie kupić, porównać warto – NeatImage i NoiseNinja

Wbrew obiegowej opinii, dla Linuksa istnieją płatne aplikacje, czyli dostępne dla użytkownika na zasadzie wymianie waluty w zamian za możliwości. Nawet taka specjalistyczna dziedzina jak obróbka zdjęć doczekała się paru pozycji, które warto wziąć pod rozwagę budując swoją cyfrową ciemnię. Wybór nie jest może wybitny, szczególnie na tle oferty programów opensource, jednak są narzędzia którym warto przyjrzeć się z bliska. Jak zatem wyglądają płatne programy do usuwania szumu ze zdjęć? Znalazłem dwa takie (programy, nie zdjęcia) w samodzielnych wersjach dla Linuksa – mianowicie NeatImage oraz NoiseNinja. Nie są to programy wybitnie drogie, szczególnie biorąc pod uwagę, że zwykły amator raczej się nimi nie zainteresuje.

NoiseNinja występuje w wersjach cenowych od $30 do $80, w zależności, czy chcemy wersję z pluginem do Photoshopa, trybem interaktywnym, itp. Dostępne jest demo, które zapisuje obraz z nałożoną gustowną kratką. Najnowsza samodzielna wersja 2.2.0 programu pochodzi z 2009 roku, stąd też może niech archaiczny wygląd, który możemy lekko podrasować programem qtconfig-qt3 (paczka qt3-qtconfig). Do uruchomienia na platformie 64 bitowej konieczna jest paczka ia32-libs. Wielordzeniowe procesory są obsługiwane tylko w licencji Pro.

NoiseNinja 2.2.0

Twórcy programu skupili się obecnie na rozwoju wtyczek do Photoshopa i Lightrooma. Algorytmy usuwania szumu zastosowany w NoiseNinja jest również użyty w innym płatnym programie dla Linuksa, Bibble Pro (kompleksowe wywoływanie zdjęć RAW).

NeatImage z kolei w wersji 7.0 został wydany w maju 2011 roku. Na Linuksie potrafi wspomóc się układami graficznymi NVIDII (CUDA), bez problemu obsłuży wiele rdzeni (każda licencja), umożliwia też optymalizację wykorzystania CPU+GPU (prosty, ale skuteczny benchmark). Za program trzeba zapłacić, w zależności od wersji, od $40 do $70.

NeatImage 7.0

Obydwa programy posiadają jedną bardzo ważną funkcję – mianowicie profile. Po automatycznej detekcji charakterystyki szumu na zdjęciu, możemy zapisać ją do późniejszego wykorzystania. Programy potrafią same rozpoznać, który profil przy danym zdjęciu będzie najlepiej użyć (wg. modelu aparatu, ISO, danych EXIF). Również obie aplikacje odczytują zdjęcia .jpg oraz .tiff.

Wszystko zatem wygląda całkiem nieźle, lecz jak sprawdza się w działaniu i czy warte jest tych pieniędzy? Postanowiłem wziąć pod lupę dwa najpopularniejsze darmowe programy do wywoływania zdjęć (Rawtherapee i Darktable) i skonfrontować je z płatnymi aplikacjami. Rzecz jasna – nie ma możliwości stuprocentowego porównania, gdyż każdy program stosuje inne algorytmy, posiada inną siłę parametrów, itp. Przyjąłem zatem, że jakimś wyznacznikiem mogłoby być zachowanie się obrazu po przetworzeniu wg. tej samej wartości podstawowych parametrów, tj. odszumiania luminacji i chrominacji. Przyjąłem zatem wartości 50% dla luminacji, 70% dla chrominacji (poza NoiseNinja, gdzie parametry te są od -20 do 20 – ‚0’ i dlatego ‚0’ robi za 50%). Poniższy wycinek (o proporcjach 1:1) pochodzi z większej całości wykonanej z ISO 3200.

Bazowy wycinek, 1:1

Jest brzydko, są obszary zapaćkane różnokolorowymi pikselami, jest drobne ziarno, jednym słowem – jest co naprawiać. Co na to programy?

Bohaterowie testu w akcji, 1:1

Nie jest może to najwygodniejsza forma liczenia pikseli szumu na bazowym i wyjściowym zdjęciu, no ale jakieś wnioski można wyciągnąć. Programy na niemal tych samych ustawieniach (luminacja 50%, chrominacja 70%) pokazały, że (najlepiej kliknąć na zdjęciu, potem ponownie prawym przyciskiem i otworzyć w oddzielnej karcie dla pełnego wymiaru):

– Darktable najbardziej zmiękczył detale, zachował kolorystykę, dzięki czemu placki kolorów na czarnym tle też nie zginęły,
– Rawtherapee mocno usunął kolory, zachował jednak chyba najwięcej detali – jednak wespół z szumem mono,
– NeatImage zaprezentował ciekawy kompromis pomiędzy ilością szczegółów a pozbyciem się kolorowego szumu,
– NoiseNinja zgubił szczegóły w nieco mniejszym stopniu niż Darktable, ale też skuteczniej poradził sobie z kolorowymi plackami na czarnym tle.

To niczego nie przesądza. Z tego co widać, te parametry dla Rawtherapee są zdecydowanie za mocne (można uratować więcej koloru, lecz dalsze podciąganie luminacji degeneruje już szczegóły). Darktable wypadł porównywalnie do NeatImage, mógłby nieco lepiej odszumić kolor (ale nawet przy chrominacji 100% nie było widać efektu). NeatImage to całkiem sprytny program. Pozbył się kolorowego szumu, rozmywając co można było rozmyć, jednocześnie zachował szczegóły (napisy). NoiseNinja też nie wypadł źle, nieco mocniej potraktował rozmycie kolorów.

Jak widać, efekty można uzyskać jak nie takie same, to bardzo podobne. Należy pamiętać, że nikt normalny nie ogląda w ten sposób zdjęć – wycinek 1:1 na pełnym ekranie. Na wydruku różnice też mogą być minimalne. Wtedy jednak liczy się jakość zachowanych detali, by ogólnie nie wyszło mydlanie. Gdzie leży przewaga płatnych aplikacji? W obsłudze. NoiseNinja i NeatImage mają pełen komplet narzędzi mocno wspierających automatykę, której w Darktable i Rawtherapee próżno szukać. Oczywiście są to programy zupełnie innego kalibru. Jeżeli jednak ktoś zajmuje obróbką zdjęć nieco ponad standard przeciętnego amatora, warto się zainteresować, w mojej opinii, NeatImage. Wygodny, szybki, z intuicyjnym interfejsem – może się podobać. Przy tym wszystkim uzyskuje wyważone rezultaty.

Desura dla Linuksa

Jakiś czas temu środowisko uświadomionych graczy linuksowych zostało zelektryzowane zapowiedzią natywnej wersji klienta Desury dla Linuksa. Jak zapewne każdy wie, Desura to cyfrowa platforma sprzedaży i dystrybucji gier. Jak wygląda sprawa komercyjnych gier dla Linuksa, też zapewne każdy wie. Tak czy owak, Desura stała się szansą (kolejną, po sukcesach akcji Humble Bundle) zakomunikowania developerom, że rynek gier dla Linuksa też istnieje.

Impuls w postaci niepublicznej wersji testowej klienta Desury poruszył wszystkimi, lecz samoczynnie wygasł. Bo nigdzie nie znalazłem oficjalnej informacji, że sen o sklepie z grami dla Linuksa staje się faktem, tym razem pod postacią publicznej wersji beta aplikacji.

Desura dla Linuksa - to już nie sen i nie mrzonki.

Z witryny Desury można zatem już oficjalnie pobrać linuksową wersję klienta obsługującego przeglądanie, kupowanie i ściąganie gier dla konkretnego użytkownika. Ściągnięty plik najlepiej rozpakować w jakimś katalogu w którym będziemy mieli możliwość zapisu (czyli np. ~/Programy) i uruchomić go. Pobierze sobie on aktualizację (około 40MB) i będziemy mogli zalogować się na swoje istniejące konto, lub założyć nowe.

Przy wyborze gry należy się upewnić, że występuje ona w naszej wersji na naszą platformę (32/64 bity), a po wybraniu gry (np. darmowej) ukaże się nam gustowne okienko postępu. Gra się ściągnie i zainstaluje w katalogu aplikacji (desura/common/nazwa_gry). Stamtąd też można ją próbować uruchomić.

No właśnie, uruchamianie. O ile darmowe gry są pobiera i instalowane, o tyle dodawanie płatnych tytułów do koszyka za pomocą natywnego klienta owocuje błędem „error code -9”. Być może to niemoc mojej lokalnej instalacji, może to globalne ‚chwilowe przejściowe’, tak więc pozostaje nam uważnie śledzić, kiedy będziemy mogli lokować swój kapitał w niezależny przemysł rozrywkowy wspierający Linuksa.

Delaboratory 0.5

Jeżeli z utęsknieniem czekacie, aż GIMP umożliwi dokładniejszą obróbkę kolorystyczną, choćby przez implementację pełnej 16 bitowej dokładności dla efektów… To albo możecie czekać dalej, albo zapoznać się z nowym graczem na podwórku graficznych programów opensource.

Stworzony przez Jacka Popławskiego program Delaboratory 0.5 jest, jak sam autor określa, umożliwiającym poważne ingerencje w kolorystykę pomostem pomiędzy cyfrową ciemnią a GIMPem. Narodziny tego programu były sprowokowane brakiem precyzyjnej obsługi kolorów w programach wywołujących zdjęcia z plików RAW (programy te obsłużyć muszą masę tematów pobocznych), jak też niezadowalające tempo przeskoku cywilizacyjnego (obsługa 16bitów dla każdego kanału) w jedynym bardziej rozbudowanym edytorze graficznym dla Linuksa – GIMPie.

I tak oto Delaboratory po wczesnych wersjach, w wydaniu 0.5 osiągnął stadium całkiem dojrzałej aplikacji. Oferuje przy tym niebagatelne możliwości:

  • zmiennoprzecinkowa precyzję opisywaną przez 32 bity na kanał,
  • natywną obsługę dziewięciu przestrzeni kolorystycznych (RGB, BW, CMYK, CMY, LAB, LCH, XYZ, HSL, HSV),
  • bezstratną obróbkę (warstwy),
  • odczytywanie/zapisywanie 16 bitowych plików TIFF lub 8 bitowych plików JPEG,
  • krzywe,
  • mikser kanałów,
  • efekty nakładania warstw (normal, multiply, screen, overlay, overlay inv, add, add inv, sub, difference, darken, lighten) z możliwością użycia maski,
  • rozmywanie, wyostrzanie,
  • próbnik kolorów, histogramy

Konfrontując to z dowolną linuksową aplikacją umożliwiającą obróbkę kolorystyczną zdjęcia, nie można nie pokiwać z uznaniem głową – chyba żaden program nie zaprezentował jeszcze takiego rozbudowanego podejścia do tematu.

Delaboratory 0.5, zdjęcie przed nałożeniem warstw

Oczywiście należy pamiętać o tym, że Delaboratory nie ma ambicji (przynajmniej na razie) do wywoływania plików RAW, lub też całkowitego zastąpienia GIMPa. Program lokuje się dokładnie między tymi dwoma aplikacjami i ma za zadanie umożliwić totalną kontrolę nad kolorami.

Delaboratory 0.5, zdjęcie po nałożeniu warstw

Oczywiście, przed programem jeszcze mnóstwo usprawnień i poprawek, jak choćby dodanie obsługi większej niż jeden ilości rdzeni naszych procesów, wsparcie się mocą GPU, czy poprawki w użyteczności GUI (w interfejsie daje się nieraz odczuć syndrom ‚programisty’). Jednak polecam zapoznanie się z programem już teraz, bo otrzymywane efekty mogą zadowolić jednego malkontenta.

Delaboratory można pobrać w charakterze źródeł spod tego linka, a użytkownicy Ubuntu (i poniekąd Minta/Debiana) mogą skorzystać z mojego repozytorium Highly Explosive (Lucid/Maverick/Natty/Oneiric). Szybki kurs ręcznej instalacji programu dla Ubuntu:

sudo add-apt-repository ppa:dhor/myway
sudo apt-get update
sudo apt-get install delaboratory

Można też użyć centrum oprogramowania, jak ktoś ma taką ochotę.

PS. wersja 0.5 w repozytorium powinna się pojawić od teraz za jakieś 12 godzin – niestety, Launchpad ma swoje humory.

10 minut ciszy, czyli rzecz o Unity

Na temat Unity promowanego przez Canonical od wydania Ubuntu 11.04, wiele mądrych osób napisało wiele słów. Moje odczucia giną w tumulcie jaki powstał w momencie wdrożenia tego nowoczesnego środowiska. Praktycznie, mógłbym dalej milczeć na jego temat i to najlepiej opisywałoby stan ducha postawionego naprzeciw Dasha, indykatorów i reszty ferajny. Lecz przyjęło się, że najwięcej do powiedzenia mają ci, którzy niewiele wiedzą, zatem nie odmówię sobie radości podzielenia się paroma spostrzeżeniami które nabyłem podczas kilkunastu godzin pracy na Unity.

Wszyscy jesteśmy niewolnikami przyzwyczajeń. Nie można temu zaprzeczyć gdy widzi się osoby z uporem maniaka wykonujące od lat te same czynności w ten sam sposób. W wielu dziedzinach rzecz jasna nie jest możliwe inne podejście do tego tematu, jednak w przypadku zachowań wyuczonych – czemu nie próbować inaczej – np. zamiast samochodem poruszać się po mieście rowerem. Podobnie ma się rzecz z komputerami i naszą wytrenowaną umiejętnością ich obsługi. Myszka, okna, przyciski, klik klik i mija dzień za dniem. Nic zatem dziwnego, że osoby posadzone przed monitorem na którym widnieje inna tapeta ulegają totalnej panice. Mało tego, gdy jeszcze okazuje się, że okna, panel i cała reszta jest nieco inna niż to co utrwaliło się w świadomości jednostki – panice towarzyszy dezorientacja. A wiadomym jest, że człowiek ma tendencję do wrogości wobec tego, czego nie zna.

Ten przydługi monolog wewnętrzny jest niejako próbą usprawiedliwienia się przed samym sobą. Bo z pozytywnych rzeczy jakie zauważyłem w Unity jest jego śliczny, nowoczesny wygląd. Tyle. Kropka.

Faktem niezaprzeczalnym jest, że jeżeli chce się dotrzeć do świadomości społeczeństwa powyżej 1% statystycznego, trzeba poddać się trendom. A ludzie od wieków kupują wzrokiem, zatem śliczny system będzie o wiele lepiej odbierany niż brzydki. Żelazna logika i masło maślane. Unity wpisuje się w standard bycia nowoczesnym z wyglądu. Ładne, kolorowe ikony, tu i ówdzie przeźroczystość, blur, efektowne pojawianie się i znikanie okien. Jest czym oko nacieszyć.

Niestety w parze z pożądaniem rzeczy ładnych, niektórzy ludzie domagają się też ich funkcjonalności. Przez to często musimy wybierać rzeczy brzydki, czy obojętne estetycznie, bo potrzebne są nam do czynności, a nie samego faktu cieszenia oczu. System operacyjny jest traktowany w podobny sposób – niech trwa i wygląda jak wygląda, skoro mogę za jego pomocą porozmawiać z narzeczoną, kontrolować stan kupki banknotów w swoim własnym bankowym skarbczyku, czy zamówić najnowszą elektronikę ku uciesze własnego ego.

Umilające codzienność Unity i typowe wydawałoby się podejście do tematu obsługi komputerów brzmi jak przepis na gwarantowany sukces. I po prawdzie, sukces taki można odnotować. Mnóstwo osób które będzie miało pierwszy raz kontakt z komputerem, poczuje się jak ryba w wodzie – bo brak im będzie bagażu nawyków ciążących na doświadczonych użytkownikach. Wiele pochlebnych opinii Unity zbiera również w ocenach ‚zza płota’, czyli wśród użytkowników Windowsa. Nie wiem, czy to wpływ wyglądu, czy też może użytkowania. Bo by oddać uczciwie sprawę, oglądać strony WWW i sprawdzać pocztę za pomocą Unity można wręcz z przyjemnością. Skąd zatem moja skwaszona mina i tyle głosów wokoło ‚coście nam uczynili, esteci z Canonicala?’.

Istota problemu wychodzi na jaw, gdy próbujemy na nowym interfejsie pracować. Przez pracę cześć z was zrozumie oglądanie WWW, jednak innym przed oczyma staną dziesiątki tabelek i wykresów w arkuszu kalkulacyjnym, jeszcze inni zobaczą rozbudowane IDE z projektem rozpisanym na kilkadziesiąt plików, paru z nas będzie widziało program do obróbki zdjęć, jeszcze ktoś czerń kilku terminali umożliwiających zdalną kontrolę nad serwerami. Każdy swój głaz pod górę pcha. Błogi uśmiech osoby oglądające strony WWW niestety nie udzieli się osobom, które będą musiały w myśl nowych standardów Unity zwalczać swe przyzwyczajenia i będą się co chwilę potykały o:

– zarządzanie oknami, które może nie jest szkodliwe, gdy mamy otworzone dwa, trzy programy. Gdy jednak programów pojawia się więcej, to zmniejszone miniaturki na podglądzie pulpitu robią się nieczytelne, wymuszone przełączanie pulpitów staje się udręką, bo trzeba pamiętać który program gdzie był. Wkrada się chaos, frustracja i ból nadgarstka od machania myszą po ekranie,

– jako istoty dwuręczne powinniśmy swobodnie decydować o roli drugiej kończyny – np. możemy trzymać nią kubek kawy, lizaka, dłubać w uchu, drapać się po brzuchu, itp. Esteci jednak mówią ‚chcesz wydajnie korzystać z Unity – ręce trzymaj na klawiaturze i myszce’,

– biada osobom cierpiącym na chorobę morską, świetnie wyglądający efekt przełączania okien po godzinie potrafi doprowadzić do mdłości ciągłym bujaniem zawartością ekranu,

– nie będziesz wielbił programów cudzych, tylko nasze. Skoro program innej grupy developerów nie ma nadąża z rozwojem i nie potrafi się dostosować do indykatorów, globalnego menu, itp. to piekło i szatani na nich, a do diaska z tobą, jeśli spróbujesz z niego skorzystać. I nawet się nie dowiesz, jeśli taki program ma dla ciebie istotną informację,

– ‚Pracuj w aplikacji na pełnym ekranie’ to jedno z haseł na sztandarach Unity. Niestety nie zostało dopowiedziane co zrobić z programem, który listę opcji ma też po lewej stronie ekranu, akurat tam, gdzie pojawia się menu Unity gdy dojedziemy kursorem do krawędzi. I które to menu radośnie reaguje na nasze kliknięcia,

– ‚jeżeli coś ci nie pasuje, to sobie to przestaw’ – taki argument mogą wytoczyć zwolennicy nowego interfejsu i dobrze wiedzą, że nic sobie nie przestawię, bo Unity w założeniu trzeba brać takim jakie jest. Powstające usprawniacze, opisy gdzie co ustawić żeby osiągnąć jakiś efekt, przypominają mi pionierskie czasy desktopów linuksowych i tylko ja już nie mam 11 lat mniej, by ochoczo poświęcać czas na odkrywanie nieznanego,

Lista zarzutów może by była i dłuższa, ale po co. Próbowałem zrobić na Unity kilkukrotnie podstawowe rzeczy, które wykonuję zwykle na co dzień. Pierwsze dwa, trzy raz – w porządku, ślimaczę się, bo muszę zmienić przyzwyczajenia. Doszło do tego, że zacząłem wspomagać się skrótami klawiszowymi, by po dwóch godzinach mieć lekki zawrót głowy i bolący łokieć. A i tak wszystko robiłem o wiele wolniej niż na standardowym środowisku. Czy to znaczy, że Unity jest kompletnym nieporozumieniem? Nie, to raczej świetna baza do wykonania solidnego środowiska, czego może będziemy świadkami za dwa, trzy lata. Jednak za zamysłem twórców, by odciąć użytkownika od możliwości dostrajania systemu pod siebie musi iść konsekwentna chęć i logicznie wdrażana ergonomia pracy. Bo po raz kolejny w historii rozwoju wolnego oprogramowania wykonywany jest zakręt o 180 stopni i rozpoczyna się od nowa proces zgłaszania błędów, dopisywania opcji, itp. Jednak wiele już teraz zgłaszanych przez użytkowników problemów jest z marszu odrzucana z autorytatywnym stwierdzeniem ‚to nie zgadza się z naszą koncepcją’. To szczególnie niepokojący fakt, jeżeli weźmie się pod uwagę, że cykl wydawniczy Ubuntu został określony na: 11.04 – wdrażamy możliwości, 11.10 wdrażamy możliwości i poprawki, 12.04 wdrażamy poprawki. Czyli teoretycznie w 12.04 nie zobaczymy nic, co diametralnie zmieniłoby odczucia podczas zarządzania kilkoma programami, oraz interakcją między nimi a użytkownikiem.

Efekt może być taki, że Unity zawładnie nietechnicznymi umysłami i stanie się synonimem nowoczesności, wygody i ‚miodności’. A ten 1% technicznych malkontentów niech dalej sobie składa swój warsztat pracy z oddzielnych klocków i przy pomocy tekstowych plików konfiguracyjnych…

Xubuntu i zdesynchronizowany Xrender

… czyli co najmniej jedna rzecz do zrobienia po zainstalowaniu Xubuntu (11.10).

Teorii czar

Błąd ten przewija się przez Launchpad, Bugzille i inne miejsca od dłuższego czasu (paru lat?). Mianowicie, korzystając z kompozytora opierającego się o Xrender, a nie OpenGL (np. Xfwm4 w Xubuntu), esteci zauważą szarpanie się krawędzi okien podczas ich przesuwania, czy też poziome lekkie przesunięcie rozdzielające na pół oglądany materiał video.

Błąd ten jest spowodowany brakiem synchronizacji vblank w Xrender. A opisując to obrazowo: zawartość ekranu jest ‚rysowana’ magicznym pisakiem od góry ekranu do dołu, linijka po linijce. Jeżeli pisak znajdzie się w połowie ekranu i zacznie rysować nasze okno, a my je w tym momencie przesuniemy, to np. połowa lewej krawędzi okna zostanie narysowana na pozycji powiedzmy, 400 piksela szerokości ekranu, a druga połowa na pozycji 410 piksela szerokości ekranu. Czyli pionowa linia będzie nierówna. Jeżeli natomiast użyjemy synchronizacji vblank, to pisak z rysowaniem efektów poczeka do następnego rozpoczęcia rysowania całości ekranu (czyli jak zakończy rysowanie na dolnej krawędzi i wróci do góry). Tyle mądrości, a co począć z tym problemem?

Plan ataku

O ile w przypadku odtwarzaczy można ratować się ustawieniem sterownika wyjścia obrazu na korzystający z OpenGL (Mplayer i pochodne – wyjście obrazu GL), o tyle w przypadku nierównych krawędzi okien mamy nieco zawężone opcje. Otwarta jest kwestia użycia innych sterowników graficznych – zamkniętych od NVIDII lub otwartych Nouveau, analogicznie w przypadku ATI, czy Intela. Jednak szybkie googlanie po sieci wykazuje, że nie zawsze jest to panaceum na nieestetyczne okna. Można też czekać na jakieś usprawnienia w Xrender, jednak strony zainteresowane wydają się trwać w impasie, patrząc wyczekująco na siebie (developerzy menadżerów okien, developerzy Xrender i developrzy od sterowników graficznych). Zatem musimy wymienić Xfwm4 na jakiś menadżer okien który sobie z tym problemem poradzi. A radzi sobie stary, dobry Compiz, wykorzystujący OpenGL do malowania zawartości naszych pulpitów.

Schemat działania jest następujący – instalujemy paczki compiz i compizconfig-settings-manager (zależności się dociągną), na próbę podmieniamy menadżera okien i sprawdzamy czy to jest to co nam pasuje. Następnie dokonujemy zmiany na stałe zastępując w ustawieniach sesji Xfwm4 Compizem.

Przemeblowanie

Najszybciej zrobimy to w terminalu, zatem otwieramy magiczne czarne okienko i bez skrępowania polecamy mu zainstalowanie Compiza:

sudo apt-get install compiz compizconfig-settings-manager

Jeżeli nic się nam nie zbuntowało, podmieniamy Xfwm4:

compiz --replace&

Jeżeli coś pójdzie nie tak (np. nie mamy wsparcia 3d w sterownikach), stosowne info wyświetli się nam w odpowiedzi na to polecenie. W innym przypadku ekran błyśnie, huknie i… Od tej pory Compiz będzie zawiadywał naszymi oknami. Sprawdzamy jak się zachowuje i jeżeli nam odpowiada, przystępujemy do stałej zamiany.

Tutaj są dwie szkoły – globalna i lokalna. Globalnie (dla każdego nowego użytkownika), zmiany dokonujemy w pliku:

sudo gedit /etc/xdg/xfce4/xfconf/xfce-perchannel-xml/xfce4-session.xml

Odnajdujemy ciąg ‚xfwm4‚ i zastępujemy go wpisując ‚compiz‚. Zapisujemy plik.

Teraz dokonujemy zmian na własne potrzeby. Możemy podłubać w pliku

gedit ~/.cache/sessions/xfce4-session-NAZWA_WASZEGO_KOMPUTERA:0

… zamieniając xfwm4 na compiz, bądź za pomocą ustawienia->menadżer ustawień->sesja i uruchamianie->sesja, wyłączyć (zaznaczamy program na liście i klikamy ‚wyłącz’) wszystkie programy zostawiając tylko Thunar, Xfdesktop, Xfce4-panel, Xfce4-settings-helper oraz Compiz. Tak zmodyfikowaną sesję zapisujemy.

Wylogowujemy się i logujemy ponownie. Wyciągamy z szafki zakurzoną plakietkę ‚Geek of the Week’, przecieramy i przypinamy sobie dumnie do piersi.


Podpowiedź nr. 1

W celu zmiany domyślnej dekoracji okna, musimy wskazać jakiś motyw Metacity. W tym celu edytujemy plik:
gedit .gconf/apps/metacity/general/%gconf.xml
… i po odnalezieniu
<entry name="theme"(...)
… w tagu:
<stringvalue></stringvalue>
… zamieniamy nazwę tematu Metacity na własną.

Zapakowane XnView 0.3.9

W związku z licznymi listami ze skargami, protestami, prośbami, czy wręcz groźbami, informuję, że z dniem dzisiejszym w repozytorium ppa:dhor/myway pojawiła się paczka z programem XnView 0.3.9 (najnowsza wersja na dzień dzisiejszy).

Ta świetna przeglądarka plików graficznych posiada niestety zamknięty kod, jednak nadrabia tę dysfunkcję swoimi możliwościami. Jest niewiarygodnie konfigurowalna, intuicyjna i obdarzona w potrzebne funkcje. W stosunku do poprzedniej wersji lista zmian jest ogromna.

XnView MP 0.3.9

W związku z zamkniętym kodem, paczki w repozytorium zawierają binaria udostępnione przez autora programu. Wszelkie usterki należy też zgłaszać na forum tego programu.

Wyciszone Wine 1.3.29

Jeżeli ktoś po aktualizacji Wine do nowszej wersji 1.3.28/29 (przynajmniej) doświadczył problemów z dźwiękiem, padł ofiarą nowoczesnego mechanizmu autodetekcji w Wine. Teoretycznie nowa wersja programu po zainstalowaniu i uruchomieniu dokonuje poprawek w swoich ustawieniach dla konkretnego użytkownika, ale faktem nie do przeskoczenia dla skryptu aktualizującego jest ustawienie na sztywno sterownika dźwięku „pulse”, co owocuje brakiem dźwięku. Wykasowanie wpisu dotyczącego tego sterownika pozwala autodetekcji rozwinąć w pełni skrzydła i wszystko gra jak dawniej.

Najprościej byłoby poczekać na stosowne poprawki, które powinny się ukazać z kolejnym wydaniem Wine, jednak prawdziwi majsterkowicze radzą sobie sami i ręcznie potrafią wykasować klucz:

[Software\\Wine\\Drivers]
„Audio”=”pulse”

… za pomocą polecenia:

gedit ~/.wine/user.reg

Usuwamy wiersze z przytoczoną zawartością, zapisujemy zmiany, i możemy odpalić winecfg by przetestować, czy dźwięk powrócił. Oczywiście zamiast gedita można użyć dowolnego i swojego ulubionego edytora tekstu.

Stare Wierchy – Turbacz – Lubań

Trzy dni, trzy szczyty, wiele potu, łez i niespełnionych obietnic wspomaganych kaloriami z czarnej czekolady i masowo produkowanych batonów XXXXXX. Głównie obiecywanych sobie porannych mgieł, które akurat na ten trójdzień rozproszyły się w morderczej (jak na porę roku) aktywności słońca. Zostało zatem wędrowanie, podziwianie czego słońce nie zakryło wespół z zawiesiną dyfrakcji.

Wybór szczytu-polany Stare Wierchy (973 m n.p.m.) był oczywisty – to najbliższy punkt z możliwością noclegowania, jaki znalazł się w zasięgu po naszym piątkowym lądowaniu w okolicach Gorców. Samo schronisko na Starych Wierchach charakteryzuje się bardzo wyrozumiałą obsługą, świetnie skrojonymi na wysokość ławami w jadalni, dzięki czemu nocleg na nich był czystą przyjemnością, nawet w towarzystwie chrapiącego psa. Turbacz (1310 m n.p.m.) jak przystało na środek złotej polskiej jesieni udało się nam zdobyć niemal równolegle z ekipą rowerową wyruszającą ze Starych Wierchów. Ponownie, gdyby nie słońce, to widoki z Turbacza może by i były warte opiewania – a tak, to pozostaje wybranie się tam porą zimową. Nie do przeceniania pozostaje wkład lokalnej społeczności obsługującej traktor wysokopienny:

– ‚A wicie panowie co to za wioska tam jest?’
– ‚No nie, skąd’
– ‚A bo tu rózni tacy z Krakowa, Warsawy to wsytcko wiedzo jak sie co nazywa, a ja miejscowy nie’

Pasmo Lubania natomiast to dla miłośników lasów pozycja ‚trzeba zobaczyć’. Po pięciu godzinach z przełęczy Knurowskiej podejście na sam Lubań (1225 m n.p.m.) to też klasyka w postaci ‚trzeba przeżyć, by uwierzyć’, szczególnie jeśli porę obiadową wyznaczyło się sobie na rzeczonym szczycie. Sam szczyt – podobnie, jak Turbacz – w innych okolicznościach aktywności słonecznej – bajeczny. I w warunkach utrudniających dotarcie tam crossowcom, quadowcom i innym kochającym przyrodę inaczej.

Tak czy siak – skrawki złotej polskiej jesieni zostały pochwycone w sidła nowoczesnej techniki utrwalającej.

Słowacja dla wytchnienia

Zwykłe dreptanie polną drogą u naszych przyjaciół zza połudnowej, słowackiej, granicy też może być przyjemne i odkrywcze. Głównie, gdy zejdzie się z utartych szlaków i na przełaj zacznie sie pokonywać świeżo (niemal) skoszoną trawę na łąkach. Sama droga równoległa do szlaku wiodącego przez Beskidek w strone Jaworzyny Koniecznianskiej niczym wybitnym może nie jest, w sam raz do przespacerowania się. Za to wyjście parę metrów wyżej w okalające łączki – i już pojawia się klimat Beskidu Niskiego, nawet z opuszczonym (?) PGR’em w wydaniu słowackim.

Pusta Wielka i Tatry których nie było

Pusta Wielka (1061 m n.p.m.) – szczyt w Beskidzie Sądeckim o wybitnych walorach… Borówkowych (no może po Niemcowej). Trasa wiodąca nań z Żegiestowa wyróżnia się tym, że na czarny szlak należy dreptać z własną kosiarką podręczną, żółty opiewa przecudne lasy, niebieski leci w dół na łeb i szyję.

Widoki zaczynają się dopiero na ‚połoninowej’ trasie w kierunku bacówki Nad Wierchomlą. Im bliżej bacówko-schroniska tym jest głośniej, rubaszniej wg. standardów humoru części społeczeństwa odzianego w przewiewne markowe drelichy. Generalnie – na ten dzień to nawet cudny widok na Tatry wolał się schować za mglistą zasłoną wspomaganą promieniami UV. Sama bacówka niczego sobie – standard od naszej ostatniej wizyty znacznie się podniósł, lecz głównie za sprawą klienteli domagającej się lizaków, chipsów i innego śmieciowego żarcia.

No ale z czegoś takie ośrodki się muszą utrzymywać.

Maroko – standard wycieczkowy inaczej

Nie ma co się oszukiwać – były wakacje, były wycieczki, są i zdjęcia. Wybitne arcydzieła nie powstały, ale taki już urok podróżowania w ramach zorganizownego spędu wczasowiczów.

Na pierwszy ogień – wyjazd do Maroka. W przeciwieństwie do standardu o nazwie ‚Cesarskie Miasta’ jaki oferują biura podróży, my zdecydowaliśmy się na nowość – czyli ‚Magiczne Południe’. Jaka różnica? Mniej zabytków, mniej dużych miast, mniej zgiełku turystycznego, za to więcej natury, normalności, zwykłych ludzi i miejsc nie skażonych ‚wielką turystyką’.

Prezentowane zdjęcia to nie jest nawet ułamek materiału jaki stamtąd przywiozłem. Nie jest to też reprezentatywna część tych zdjęć – nie byłem w stanie wyselekscjonować tych ‚the best’. Najbardziej żałuję zdjęć ulicznych – w krajach islamskich jest to zawsze problem, w Maroku też zdażały się protesty, ale mogłem zdecydowanie więcej materiału poczynić.

Samo południe Maroka… Cóż, to trzeba zobaczyć. Małe, klimatyczne miasteczka. Cudowne hotele (nawet w sezonie turystycznym były na naszą ‚własność’ – w całości). Bajeczne pejzaże, rewelacyjna społeczność miescowa – aż dziw bierze, jaka kontaktowa. Natura w całej okazałości – od przełomów rzek i zielonych dolin po pustynne wydmy. No i wszechobecne słońce, dzięki któremu już o godzinie 10tej można zapomnieć o robieniu klimatycznych fotek. Ja oczywiście nie odpuściłem i złamałem taboo, co widać poniżej.

Co się mogło nie spodobać? Zderzenie z wielką cywilizacją, czyli powrót z południa do pierwszego większego cywilizacyjnie Marakeszu. Tam po raz pierwszy byliśmy rozczarowani hotelem, tam też po raz pierwszy próbowano nas okraść (nieskutecznie). Za to plac Dżemaa el-Fna – wart błąkania się po nim do drugiej w nocy.

Translate »