przystajnik

10 minut ciszy, czyli rzecz o Unity

Na temat Unity promowanego przez Canonical od wydania Ubuntu 11.04, wiele mądrych osób napisało wiele słów. Moje odczucia giną w tumulcie jaki powstał w momencie wdrożenia tego nowoczesnego środowiska. Praktycznie, mógłbym dalej milczeć na jego temat i to najlepiej opisywałoby stan ducha postawionego naprzeciw Dasha, indykatorów i reszty ferajny. Lecz przyjęło się, że najwięcej do powiedzenia mają ci, którzy niewiele wiedzą, zatem nie odmówię sobie radości podzielenia się paroma spostrzeżeniami które nabyłem podczas kilkunastu godzin pracy na Unity.

Wszyscy jesteśmy niewolnikami przyzwyczajeń. Nie można temu zaprzeczyć gdy widzi się osoby z uporem maniaka wykonujące od lat te same czynności w ten sam sposób. W wielu dziedzinach rzecz jasna nie jest możliwe inne podejście do tego tematu, jednak w przypadku zachowań wyuczonych – czemu nie próbować inaczej – np. zamiast samochodem poruszać się po mieście rowerem. Podobnie ma się rzecz z komputerami i naszą wytrenowaną umiejętnością ich obsługi. Myszka, okna, przyciski, klik klik i mija dzień za dniem. Nic zatem dziwnego, że osoby posadzone przed monitorem na którym widnieje inna tapeta ulegają totalnej panice. Mało tego, gdy jeszcze okazuje się, że okna, panel i cała reszta jest nieco inna niż to co utrwaliło się w świadomości jednostki – panice towarzyszy dezorientacja. A wiadomym jest, że człowiek ma tendencję do wrogości wobec tego, czego nie zna.

Ten przydługi monolog wewnętrzny jest niejako próbą usprawiedliwienia się przed samym sobą. Bo z pozytywnych rzeczy jakie zauważyłem w Unity jest jego śliczny, nowoczesny wygląd. Tyle. Kropka.

Faktem niezaprzeczalnym jest, że jeżeli chce się dotrzeć do świadomości społeczeństwa powyżej 1% statystycznego, trzeba poddać się trendom. A ludzie od wieków kupują wzrokiem, zatem śliczny system będzie o wiele lepiej odbierany niż brzydki. Żelazna logika i masło maślane. Unity wpisuje się w standard bycia nowoczesnym z wyglądu. Ładne, kolorowe ikony, tu i ówdzie przeźroczystość, blur, efektowne pojawianie się i znikanie okien. Jest czym oko nacieszyć.

Niestety w parze z pożądaniem rzeczy ładnych, niektórzy ludzie domagają się też ich funkcjonalności. Przez to często musimy wybierać rzeczy brzydki, czy obojętne estetycznie, bo potrzebne są nam do czynności, a nie samego faktu cieszenia oczu. System operacyjny jest traktowany w podobny sposób – niech trwa i wygląda jak wygląda, skoro mogę za jego pomocą porozmawiać z narzeczoną, kontrolować stan kupki banknotów w swoim własnym bankowym skarbczyku, czy zamówić najnowszą elektronikę ku uciesze własnego ego.

Umilające codzienność Unity i typowe wydawałoby się podejście do tematu obsługi komputerów brzmi jak przepis na gwarantowany sukces. I po prawdzie, sukces taki można odnotować. Mnóstwo osób które będzie miało pierwszy raz kontakt z komputerem, poczuje się jak ryba w wodzie – bo brak im będzie bagażu nawyków ciążących na doświadczonych użytkownikach. Wiele pochlebnych opinii Unity zbiera również w ocenach ‚zza płota’, czyli wśród użytkowników Windowsa. Nie wiem, czy to wpływ wyglądu, czy też może użytkowania. Bo by oddać uczciwie sprawę, oglądać strony WWW i sprawdzać pocztę za pomocą Unity można wręcz z przyjemnością. Skąd zatem moja skwaszona mina i tyle głosów wokoło ‚coście nam uczynili, esteci z Canonicala?’.

Istota problemu wychodzi na jaw, gdy próbujemy na nowym interfejsie pracować. Przez pracę cześć z was zrozumie oglądanie WWW, jednak innym przed oczyma staną dziesiątki tabelek i wykresów w arkuszu kalkulacyjnym, jeszcze inni zobaczą rozbudowane IDE z projektem rozpisanym na kilkadziesiąt plików, paru z nas będzie widziało program do obróbki zdjęć, jeszcze ktoś czerń kilku terminali umożliwiających zdalną kontrolę nad serwerami. Każdy swój głaz pod górę pcha. Błogi uśmiech osoby oglądające strony WWW niestety nie udzieli się osobom, które będą musiały w myśl nowych standardów Unity zwalczać swe przyzwyczajenia i będą się co chwilę potykały o:

– zarządzanie oknami, które może nie jest szkodliwe, gdy mamy otworzone dwa, trzy programy. Gdy jednak programów pojawia się więcej, to zmniejszone miniaturki na podglądzie pulpitu robią się nieczytelne, wymuszone przełączanie pulpitów staje się udręką, bo trzeba pamiętać który program gdzie był. Wkrada się chaos, frustracja i ból nadgarstka od machania myszą po ekranie,

– jako istoty dwuręczne powinniśmy swobodnie decydować o roli drugiej kończyny – np. możemy trzymać nią kubek kawy, lizaka, dłubać w uchu, drapać się po brzuchu, itp. Esteci jednak mówią ‚chcesz wydajnie korzystać z Unity – ręce trzymaj na klawiaturze i myszce’,

– biada osobom cierpiącym na chorobę morską, świetnie wyglądający efekt przełączania okien po godzinie potrafi doprowadzić do mdłości ciągłym bujaniem zawartością ekranu,

– nie będziesz wielbił programów cudzych, tylko nasze. Skoro program innej grupy developerów nie ma nadąża z rozwojem i nie potrafi się dostosować do indykatorów, globalnego menu, itp. to piekło i szatani na nich, a do diaska z tobą, jeśli spróbujesz z niego skorzystać. I nawet się nie dowiesz, jeśli taki program ma dla ciebie istotną informację,

– ‚Pracuj w aplikacji na pełnym ekranie’ to jedno z haseł na sztandarach Unity. Niestety nie zostało dopowiedziane co zrobić z programem, który listę opcji ma też po lewej stronie ekranu, akurat tam, gdzie pojawia się menu Unity gdy dojedziemy kursorem do krawędzi. I które to menu radośnie reaguje na nasze kliknięcia,

– ‚jeżeli coś ci nie pasuje, to sobie to przestaw’ – taki argument mogą wytoczyć zwolennicy nowego interfejsu i dobrze wiedzą, że nic sobie nie przestawię, bo Unity w założeniu trzeba brać takim jakie jest. Powstające usprawniacze, opisy gdzie co ustawić żeby osiągnąć jakiś efekt, przypominają mi pionierskie czasy desktopów linuksowych i tylko ja już nie mam 11 lat mniej, by ochoczo poświęcać czas na odkrywanie nieznanego,

Lista zarzutów może by była i dłuższa, ale po co. Próbowałem zrobić na Unity kilkukrotnie podstawowe rzeczy, które wykonuję zwykle na co dzień. Pierwsze dwa, trzy raz – w porządku, ślimaczę się, bo muszę zmienić przyzwyczajenia. Doszło do tego, że zacząłem wspomagać się skrótami klawiszowymi, by po dwóch godzinach mieć lekki zawrót głowy i bolący łokieć. A i tak wszystko robiłem o wiele wolniej niż na standardowym środowisku. Czy to znaczy, że Unity jest kompletnym nieporozumieniem? Nie, to raczej świetna baza do wykonania solidnego środowiska, czego może będziemy świadkami za dwa, trzy lata. Jednak za zamysłem twórców, by odciąć użytkownika od możliwości dostrajania systemu pod siebie musi iść konsekwentna chęć i logicznie wdrażana ergonomia pracy. Bo po raz kolejny w historii rozwoju wolnego oprogramowania wykonywany jest zakręt o 180 stopni i rozpoczyna się od nowa proces zgłaszania błędów, dopisywania opcji, itp. Jednak wiele już teraz zgłaszanych przez użytkowników problemów jest z marszu odrzucana z autorytatywnym stwierdzeniem ‚to nie zgadza się z naszą koncepcją’. To szczególnie niepokojący fakt, jeżeli weźmie się pod uwagę, że cykl wydawniczy Ubuntu został określony na: 11.04 – wdrażamy możliwości, 11.10 wdrażamy możliwości i poprawki, 12.04 wdrażamy poprawki. Czyli teoretycznie w 12.04 nie zobaczymy nic, co diametralnie zmieniłoby odczucia podczas zarządzania kilkoma programami, oraz interakcją między nimi a użytkownikiem.

Efekt może być taki, że Unity zawładnie nietechnicznymi umysłami i stanie się synonimem nowoczesności, wygody i ‚miodności’. A ten 1% technicznych malkontentów niech dalej sobie składa swój warsztat pracy z oddzielnych klocków i przy pomocy tekstowych plików konfiguracyjnych…
 

Post navigation

Translate »