przystajnik

Monthly Archives: Luty 2008

Mieszczuch w ogrodzie

W zimie posadziłem sobie drzewo. A co. Przy obecnym poziomie wiedzy, człowiek może się brać za bary z naturą i iść pod prąd wbrew odwiecznemu porządkowi. A drzewo posadziłem takie:

http://dhor.posadzdrzewo.pl

Może wam się też uda posadzić, sadownictwo nie jest takie ciężkie jak przypuszczałem.

Catfish w służbie człowieka

‚A jeśli używam XFCE i Thunar jest moim menadżerem plików z wyboru, to co mam zrobić, jeśli chcę znaleźć plik?’ – pyta odwieczny poszukiwacz rozwiązań oczywistych. Odruchem bowiem stało się klikanie prawym przyciskiem na folder w którym oczekuje się coś znaleźć i wybranie z rozwijanego menu opcji ‚znajdź’. Thunar jednak stawia na intelekt i pomysłowość użytkownika.

Mamy bowiem do wyboru:
– żadnej opcji ‚znajdź’ w menu Thunara,
– skrót ctrl+f który szybko przemieści nas do nazwy pliku/folderu w miejscu w którym się znajduje nasz menadżer plików,
– wmontowanie do menu Thunara zewnętrznego programu do poszukiwań.

I trzecia alternatywa jest najlepsza. W tym celu otwieramy okno Thunara, przechodzimy do Edycja->Konfiguruj Akcję i… Otóż to, dodajemy mały zwinny program, który wspomoże nas w przeszukiwaniu przepastnych sektorów naszych dysków. A programem tym jest catfish, niewielka aplikacja napisana w Pythonie (to jedyny zarzut pod jej adresem). Może nie oszałamia liczbą opcji, lecz do podręcznego i szybkiego lokalizowania plików nadaje się całkiem dobrze.
Można nakazać mu dokładne dopasowywanie nazwy (Exact match), ograniczyć liczbę wyników (Limit results), wybrać metodę wykopalisk (Search method – find, locate, slocate), itp.

Catfish

Witam z powrotem tych, którzy pobiegli wykonać powyższe bez doczytania tekstu do końca. Bowiem, o ile w Ubuntu program Catfish można nabyć zwyczajowym:

sudo apt-get install catfish

(Feisty i Gutsy stara wersja 0.1, Hardy wersja 0.3)

… o tyle w Debianie następuje rozgoryczenie, bo nie ma Catfish’a w repozytoriach. Pozostaje samodzielna kompilacja, a gdy ktoś nie ma *-dev’ów na dysku (lub miejsca na nie), można wspomóc się paczką dla Hardy Herona. Po ściągnięciu instalujemy przez dpkg –install catfish_itak_dalej.deb, czy też przez gdebi. W przypadku wystąpienia problemów z zależnościami, doinstalowujemy je ulubionym przez wielu apt-get -f install.

Powyższa paczka na pewno zadziała w Sidzie, starsze Debiany mogą wymagać bardziej indywidualistycznego potraktowania (starsza wersja paczki lub samodzielna kompilacja).

I jeszcze szybka porada, co wpisać jako polecenie przy Konfigurowaniu Akcji:

catfish --path=%F

W ten sposób Catfish uruchomi się ze ścieżką do zaznaczonego katalogu i ów będziemy mogli przeszukiwać.

Dwie rzeczy, które nieco psują całokształt opinii o tym narzędziu:
– po uruchomieniu proces Pythona zajmujący pi*oko 18MB
– brak wyszukiwania wg. dat

Nie narzekam. A w godzinach pracy i tak wędruję do konsoli i moich grepów, findów i innych magicznych formułek.

RawTherapee 2.3

Po kilku edycjach próbnych (RC) w końcu pojawiła się wersja 2.3 tego świetnego narzędzia do wywoływania i wstępnej obróbki zdjęć w formacie RAW.
W zasadzie, program pojawił się już parę dni temu, ale z tego całego przejęcia i w ferworze testowania, zapomniałem się podzielić tą informację ze społecznością.

Nową formę otrzymała też dotychczasowa strona RawTherapee. Głównie pod kątem przekazywania użytecznych treści potencjalnemu użytkownikowi.

Co się zmieniło w samym programie? Dość sporo, jeżeli chodzi o działanie dotychczasowych narzędzi:

* narzędzie do zmiany rozmiarów zdjęć
* korekcja winietowania
* lepsza kontrola nad kontrastem
* nowe funkcje kadrowania i wypełniania przy obrocie zdjęcia
* wsparcie dla kilkudziesięciu wersji językowych
* mikser kanałów
* dodatkowy algorytm wyostrzania
* interpolacja VNG-4 (specjalnie dla plików RAW z aparatów Olympusa)
* linie kontrolne podczas kadrowania
* lepsza kontrola balansu bieli
* wsparcie dla nowych aparatów (obsługiwanych przez DCraw 8.82/1.398)
* program działa już pod Windows Vista (nareszcie!)

Dla Linuksa dostępne są binarki (w paczce .tgz) dla procesorów z SSE jak i bez. Oprócz tego, mamy kompilacje pod glibc2.4 i glibc2.3. Wystarczy ściągnąć pożądaną wersję, rozpakować, udać się do tego katalogu i odpalić program ‚rt’. Jeżeli ktoś posiada wcześniejsze wydanie RawTherapee i chce użyć tego samego katalogu, lepiej i bezpieczniej (dla własnych nerwów) jest usunąć poprzednią zawartość katalogu.

Jeżeli chodzi o użytkowanie tego kawałka porządnego softu – u mnie działa stabilnie na dwóch komputerach (Debian i Ubuntu 7.10), bez zacięć i niespodzianek. Jedyne czego jeszcze mi brakuje, to pewnie obróbki hurtowej zdjęć (batch) i przede wszystkim, pełniejszej kontroli nad wielkością odbitek. Chodzi o kadrowanie i możliwość wprowadzania rozmiaru w mm i przeliczanie tegoż z użyciem ustawionego DPI (czyli – wiem, jaki rozmiar papieru ma jakiś lab, przychodzę do domu i ustawiam sobie do co milimetra to, co chcę mieć na papierze). Na rzecz tej funkcjonalności nieco lobbuję, nieśmiało, lecz coraz głośniej.

Wspomnieć wypada, że ten doskonały kawałek programu jest bezpłatny, lecz istnieje możliwość wsparcia wolnymi datkami autora. I takie podejście do tematu tworzenia oprogramowania należy wspierać.

Dzień bezpiecznego internetu

Czy dostałeś już dziś prezent? Nie? Upomnij się o niego, dziś dzień świętego internetu… tfu… Bezpiecznego internetu.

Innymi słowy, rodzicu, czy kupiłeś swojemu dziecku pakiet antywirusowy, kontrolujący treści, pakiet antyszpiegowski, oryginalne oprogramowanie nie wymagające crack’owania, itp.?

Choć wg. mnie taniej wychodzi po prostu spędzać czas z dzieckiem przy komputerze i mniej więcej kontrolować co i jak. Ale to przecież są już niemodne i przestarzałe metody wychowawcze…

Kernel jak kernel

Kernel jaki jest, każdy widzi – obecnie zaktualizowałem się do 2.6.24 i czy jest mi z tego powodu lepiej? Technicznie jestem wobec siebie w porządku – nowe serce systemu, z nowym planistą CFS (między innymi), musi być lepiej. Czy przełożyło się to na sprawność systemu? Bez cyferkowych benchmarków – nie odczułem różnicy. Jedyne, czym mnie nowy kernel zaskoczył, to ogłupienie hwclock‚a, który zaraportował, że:

select() to /dev/rtc to wait for clock tick timed out

A, że dzieje się to przy starcie systemu, postanowiłem zareagować na tę obelgę – za rozwiązanie posłużyło dopisanie parametru do /etc/init.d/hwclock.sh i /etc/init.d/hwclockfirst.sh (może ktoś mieć bez .sh):

HWCLOCKPARS="--directisa"

I już spokojnie mogłem wrócić kontemplować nowego planistę. Ale jak pisałem – na oko nic nie można powiedzieć, rewolucji nie odczuwa się w codziennej pracy. Może na wolniejszych maszynach. Aż poczułem się w obowiązku zaemulować sobie wzrost szybkości działania desktop’u i wrzuciłem lekki temat GTK2 Candido-Dread. O tak, teraz przyśpieszyło…

Spam walentynkowy

Zaczyna się. ‚Za chwilę walentynki’ – a w podtekście – pędź do sklepu z wiadrem na prezenty i szastaj kasą, bo takie teraz kanony cywilizacyjne.

Dobrze, że kasę wydałem wcześniej, choć bukiet już przyżółkł. Ale przynajmniej nie będę musiał uczestniczyć w tym wariactwie.

Sweet Fanny Adams (1974)

Po roku poszukiwań w końcu udało mi się dorwać ten krążek (MP3 wygrzebałem z sieci już hoho i jakiś czas temu). Czy było warto szukać tej płyty? Kto zna dokonania grupy Sweet zapewne zgodzi się ze mną, że to najbardziej hardrockowy krążek w ich dokonaniu. Ta glam-rockowa kapela powoli dryfowała w stronę takich riffów i na tej płycie dali upust mocy z jaką potrafili zagrać. Nie jest to może jakaś wirtuozeria, ale radosne granie, przy którym w ponure wieczory można podładować akumulatorki. Od całości odstaje nieco cover ‚Peppermint Twist’, ale reszta materiału łyka się ze stopami wybijającymi rytm w miękkim domowym dywanie (o ile ktoś ma).

Na czele na pewno wybija się otwierające ‚Set me free’, ocierający się o heavy metal ‚Sweet F.A.’ i ‚No You Don’t’. Gitary pracują na obrotach, wokalowi Connolly’emu nie można nic zarzucić, perkusja i bas nie pozostawiają niedomówień. Wartość płytki podnosi pięć bonus tracków (nie we wszystkich wydaniach były dodane).

Zdecydowanie polecam dać upust decybelom, by ta radość grania wywarła i na naszych trzewiach odpowiednie piętno.

2.5 fps po kolana w śniegu

Macie zimę u siebie? Guzik macie a nie zimę.
Oto zima z IV Magurskiego Rajdu. Samochodowego.

samochodzik.jpgsamochodzik4.jpg
samochodzik3.jpgsamochodzik5.jpg
samochodzik2.jpg

To kadry z oesu Gładyszów-Zdynia (1.02.2008). Pewnie w wolnych chwilach coś tam skadruję, poprawię balans bieli, itp. – ale tak wygląda żywioł.

Tak też wygląda moje podejście do rajdów samochodowych, na których się zbytnio nie znam i specjalnym miłośnikiem nie jestem. Chciałem sprawdzić umiejętności po prostu. Łapanie w kadr tych pędzących załóg wysokooktanowych potworów wyciągnęły na wierzch jeden z mankamentów mojego Olympusa E-500 – 2.5 fps to zdecydowanie za mało jak na takie dynamiczną jazdę. 5-ć klatek na sekundkę to było by to (Olympus E-3 moim przeznaczeniem?).
Poza tym, zabawa w te klocki podoba mi się – pięć godzin walki z huraganowym wiatrem, śniegiem w oczy, zaspami po kolana, ukrytymi pod śniegiem pułapkami. I drżeniem o nieuszczelnione body aparatu. Nawiasem mówiąc moje wielosezonowe Trezety Cyclone (ze wskazaniem na wiosnę-lato-jesień) sprawiły się perfekcyjnie w pełnym (acz suchym) śniegu.

ps. poprawiłem nieco surowe zrzuty z aparatu, wsadziłem je w panoramę, wg. mnie teraz lepiej podkreślają pędzące wozy

Translate »