przystajnik

Zwietrzałe procenty moralnego zwycięzcy – Linux na przestrzeni ostatnich miesięcy

Chociaż niewiele osób zwraca uwagę na publikowane tu i ówdzie statystki, to antagoniści Linuksa z mściwą satysfakcją odnotowują comiesięczne fluktuacje popularności tego systemu. Gdy w niepamięć odchodził Windows XP, wróżono gwałtowny wzrost udziału Linuksa na scenie domowych systemów operacyjnych. Podobnie było po premierze Windowsa 8/10 i podobnie jest teraz gdy Windows 7 powoli schodzi ze sceny. I co? Ano może Linux według przeróżnych agregatorów statystyk przebił już mityczny poziom 0.1% udziału, ale czy 2% to coś, czym można się chwalić podczas spotkań rodzinnych? Co poszło nie tak?

Statystki za miesiąc wrzesień 2019 mogą wywoływać mieszane uczucia. Netmarketshare.com – Linux 1.80%, Statcounter.com – Linux 1.74%, Steam – 0.83%, W3schools.com – Linux 6.2%, StackOverflow.com – Linux 53% (dane za 2019 rok). O co tu chodzi? Gdzie uszła cała para z gwizdka propagandy Open Source?

Po pierwsze, należy uświadomić sobie fakt zmieniającej się metodologi pomiarowej. Różne serwisy zbierają te informacje z przeróżnych stron. Na jednych stronach udział użytkowników z Linuksem sięga 70% a na innych 0.2%. To oczywiście słabe wytłumaczenie, ale należy pamiętać, że przeciętny człowiek z Linuksem posiada też dość ukierunkowane zainteresowania. To tak, jakby oczekiwać, że salony Apple będą oblegane przez fanów marki Samsung. Każdy czegoś sobie w tym internecie szuka i ma swoją niszę. Im nisza bardziej specjalistyczna, bym większe prawdopodobieństwo, że kogoś takiego ominą statystyczne żniwa. Czy to oznacza, że statystki bazują wyłącznie na zwykłym konsumencie treści? Poniekąd to prawda. Drugą stroną tej prawdy jest też to, że komercyjne byty skutecznie odcinają i zniechęca użytkowników Linuksa od pełnego uczestnictwa w cywilizacyjnym hedonizmie. Brak linuksowych wersji programów, brak artykułów na temat Linuksa, brak czegokolwiek, z czego mógłby skorzystać użytkownik tego systemu. Czy wobec tego należy się dziwić, że odsetek „pingwiniarzy” wygląda wciąż mizernie na tle systemów za którymi stoją producenci oprogramowania?

netmarketshare

Netmarketshare – Linux na przestrzeni miesięcy, w górę i dół

Owszem, są przypadki chwalebne. To co robi Steam aby wzniecić ducha buntu i uniezależnić platformę rozrywkową z czasem jednak zaczęło przypominać ewolucję niż rewolucję. Mając do dyspozycji te same tytuły i ich podobną wydajność, ale ze wskazaniem na wiodący system, niewielu użytkowników zawraca sobie głowę ideałami. Stackoverflow to nisza w niszy, wystarczy przepytać przeciętne gospodynie domowe o stan ich świadomości na temat tej witryny. Poza tym, jak niestabilne są te wszystkie wyliczenia należy przypomnieć rewolucje w zmianie metodologii badań, podczas których Netmarketshare zaczął zliczać użytkowników Linuksa na poziomie 6%.

Warto też odnotować jeden fakt. O ile w zestawieniu ogólnym Windows, macOS to jednorodne pozycje, o tyle Linux ostatnimi czasy zaczął dzielić się na Chrome OS i Linuksa. Można toczyć dysputy, na ile Chrome OS to Linux, ale bliżej mu do tego miana niż Androidowi. A według różnych statystyk, udział Chrome OS w rynku to już niemal 0.40 – 0.60%.

I na koniec odwieczne „a co nam po statystykach i tych numerkach”. Wbrew pozorom niektórzy patrzą na te liczby. Choćby twórcy oprogramowania, którzy wolą być gloryfikowani przez rzesze użytkowników, niż być klepani po ramieniu przez okularnika w ponaciąganym sweterku. A programy na przestrzeni lat zmieniły się i większość z nas oczekuje rozwiązań oszczędzających nasz czas, dających spory wybór i jeszcze większe możliwości. Niektórzy z nas bowiem używają Linuksa do pracy, twórczości artystycznej i innych dziedzin, w których oferta programów Open Source nie zawsze wystarcza. Skoro już nawet Microsoft zaczął wspierać Linuksa swoimi programami, to chyba musi być bardzo źle. 

Post navigation

41 comments for “Zwietrzałe procenty moralnego zwycięzcy – Linux na przestrzeni ostatnich miesięcy

  1. Piotr
    6 października, 2019 at 15:14

    To prawda niewielka popularność Linuxa nie nastraja optymistycznie ale z drugiej strony niewielka popularność czyni ten OS bezpieczniejszym 🙂

  2. Aspa
    6 października, 2019 at 16:42

    Linux i szerzej OSS są dojrzałe jak nigdy przedtem: dziś bez problemu robię komercyjne zlecenia wykorzystując jedynie tę platformę, a jeszcze 10 – 12 lat temu takie próby były skazane na niepowodzenie, przynajmniej w mojej branży. Przed trzema dniami do mojego domowego studio zawitało urządzenie wielofunkcyjne Brothera, DCP-L 3550 DCW – kolorowa drukarka laserowa, skaner i kopiarka w jednym. Instalacja tego pod Archem zajęła mi 30 sekund, obok używanych wcześniej drukarki laserowej Samsunga i fotograficznej drukarki atramentowej Epsona. Dziesięć lat temu prawdopodobieństwo, że trzy urządzenia peryferyjne różnych producentów będą działać pod Linuksem bez problemu, a ich instalacja sprowadzi się do kilku kliknięć było bliskie zera. Ilość problemów ze stabilnością Linuksa w porównaniu do wiodącego systemu też wygląda bardzo dobrze – ostatnio w pracy na pięć komputerów z Win10, które próbowaliśmy ‚podnieść’ do zalecanej wersji systemu 1903, dwa ‚poszły’ bezproblemowo choć proces trwał około godziny na każdym, jeden wymagał ‚walki’, ale ostatecznie wystartował stabilnie z nową wersją systemu, zaś dwa pozostałe wprawdzie zaliczyły upgrade, ale były przez dwa dni tak niestabilne, że jedynym wyjściem było przywrócenie poprzedniej wersji… Wszystkie to były nowe, nie starsze niż rok maszyny od renomowanych producentów. Tymczasem cztery własnoręcznie wykonane ‚składaki’, zarówno na platformie Intela jak i AMD, na których ostatnio aktualizowałem Archa do najnowszej wersji Kernela/MESY wraz z całą resztą – przeszły przez ten kilkuminutowy proces bez problemu, pracując dokładnie tak samo po, jak i przed, bez najmniejszych zająknięć.
    Dlaczego zatem Linux pozostaje tak ‚niepopularny’? Pisałem już wielokrotnie – problemem jest system edukacji, który za publiczne pieniądze promuje ‚jedynie słuszne’ rozwiązania. Istnieją wprawdzie wyjątki, ale generalnie cała edukacja informatyczna dzieciaków odbywa się na rozwiązaniach mainstreamowych. W procesie edukacji zawodowej uczniowie i studenci zderzają się z doskonałą machiną certyfikacji do jedynie słusznych rozwiązań: nikt nie oferuje im certyfikatu specjalisty w zakresie używania pakietów biurowych, tylko jednego konkretnego pakietu, mianowicie MSO. Moja córka, biegle posługująca się od lat wszystkimi składnikami Libre Office, pod koniec szkoły średniej dostała niesamowitą ofertę uzyskania certyfikatu MOS (Microsoft Office Specialist), przy czym w specjalnym piśmie poinformowano nas, rodziców, że kurs i egzaminy będą ZA DARMO, bo MS był tak dobry, że dał bardzo okazyjną cenę, zaś miejscowe ministerstwo edukacji z rozkoszą ją zapłaciło… Tak czy inaczej publiczne pieniądze, niechby i tylko 50 euro od ucznia, trafiły do korpo, umacniając przy okazji ich monopol. Bo wprawdzie moja córka wie, że istnieją alternatywy i potrafi z nich korzystać, ale dowiedziała się tego od rodziców, a nie w szkole – jej koleżanki i koledzy wiedzą, ze synonimem pakietu biurowego jest MSO, do użycia którego są certyfikowani za free, dzięki doskonałej współpracy MEN z MS.

  3. Aspa
    6 października, 2019 at 21:54

    Niestety, zawsze taka organizacja będzie skazana na porażkę w konfrontacji z instytucjami państwa – a dziś to wygląda tak, że to właśnie państwa, za publiczne pieniądze, wspierają i promują rozwiązania oferowane przez prywatne korporacje i będące de facto monopolem na rynku. Każdy może sobie przeprowadzić prosty eksperyment, wpisując do wyszukiwarki frazę ‚Nowa pracownia komputerowa’, co zwróci wyniki w formie newsów z mediów lokalnych i regionalnych na temat inwestycji szkół (czy szerzej – samorządów) w infrastrukturę do nauki podstaw IT: w zasadzie ZAWSZE są to pieniądze wydane na licencje systemu Windows, MSO, pakietu Adobe… Tak to wygląda w Polsce, ale wcale nie lepiej jest gdzie indziej. Kilka lat temu miałem kontrakt jako junior lecturer w jednej z uczelni artystycznych w Irlandii i starałem się podczas tego okresu promować rozwiązania FOSS wśród studentów – z bardzo praktycznej przyczyny. Owoż zaczynając karierę lub szlifując warsztat projektanta, grafika, animatora czy filmowca, młody człowiek ma wprawdzie dostęp do odpowiedniego sprzętu i oprogramowania na uczelni, ale pracując nad projektami w domu często stoi przed koniecznością użycia ‚legalnej inaczej’ kopii programu mainstreamowego, zwłaszcza tuż po obronie dyplomu, gdy nie przysługują mu już studenckie zniżki a znaczących profitów z pracy jeszcze nie ma. Generalnie moja idea przypadła studentom i kolegom wykładowcom do gustu, ale pomysł, by jakaś dystrybucja Linuksa była trzecią, po MacOS i Win opcją do wyboru podczas logowania do uczelnianych Maków (albo drugą w przypadku pracowni wyposażonych w PCty) upadł w konfrontacji z uczelnianym działem IT, który stwierdził, że to logistycznie dla nich zbyt skomplikowane. W efekcie po trzech, czterech czy pięciu latach (zależnie od poziomu studiów) używania rozwiązań mainstreamowych, młody twórca kupi dokładnie takie samo oprogramowanie do swojej własnej pracowni, bo je zwyczajnie zna i woli zapłacić, niż poświęcić czas na naukę nowych nawyków, nowych narzędzi, nowych sposobów ich użycia: gdyby uczył się ich podczas studiów, sytuacja mogłaby wyglądać inaczej.
    Dokładnie tak samo sytuacja ma się na wszystkich poziomach edukacji, od szkoły podstawowej zaczynając: instytucje edukacyjne ‚dostają’ od dobrych wujków z korpo oprogramowanie po okazyjnych cenach lub wręcz za darmo i tresują młodych ludzi do tego, by w przyszłości zostali klientami tychże korporacji. Idą na to kolosalne pieniądze z kieszeni podatników, bo nawet jeśli programy są oferowane za darmo (choć raczej z reguły tylko ze zniżką edukacyjną), to już państwo płaci za odpowiedni sprzęt i jego aktualizacje (przy użyciu odpowiednio dobranej dystrybucji Linuksa można by na tym zaoszczędzić) a przede wszystkim – za pracę nauczycieli, którzy stają się darmowymi (z punktu widzenia korporacji) propagatorami jej produktów.

  4. Marcin Senyszyn
    6 października, 2019 at 20:11

    Od razu nasuwa mi się rozwiązanie tego problemu – stworzenie organizacji pozarządowej, która nawiąże współpracę z twórcami Ubuntu czy Red Hat, zdobędzie środki finansowe i wyposaży pracownie szkół podstawowej w komputery z Linuxem oraz przeszkoli kadrę tak, aby samym nauczycielom Linux kojarzył się z czymś, co nie ma ograniczeń i by dalej przekazywali to uczniom. W przyszłości, wraz z rosnącym zaufaniem do organizacji i środkami, można wyposażyć pracownie techników pod konkretne zawody, informatyczne, teleinformatyczne czy elektroniczne, a następnie pokusić się o stworzenie polskiej dystrybucji GNU/Linux, np. we współpracy z rządem.

    Jeśli zna pan takie organizacje, proszę o przykłady. Nie chciałbym kopiować czyjegoś pomysłu. W moim przypadku było dokładnie tak, jak pan to opisywał – zawsze Windows i Office oraz nauczyciele podnieceni faktem, że młodzież wejdzie na rynek pracy z umiejętnością… obsługi pakietu od Microsoft.

  5. zbgns
    7 października, 2019 at 13:34

    Przypomniało mi się, jak już kilkanaście lat temu próbowałem nakłonić skanero-drukarkę Brothera (jakiś tani domowy model) do współpracy z Ubuntu. Producent nie ułatwił zadania, bo samo zainstalowanie sterowników nie dawało jeszcze działającego urządzenia – konieczne było jeszcze ręczne wydedytowanie plików konfiguracyjnych i pokopiowanie (albo polinkowanie) plików do odpowiednich katalogów. Tylko bardzo duże zacięcie (wówczas dopiero poznawałem Linuksa i nie miałem nikogo w otoczeniu, kto umiałby mi pomóc) sprawiło, że doszedłem co i jak. Korzystałem z porad w Internecie (głownie pomoc Brothera), ale nie było kompletnego tutoriala, a spora część zwyczajnie wprowadzała w błąd.
    Cztery lata temu zmieniłem to urządzenie na nowsze (ponownie od Brothera). Pakiet sterowników był już zaopatrzony w skrypt, który instalację potrafił wykonać automatycznie. Czyli da się prościej. Tyle że po zainstalowaniu skaner działał wadliwie – zawieszał się po zeskanowaniu jednej strony. Napisałem na helpdesk Brothera, ale nie raczyli mi odpowiedzieć. Na szczęście byłem na etapie wymiany komputera i po przejściu z platformy AMD na Intela wszystko zadziałało (a nie instalowałem nawet nic, przełożyłem tylko SSD z jednej maszyny do drugiej).
    Morał z tej historii wiąże się z tematem wpisu: Linux jest mało popularny więc producent peryferiów komputerowych nie będzie tracił dużo czasu na solidne przetestowanie sterowników (udostępni byle co, co daje pozory działania) i na wsparcie niszowego klienta, który zawraca głowę swoimi kłopotami. Co z kolei przełoży się na zniechęcenie części początkujących linuksiarzy, którzy mogą odpaść na początkowych niepowodzeniach. Przy czym nie jest to krytyka Brothera (i tak zrobili więcej, niż większość ich konkurencji wówczas), tylko ogólna obserwacja. Pozostaje sprawdzać zgodność z Linuksem każdego sprzętu komputerowego, który się kupuje.
    A poza tym, jest i tak o wiele, wiele lepiej niż przed kilkunastu laty. Bariera wejścia obniżyła się bardzo przez ten czas.
    Główną rolę pewnie gra to, że linuksiarstwo wiąże się z ogólnym pogłębionym zainteresowaniem komputerami, a już to nie jest sprawą powszechną. Większość łatwo przyzwyczaja się do rozwiązań, jak w telefonach, gdzie jest oprogramowanie integralne ze sprzętem. Mało kogo martwią ograniczenia funkcjonalne z tym związane (że o braku prywatności nie wspomnę). Np. jest dla minie nie do pojęcia, że coś o tak kulawej ergonomii i ograniczeniach funkcjonalnych jak iOS zdobyło tak wielką popularność (muszę używać, więc wiem). Ale chyba większość tzw. zwykłych użytkowników właściwie lubi, że ktoś narzuca jeden konkretny sposób interakcji z urządzeniem (co z tego, że głupi), bo zbyt dużo wyboru to realny kłopot. To samo jest w przypadku zwykłych komputerów. Windows jest wszechobecny i najczęściej wciskany na siłę, trzeba nieźle się nagimnastykować, żeby kupując komputer nie zapłacić za Windowsa w pakiecie. Więc swoje gra realny brak wyboru, którego dodatkowo mało kto poszukuje.
    No i dochodzi umiejętny marketing poprzez system edukacji chociażby. Pracownie komputerowe oparte na oprogramowaniu MS to jedno. Nie ma w zasadzie kursów obróbki fotografii cyfrowej – pod taką nazwą (albo podobnymi) jest nauka obsługi Photoshopa. Podobnie studia podyplomowe ze statystyki będą odbywać się na słusznym oprogramowaniu, a nie jakimś przypadkowym.
    I nie uważam, że da się to zmienić na siłę. Nie bez nacisku państwa w każdym razie i konsekwentnej polityki w tym kierunku. Poza tym uważam, że to nie będzie skuteczne. Większość ludzi nie odbierze tego, jako coś w ich interesie, tylko wręcz przeciwnie. Np. gdyby wymuszać komputery z Linuxem w szkołach, to będą protesty rodziców. Jako bardziej skuteczne widziałbym ograniczenie się w postulatach. Niech edukacja i urzędy nie działają jako komiwojażer rozwiązań Microsoftu, Adobe itp. odcinając od usług tych użytkowników, którzy nie chcą, albo nie mogą zainstalować u siebie konkretnych płatnych programów (czy nawet bezpłatnych, ale własnościowych). Niech to po prostu nie będzie uzależnione od jednej platformy. Wtedy wszyscy będą zadowoleni – może nie całkowicie, ale wygląda to na sensowny kompromis.
    Ja w każdym razie nie widzę sensu w jakiejkolwiek akcji nawracania na Linuxa w swoim otoczeniu. Można rozmawiać z tymi nielicznymi, dla których to temat do dyskusji, a reszta zwyczajnie nie zrozumie o co mi chodzi. Obecna popularność Linuksa zresztą jakoś mnie nie martwi. Najważniejsze, że jest aktywna społeczność, bardzo dużo oprogramowania, dużo nowości i ciągły rozwój. Zresztą mam wrażenie, że Microsoft już nie jest tak agresywny w obronie pozycji Windowsa jak wcześniej. Było nawet coś o tym, że nie uważają już Windowsa za swój kluczowy produkt, czy coś. Więc może są nawet gotowi się posunąć i zrobić Linuksowi na desktopach trochę miejsca (albo tylko tak mówią).

  6. Aspa
    7 października, 2019 at 20:55

    Na początek wystarczy, aby w programie nauczania tzw. informatyki ujęto szeroko zagadnienie Open Source – ale nie na zasadzie godzinnej pogadanki, tylko fizycznie zainstalowanych na dyskach szkolnych komputerów alternatywnych OSów i podstawowego oprogramowania, uruchamianych jako dual boot w celu ‚zaliczenia’, powiedzmy, trwającego cały semestr modułu, podczas którego uczeń będzie musiał opanować podstawy użycia systemu (co nie jest trudne, wszak różnice miedzy Win a Mintem czy Ubu nie są większe, niż miedzy produktem MS a systemem Apple) i praktycznie go wykorzystać. W czasie trwania tego modułu uczniowie nie powinni dotykać wiodącego systemu, zaś efektem ich pracy winien być jakiś projekt stworzony od początku do końca z użyciem narzędzi FOSS – dzięki temu młodzi ludzie będą przynajmniej wiedzieli, ze alternatywa istnieje i że daje się na niej pracować.
    Powyższe jest możliwe do wykonania na istniejącej infrastrukturze i nie wymaga żadnych nakładów, może poza czasem niezbędnym na konfigurację szkolnych stanowisk, opracowaniem ciekawego programu nauki i – co chyba będzie najtrudniejsze – przygotowaniem merytorycznym nauczycieli. Następnym krokiem powinno być takie rozłożenie akcentów programu, by nauka podstaw pracy z komputerem odbywała się wyłącznie na rozwiązaniach FOSS – ideę funkcjonowania systemu operacyjnego da się wytłumaczyć dokładnie tak samo posługując się jako przykładem Windows, jak i dowolną dystrybucją Linuksa. Podobnie zrozumienie zasad pracy z grafiką rastrową vs wektorowa, nauka podstawowych funkcji składników pakietu biurowego (edytor tekstu, arkusz kalkulacyjny, program do prezentacji, prosta baza danych etc), rudimenta multimediów – to wszystko może i POWINNO być uczone w oparciu o FOSS. Jeśli dzieciak zrozumie ideę warstw w GIMPie czy Kricie – opanowanie PSa nie bedzie problemem. Jeśli złoży proste video pod Shotcutem czy Kdeenlive – będzie wiedział o co chodzi w pracy z PremierePro, jeśli przyjdzie mu się z tym programem zmierzyć. Potem, na tej bazie, można zresztą wdrażać ucznia do szczegółowej pracy z rozwiązaniami wiodącymi na rynku w dowolnej dziedzinie, doprowadzając go nawet do poziomu certyfikowanego eksperta, jeśli będzie to uznane za wskazane – ale przynajmniej dzieciak będzie wiedział, że można inaczej i jak to się robi…

  7. zbgns
    8 października, 2019 at 8:30

    Zgadzam się w całej rozciągłości, że tak powinno być. Tak zresztą staram się robić w domu. Moja córka ma dostęp wyłącznie do programów OS i na potrzeby edukacyjne to zupełnie wystarcza. Jest na etapie wczesnoszkolnym, więc pewnie nawet nie widzi różnicy między tym co w domu, a tym, co w szkole.
    Natomiast wątpię, czy postulowane przez Ciebie rozwiązanie jest w ogóle do przewalczenia.

  8. Darekx2
    9 października, 2019 at 1:40

    Dodam od siebie, że wdrożenie Linuxa w szkołach (pomijając już kwestie opisane wyżej) ma jeszcze jedną blokadę – poziom wiedzy nauczycieli oraz brak chęci do nauczenia się czegoś nowego, innego niż Windows i MSO 🙁 Smutne to, ale w moim przypadku wszystkie projekty z Linuxem w szkołach upadły. Nawet licząc w tysiącach, bądź dziesiątkach tysięcy oszczędności – strach i blokada umysłowa belfrów okazały się być silniejsze…

    A wiadomo – czym skorupka za młodu nasiąknie…

  9. 9 października, 2019 at 6:01

    To chyba nic nowego z tym wycofaniem wobec nowości. Tym bardziej jest zaskoczony jak udało się rozbudować system szkolnictwa w np. Walencji. Mają swoją swoją dystrybucję, projekt cały czas jest dopieszczany i wdrażany w szkołach, na dzień dzisiejszy działa tam około 120 tys. stanowisk dla uczniów:

    https://joinup.ec.europa.eu/collection/open-source-observatory-osor/news/120000-lliurex-desktops

    Fakt, nie osiągnęli tego z dnia na dzień. Jednak to pokazuje, że przy dobrych założeniach, otwartym spojrzeniu na całość współczesnej „informatyki” można stworzyć środowisko z którego potem wychodzą osoby bez kompleksów wobec cyfrowej rzeczywistości.

  10. Dobrecki
    9 października, 2019 at 10:34

    No, za dużych szans na pokonanie pewnych mechanizmów to raczej nie miałeś.
    Ot choćby patrząc na aferę węgierską i symboliczną karę jaka spotkała po niej Microsoft właśnie.

    Setki tysięcy lub nawet miliony oszczędności dla społeczeństwa, z jakiegoś dziwnego powodu zwykle przegrają z setkami lub tysiącami w kieszeni decydującego urzędnika…

  11. pavbaranov
    9 października, 2019 at 12:08

    Rozsądek podpowiada, że tego typu organizacja winna być eliminowana z rynku – przynajmniej publicznego – na określony okres czasu. Niestety organizacja korupująca urzędników doskonale wie, że gdyby takie rozwiązanie zastosować, to byłoby strzałem w kolano przez dane państwo, które tak się związało z jednym dostarczycielem jakiegoś rozwiązania, że bez niego żyć już nie może.
    Ciekawe jest w tym kontekście, że pewne partie i środowiska bardzo mocno naciskają z jednej strony, a krytykują z drugiej nadmierne związanie się z jednym kierunkiem dostaw czy to gazu, czy to innych paliw, a tu nie widzą problemów. W obecnym świecie – jak się wydaje – nie ma znaczenia, czy chodzi o bezpieczeństwo energetyczne, czy „informatyczne”. Ba, w zasadzie każdy rząd, który trzeźwo myśli winien na podstawie dostępnych rozwiązań (bo taniej niż tworzyć od podstaw) stworzyć swój system operacyjny, na którym będą wdrożone odpowiednie dla państwa programy. Niestety krótkowzroczność w tym zakresie kiedyś odbije się czkawką, zwłaszcza w sytuacji, gdy wdrażane systemy doskonale komunikują się „w jedną stronę” i praktycznie MS o każdym państwie (sic!) które stosuje jego rozwiązania może wyciągnąć wszelkie możliwe, użyteczne informacje. I pewnie „jeszcze trochę”.
    Dla mnie – osoby, które dopuszczają np. Win10 do urzędów państwowych i jednocześnie nie zapewniają sobie absolutnej pewności, że dostarczone oprogramowanie pozbawione jest jego „telemetrycznych sztuczek” winny być skazywane na taką samą karę i za to samo przestępstwo, za które skazywani są inni zdrajcy państwa.

  12. Dobrecki
    9 października, 2019 at 12:59

    To o czym piszesz jest logiczne i oczywiste.
    Tyle że opisywane przez ciebie podejście odnosi się raczej do jakiegoś państwa niepodległego, w naszym wypadku to po prostu nie ma zastosowania.

  13. pavbaranov
    9 października, 2019 at 16:09

    Rzekłbym – rozsądnego. I w istocie – tego nie ma. Kiedyś obudzimy się z ręką w nocniku. Będzie dużo, dużo za późno. Cóż…

  14. Aspa
    9 października, 2019 at 21:57

    Stosując zasady logicznego myślenia i zdrowego rozsądku nie sposób dojść do innego wniosku niż taki, że JEDYNYM akceptowalnym z punktu widzenia państw (administracja, edukacja etc) rozwiązaniem informatycznym są systemy i programy FOSS. Dlaczego? Bo są otwarte, zatem transparentne. Bo nie tylko wiadomo, ‚co robią’, ale także można je modyfikować dostosowując perfekcyjnie do specyficznych potrzeb i wymagań. Najśmieszniejsze jest to, że środowisko FOSS oferuje istniejące, gotowe i dojrzałe rozwiązania, zaś każde przeciętne państwo ma środki i możliwości, by te rozwiązania zoptymalizować do swoich wymogów czy oczekiwań a następnie wdrożyć na skalę powszechną: nie trzeba nic tworzyć od podstaw, nie trzeba wyważać otwartych drzwi, nie trzeba martwić się o specyfikacje i standardy bo jeśli tylko państwo zacznie promować to, czego potrzebuje, to wszyscy – od producentów sprzętu po developerów specyficznego oprogramowywania – będą musieli się dostosować, bo inaczej nie zarobią. MS robi rewolucję w swoim systemie – i wszyscy grzecznie podążają za wytycznymi, albo wypadaj z rynku. Tymczasem państwa nie są w stanie zrobić tego, co skutecznie robi korporacja – oświadczyć, że oferowany instytucjom publicznym sprzęt i software ma być od przyszłego roku w 100% kompatybilny z oficjalną dystrybucją Linuksa powiedzmy i spokojnie poczekać, aż dostawcy spełnią te wymagania. Kompatybilność na poziomie wymiany danych? Nie ma problemu, istnieją dopracowane, działające otwarte standardy, wystarczy uznać je za obowiązujące i nie będzie najmniejszego powodu, by jakikolwiek dostawca oprogramowania – wliczając MS – nie zaimplementował ich w swoich produktach w sposób kompletny, a nie z jakimiś sztucznymi utrudnieniami. Wystarczy chcieć i podjąć decyzję, opracować realistyczny program migracji na nowe rozwiązanie i cieszyć się w perspektywie, powiedzmy, 10 lat transparentnym, bezpiecznym i w dłuższej perspektywie na pewno tańszym rozwiązaniem, niż obecnie dominujące.

  15. pavbaranov
    10 października, 2019 at 6:16

    Tyle, że tu… wracamy do dwu rzeczy: edukacja oraz „ciemne” interesy na styku MS – państwo. Przez lata MS dzielnie znosi piractwo w danym państwie (w Polsce lat 90 na pewno). Piracenie istnieje na poziomie poszczególnych użytkowników, ale też na poziomie państwa (instytucji państwowych). W ten sposób MS wychowuje sobie „narybek”, który nie potrafi z niczego innego korzystać, jak z ich produktów. Potem wchodzi „edukacja” (celowo w cudzysłowiu), która już może korzystać z umiejętności nabytych w domu. Niczego nie potrzebuje. Ba, nie musi nawet kształcić, a zdarza się, że nauczyciel – mogę mówić jedynie o przeszłości – był mniej wykształcony od swego ucznia. I na końcu z tego bierze państwo. Potem jedynie wystarczy aby MS – dostrzegając problem piractwa – podało pomocną dłoń oferując „preferencyjne” warunki na swoje oprogramowanie i ewentualnie na szkolenia. W międzyczasie na rynku pojawią się też komputery z preinstalowanym oprogramowaniem. I kolejne państwo (i jego społeczeństwo) jest ugotowane. To, że nikt natomiast nie myśli o tym, by się choć lekko uniezależnić od nietransparentnych rozwiązań, że wpycha się całą strukturę państwa w szpony MS i Google’a, to nic. Przynajmniej na razie.

  16. Grzegorz Woś
    10 października, 2019 at 10:35

    Nie ma szans na nauczycieli którzy to ogarną. Niestety.

  17. 10 października, 2019 at 10:53

    Ale generalnie to nie nauczyciele mają ogarniać infrastrukturę i systemy, tylko kadra informatyczna odpowiedzialna za wdrożenia sal informatycznych. Nauczyciel ma włączyć maszynę, mieć co trzeba na pulpicie albo w menu, uruchomić program i tłumaczyć, co można za jego pomocą osiągnąć. Do obsługi programów raczej wiedzy o Linuksie nie trzeba. Co innego samo nauczania o systemie, ale czy tu też trzeba wybiegać poza pulpit, skróty, foldery, pliki? Jedyne nad czym można się doktoryzować to sposób organizacji przestrzeni dyskowej.

  18. pavbaranov
    10 października, 2019 at 12:06

    Zasadniczym problemem edukacji informatycznej jest to, że uczymy na zasadzie: proszę zrobić prezentację w MS PowerPoint, zamiast uczyć jak się robi prezentację i – przede wszystkim – czemu ona ma służyć. Program – narzędzie winno być dowolne. Potem mamy zdziwione osoby, które mocno się dziwią temu, że np. w linuksie to film z YT można oglądnąć 🙂

  19. Dobrecki
    10 października, 2019 at 14:06

    Kiedyś obudzimy się z ręką w nocniku. Będzie dużo, dużo za późno.

    A to było myśleć zanim „wstąpiliśmy” do NATO. Obawiam się że nasza obecność w tym pakcie wiąże się z pewnymi zobowiązaniami…

    Amerykanie są doskonale świadomi zagrożenia jakie w krajowej infrastrukturze stwarzają obce programy i sprzęt, patrz ich histeryczna reakcja na popularność produktów Kaspersky’ego albo Huawei…

    Dostali na ich punkcie podobnego pierdolca jak Francuzi czy Niemcy na widok obcego kapitału we własnych firmach, czy obywateli zagranicznych próbujących wykupić udziały w ich krajowych mediach.

    Natomiast nasz głos we wszystkich tych kwestiach jest natychmiast tłumiony i wręcz wyśmiewany przez „nasze” media. Będące w cudowny sposób w rękach … cudzoziemców.

    Dla mnie – osoby… winny być
    skazywane na taką samą karę i za to samo przestępstwo, za które
    skazywani są inni zdrajcy państwa.

    Zdrajcy państwa powiadasz? Problem jest tylko w określeniu tego państwa do zdradzenia którego dochodzi.
    Przypomnij mi, bo dawno nie byłem w kraju – czy nadal w „naszym” sejmie obchodzone jest święto Chanuka?

  20. zbgns
    10 października, 2019 at 14:41

    Paręnaście lat temu byłem blisko (patrzyłem z boku, ale insajdersko) kilku bardzo dużych projektów IT realizowanych na potrzeby administracji i widziałem jak to działa. Nie sądzę, żeby korupcja przesądzała o użyciu takich, czy innych narzędzi i rozwiązań. Metodyka prowadzenia takich projektów to skomplikowana sprawa, raczej nie do ogarnięcia dla specjalisty z innej dziedziny, którym najczęściej jest urzędnik. Trzeba zdać się na jakiegoś wykonawcę, który zaprojektuje, wykona i wdroży przy pomocy swoich narzędzi, a to zwykle opiera się na komercyjnych rozwiązaniach. W biznesie wygląda to zwykle chyba podobnie.

    Może da się w zamówieniu określić, żeby było na bazie rozwiązań Open Source, ale to byłoby coś niestandardowego i pewnie podrożyłoby koszt, a nie zmniejszyło (może w perspektywie odpadłyby pewne koszty utrzymania, ale to dopiero po długim czasie).

    Także w administracji to raczej nie o korupcję chodzi, a o asekuranctwo. Jeśli masz inne doświadczenia, to chętnie przeczytam.

  21. pavbaranov
    10 października, 2019 at 15:23

    O ile wiem, to NATO absolutnie nie wymaga od swoich sojuszników, by używali wyłącznie Windows. Absolutnie nie wymagają natomiast tego, by w cywilnych ośrodkach władzy coś takiego było. Samo NATO – o ile mnie pamięć nie myli – przynajmniej w części swoich armii używa z powodzeniem różnych systemów operacyjnych, od Windows XP (sic! w dalszym ciągu!) po MacOSa i linuksy (bo z tego co wiem, to co najmniej amerykańskie wojska używały tego systemu). NATO akurat Windows nie narzuca. No, chyba, że masz jakieś wiarygodne źródło twierdzące inaczej. Na pewno natomiast nie narzuca tego systemu administracji rządowej. To jest wybór danego państwa.
    Rozumiem również, że masz jakąś alternatywę dla NATO dla Polski. Kiedyś była. Nazywała się Układ Warszawski. Zanim powstał, przez kilka lat głównemu udziałowcowi tego „pokojowemu” paktowi oddaliśmy suwerenność praktycznie całych naszych Ziem Zachodnich.
    Nt. „naszych” mediów, które nie są w rękach cudzoziemców nie będę się wypowiadać oprócz jednego stwierdzenia: od czasu PRL po raz pierwszy tzw. media narodowe zaangażowane są w wybory i to w dodatku jednej tylko partii. Ot, powtórka z PRL. Mi ono nie jest i nigdy nie było bliskie.
    Jeśli natomiast chodzi o Święto Chanuka, to pierwsze słyszę, by było ono „obchodzone” w naszym Sejmie. Kiedykolwiek. Inna sprawa, że nie mam żadnych problemów z oddaniem pamięci różnym opcjom religijnym, skoro już takie są w naszym kraju. Jest mi to obojętne. Wystarczy, że w każdym miesiącu praktycznie mamy katolickie święta, które wszyscy – niezależnie od swojej wiary – muszą obchodzić. Mi wystarczy to, że wyłącznie jeden prezydent Polski śmiał powiedzieć, że przez to, że jestem ateistą nie jestem Polakiem. Cóż, powielił słowa swego pryncypała, który również tak sądzi.
    No, ale to akurat nie ma nic wspólnego z kwestią przyjęcia jako obowiązujący w Polsce system szpiegowskiego oprogramowania spod znaku MS. Oddać jednak trzeba MS, że gdy bodaj rząd USA się do nich zgłosił o dane ich użytkowników, to odmówili im tego.

  22. pavbaranov
    10 października, 2019 at 15:23

    A ja śmiem twierdzić, że w głównej mierze chodzi o brak wystarczającej wiedzy.
    Jeśli jednak chodzi o nieczyste – przynajmniej w przeszłości – praktyki MS wobec także różnych krajów, to jest to raczej chyba dobrze udokumentowane.

  23. Dobrecki
    10 października, 2019 at 15:51

    Nie bardzo rozumiem z czym polemizujesz?

    Uważasz że śledczy Amerykańskiej Komisji Papierów Wartościowych i Giełd są w błędzie?

    Czy może uważasz że nasza, krajowa administracja funkcjonuje jakoś zasadniczo inaczej niż administracja innych krajów?

    Bo sprawa była całkiem szeroko opisywana, także przez media głównego nurtu.

  24. Dobrecki
    10 października, 2019 at 15:52

    I zgadza ci się to co piszesz z rzeczywistością która cię otacza?!
    No to szacun i gratulacje. Nie mam nic do dodania. 😀

  25. zbgns
    10 października, 2019 at 15:52

    Ja bym chciał dożyć tego, żeby FOSS był jedynym modelem stosowanym w sektorze publicznym. Na razie mogę to sobie implementować u siebie w domu, czyli w jedynym miejscu, gdzie mogę mieć na cokolwiek wpływ.
    Przyczyny dlaczego tak trudno to wdrożyć są chyba przede wszystkim dwie:
    1. mentalna – mało kto widzi tu problem, a jak nie widzi problemu, to jest dobrze, tak jak jest i opór przed zmianami,
    2. techniczna – komercyjne rozwiązania są zwykle skupiają się bardziej na user experience (błyszczący interfejs), a FOSS to często składanie z prefabrykatów i osobie niezainteresowanej może zwyczajnie zabraknąć umiejętności i chęci, żeby sprawnie z tego korzystać.
    Tak podchodzi chyba większość i nie wiem, jak uzyskać szybkie efekty bez stosowania przymusu.

  26. zbgns
    10 października, 2019 at 16:07

    Polemizuję z uogólniającym zarzutem korupcji w sytuacji, gdy wszystko da się wyjaśnić dużo prościej. Co nie oznacza, że kwestionuję przypadki korupcji.

  27. zbgns
    10 października, 2019 at 16:07

    Tak właśnie napisałem: brak wystarczających kompetencji do poprowadzenia projektu IT. I wszyscy wiedzą, jak działał Microsoft i inne firmy podobne. Chodzi mi tylko o to, że jest taka sytuacja, w której MS nie musi nikogo korumpować, żeby jego rozwiązania stały się opcją pierwszego wyboru.

  28. zbgns
    10 października, 2019 at 16:21

    Jak pisałem, nie widzę szans na sukces działań oddolnych. Jedyna metoda to postępowania antymonopolowe przeciwko GAFA i MS. Też pewnie nie dożyję.

  29. Aspa
    10 października, 2019 at 19:10

    A Ty znowu wiesz lepiej, jaka rzeczywistość jest naprawdę rzeczywista i w związku z tym winna być jedynie obowiązująca, wszystkich 😀 I tylko przypadkiem jest to rzeczywistość zgodna akurat z Twoimi przekonaniami…
    Miałem w życiu okazję żyć i mieszkać w krajach zniewolonych i mniej lub bardziej wolnych. Z reguły im więcej ‚naszości’, ‚tradycji’ i ‚wiary ojców’ – tym mniej wolności. Z kolei im więcej różnorodnych świąt się obchodzi i tradycji kosztuje – tym z wolnością jest lepiej…

  30. Aspa
    10 października, 2019 at 19:10

    Obawiam się, ze masz słuszność 🙂

  31. pavbaranov
    10 października, 2019 at 19:20

    Wiesz, korupcja nie jedno ma imię. I niekoniecznie jest to wręczenie komuś wymiernej w $/Euro/PLN łapówy.

  32. zbgns
    10 października, 2019 at 20:34

    Tak, mam na myśli wszystkie przypadki, gdzie jest korzyść po stronie osoby decyzyjnej.

    I wiem, że to działa inaczej niż najwyraźniej myślicie. To nie wybór między „złym” korpo z narzędziami MS i „dobrym” nie wiem kim dającym niższą ofertę, bo na OS. To za wasze będzie korpo z pakietem komercyjnym (może nawet tym samym). Także ta „korupcja” to są zwykle brudne branżowe rozgrywki wolnej amerykanki, a nie jakiś spisek antyOS.

  33. pavbaranov
    10 października, 2019 at 19:10

    Wiesz jeśli masz na półce cenę X a rządowi oferujesz cenę X – 99%*X to odpowiedz sobie, czy to korupcja, czy też nie. Tzw. procent może być obojętny, by był znaczący. Dodatkowo w zamian za niższy % proponujemy zniewolenie umysłów do jedynie obowiązującego systemu, który będzie obowiązujący tu i ówdzie.

  34. Grzegorz Woś
    10 października, 2019 at 22:13

    Niestety realnie wygląda to tak że nauczyciel musi ogarnąć system. Z doświadczenia wiem że to tak wygląda. Z drugiej trony dodatkowo mamy wielu nauczycieli którzy mają niewielką wiedzę i doświadczenie z informatyką. Zdarzyło mi się mieć lekcję z nauczycielem który potrafił obsługiwać jeden tylko program (choć w stopniu przekraczającym to co większość użytkowników jest w stanie zrobić). I nieszczególnie dziwię się takiemu stanowi rzeczy – praca jest momentami koszmarna, a wynagrodzenie zazwyczaj śmieszne. Nauczyciele informatyki których wspominam najlepiej nauczali z pasji, nie dla zarobku.
    EDIT: Nie wspominając o nauczycielach którzy „pokazywali” Linuxa- system o wsparciu zakończonym 10 lat temu, uruchomiony i skonfigurowany w taki sposób że nie dało się tego używać. Do dzisiaj ani jedna z rzeczy pokazywanych na tych zajęciach nie przydała mi się w codziennym użytkowaniu Linuxa.

  35. Dobrecki
    11 października, 2019 at 13:32

    Tiaaa… A kim ty to nie byłeś?! Kogo nie znasz i z kim ty się nie przyjaźnisz?!
    Na czym ty się nie znasz i czego nie wiesz lepiej?!…

    Czytając twoje wypowiedzi oczywistym się staje że powstrzymać cię na tym świecie mogą wyłącznie kryptonit, albo Chuck Norris.

    Trochę mnie dziwi, dlaczego taka Światowa Persona tak uparcie truje mi dupę w co drugim komentarzu? I dlaczego stale zabiega o uwagę niczym upośledzony pięciolatek? Ale widocznie nie mi jest dane pojąć mentalności takich galaktycznych Super-ekspertów jak ty. Zwłaszcza że szkoda mi czasu, na tworzenie po internetach równie kilometrowych komentarzy w ilościach choćby dorównujących tobie.

    No dobra, patrząc na historię naszych rozmów już wiem że nie mam racji, żyję w głębokim błędzie i nic nie jest takim jak ja to widzę. Więc zanim ci z niecierpliwości żyłka pęknie panie Antyzdanie, poucz nas jaka jest aktualna linia poprawności politycznej, co tam trąbią media oficjalne na temat niepoprawności naszych poglądów?

  36. Dobrecki
    11 października, 2019 at 13:51

    Widzę że podchodzisz do sprawy jako praktyk. I zapewne masz rację ze swojego punktu widzenia, przynajmniej na to wskazuje prawdopodobieństwo.

    Tylko nie wiem czy warto się spierać o literki, skoro tak czy siak, nad chorą sytuacją w tematyce oprogramowania administracji rządowej i publicznej i tak wisi Duch Korupcji?

    Bo czym innym jest asekuracjonizm urzędnika, który będąc opłacany moimi pieniędzmi i mający w domyśle działać dla mojego i społecznego dobra, przede wszystkim chroni swój tyłek? Narażając przy tym na szwank bezpieczeństwo kraju, ekonomię kraju oraz nasze pieniądze?

    Czy on dysponuje naszymi pieniędzmi, czy dostaje na to środki dajmy na to z Kraju Rad albo od Świętego Mikołaja?
    Za czyje pieniądze zapewnia sobie i rodzinie dostatnią przyszłość?

  37. zbgns
    11 października, 2019 at 16:02

    Nie jestem praktykiem, nie uczestniczyłem nigdy w zamówieniach publicznych i specjalizuję się w rzeczach z tym niezwiązanych. Po prostu byłem blisko realizacji dużych projektów dla administracji i znam kontekst, jaki stał za wyborem takich albo innych rozwiązań. I zapewniam, że ten sam „Duch Korupcji” wisi w takim samym stopniu nad zamówieniami publicznymi i zamówieniami ze strony firm prywatnych. Przecież nikt przy dużych kontraktach nie daje zamówień z wolnej ręki. Musi być przetarg, warunki zamówienia, jakaś grupa oferentów, doświadczenie itd. A oferentami będą też korporacje. I co z tego, że napiszesz w warunkach zamówienia, że ma być Open Source. Znajdą się oferenci, którzy Ci to dostarczą i też będą ze sobą konkurować. I może ktoś zechce pomóc szczęściu przy pomocy łapówki. Nie sądzę, aby z punktu widzenia takiego dostawcy klient publiczny różnił się czymkolwiek od klienta prywatnego. Chyba źle lokalizujesz źródło problemu.

    A co do urzędników, to też nie wiem, czego od nich oczekujesz. Administracja to struktura i nie spotkałem się jeszcze z sytuacją, gdzie urzędnik może o czymkolwiek decydować w pojedynkę. Nie mówiąc o tym, że mało który urzędnik ma jakikolwiek wpływ na wydawanie pieniędzy publicznych. Nie tak to działa.

  38. Dobrecki
    11 października, 2019 at 16:38

    I tu się z tobą zgadzam.

  39. pavbaranov
    11 października, 2019 at 21:12

    Taaa…. jeśli chodzi o „musi być przetarg” to cofnijmy się kilka lat wstecz. Obecnie nie musi być. PIS nie realizuje żadnego przetargu na wydawanie doprawdy dużych pieniędzy. Nie, nie trzeba w takim przetargu napisać, że musi być OpenSource. Wystarczy napisać, że nie musi być… Windows. Różnica?
    To co pisałem wcześniej, to – w Polsce – do niewyjaśnionej do dzisiaj tajnej umowy MS vs. Polska. Bodaj z 2003 za czasów SLD. Było – nie było – nikt nie wie.
    Z resztą się zgadzam, ale gdzieś jest ten „jeden urzędnik” który ma wpływ na wydawanie publicznych, czyli Twoich, moich, każdego, pieniędzy.

  40. pavbaranov
    11 października, 2019 at 21:23

    A Tobie się nie zgadza? No to szacun i gratulacje. Nie mam nic do dodania 😀

  41. zbgns
    11 października, 2019 at 22:22

    Może niech stanie na tym, że nie piszesz o urzędnikach, tylko o politykach.

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *

This site uses Akismet to reduce spam. Learn how your comment data is processed.

Translate »