przystajnik

Monthly Archives: Maj 2011

Developerzy Ubuntu pytają…

… a użytkownicy odpowiadają.

Wiele gorzki słów pada nieraz pod kierunkiem developerów Ubuntu. Najczęściej powraca zarzut, że żyją oni i tworzą w oderwaniu od rzeczywistych potrzeb użytkowników. Jednak zdarza się, że różne idee i koncepcje giną w natłoku innych, problemy jednych przesłaniają problemy innych. Często jedynym wyznacznikiem potrzeb użytkowników są zgłaszane błędy. Dlatego kilku developerów (Mackenzie Morgan, Alan Bell, Lyz Krumbach, Valorie Zimmerman, Joseph Price i inni) stworzyło ankietę Ubuntu User-Experience survey. Te parę pytań (niestety póki co w ojczystym języku wyspiarzy), pozwoli się im zorientować (tak twierdzą), na które rzeczy należy położyć nacisk podczas rozwijania konkretnych elementów Ubuntu.

Warto poświęcić te pięć minut i dorzucić swoje trzy grosze do ogródka osób zadających sobie trud pracy dla naszych potrzeb.

Gdyby ktoś poczuł się w stanie przetłumaczyć tę ankietę, to może rezultat przesłać w załączniku (sic!) na adres maco [DOT] m [AT] ubuntu [DOT] com – z dopiskiem ‚here are the translations for $language’.

Nowości w PPA

Z racji wiekopomnego zdarzenia, jakim było połączenie dwóch gałęzi rozwojowych Rawtherapee (‚defloat’ z ‚default’), postanowiłem uczcić ten moment nową paczką w swoim repozytorium. Jak już może kiedyś wspominałem, mnogość wersji rozwojowych tego programu aż się prosiła, by ktoś w końcu zrobił z tym porządek. Tak się stało i do gałęzi ‚default’ została włączona gałąź ‚defloat’. W ten sposób cały miszmasz został w miarę uporządkowany i rozwój Rawtherapee podąża teraz głównie dwoma drogami:

Branch_3.0 – czyli przyszłe wydanie stabilne 3.0, pojawiają się tam tylko poprawki i usprawnienia, nie są już dodawane nowe funkcjonalności programu.
Default – czyli przyszłe wydanie 3.1 (?), z rozwijanym na bieżąco interfejsem, funkcjami obróbki obrazu oraz innymi dodatkami rozwojowymi.

Rawtherapee 3.1

A o co chodziło z wydaniem ‚defloat’? Wprowadza ono operacje zmiennoprzecinkowe, co oznacza że machinacje na obrazie będą od tej pory wykonywane z dokładnością po przecinku (czyli np. 4.565 a nie 4 jak do tej pory). To w widoczny sposób poprawia jakościowo wszelkie wyciąganie cieni, naprawianie prześwietleń, itp. Minusem jest wzrost zapotrzebowania na moc procesora. Oczywiście to nie wszystko, bo dopatrzeć się można też wielu innych zmian (choćby w interfejsie).

Rawtherapee 3.1

Teraz parę słów wyjaśnień, jak to się te wydania mają do paczek w repozytorium. Wprowadziłem dwa równoległe wydania Rawtherapee:

Paczka o nazwie ‚Rawtherapee‚ – czyli wydanie 3.0 (gałąź ‚branch_3.0’),
Paczka o nazwie ‚Rawtherapee-default‚ – czyli przyszłe wydanie 3.1 (gałąź ‚default’),

I teraz uwaga – obie paczki wykluczają się nawzajem. Czyli można mieć zainstalowane albo ‚Rawtherapee’ albo ‚Rawtherapee-default’. Wynika to poniekąd z mojego lenistwa do umieszczania jednego z wydań do katalogu /opt, jak też chęci uniknięcia niedomówień – polecenie ‚rtstart’ i opcja z menu odpala tę wersję Rawtherapee, którą mamy zainstalowaną. Nie wykluczam, że gdy podniosą się głosy oburzenia, rozważę wkomponowanie ‚rawtherapee-default’ w systemem obok wydania ‚rawtherapee’.

Zatem, na dzień dzisiejszy przed zainstalowaniem ‚rawtherapee-default’ należy odinstalować ‚rawtherapee’ i na odwrót. Przy instalacji za pomocą Apt bądź Synaptica jedna z wersji zostanie usunięta na rzecz drugiej. Gdyby w systemie znajdowały się jakieś inne paczki z Rawtherapee (inna kompilacja, wydania binarne, itp), dla pewności trzeba zatroszczyć się o ich usunięcie.

Instalacja Rawtherapee-default na skróty:

sudo add-apt-repository ppa:dhor/myway
sudo apt-get update
sudo apt-get install rawtherapee-default

Co się zaś tyczy samego programu, z wersji na wersję wydaje się zyskiwać coraz solidniejszą stabilność. Testowe wydanie 3.1 nie sprawiło mi problemów podczas niemal godzinnej wariacji z suwakami, opcjami, rozmiarami podglądu, konwersją i wysyłaniem do GIMPa. Oczywiście – należy pamiętać, że to wydanie niestabilne, mogą się zdarzyć różne przypadki. Na dzień dzisiejszy wygląda to jednak zupełnie przyzwoicie.

Tam i z powrotem, czyli przygoda z Linuksem po niemiecku

Kiedy w okolicach roku 2008 w sieć gruchnęła wiadomość, że niemieckie Ministerstwo Spraw Zagranicznych rozpoczęło migrację swoich komputerów na Linuksa, zapanowała ogólna radość i inne formy zadowolenia z zajęcia kolejnego przyczółka wyszarpanego z pazernych szponów wiodącego systemu.

Mijały miesiące, świat zmieniał kolory, recesja trzęsła gospodarką, ziemia ludźmi, wichury dachami… I w natłoku codziennych trosk niewielu pamiętało o odważnym posunięciu małego ministerstwa. Można rzec, zostało one pozostawiane same sobie. Trwało dzielnie pod naporem przewracających się kart historii, aż nagle w lutym 2011 roku w świat popłynęła kolejna informacja – niemieckie Ministerstwo Spraw Zagranicznych rozpoczęło migrację swoich komputerów na Windowsa.

Dlaczego wracam do tego tematu, gdy już większość z nas zapomniała o gorzkim smaku tej porażki? Albowiem na forach i w wielu innych miejscach o przyczynach niepowodzenia tego wdrożenia (Linuksa i innych programów OpenSource) wypowiadało się wielu fachowców, znawców, wizjonerów, fanatyków – lecz chyba ani razu nie pojawił się głos strony najbardziej zorientowanej w kulisach tej przygody. Bo oto dopiero niedawno niemieckie MSZ rozwinęło swoją wersję przyczyn powrotu do systemu Windows.

Jak powiedziała pewna mądra osoba, ‚człowiek uczy się na błędach’. Jeżeli zatem prześledzić wyjaśnienia MSZ – co poszło nie tak?

wolne oprogramowanie nie jest bardziej bezpieczne niż oprogramowanie własnościowe

Prawdę mówiąc, nie wiadomo jak to rozumieć. Bo być może nie jest to odkrywcze, ale na świecie nadal istnieją ludzie, którzy uważają, że Linux równa się zero problemów z bezpieczeństwem (danych, systemu, czegokolwiek). Nie dopuszczają do siebie myśli, że przed komputerem może siedzieć zwykły (…) i np. będzie w stanie usunąć cały swój katalog domowy z dokumentami i resztą. Jednak gdy spojrzeć w stronę zagrożeń generowanych przez ‚złych’, to rozprzestrzenianie niechcianego kodu na Linuksie wymaga fachowej wiedzy i kilku godzin szkoleń (użytkowników). Przypuszczalnie w MSZ problemy były z pierwszym typem szkodników.

open source będzie prawdopodobnie „nadal stosowane wszędzie tam, gdzie ma to sens technologicznie i ekonomiczny” – głównie na zapleczu technicznym i odpowiedzialnym za ochronę infrastruktury sieciowej

Zdziwiłbym się, gdyby było inaczej. Jednak to kolejny kubeł zimnej wody – Linux powstał jako system ‚sieciowy’ i gdy odciążyć go z tego całego desktopowego wygodnictwa (X’y, sterowniki graficzne, automagiczne wykrywanie sprzętu, itp), to robi się całkiem całkiem użyteczny.

decyzję o migracji z powrotem do Windows oparto na „licznych skargach użytkowników nt. funkcjonalność, łatwość obsługi, braku integracji i niewystarczające interoperacyjności rozwiązań open source

Kwintesencja problemów i główny wyznacznik sukcesu Linuksa pomiędzy takimi twardzielami jak ja, czy widz z drugiej strony monitora. Pracownik oczekuje otrzymać w pracy stosowne narzędzia – jeżeli ma pisać pisma długopisem, nie będzie się doktoryzował nt. rodzajów wkładów, konsystencji tuszu, lub czy sprężynka od wyłącznika ma być zwijana w lewo, czy w prawo. Siada, bierze narzędzie i pracuje. Podobnie z komputerem – ma działać. ‚Zaraz, zaraz – od spraw technicznych i doprowadzania narzędzi do stanu używalności powinien być w każdym urzędzie informatyk!’. Racja…

wysokie koszty obsługi generowane przez utrzymanie własnej dystrybucji Linuksa były jednymi z podstawowych problemów

Boli, prawda? Co z tego, że mamy setki dystrybucji, skoro żadna nie jest przeznaczona dla zwykłego odbiorcy końcowego. W każdej jest jakiś ‚smaczek’, przez który trzeba niektóre rzeczy strugać w terminalu. Konfigurować z palca. Czytać logi. Drżeć przed podłączeniem nowego sprzętu. Nic zatem zdrożnego w tym, że MSZ postanowił wypracować swój spójny schemat dystrybucji, który umożliwiłby szybsze diagnozowanie lub usuwanie problemów, standaryzowałby wygląd (?), zestaw aplikacji (?), narzędzia konfiguracyjne (?). Co z tego, skoro rozwój Linuksa to ciągła rewolucja…

Zażegnywanie „ryzyku poważnych braków funkcjonalnych i bezpieczeństwa” spoczywało wyłącznie na departamencie IT Ministerstwa Spraw Zagranicznych, zatem „tylko te aktualizacje były wdrażane, z których korzyści były większe niż odpowiadający wdrożeniu wysiłek i ryzyko”. W rezultacie, niektórzy użytkownicy pracowali z wersjami programów sprzed kilku lat – nawet te powszechnie używane jak Firefox i OpenOffice

Komu system się nie wysypał po aktualizacji sterowników graficznych, Gruba, menadżera logowania, jakiegoś programu (stare konfigi), ręka w górę (o ile ktoś używa Linuksa dłużej niż rok). To też się może stać nocnym koszmarem każdego administratora obsługującego taką farmę pudeł do pracy.

Według niemieckiego rządu, migracja z powrotem do systemu Windows pozwoli zaoszczędzić pieniądze, gdyż nie będzie dalszych konserwacji systemu Linux i kosztów rozwoju sterowników

Nieco pokrętne tłumaczenie, bo Windowsy same z siebie też działają zwykle do pierwszego problemu. Co się tyczy samodzielnego pisania sterowników…

Tak, te wszystkie powyższe argumenty sprowadzają się do jednego – tak długo jak Linux nie trafi do masowego odbiorcy, tak długo doprowadzanie systemu do stanu używalności (sterowniki, konfiguracja) to będzie walka ze smokiem z odrastającymi głowami. Zetniesz jedną, dwie odrosną – z tatuażem ‚Problem’ na czole. O ile administrator pięciu – dziesięciu stanowisk jest w stanie jakoś to ogarnąć (zna każdy komputer od najmniejszego mikroprocesora), o tyle ‚wielkopowierzchniowe’ wdrożenia nie mają racji bytu bez wsparcia ze strony producentów sprzętu (sterowniki), ustandaryzowanych konfiguratorów, przewidywalnych schematów zachowań systemu i kierunku rozwoju (i wielu innych rozwiązań, także tych niskopoziomowych).

Zawsze można rzucić modne hasło ‚Jak nie chcą i się nie znają, to niech nie korzystają’, ‚Linux nie musi być dla wszystkich’. Wiadomo, my sobie poradzimy, a resztę niech szlag trafi przed tymi Windowsami. Tylko – na ile wystarczy nam zacięcia na dłubanie w systemie, usuwanie ‚michałków’, kompromisów pomiędzy ‚działa, prawie działa, kiedyś zadziała’? Można traktować Linuksa jako wyznacznik swojej ‚inności’, ale co zrobić, gdy ktoś chce po prostu pracować na tym systemie? Oczywiście demonizuję nieco sprawę, bo coraz łatwiej można korzystać z Linuksa – jednak, jak widać w większości przypadków udoskonalenia to sypiące się prowizorki.

Aby nie kończyć kompletnym czarnowidzctwem – jeden z projektów wdrożenia Linuksa w administracji miasta Monachium (w Niemczech, a jakże), powoli ale prze do przodu. Początkiem 2011 roku ogłoszono, że pod kontrolą systemu LiMux działa już 6000 stanowisk i kolejne migracje są w toku (12000 do końca roku 2012). Dlaczego tak wolno, niektórzy się zapytają. Cóż, lepiej wolniej a solidniej, by nie skończyć jak Linux na komputerach niemieckiego MSZ. Poza tym, w przeciwieństwie do nadwiślańskiej potęgi, przynajmniej próbują.

Lucid, Natty, dwa bratanki…

… i Maverick do kompletu.

Wobec nieposkromionego zainteresowania nowym wydaniem Ubuntu 11.04, otrzymałem wiele próśb i gróźb by paczki które publikuję w swoim PPA pojawiły się również w wersji dla Ubuntu 11.04 Natty Narwhal. Nie pozostało zatem nic innego (szczególnie wobec przyjaznego napomnienia z Kolumbii), jak wykonać wersje dla rzeczonego 11.04. I tak oto od dnia dzisiejszego repozytorium Highly Explosive obsługuje wydania Lucid, Maverick oraz Natty.

Dla przypomnienia – w repozytorium można znaleźć:

Photivo (wersja GIT),
Rawtherapee (wersja GIT, branch 3.0),
Imagination 3.0,
Luminance 2.0.2 (i czekamy na dalsze wydania),
Mirage 0.9.5.2,
Dcraw 9.06 (i ew. nowsze),
dlRaw 2.1.1 (i tylko raczej dla testów),
GtkRawGallery 0.9.61

Dodanie repozytorium do systemu:

sudo add-apt-repository ppa:dhor/myway

… lub za pomocą ulubionego narzędzia graficznego.

Translate »