przystajnik

Monthly Archives: Luty 2010

Rapid-photo-downloader – kopiowanie w opcji gąszczu

Człowiek ma w naturze proste rzeczy komplikować, a skomplikowane upraszczać – z różnym skutkiem. Czy można zatem uprościć zaznaczenie na nośniku kilku zdjęć i ich skopiowanie na dysk? Okazuje się, że można spróbować. Efekt w postaci programu Rapid-photo-downloader budzi mieszane uczucia. Teoretycznie, robi to, co człowiek potrafi zrobić w kilka sekund – po podłączeniu do komputera aparatu/czytnika kart SD/CF, umożliwia przekopiowanie ich zawartości na dysk.

Próba innowacji leży jednak w opcjach tego programu, gdzie możemy zautomatyzować docelowe miejsce kopiowania, tworzenie podkatalogów dla materiału, jak też zmiany nazw skopiowanych plików. Automatyczne tworzenie podkatalogów oraz zmienianie nazw możemy oprzeć o dane z EXIF’a – model aparatu, wartość przysłony, ISO lub czasu naświetlania, jak też datę popełnienia zdjęcia. Istotną funkcją jest wykonywanie do wskazanego przez nas miejsca kopii bezpieczeństwa podczas przenoszenia zdjęć z nośnika. Program umożliwia również określenie zachowania podczas podłączenia czytnika. Potrafi rozpocząć kopiowania zaraz po podłączeniu karty, samodzielnie odmontować nośnik po skończonej pracy, wyłączyć się, itp. Nie można zatem temu narzędziu odmówić przydatności przy próbie segregacji materiału zdjęciowego.

Gdzie zatem mieszane uczucia? Cóż, aby efektywnie wykorzystać ten program, trzeba się zagłębić w jego opcje, wymyślić sobie sprytny sposób nazewnictwa plików, itp. Na szczęście trzeba to zrobić tylko raz, jednak mnogość parametrów potrafi przytłoczyć i wystraszyć użytkowników oczekujących maksymalnego uproszczenia. Jego użyteczność zależy też od sposobu, w jaki magazynujemy zdjęcia na dysku. W moim przypadku są to zwykle katalogi z datą i nazwą miejsca, z którego pochodzą fotografie. A tego się nie uda zautomatyzować (nazwa miejsca), wymagana jest ingerencja użytkownika.

Program dla kilku wersji Ubuntu można zainstalować po dodaniu do /etc/apt/sources.list repozytorium:

deb http://ppa.launchpad.net/dlynch3/ppa/ubuntu twoja_wersja_Ubuntu main
deb-src http://ppa.launchpad.net/dlynch3/ppa/ubuntu twoja_wersja_Ubuntu main

I dalej już standardowo, instalacja wg. ulubionej metody – albo za pośrednictwem Synaptica, lub konsolowego apt-get lub aptitude.

Znajdź sobie program

Jeśli posadzić przed Linuksem osobę, która nigdy nie korzystała z tego systemu, to pierwszym poważniejszym problemem będzie nie odmienny interfejs, ale zupełnie inny komplet aplikacji. Osoby z ‚innej bajki systemowej’ są przyzwyczajone do konkretnych nazw, a tu się okazuje, że 95% z nich trzeba zastąpić czymś innym. Pół biedy, jeśli te programy są już zainstalowane – metodą prób i błędów można dochodzić do tego, co się kryje pod tajemniczą nazwą. Ale jeśli ktoś nie zna nazw programów linuksowych (no bo i skąd?), to nawet przy najszczerszej chęci zainstalowania czegoś, proste znalezienie aplikacji może zająć tygodnie.

Dlatego ciekawą inicjatywą jest witryna – http://alternativeto.net. Można na niej podać nazwę programu który znamy, a resztę załatwi sztuczna inteligencja – wypisze nam alternatywy. Wystarczy tylko wybrać filtrowanie wg. interesującej nas platformy i otrzymamy spis programów, które wykonują to samo, lub podobne zadanie jak podany przez nas pierwowzór.

Niestety, początkujący nie dostanie nic więcej poza nazwą. O resztę trzeba zatroszczyć się samemu – skorzystać z oficjalnych repozytoriów lub PPA, a jeżeli tam nie znajdziemy rzeczonego projektu, pozostaje kopalnictwo w sieci i poszukiwaniu pakietów .deb.

Strona nie podaje wszystkich możliwości zamienników – brakuje mnóstwa programów, ale na bezrybiu i rak ryba. Dla wielu początkujących może to być światełko w gąszczu nowych, nic nie mówiących nazw własnych.

UbuntuOne Music Store nie dla koneserów

Jak każdy wie, kolejne wydanie Ubuntu 10.04 będzie posiadało zintegrowane kilka usług, za korzystanie z których potencjalny użytkownik będzie mógł przetracić nieco pieniążków. Jednym z takich rozwiązań będzie sklep muzyczny UbuntuOne Music Store (obsługiwany np. z poziomu Rhythmboksa), gdzie będzie można zaopatrzyć się w wybrane utwory audio.

W życiu każdego człowieka nadchodzi taki moment, że chcąc czy nie, musi podążać za trendami. Zwykle wiąże się to z tym, że to do czego się przyzwyczaił i od lat używał, po prostu znika z półek sklepowych. I tak trzeba było się przyzwyczaić do mleka w workach foliowych, wędliny dopełnianej wodą, komputerów PC, telefonów komórkowych, itp. Teraz nadchodzą czasy, kiedy nawet najbardziej zatwardziali przeciwnicy wytworów masowego konsumpcjonizmu, czują się na siłę wtłaczani w główne nurty. Bo gdy na zamówione płyty audio czekam (gdy zamówienie nie zostanie anulowane) się po cztery, sześć miesięcy, coraz częściej sprawdzam, czy materiał jest w ogóle gdziekolwiek dostępny. Nawet w wersji wirtualnej, czyli w sklepach z mp3. Często się zdarza, że jest dostępny, a tymczasem zwykłe CD zniknęło już z katalogu wydawcy (nie ma wznowień). To musi prowadzić do myśli ‚A może już czas na serwer muzyczny…’. Taki to już los miłośnika ‚starych’ nagrań.

Dlatego UbuntuOne Music Store ma przed sobą świetlaną przyszłość, szczególnie, że zostanie uruchomiony we współpracy z prężnym 7Digital. Potężna biblioteka muzyczna, mnóstwo zespołów i płyt o których świat już niemal zapomniał – mogłoby się wydawać, raj dla koneserów. Jednak, utwory będą dostępne tylko w wysokiej jakość kompresji MP3, na razie nie będzie wersji Ogg Vorbis i FLAC. Wiadomym jest, że posiadając porządny serwer muzyczny, nikt go nie będzie karmił empetrójkami – do celów kolekcjonerskich można rozważać tylko format FLAC.

Więcej pytań i odpowiedzi nt. nadchodzącego UbuntuOne Music Store można znaleźć w tym anglojęzycznym wywiadzie.

Programy, których nie znacie – Tintii

Często zdarza się tak, że chcemy coś zrobić na komputerze, a nie znamy nazwy programu, którym daną czynność można przeprowadzić. Niewiedza prowadzi do wyrzutów w kierunku bliżej nieokreślonym, robota czeka, a nam nad głową piętrzą się czarne chmury ‚focha’ na system operacyjny, który nie jest odpowiednio doceniany przez twórców oprogramowania. A okazuje się, że wystarczy znać nazwę programu, tudzież wiedzieć gdzie ją można znaleźć.

Tintii jest programem, który sam mi wprosił się na komputer. Ani go nie potrzebowałem, ani specjalnie nie poszukiwałem. Przeznaczenie. Bo program okazał się całkiem przydatnym narzędziem do trick’owego traktowania zdjęć. Mianowicie pozwala wyodrębnić z materiału jeden kolor (lub grupę kolorów) – takie kolorowanie selektywne. Program jest uproszczony niemal do paru opcji, jednak wykonuje swoje zadanie bardzo dzielnie.

Program dzieli się na trzy kolumny – Thumbs, pierwsza z lewej to podgląd składowych (wg. kolorów) które zostały wyselekcjonowane ze zdjęcia. Jeśli chcemy, aby któryś z kolorów brał udział w efekcie finalnym, klikamy na nim (można zaznaczyć kilka miniatur).

Druga kolumna to podgląd tego, jak będzie wyglądało nasze zdjęcie.

Trzecia kolumna to kilka opcji pozwalających dokładniej regulować obrazem. Od góry znajdziemy zatem mikser kanałów – polecam regulację zdjęcia po wyborze koloru. W Colour Detection określamy na ile składowych chcemy rozbić zdjęcie (Thumbs), Repetitions określa stopień dokładności wykrywania barw (im więcej, tym lepiej). Maximum pixels to kolejny parametr zwiększający trafność selekcjonowania barw – tym razem ustawiamy maksymalną liczbę pikseli na zdjęciu, którą Tintii bierze pod uwagę przy wykrywaniu. Zbyt duża wartość można znacznie spowolnić program. Saturation threshold ustawia minimalną wartość nasycenia dla każdej z barw wykrywanych przez Tintii.

Post-processing to kolejne opcje, bardziej przydatne niż powyższe. Saturation decay umożliwia zmianą nasycenia wykrytych barw, Saturation edge kontroluje płynność przejść wcześniejszego parametru. Hue decay określa zakres barw, które mieszczą się w wykrytym zakresie (większa tolerancja – suwak po lewej – po prawej dopasowanie tylko do konkretnej z wykrytych barw), a Hue edge podobnie jak wyżej, definiuje płynność przejść.

I całość prac można zapisać w większości popularny formatów graficznych (jpg, png, tif, bmp). Efekty są niezgorsze.

Owszem, być może to samo można uzyskać w GIMP’ie lub innym programie graficznym, lecz – Tintii to znacznie upraszcza.

Program znajduje się w repozytoriach Debiana (Sid).

XFCE4 i IplaLite?

Nim na tytułowe pytanie odpowiemy retorycznym zwrotem ‚A po co?’, spróbujmy sobie z problemem poradzić poznając zachowania wroga.

Otóż, wypełniając po kolei wymogi programu, (np. instalacja AdobeAir – niezbędne), dowiadujemy się jeszcze, że IplaLite posiada istotną cechę:

(…)
Obsługiwane środowiska pulpitu: GNOME, KDE;
(…)
Do poprawnego działania aplikacji ipla w systemie Linux wymagany jest zainstalowany dodatek KWalletManager – dla systemów bazujących na KDE, lub Gnome-Keyring – dla systemów bazujących na Gnome.
(..)

A jeżeli korzystamy z XFCE4? Możemy mieć nadzieję, że program nie sprawdza w jakim środowisku jest uruchomiany. Jednak IplaLite sprawdza i w ten sposób znajdujemy się w niewielkiej kropce.

Na początku brakuje nam najpewniej gnome-keyring, który instalujemy za pomocą apt-get i dodajemy do swoich programów startowych (menu->ustawienia->sesja i uruchamianie->automatyczne uruchamianie->dodaj->polecenie: gnome-keyring-daemon).

Idziemy dalej w zaparte – próbujemy przekonać IplaLite, że jednak działa pod Gnome. Tworzymy skrypt /opt/iplalite/bin/iplastart (jako root) a w nim:


#!/bin/bash
export GNOME_DESKTOP_SESSION_ID=1
/opt/iplalite/bin/iplalite

Nadajemy mu odpowiednie prawa: chmod 755 /opt/iplalite/bin/iplastart. Teraz zerkamy na pulpit – będzie sie tam znajdował aktywator IplaLite. Klikamy prawym przyciskiem, wybieramy edytuj aktywator, w linii ‚Polecenie’ zamieniamy nazwę z ‚iplalite’ na ‚iplastart’ (polecenie, nie ścieżkę).

Jeżeli czegoś nie przeoczyliśmy, kliknięcie na aktywator powinno uruchomić aplikację.

Co do Ipla. Szczerze mówiąc, to trafiłem tam przez przypadek, poszukując transmisji Live. Uruchomiłem aplikację zwalczając problemy, gdyż był to mój obywatelski obowiązek. Po zapoznaniu się z ofertą, utwierdziłem się w przekonaniu, że nie jestem odbiorcą docelowym udostępnionych audycji, filmów i rozrywki (być może coś jednak tam znajdę). Pouczające doświadczenie – nie pchaj się tam, gdzie jest za kolorowo.

Lucid Lynx – spełnienie marzeń?

Nie ukrywam, z nadzieją oczekuję na premierę Ubuntu Lucid Lynx – niczym na raj obiecany. Nie są to oczekiwania bezpodstawne, albowiem wydanie to będzie kolejnym wydaniem LTS, a te zawsze cechowały się solidnością, stabilnością i dojrzałością. Niestety, ostatnie posunięcia developerów Ubuntu mogą zachwiać optymizmem (niezmąconym nawet wydaniem 9.10).

Dlaczego? Spójrzmy – Grub2, z totalnie nowym układem konfiguracyjnym i bez GUI do obsługi tegoż. GDM w nowej formie i wyglądzie, bez bardziej zaawansowanego narzędzia do obsługi tegoż. Ale to akurat są problemy do opanowania i nawet ostatnio nadrabiane przez programistów, którzy tworzą konfiguratory, np. dla GDM2. Ale kolejna zmiana może zmniejszyć kapitał zainteresowania, jakim totalnie nowi użytkownicy obdarzają przygodę z Linuksem.

A chodzi o start systemu. Jak wiadomo, w wersji 9.10 start systemu wyglądał, jakby twórcy nie mogli zdecydować się na jakąś konkretną koncepcję. Z jednej strony pozostawili starego usplasha, z drugiej strony spróbowali wdrożyć nowego xsplasha, a całość okraszona została niespójnymi tematami graficznymi, przełączaniem ekranu, miganiem, itp. Rozwiązaniem problemów miał się okazać Plymouth – coś, co zostało stworzone już ponad dwa lata temu i doskonale się sprawdza jako ujednolicenie stylistyczne startu systemu. A wiadomo nie od dziś, że przez oczy do serca.

Jednak zastosowanie Plymouth’a niesie ze sobą jedną dość istotną niedogodność. Wymaga on sterowników współpracujących z KMS (kernel-mode-settings). Jak można przypuszczać, spora większość użytkowników posiada karty Nvidii, a te, jak wiadomo, posiadają całkiem sensowne zamknięte sterowniki – które, póki co, KMS’a nie obsługują. Dlatego w Lynx’ie zostanie wdrożony domyślnie otwarty sterownik dla kart Nvidii – Nouveau.

Brawo bystry Czytelniku, wygrałeś właśnie bon towarowy w wysokości 50,00 zł. Otwarte sterowniki brzmią podejrzanie z jednego powodu – nie obsługują 3d. Czyli przekładając na mowę użytkownika – nigdy więcej Cairo-Docka, nigdy więcej Compiza, nigdy więcej przeźroczystości, efektów pulpitu i względnej miodności GUI. Po prostu, z całym szacunkiem dla Nouveau i roboty jaką odwalają ludzie od inżynierii wstecznej – te sterowniki 3d nie obsługują póki co. Oczywiście, cały czas będziemy mieli do wyboru zamknięte sterowniki – lecz wiadomo (lub też nie wiadomo) jak wtedy będzie wyglądał start systemu.

Co to zmienia. Ano to, że o ile odczucia estetyczne podczas startu systemu będą miłe, o tyle sam desktop będzie się prezentował siermiężnie. Stare dobre GTK, stare dobre Metacity i eleganckie zarywanie zawartością okien podczas ich przesuwania (to wariant pesymistyczny). Niby nie ma w tym nic złego, ale w dobie wysmakowanej stylistycznie Visty czy Win 7 podsuwanie użytkownikowi rozwiązań sprzed 10ciu lat jest ryzykowne. Nie każdy może mieć tyle wyrozumiałości co zagorzali fani Ubuntu.

Walcz z systemem!

Frustracja. Pojęcie określające nienajlepszy stan każdej ze składowych człowieka. Osoby cierpiące z powodu frustracji można spotkać na każdym kroku, ale jednak najczęściej w internecie. Można posunąć się do odważnego stwierdzenia, że ten zespół chorobowy stał się synonimem internetu. Nie wiadomo z czego to wynika, może sieć stała się dla wielu przeszkodą w uczestnictwie w życiu społecznym i osiąganiu celów, czy też zminimalizował to uczestnictwo do biernej wirtualizacji. Człowiek się dusi, łącze jest za wolne by tę duchotę pozwolić uzewnętrznić (w sieci) i spirala się nakręca. Z drugiej strony, zmniejsza to efekt przelewania frustracji na realne otoczenie, co można uznać za jakiś plus.

Tak czy owak, jakby przykładów z ulic było mało, w internecie przetaczają się całe gromady frustratów, szukające okazji by komuś lub czemuś ‚przyłożyć z buta’. Wystarczą dwie grupy frustratów – tych ‚za’ i tych ‚przeciw’.

Ostatnio dość często na zaangażowanych tematycznie stronach jesteśmy świadkami eskalacji nowego starcia. Jest to konflikt nietypowy, albowiem nie dotyczy on pół metra naszego pola ornego, czy miedzy między domami, albo położenia granicy naszej parceli. Nie toczy się też on wokół zagrabionego mienia. Zwalczające się grupy stanęły tym razem naprzeciw siebie ze sztandarami z hasłem ‚Mój system operacyjny jest lepszy niż twój zapluty kawałek kodu udający system!’. Czy kilka tysięcy linii kodu może frustrować? Może.

Nie ma nic złego w wygłaszaniu swoich opinii nt. oprogramowania (w tym przypadku systemu operacyjnego). Jest to nawet odruch potrzebny do tego, aby twórcy oprogramowania mogli określić kryteria rozwoju. Poza tym, każdy ma prawo do swojego zdania i jego wygłaszania. Nie da się ukryć, że z racji różnych uwarunkowań osobiście najczęściej natykam się na wygłaszane opinie nt. darmowego Linuksa i komercyjnego Windowsa. Nie jest to wielkie odkrycie, bo spór ten toczy się od wielu lat. Nowym smaczkiem staje się coraz więcej prób ‚obiektywnego’ porównania systemów.

Obiektywny sposób przedstawienia powodów frustracji? Dlaczego nie. Jednak szybko zauważymy, że obiektywizm jest przez emocje wypychany poza margines całego opracowania. Natura człowieka jest zbyt podstępna, by umożliwić trzeźwe spojrzenie na sytuację która dotyczy nas bezpośrednio – emocjonalnie i materialnie. Ja sam liczę na to, że ktoś wytknie mi kiedyś powody mojego uporczywego trzymania się niektórych tez i twierdzeń, w przeliczeniu na ilość niezbędnych środków ziołowych. Jednak tego, co drzemie w nas nie oszukamy…

Wszystkie problemy zaczynają się w momencie, gdy stwierdzamy, że mamy swoje potrzeby. Potrzeby określane przez wymagania w stosunku do używanych narzędzi. Jest to uczciwe postawienie sprawy – ‚płacę – więc wymagam’. Cały ten porządek burzy jednak fakt, iż oprogramowanie niekomercyjne jest… Przeważnie za darmo. Czyli ‚nie płacę – nie wymagam’? Po części zapewne tak, jednak jest to przyczynek do pierwszego elementu frustracji – brak możliwości wymuszenia na producencie oprogramowania naszych żądań.

Kolejnym faktem który skutecznie zakłóca prawidłowe określenie relacji ‚oprogramowanie <-> my <-> reszta świata’, jest to, że mało kto kupując jakiś produkt wytknie mu potem błędy lub uzna za bubel. 90% użytkowników danej marki stwierdzi, że jest ona najlepsza. To samo zaobserwujemy u użytkowników innej marki. Nikt nie lubi być ‚robiony w konia’, dlatego tak staramy się akcentować wynik osiągnięty za pomocą naszych pieniędzy. Bo nasze pieniądze to wyznacznik jak mocno i w jaki sposób możemy zamanifestować gust (lub jego brak), wysunąć się przed peleton szaraków, itp. Czasy wymogły na nas, że z zaciśniętymi zębami MUSIMY być użytkownikami i posiadaczami ‚najlepszych’ produktów. Dlatego większości przez zaciśnięte zęby nie przejdą słowa dobitnej krytyki swoich dóbr materialnych.

Jakby tego było mało, z radością oddajemy się codziennemu schematowi ‚ranek->praca/szkoła/pośredniak->dom->spanie’. W wielu dziedzinach życia oczekujemy takiej samej powtarzalności. Co tu wiele mówić – jesteśmy niewolnikami przyzwyczajeń. Gdyby ktoś stwierdził którego dnia, że muzykę to i owszem, mogę słuchać, ale tylko z twardego dysku, a swoje płyty audio mogę już wyrzucić do lamusa – wściekłbym się. Gdyby ktoś zamienił mi w samochodzie kierownicę na joystick – wściekłbym się. Gdy ktoś każe nam uczyć się obsługi nowego urządzenia – wściekamy się. Gdy po zainstalowaniu systemu operacyjnego odnajdujemy na dysku nowy układ katalogów – wściekamy się. Oczekujemy, że przez całe życie wszystko będzie takie, jak nas nauczono i do czego przywykliśmy. Lecz to działa w obie strony – ktoś, kto całe życie prowadziłby samochód za pomocą joysticka, po zamontowaniu mu kierownicy – byłby w pianach.

Jesteśmy istotami stadnymi. Bycie w grupie (plemieniu?) wyznacza nasze pragnienia, sposób zachowań, itp. Ten atawizm przetrwał w bardzo dobrej kondycji, bo nadal wszystko co jest ‚spoza’ naszej kręgu ‚kulturowego’ uznajemy za nietypowe. A coś, czego nie znamy, mamy w naturze niszczyć – w większości przypadków (to wyjaśnia dewastowanie mienia ‚ogólnego’, a zatem z kręgu odmiennego niż środowisko wandala). Zatem, twój rower jest do niczego, bo u nas na osiedlu jeździ się innymi. W tej części Europy samochody z kierownicą po drugiej stronie to już kompletny najazd barbarzyństwa. A jeżeli nie używasz oprogramowania takiego jak wszyscy? Nie jest ono akceptowane w tym kręgu świadomości ‚informatycznej’, czyli wiesz gdzie je sobie możesz zainstalować.

Niemoc vs upartość. To oczywiste, że stan wkurzenia będzie wzrastał wprost proporcjonalnie do czasu oporu drugiej strony, którą będziemy próbowali przekonać do swoich rozwiązań. W miarę trwania procesu wyjaśniania sobie swoich racji, używane środki fleksyjne będą przybierały na mocy, podkreślając naszą determinację w trwaniu przy wybranym przez nas systemie operacyjnym. Nie przekonamy drugiej strony, ani ona nie przekona nas, bo niemoc vs upartość przesłoni racjonalne przesłanki.

Tkwiąc nadal w uwarunkowaniach dziejowych, nie sposób odmówić sobie uwag nt. naszej cechy narodowej, czyli ‚A żeby się nam wiodło, tylko temu Kowalskiemu to na pohybel’. Z czystej narodowej miłości między-słowiańskiej, lubimy wychodzić na swoje. Lubimy mieć rację, znać się na wszystkim najlepiej, itp. Skoro Kowalski zainstalował Linuksa – a niech mu sczeźnie. Inny Kowalski ma Windowsa? A żeby go wirusy… W ten sposób, wszystko co posiada nasz sąsiad jest w przeciągu jakiegoś okresu skazane na zagładę.

Lista grzechów głównych umiarkowanego obiektywizmu mogłaby być dłuższa. Powyżej wymienione najczęściej można znaleźć w tekstach stawiających naprzeciw siebie te dwa systemy – Linuksa i Windowsa. Na dodatek, całość spojrzenia na te dwa systemy są totalnie zakłócone przez punkt widzenia piszących recenzję/porównanie. Cechy istotne dla jednych, dla innych będą marketingowym bełkotem, oczekiwania kogoś w zakresie funkcjonalności, dla kogoś innego będą zbędnym balastem i udziwnieniem. Jedni mają oczekiwania, drudzy żądania, inni nadzieję. Do wielu nie dociera fakt, że jeden system nie próbuje być drugim – są to dwa niezależne byty, na swój sposób traktujące wirtualną rzeczywistość naszych komputerów. Uciekając w przenośnie, jedni będą woleli, gdy wóz jest ciągnięty przez konie, inni będą preferowali woły. Efekt przemieszczania się zostaje zachowany, a osiągany jest za pomocą innych środków. Skoro mamy możliwość wyboru swojej drogi do osiągnięcia celu, to czy musimy wylewać kubły pomyj na pozostałe?

Natura ludzka jest zbyt pokrętna, by umożliwić trzeźwe rozsądzenie sporu dotyczącego systemów operacyjnych. Jeśli nawet ktoś będzie miał rację, fanatyczne zacietrzewienie drugiej strony obróci argumentację w niwecz. Fakty techniczne mają tu znaczenie drugorzędne. A może nie mam racji?

Zatem, najlepszym systemem operacyjnym jest…

Osiem bitów na dwie gitary

Jak dobrze policzyć – to wychodzi po 100 bitów na gitarę (żart dla liczących binarnie). Innymi słowy – czy muzyka z lat świetności ośmiobitowych Atari XE/XL to relikt dla wapniejących trucheł? Okazuje się, że niekoniecznie. Wiele osób przywraca im (muzyczkom) blask dawnej chwały za pomocą arcyciekawych aranżacji. Znajomy mnie ostatnio nakręcił jednym takim klipem, a jak zacząłem przeszukiwać internet odnalazłem kilka innych perełek… A zresztą, posłuchajcie sami:

Inspirujące…

Translate »