przystajnik

Walcz z systemem!

Frustracja. Pojęcie określające nienajlepszy stan każdej ze składowych człowieka. Osoby cierpiące z powodu frustracji można spotkać na każdym kroku, ale jednak najczęściej w internecie. Można posunąć się do odważnego stwierdzenia, że ten zespół chorobowy stał się synonimem internetu. Nie wiadomo z czego to wynika, może sieć stała się dla wielu przeszkodą w uczestnictwie w życiu społecznym i osiąganiu celów, czy też zminimalizował to uczestnictwo do biernej wirtualizacji. Człowiek się dusi, łącze jest za wolne by tę duchotę pozwolić uzewnętrznić (w sieci) i spirala się nakręca. Z drugiej strony, zmniejsza to efekt przelewania frustracji na realne otoczenie, co można uznać za jakiś plus.

Tak czy owak, jakby przykładów z ulic było mało, w internecie przetaczają się całe gromady frustratów, szukające okazji by komuś lub czemuś ‚przyłożyć z buta’. Wystarczą dwie grupy frustratów – tych ‚za’ i tych ‚przeciw’.

Ostatnio dość często na zaangażowanych tematycznie stronach jesteśmy świadkami eskalacji nowego starcia. Jest to konflikt nietypowy, albowiem nie dotyczy on pół metra naszego pola ornego, czy miedzy między domami, albo położenia granicy naszej parceli. Nie toczy się też on wokół zagrabionego mienia. Zwalczające się grupy stanęły tym razem naprzeciw siebie ze sztandarami z hasłem ‚Mój system operacyjny jest lepszy niż twój zapluty kawałek kodu udający system!’. Czy kilka tysięcy linii kodu może frustrować? Może.

Nie ma nic złego w wygłaszaniu swoich opinii nt. oprogramowania (w tym przypadku systemu operacyjnego). Jest to nawet odruch potrzebny do tego, aby twórcy oprogramowania mogli określić kryteria rozwoju. Poza tym, każdy ma prawo do swojego zdania i jego wygłaszania. Nie da się ukryć, że z racji różnych uwarunkowań osobiście najczęściej natykam się na wygłaszane opinie nt. darmowego Linuksa i komercyjnego Windowsa. Nie jest to wielkie odkrycie, bo spór ten toczy się od wielu lat. Nowym smaczkiem staje się coraz więcej prób ‚obiektywnego’ porównania systemów.

Obiektywny sposób przedstawienia powodów frustracji? Dlaczego nie. Jednak szybko zauważymy, że obiektywizm jest przez emocje wypychany poza margines całego opracowania. Natura człowieka jest zbyt podstępna, by umożliwić trzeźwe spojrzenie na sytuację która dotyczy nas bezpośrednio – emocjonalnie i materialnie. Ja sam liczę na to, że ktoś wytknie mi kiedyś powody mojego uporczywego trzymania się niektórych tez i twierdzeń, w przeliczeniu na ilość niezbędnych środków ziołowych. Jednak tego, co drzemie w nas nie oszukamy…

Wszystkie problemy zaczynają się w momencie, gdy stwierdzamy, że mamy swoje potrzeby. Potrzeby określane przez wymagania w stosunku do używanych narzędzi. Jest to uczciwe postawienie sprawy – ‚płacę – więc wymagam’. Cały ten porządek burzy jednak fakt, iż oprogramowanie niekomercyjne jest… Przeważnie za darmo. Czyli ‚nie płacę – nie wymagam’? Po części zapewne tak, jednak jest to przyczynek do pierwszego elementu frustracji – brak możliwości wymuszenia na producencie oprogramowania naszych żądań.

Kolejnym faktem który skutecznie zakłóca prawidłowe określenie relacji ‚oprogramowanie <-> my <-> reszta świata’, jest to, że mało kto kupując jakiś produkt wytknie mu potem błędy lub uzna za bubel. 90% użytkowników danej marki stwierdzi, że jest ona najlepsza. To samo zaobserwujemy u użytkowników innej marki. Nikt nie lubi być ‚robiony w konia’, dlatego tak staramy się akcentować wynik osiągnięty za pomocą naszych pieniędzy. Bo nasze pieniądze to wyznacznik jak mocno i w jaki sposób możemy zamanifestować gust (lub jego brak), wysunąć się przed peleton szaraków, itp. Czasy wymogły na nas, że z zaciśniętymi zębami MUSIMY być użytkownikami i posiadaczami ‚najlepszych’ produktów. Dlatego większości przez zaciśnięte zęby nie przejdą słowa dobitnej krytyki swoich dóbr materialnych.

Jakby tego było mało, z radością oddajemy się codziennemu schematowi ‚ranek->praca/szkoła/pośredniak->dom->spanie’. W wielu dziedzinach życia oczekujemy takiej samej powtarzalności. Co tu wiele mówić – jesteśmy niewolnikami przyzwyczajeń. Gdyby ktoś stwierdził którego dnia, że muzykę to i owszem, mogę słuchać, ale tylko z twardego dysku, a swoje płyty audio mogę już wyrzucić do lamusa – wściekłbym się. Gdyby ktoś zamienił mi w samochodzie kierownicę na joystick – wściekłbym się. Gdy ktoś każe nam uczyć się obsługi nowego urządzenia – wściekamy się. Gdy po zainstalowaniu systemu operacyjnego odnajdujemy na dysku nowy układ katalogów – wściekamy się. Oczekujemy, że przez całe życie wszystko będzie takie, jak nas nauczono i do czego przywykliśmy. Lecz to działa w obie strony – ktoś, kto całe życie prowadziłby samochód za pomocą joysticka, po zamontowaniu mu kierownicy – byłby w pianach.

Jesteśmy istotami stadnymi. Bycie w grupie (plemieniu?) wyznacza nasze pragnienia, sposób zachowań, itp. Ten atawizm przetrwał w bardzo dobrej kondycji, bo nadal wszystko co jest ‚spoza’ naszej kręgu ‚kulturowego’ uznajemy za nietypowe. A coś, czego nie znamy, mamy w naturze niszczyć – w większości przypadków (to wyjaśnia dewastowanie mienia ‚ogólnego’, a zatem z kręgu odmiennego niż środowisko wandala). Zatem, twój rower jest do niczego, bo u nas na osiedlu jeździ się innymi. W tej części Europy samochody z kierownicą po drugiej stronie to już kompletny najazd barbarzyństwa. A jeżeli nie używasz oprogramowania takiego jak wszyscy? Nie jest ono akceptowane w tym kręgu świadomości ‚informatycznej’, czyli wiesz gdzie je sobie możesz zainstalować.

Niemoc vs upartość. To oczywiste, że stan wkurzenia będzie wzrastał wprost proporcjonalnie do czasu oporu drugiej strony, którą będziemy próbowali przekonać do swoich rozwiązań. W miarę trwania procesu wyjaśniania sobie swoich racji, używane środki fleksyjne będą przybierały na mocy, podkreślając naszą determinację w trwaniu przy wybranym przez nas systemie operacyjnym. Nie przekonamy drugiej strony, ani ona nie przekona nas, bo niemoc vs upartość przesłoni racjonalne przesłanki.

Tkwiąc nadal w uwarunkowaniach dziejowych, nie sposób odmówić sobie uwag nt. naszej cechy narodowej, czyli ‚A żeby się nam wiodło, tylko temu Kowalskiemu to na pohybel’. Z czystej narodowej miłości między-słowiańskiej, lubimy wychodzić na swoje. Lubimy mieć rację, znać się na wszystkim najlepiej, itp. Skoro Kowalski zainstalował Linuksa – a niech mu sczeźnie. Inny Kowalski ma Windowsa? A żeby go wirusy… W ten sposób, wszystko co posiada nasz sąsiad jest w przeciągu jakiegoś okresu skazane na zagładę.

Lista grzechów głównych umiarkowanego obiektywizmu mogłaby być dłuższa. Powyżej wymienione najczęściej można znaleźć w tekstach stawiających naprzeciw siebie te dwa systemy – Linuksa i Windowsa. Na dodatek, całość spojrzenia na te dwa systemy są totalnie zakłócone przez punkt widzenia piszących recenzję/porównanie. Cechy istotne dla jednych, dla innych będą marketingowym bełkotem, oczekiwania kogoś w zakresie funkcjonalności, dla kogoś innego będą zbędnym balastem i udziwnieniem. Jedni mają oczekiwania, drudzy żądania, inni nadzieję. Do wielu nie dociera fakt, że jeden system nie próbuje być drugim – są to dwa niezależne byty, na swój sposób traktujące wirtualną rzeczywistość naszych komputerów. Uciekając w przenośnie, jedni będą woleli, gdy wóz jest ciągnięty przez konie, inni będą preferowali woły. Efekt przemieszczania się zostaje zachowany, a osiągany jest za pomocą innych środków. Skoro mamy możliwość wyboru swojej drogi do osiągnięcia celu, to czy musimy wylewać kubły pomyj na pozostałe?

Natura ludzka jest zbyt pokrętna, by umożliwić trzeźwe rozsądzenie sporu dotyczącego systemów operacyjnych. Jeśli nawet ktoś będzie miał rację, fanatyczne zacietrzewienie drugiej strony obróci argumentację w niwecz. Fakty techniczne mają tu znaczenie drugorzędne. A może nie mam racji?

Zatem, najlepszym systemem operacyjnym jest…
 

Post navigation

Translate »