przystajnik

Moja wielka katastrofa z Linuksem

Nie wiem, kto się na mnie tak uwziął. Mamy XXI wiek, a ja mam przygody z Linuksem jak za lat 90siątych ubiegłego wieku.

A wszystko zaczęło się od tego, że leży mi na jednym dysku odłogiem partycja. Był na niej Debian, ale po dołożeniu szybszego dysku, to właśnie na niego przeniosłem dane z tej partycji, a ta sobie została. Najpierw jako zapasowy system, a teraz jako nieużytek.

I nagle przyszła jesień, wieczory się wydłużyły, wiatr zwodniczo jęczał w kominie wentylacyjnym, a nuda, oparwszy głowę na dłoniach, smętnie spoglądała z monitora. Cóż zatem innego pozostało, jak nie rzucić się w wir nieznanego, kolorowego świata Linuksa, z mnóstwem niespodzianek przykuwających uwagę. A tylu niespodzianek to by się nawet najtwardszy zwolennik tego systemu nie spodziewał.

Jak już wspomniałem, nudziłem się. A pomysł był prosty – naściągać różnych egzotycznych dystrybucji (egzotycznych dla zatwardziałego debianowca) i sprawdzić sobie co i jak się w nich pozmieniało na przestrzeni wieków. Dodatkową nagrodą za ten krok miało być zaznajomienie się ze środowiskiem KDE, które widziałem przelotem… a z pięć lat temu.

W ten sposób wylądował u mnie na dysku openSUSE 11.1, Fedora 11, Ubuntu 9.10, Pardus 2009.

Ponieważ instalacja na Virtualboxie nie wnosi odpowiedniej dawki adrenaliny w jesienną prozę wieczoru, wszystkie distro wypalałem po kolei na płytce DVDRW i próbowałem instalować jak od wieków nasi praojcowie instalowali system operacyjny.

Na pierwszy rzut poszło openSUSE i szło mu nieźle. Instalator całkiem przejrzysty, łudząco podobny do tego z Ubuntu (kto od kogo ściągał?). Język, strefa czasowa, użytkownik, hasło, partycjonowanie, pyk pyk i już leci pasek postępu instalatora. Jednak przy 30% się rozmyślił i już dalej nie poleciał. Inna płyta? To samo. Instalowanie systemu na Virtualboksie z tej samej płyty? Poszło. No ale co mi z Virtualboksa.

Nic to, mam jeszcze Fedore 11. Po uruchomieniu wybieramy ze zgrabnego okienka czy chcemy instalować, czy robić zgoła coś innego. Zgrabne okienko znika i przez chwilę raczymy się trybem tekstowym w najczystszej postaci. Pytanie o test integralności płyty instalacyjnej (‚skip’, jestem twardzielem) i odpala się nam Anaconda, instalator Fedory. Ładne i zgrabne to wszystko, nie powiem. Choć do pasji doprowadził mnie zbyt profesjonalny partycjoner dysku, który chciał mi z zapasowego dysku (mam tam partycję z arcyważnymi danymi) zrobić groch z powidłem. Nie, chcę żebyś mi przerobił partycje, ‚wstecz’… ‚Użyj całego dysku’, nie, to nie to, ‚Użyj poprzedniej instalacji Linuksa’, nie, też nie, ‚Dowolna modyfikacja’… O tu już lepiej, nie chce nic kasować – sam sobie wykasuję co chcę. A że mam do tego celu jedną partycję, nie ma się co rozwodzić – instaluj się tam. ‚Do uruchomienia potrzebna jest partycja ext3’, eh, no to podzielę sobie ten obszar na dwie – 100 MB na ext3, drugą wypełnij wolne miejsce. I co? I błąd instalatora. Za piątym, czy szóstym razem walka z partycjonowaniem dysku tak jak chcę, z uwzględnieniem pomijania wrażliwych stref przy których instalator dawał nura w krzaki, najzwyczajniej mi się znudziła.

No to dalej. Moje ubuntone Ulubiuntu. O wersji Ubuntu 9.10 miałem swoje przemyślenia jeszcze z wersji alpha i beta, ale nie szaty zdobią system, zobaczymy jak to wygląda na ‚żywca’. Instalator niczym mnie nie zaskoczył, poszło wszystko jak należy, Ubuntu zainstalowało się jak się patrzy. No a po uruchomieniu ponownym zaskoczyły mnie mrugające literki. Xorg i GDM nie wystartowały, a mnie się te mruganie znudziło po dwóch minutach oczekiwania na możliwość podziałania w konsoli. Cóż, po wpadce ze sterownikami Intela w w 9.04, w tym wydaniu niektórzy doświadczą wpadki ze sterownikami Nvidii. A że miał to być wieczór wyuzdanej zabawy za pomocą myszki, nawet się nie zabierałem za podnoszenie systemu (jak się potem okazało, trzeba wyedytować xorg.conf (którego nie ma) i przestawić drivery na ‚nv’).

No i gwóźdź wieczora, Pardus 2009. Tureckie wydanie Linuksa zaskoczyło mnie spójnością graficzną (motyw z instalatora, Gruba, splasha, XDM/KDM, systemu – wszystko zawiera wspólne kolorystycznie i wzorniczo elementy – o jakież to było cudowne doświadczenie po wcześniejszej kakofonii stylistyczno-kolorystycznej z Ubuntu 9.10). Instalator – miodny, łatwy, działający. Zainstalował mi system bez szemrania, bez konieczności robienia osobnej partycji ext3 na potrzeby /boot. Sam system to KDE 4.2.4. Jak doczytałem, trochę stary (najnowsze KDE to 4.3.3). Ale od kopa wszystko mi zadziałało na komputerze – muzyka, grafika (ok, sterowniki doinstalowałem ichnim instalatorem). Naprawdę, dla początkujących bardzo fajna dystrybucja. Jedyny minus – Pisi, odpowiednik debianowego apt. To, że odpowiednik to nic zdrożnego, ale dystrybucja posiada własny format paczek. Nie zgłębiałem się, czy da się przenosić paczki z Debiana czy innych rpm’ów. Ale własny format paczek zawęża możliwości wgrania softu spoza innego źródła, jak oficjalne repozytorium.

Naprawdę, dawno się tak dobrze nie bawiłem podczas instalacji systemu i późniejszemu testowaniu co gdzie jest i do czego służy (KDE znam z opowieści dziadka).

Co do pozostałych dystrybucji – przy odrobinie zacięcia, pewnie jakoś by się dało obejść te chwilowe niedomagania instalatorów. Z drugiej strony, wyobrażacie sobie panią Hanię z pierwszego piętra, jak wieczorem, w przerwie między jedną a drugą skarpetą robioną na drutach, wbija się w konsolę i magicznymi komendami przywraca system na nogi?

Tak czy siak, Linux FTW!
 

Post navigation

3 comments for “Moja wielka katastrofa z Linuksem

  1. bob_er
    5 listopada, 2009 at 23:40

    proponuje abys to jeszcze sprawdzil: http://ola-os.com/c/

  2. 6 listopada, 2009 at 7:49

    Ta Ola poza chwytliwą nazwą, wzbudziła swojego czasu pełno kontrowersji. To przerobione Ubuntu, na dodatek cyt. „Ta wersja nie może być używana komercyjnie (bez licencji).”

  3. norbert
    10 listopada, 2009 at 17:50

    Z ładnych wizualnie sysów polecam OPENEGU oraz DREAMLINUX. W miarę ciekawy jest MINT.
    Co do kłopotów ze sterownikiem na nvidii, mam to samo. Za to intelu śmiga aż miło.

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *

This site uses Akismet to reduce spam. Learn how your comment data is processed.

Translate »