przystajnik

Monthly Archives: Listopad 2007

Asus F3SC

Ty płacisz, ty wymagasz

Asus F3SC. Oto przykład na to, że świadome zakupy to podstawa w utrzymaniu dobrego samopoczucia i zdrowia szeroko pojętego.

Z powodów różnakich koniec roku postawił mnie przez musem zakupu np. laptopa. Wiadomo nie od dziś, że jesteśmy nacją celującą w włóczęgach po sklepach w poszukiwaniu tanich okazji, promocji, itp. Niezależnie od tego, czy się zakup przyda, czy nie, ‚za te pieniądze warto’. I tak kapitaliści wypompowują z nas kasiorę, a ‚wyjątkowe okazje’ psują się po miesiącu – roku użytkowania.

Na przekór trendom staram się dokonywać świadomych wyborów i przed zakupem następuje pełna doktoryzacja nt. produktu. Podobnie było i z laptopem – tutaj, podwójnie zmotywowany, szukałem też sprzętu który zachowywałby się w pełni poprawnie pod kontrolą Linuksa. A nawet, przede wszystkim.

Numery bestii

Asus F3SC-AS259C

Procesor : Intel Core 2 Duo T5450, 1.67GHz ◊ FSB 667MHz ◊ L2-2048KB, Intel 64Φ Technology

Matryca LCD : 15.4 WXGA+ TFT

Rozdzielczość 1440×900 pikseli, Wide XGA+ LCD – panoramiczna, ASUS Color Shine – technologia poprawiająca odwzorowanie barw

Grafika : nVidia GeForce Go 8400M G, 128MB pamięci VRAM, obsługa do 384MB pamięci Video w technologii TurboCache, (przydzielanej dynamicznie z systemowej)

Pamięć : 1024MB, 1x 1024MB, moduły DDR2 667MHz soDIMM

Dysk HDD : 160GB, interfejs SerialATA

Napęd optyczny : Nagrywarka DVD Super Multi Drive, Double Layer (duwarstwowa)

Komunikacja b/przewodowa : Karta sieciowa WirelessLAN, obsługa standardu 802.11 a/b/g, interfejs Bluetooth, standard V2.0 + EDR

System : MS Vista Home Premium

MultiMedia : ASUS VideoCam o rozdzielczości 1.3 MPix

Bateria : Li-Ion 6 Cells, bateria Li-Ion 4800 mAh

Komunikacja przewodowa : Fax/Modem, zgodny z V90/92 56k, Karta sieciowa LAN Gigabit Ethernet LAN 10/100/1000 Mbps

Porty I/O :

4 x port USB 2.0
1 x port IEEE 1394 (Fire-Wire)
1 x port VGA
1 x port DVI
1 x TV-out (S-Video)
1 x wejście mikrofonowe
1 x wyjscie słuchawkowe
1 x Line in
1 x gniazdo SPDiF
1 x RJ-11 (Fax/Modem)
1 x RJ-45 (LAN)
1 x Express Card
Czytnik kart multimedialnych 7 w 1

Na chodzie

Jak widać w powyższym spisie parametrów, laptop jak laptop – ani jakieś cudo techniczne, czy życiowe dzieło projektantów wzornictwa. Ot, kawał plastiku który ma służyć człowiekowi. Dzięki temu sprzętowi pierwszy raz na oczy mogłem zobaczyć osławiony system Windows Vista. Oglądałem go całe 30 min., z czego 25 min. zajęło uruchamianie się systemu (zbieranie informacji o konfiguracji, dostosowywanie systemu, itp.). O Viście się nie wypowiem – przygniotła mi nowiutkiego laptopa do podłogi, że aż okienka z menu zamykały się same z siebie. Poczułem się jak mucha wpuszczona do zbyt małego słoiczka, w którym co chwilę obijam się o ścianki pozostawione przez siły wyższe. I tyle mój nowy nabytek widział Vistę. Został tylko numer seryjny kopii – przyklejony pod spodem, może się kiedyś przyda.

Droga Ubuntu

Kopia Ubuntu 7.10 Gutsy Gibbon odpaliła się bez problemu, system z LiveCD uruchomił się jak należy, co dodatkowo ucieszyło moje leniwe jesestwo – ominęły mnie kombinacje z tajemnymi poleceniami dla kernela, itp. Ikonka ‚install’ na pulpicie aż podskakiwała prosząco, bym uruchomił ten radosny proces.
Zatem, pędź krążku, rób co do ciebie należy.

To już trzeci komputer na którym instaluję Gusty’ego. I trzeci, na którym wszystko wykonałem bez pomocy konsoli. System się zainstalował, uruchomił, Wszystko na miejscu i gotowe do akcji.

W moim ogródeczku

Jak wspomniałem, instalacja Ubuntu 7.10 na tym sprzęcie to czysta przyjemność.

Grafika
Początkowo X’y startują na sterowniku nv, ale lojalnie informują, że dostępne są sterowniki Nvidii. Nie pozostaje nic innego, jak tylko włączyć je do użytku. Zero zaskoczenia – X’y na nowych sterownikach uruchamiają się bez zająknięcia, Compiz się uruchamia i jest nowocześnie.

Procesor
Dziwne, gdyby nie działał. Po odpaleniu systemu można dodać do panelu aplet informujący o aktualnym taktowaniu rdzenia/rdzeni. To działa.

Bluetooth
Dla mnie nowość, ale ikonka w obszarze powiadamiania sugerowała, że nie będę się musiał wysilać, aby uruchomić tę opcję. I na dodatek wykryło moją komórkę. Cóż więcej wymagać. Gwoli wyjaśnienia, doinstalowałem parę rzeczy, aby Ubuntu mogło się połączyć z komórką – a mianowicie paczkę gnome-vfs-obexftp.

Sieć
Karta sieciowa jest na miejscu i działa. Nawet nie sprawdzałem, na jakim sterowniku. Inna sprawa była z radiówką. Na początku przećwiczyłem warianty innych sterowników dla Intela 3945ABG – a to dlatego, że nie mogłem się połączyć ze swoim AP. Potem okazało się, że to mój AP ma muchy w nosie i zapiąłem kolejną skrzyneczkę, do której podłączyłem się bez problemu i radiówka ruszyła na sterownika domyślnie ustawionych przy instalacji – moduł ipw3945. Niestety, podczas mocnego przeciążenia przepływem danych, udało mi się ten moduł doprowadzić do stanu rozsypki i konieczny był reset sprzętu. Definicja przeciążenia – przeciąganie dwóch filmów (700MB) z komputera wpiętego do AP (prędkość radiówki zestawiona na 54Mb/s).
Dla ułatwienia administracji siecią zainstalowałem sobie Wicd. Wyrzucił on standardowy network-manager, ale sprawuje się jak na moje wymagania jak należy (pomocny może być trick z umieszczeniem ikonki powiadomienia na panelu – System->Preferencje->Sesje->Programy startowe i dodajemy programik z /opt/wicd/tray.py).

Myszka, touchpad
Włączamy myszkę (jest dodawana w zestawie, ładniutka). I działamy. Touchpad ma z prawej strony taki paseczek, którym można scrollować strony/dokumenty – też działa.

Klawisze specjalne
‚Z kopa’ działa po instalacji przyciemnianie/rozjaśnianie ekranu, regulacja głośności, wyłączanie/włączanie radiówki, hibernacja, skrót do programu pocztowego, przeglądarki. Więcej nie przetestowałem, powyższe to i tak zbytek dla mnie.

Nagrywarka DVD
Brasero poradził sobie z wypaleniem płyty – pozwala to przypuszczać, że i w przyszłości będzie sobie radził.

Karta muzyczna
To jedyna rzecz, która udawała, że działa. Po instalacji pojawił się na panelu mikser, informujący, jaką kartę wykrył system, umożliwiał regulację, itp. I wszystko by było w porządku, gdyby nie to, że i głośniczki, i wyjście słuchawkowe milczały. Winnym okazał się moduł snd-hda-intel, który w zależności do miejsca jego umiejscowienia (sprzętu), wymaga wspomożenia go parametrem nakierowującym jak ma obsłużyć sygnał z chipa (na jakie wyjścia przekierować). Dla tego modelu laptopa wyczaiłem metodą prób i błędów, że należy zaaplikować opcję ‚model=lenovo’. Tak, Lenovo w służbie Asusa 🙂
Jak zaaplikować? W /etc/modprobe.d/alsa-base dodajemy :

options snd-hda-intel model=lenovo

I gra muzyka (po restarcie Alsy lub sprzętu). Aha – nie wiem, czy to zadziała z domyślną wersją Alsy w 7.10 (1.0.14). Gdy nie działa mi dźwięk skompilowałem sobie nowiutką wersję 1.0.15 i to na niej obecnie delektuję się dźwiękiem.

Kamera, czytnik kart
Z braku potrzeby – nie przetestowałem.

Bateria
Po wypięciu zasilania sieciowego, zgrabny daemon na trayu (sam się tam wsadził) poinformuje nas ile jeszcze podziałamy na zasilaniu awaryjnym – o ile wpięliśmy baterię. Udało mi się na niej podziałać jakieś dwie godziny i ok. dziesięć minut. Przy intensywnym użytkowaniu grafiki, sieci, itp.

Summa Reasummarum

Zakup się mi podoba. Działa, to najważniejsze. Bez cudowania i tłumaczenia innym użytkownikom sprzętu, co mogą robić, a co nie. Pewnie za jakiś czas będę chciał osiągnąć jakieś dodatkowe funkcjonalności tego laptopa, ale na dzień dzisiejszy robi wszystko co sobie wymarzę. Poza przygodą z kartą muzyczną, wszystko dało się skonfigurować i używać bez zaglądania w konsolę. Nie to, żebym konsoli nie lubił – spędzam tam i tak 40% czasu pracy 🙂
Zastrzeżenia mam tylko do wykonania obudowy – krawędzie na bokach nie są opływowe, przeciągając palcem od dołu czuć ostre krawędzi – w przypadku, gdy się tymi krawędziami gdzieś zahaczy, może być nieciekawie. Naklejki, którymi upstrzono okolice touchpada dają się usunąć bez problemu i bez konieczności późniejszego usuwania kleju.

Sprzęt jest sprzedawany w komplecie z neseserkiem do przenoszenia (torba jak należy, ale bez fajerwerków, może nieco słabo chronić sprzęt przy inwazyjnym zderzeniu z twardymi elementami naszego otoczenia), oraz myszką optyczną.

Osobną sprawę jest traktowanie użytkownika jako dojną krowę i wciskanie mu na siłę systemu ze stajni MS. Hasło ‚można kupić laptopa bez systemu’ to utopia i zawęża poszukiwanie sprzętu do 5ciu – 10ściu modeli. Kupno laptopa z Linuksem? Kpina. Chcąc niechcąc, trzeba sypnąć groszem na wspomożenie potentata, a jedynym pozytywnym aspektem w tej sprawie jest to, że Vista bezproblemowo usuwa się z dysku.

Jak dla mnie – laptop mógłby otrzymać nagrodę ‚Linux Friendly’.

Wpływ systemu na świadomość jednostki

Co robi przy świeżej instalce Linuksa świeży użytkownik tegoż? Otóż, za wszelką cenę próbuje uruchomić programy z których korzystał na Windowsie (bo to użytkownik podlegający konwersji z takiego systemu właśnie). I nie chodzi tu o specjalistyczne programy typu Photoshop itp.

Nie wiem czym to jest spowodowane – a raczej przeczuwam. Ale nieporadność po opuszczeniu bezpiecznego basenu w którym się pływa razem z wiodącym systemem, jest porażająca. I to dodajmy – nie obserowałem osoby która nie potrafi korzystać z google.com.

Faktem jest, że w języku polskim nie spotkałem popularnej strony, która prosto w mordę wykazuje listę programów linuksowych pogrupowaną wg. zastosowań. Może i takie miejsca w sieci są, ale obserwowany model użytkownika nawet nie próbował ich znaleźć.

Zatem. Większa świadomość użytkownika to jakiś ‚tips’ w dystrybucji, pokazujący, gdzie szukać spisu programów. W naszym języku. I motto podczas instalacji – „Linux nie jest systemem służącym do uruchamiania programów z Windowsa. Ma swoje.”.

Bez tego, po jakimś czasie, każdy będzie narzekał, że nie chodzi mi np. Total Commander czy inne narzędzie z Windowsa. A nawet nie spróbuje używać narzędzi natywnych.

Lokalnie jestem w stanie napominać błądzących, a globalnie…

Nikt nie zauważył?

Nowych sterowników BETA od NVIDII?
Sterowniki te, z numerkiem 169.04, wnoszą wiele dobrego – z ciekawszych rzeczy można wymienić poprawioną wydajność modułu RENDER, lub naprawione problemy powrotu z konsoli przy użyciu Compiza.

* Added support for GeForce 8800 GT.
* Improved modesetting support on Quadro/GeForce 8 series GPUs.
* Fixed stability problems with some GeForce 8 series GPUs.
* Fixed stability problems with some GeForce 6200/7200/7300 GPUs multi-core/SMP systems.
* Improved hotkey switching support for some Lenovo notebooks.
* Fixed a problem with Compiz after VT-switching.
* Improved RENDER performance.
* Improved interaction with Barco and Chi Mei 56″ DFPs, as well as with some Gateway 19″ DFPs.
* Added an interface to monitor PowerMizer state information.
* Fixed rendering corruption in Maya’s Graph Editor.
* Improved interaction between SLI AFR and swap groups on certain Quadro FX GPUs.
* Fixed a bug that caused corruption with redirected XV on GPUs without TurboCache support.
* Improved display device detection on GeForce 8 series GPUs.
* Improved usability of NVIDIA-settings at lower resolutions like 1024×768 and 800×600.
* Improved GLX visual consolidation when using Xinerama with Quadro/GeForce 8 series and older GPUs.
* Added experimental support for running the X server at Depth 30 (10 bits per component) on Quadro G8x and later GPUs.
* Worked around a Linux kernel/toolchain bug that caused soft lockup errors when suspending on some Intel systems.

‚U mnie działa’.

Wróżby z miedzi…

… czyli nigdy bym się nie spodziewał, że tyle czasu spędzę przy muzyce klasycznej.

A było to tak – znalazłem w szafie dwa kawałki miedzianej plecionki Jantzena. ‚Hmmm’, pomyślałem, a że dzień zmierzał w stronę szarej nudy, poczłapałem z tą plecionką w stronę mojego ołtarza stereo.

Wharfedale mam z-bi-wiringowane do wzmaka za pomocą Qed X-Tube 350 – też miedź, ze sreberkiem. Ale, że słyszy się tu i ówdzie, że sreberko to górę pasma ładnie przenosi, ale dół to już niekoniecznie. Dlatego postanowiłem sprawdzić, czy wymiana toru z niskim pasmem na czystą miedź coś polepszy. Rozkręciłem konfekcję z jednej pary przewodów, zarobiłem na Jantzenach, wpiąłem, puściłem płytkę jedną, drugą, trzecią… I wtedy sobie przypomniałem, że leży u mnie referencyjne nagranie (24 bit) kawałków mocnej klasyki (dodatek do magazynu Hi-Fi). No to niech sobie zagra – i co z tego, że mój odtwarzacz nie umi HDCD.

Spędziłem przy tej płycie bite dwie godziny. Nigdy, ale to nigdy nie słuchałem muzyki klasyczynej w takiej ilości, ba, nawet płyt nie mam. Owszem, owijał mi się o uszy Vivaldi, porażał nerwy eklektyzm etiud, itp, ale żeby kiedykolwiek tyle czasu spędzić przy tego typu muzyce… A tu proszę – Igor Stravinsky (The Firebird – Berceuse and Finale), Mozart (Piano Concert No. 21 – Andante), Anton Bruckner (Symphony No. 9 – Scherzo), Jacques Ibert (Escales), Richard Strauss (The Times of Day – Der Morgen), Nicolai Rimsky-Korsakov (Dance of the Tumblers), i tak dalej (16-ście utworów na płycie).

A to dowodzi jednego – podstawa to mieć porządne źródło dźwięku. I nagłośnienie.

Ale Qed’y chyba wrócą na miejsce.

Zima zaskoczyła

30 sek. szukania samochodu na parkingu, 30 min. odśnieża, 5 min. wyjeżdżania z zaspy, 20 min. jazdy przez miasto, 5 min. żeby zaparkować w zaspie i z niej wyjechać…

Mam gdzieś, od dziś łażę na butach. Bo zima piękna jest.

Czy Linux jest szybszy od Linuksa?

A ściślej pisząc – Ubuntu 7.10 czy Fedora 8? W oparciu o benchmarki, wynika, że w zasadzie… Linux dużo się od Linuksa nie różni w prędkości. O ile nie planujecie gzip’ować od rana do nocy, to wybór jest wyłącznie kwestią zapatrywania się na estetykę nazwy dystrybucji (w uproszczeniu).

Z drugiej strony – subtelne różnice jakie wynikły, można przyjąć za test różnic między kernelem 2.6.22 a 2.6.23. Ten pierwszy jest w Ubuntu, ten drugi w Fedorze.

Sztuczki z Ubuntu

Człowiek w walce z systemem nieraz stoi na straconej pozycji. O ile nie potrafi z pamięci wyrecytować kolejność w menu ‚system->administracja’, o tyle próby przestawienia ‚pchełek’ potrafią doprowadzić go do szewskiej pasji. Czym są ‚pchełki’? A choćby, jak włączyć w Nautilusie OverBurning. Gdzie ustawić, aby po zalogowaniu pojawił się ładny splash screen. Jak kontrolować zarządzanie energią, na niższym poziomie niż oferuje to narzędzie z Gnome. Jak wyłączyć animację okien i inne świecidełka skutecznie przygniatające starsze komputery.

Przedzieranie się przez gąszcz ustawień i opcji może kogoś cieszyć, inni to mogą lubić, a dla jeszcze kogoś innego będzie to sens życia.
A jak nie? To pozostaje użyć Ubuntu Tweak. Mały fajny programik, którym w mig przestawimy różne drobne niuanse funkcjonowania naszego ulubionego desktopu, a przy okazji oszczędzimy otoczeniu kwiatów polskiej mowy.

Programik nie znajduje się jeszcze w repozytoriach, dlatego należy go pobrać ze strony (paczka .deb) i zainstalować (gdeb, dpkg, czy jak kto woli).

Wypróbowałem tego spryciarza z wersją 7.10 i niczego mi nie zepsuł. Zatem, raczej nie powinien sprawiać nieodwracalnych problemów, prowadzących finalnie do reinstalacji systemu (tfu, na psa urok).

A przestawimy nim mało i dużo. Jak widać na załączonym screenie, mamy kilka sekcji, gdzie możemy dobrać się do ustawień pulpitu, sesji, samego systemu itp. Niestety, póki co wszystko po angielsku, ale dzięki temu łatwiej niektóre opcje skojarzyć – tzn. jak wpływają na zachowanie całości.

Ten programik to kolejny etap w moim własnym doświadczeniu życiowym, jakim jest zainstalowanie, ustawienie i korzystanie z Ubuntu tylko za pomocą myszki i graficznych narzędzi. Na razie nie jest źle, choć nie powiem, wiele rzeczy zrobiłbym prościej w konsoli. Ale słowo się rzekło.

Mój pierwszy Linux

A uściślając, Linux postawiony i udrożniony do działa tylko i wyłącznie za pomocą myszki i trybu graficznego.

Co w tym dziwnego? Dla wielu z Was, pewnie nic. Ale ja mam takie coś, że instalację Linuksa zawsze zaczynam od płytki net-install, i w trybie tekstowym rzeźbię sobie całą konfigurację, zbiór programów na komputerze, itp. Dlatego dość ekstrawaganckim pomysłem wydało mi postawienie Ubuntu 7.10 (z oryginalnej płyteczki!) w pewien ponury i nudny dzień.

Do tego zadania został wytypowany komputerek o ‚takich se’ parametrach, jak na obecne czasy. Athlon XP 2000+ (to chyba 1.8 MHz?), 512 MB pamięci, karta Gforce 2 MX, jakaś zintegrowana karta muzyczna, nagrywarka CD, dysk 3 GB (5400 rpm, ata66), i do tego całego zestawiku wpięte dwie drukarki na usb – jedna igłowa, druga laserowa. A, i jakiś stary monitor LG 15′ Studioworks.

Etap pierwszy, to oczywiście uruchomienie LiveCD. Nieco obawiałem się, czy ruszy, bo różnie jest z odczytem tych oryginalnie tłoczonych płyt. Stara nagrywarka LiteOn’a jednak sobie poradziła (choć trwało to nieco) i z uśmiechem odpaliłem terminal. Zaraz… Miało być wszystko za pomocą trybu graficznego? Wyłączyłem terminal i pacnąłem od niechcenia w ikonkę ‚install’ na pulpicie.

Cóż mogę powiedzieć na temat instalatora. No instalator jak instalator. Wybrałem język, podałem mu parę informacji jak się ma nazywać komputerek, podałem jako kto chcę się logować w systemie i za pomocą jakiego hasła. Nie odmówiłem sobie jednak przyjemności własnoręcznego partycjonowania dysku – jako, że były do wyboru dwa, wolałem kontrolować sytuację. Partycjonowanie to wskazanie na którym dysku instalator ma wykonać generalny remont, oraz podanie partycji i ich wielkości (pamiętając o stworzeniu partycji swap). Co tam dalej było… Chyba pytanie, czy na pewno chcę instalować, czego rzecz jasna nie doczytałem i ponagliłem instalator.

I ruszyła maszyna. Trwać trwało to ile miało trwać (około jednego kubka kawy). I system był gotowy do uruchomienia z dysku. ‚No to dawaj, zaskocz mnie ubunciaku’ i wykonałem kontrolowany reset zasobów sprzętowych.

Resecik, menu Grub’a (z automatycznie dopisanym Win98, który gdzieś tam sobie dogorywa na oddzielnym dysku), wybieram Ubuntu i czekam na pierwsze problemy. Nie zawiodłem się – bootowanie przebiegło w całkowitej ciemności, gdyż monitor zgubił synchronizację i nie pokazał gustownego splasha Gutsy’ego. Ale już uruchomienie GDM’a ożywiło monitor i kolumienki, które zameldowały afrykańskimi tam-tamami o możliwości logowania. Zalogowałem się i… Rozdzielczość taka jak powinna być, pojawił się monit, czy chcę używać sterowników Nvidii (własnościowych), jakieś tam aktualizację. Dźwięk działa, grafika chodzi, co prawda wybór rozdzielczości pokazał mi jakieś cudaczne wartości odświeżania, ale aż tak to mnie to nie kuło w oczy. Teraz najciekawsze. Włączyłem drukarki (jedna Oki, druga Epson). I w panelu sterownia drukowaniem pojawiły się obie maszynki (automagicznie) – o ile do Oki sterowniki od razu dobrały się takie jak trzeba, o tyle z Epsonem nie było tak klarownie. Ale poszperałem w wyborze sterowników, stwierdziłem, że do igłówki to chyba jakieś skomplikowane sterowniki nie są potrzebne, wybrałem coś tam najprostszego co Epson miał do wyboru. I zadziałało. Przypominam, cały czas posługuję się myszką i graficznymi narzędziami.

Zasadniczo w tym momencie mogłem zakończyć zmagania z komputerem – sprzęt który chciałem, działał (skonfigurowałem sobie jeszcze sieć, podając na sztywno adres IP i resztę ustawień, choć z DHCP pobrał sobie ustawienia jak należy), po wyborze sterowników Nvidii zadziałał Compiz i inne bajery, itp.

Jak dla mnie, zaskoczenie totalne. Nawet Windowsa nigdy tak miło mi się nie stawiało – zgrzytanie zębami przychodziło w momencie dogrywania sterowników, antywirusów itp. A tu wszystko sobie samo, z marszu. Zadziwiające.

Faktycznie, komputer nie posiada jakichś wydumanych komponentów, najbardziej egzotyczne mogły być te dwie drukarki. Ale zdały test współpracy z Linuksem.

Jedyny zgrzyt to próba uruchomienia otoczenia sieciowego tak, aby dogadać się z komputerem z Win98. No za żadne skarby mi to nie wychodziło, aż uciekłem się do użycia trybu tekstowego, ale ustawianie Samby to nie jest, co mnie cieszy i raduje. Koniec końców, okazało się, że jednak to działa (hasło logowania się do zasobów na Windowsie należało wprowadzić z trzy, cztery razy).

Na dodatek, okazało się, że świeżo postawione Ubuntu, na starym monitorze 15′ ma ładniejsze fonty, niż ja na swoim domowym Debianie i monitorze LCD (co może być wynikiem pięcioletnich aktualizacji, bez stawiania na świeżo systemu). Eh, człowiek zawsze sobie jakiś problem znajdzie…

W poszukiwaniu dźwięku

I oto nadszedł dzień w którym pożegnałem służący mi przez jakiś czas mój zestaw Denona (amplituner+DVD) i podążyłem ścieżką bezkompromisowego audiofilstwa. Na dobry początek – wymiana powyższego na wzmacniacz stereo i odtwarzacz CD (tak, CD, a nie DVD).

Skąd taka zmiana ? To proste. Amplituner – nigdy nie korzystałem z radia, a rozłożona moc tego sprzętu obsługującego kilka kanałów po prostu się marnowała – mam dwie kolumny i nie planuję więcej. Odtwarzacz DVD ? Mimo najszczerszych chęci projektantów, nigdy nie zagra tak jak odtwarzacz CD – nie ta elektronika, nie te podzespoły, nie te przetworniki, nie te podłączenia.

Pominę sam etap poszukiwań sprzętu – to mordęga niczym orka na suchym polu. Niestety w mojej dzielnicy (państwa polskiego) próżno szukać salonów odsłuchowych. Zdałem się zatem na same fora dyskusyjne, opinie o sprzęcie, testy, porówniania itp. Szukałem, porównywałem, wyciągałem wnioski, konfrontowałem osobowości wypowiadających się o sprzęcie. I tak wyłoniłem zwycięzców – wzmacniacz i odtwarzacz CD na miarę moich możliwości finansowych, ale i, miałem nadzieję, aspiracji dźwiękowych.

Pierwszy przywędrował do mnie wzmacniacz Xindak A06. Nie Cambridge Audio, Rotel czy Creek, ale właśnie Xindak, chińczyk nie udający, że jest anglikiem (w przeciwieństwie do anglików udających, że nie są składani w Chinach). Postanowiłem wypróbować audiofilskie zapędy firmy Xindak i ile prawdy w tym, że ich sprzęt, robiony na rynek zewnętrzny i celujący w złotouchego odbiorcę, naprawdę może sie podobać.

Sprzęt po rozpakowaniu z pudełeczka wygląda miodnie. Aż się ma ochotę założyć dołączone białe rękawiczki, aby nie skalać obudowy. Naprawdę, jak na chińskie wykonanie, obudowa jest sztywna, nic nie klekocze, jest stabilne, przedni panel z drapanego aluminium wygląda okazale. I lubię tę prostotę i porządek w przyciskach – na przodzie znajdziemy tylko wybór wejścia, gałkę głośności, wyłącznik. I tyle. Prostota, która ujmuje za serce. A potem człowiek znajduje w pudełku pilota i ogarnia go paniczny śmiech. Pilot jest paskudny – mały, obły, plastikowy. Na szczęście, do wzmacniacza używa się go tylko w celu regulacji głośności.

Ale sprzęt nie kupuje się dla samego wyglądu. Po szybkim podłączeniu (do stojącego jeszcze odtwarzacz DVD), wrzuciłem płytę i … Wyszedłem z domu na parę godzin – niech się wzmacniacz wygrzeje. Po powrocie pierwsze sesje odsłuchowe uspokajają mnie – wszystko gra, jest na miejscu i w porównaniu do amplitunera pojawiło się kilka nowych niuansów, głównie w niskich rejestrach. W zasadzie, pojawiło się miłe, ciepłe wybrzmiewanie basu, którego w Denonie nie uświadczyłem. Szeroki uśmiech rozciągnął się na mojej facjacie, z racji tego, że wzmacniacz dogaduje się z moimi kolumnami (Wharfedale 8.4).

A po paru dniach do kompletu dołączył odtwarzacz Marantz CD6002. Też niezgorszy herbatnik – ładny panel, z drapanego aluminium, estetycznie i prosto rozłożone przyciski, może szuflada na CD nieco dziwnie umieszczona, bo z boku, a nie centralnie (ale Marantze już tak mają). Pierwsze opukiwanie obudowy i … Górna blacha brzęczy! Niemal wpadłem w panikę, jeżeli to wszystko wpadnie w rezonans od drgań mechanizmu CD, to tragedia! Na szczęście po podłączeniu, okazało się, że z mechanizmu nic się nie przenosi na obudowę. A z wyposażenia … Pilot plastikowy, ale wyglądający bardzo kulturalnie, z plastikiem udającym aluminium. W porównaniu do xindakowego bzdeta, to niebo a ziemia. I jeszcze jedna wpadka Marantza – znaczek umieszczony na obudowie może odpaść – pod naciskiem rusza się na lewo i prawo – nie próbowałem go oddzierać, ale wygląda na przyklejony. Za te pieniądze firma mogła by się postarać ten znaczek w jakiś sposób wkomponować w obudowę i solidniej zmocować, a nie na kleju. Za to szufladka i sam napęd działa bardzo cicho.


W zasadzie, sprzęt mam od dwóch tygodni – dałem wzmacniaczowi i odtwarzaczowi trochę czasu na zapoznanie. I, cholera, jestem zadowolony z tego zakupu. Urządzenia to półka budżetowa, ale w porównaniu do amplitunera i dvd to skok jakościowy ogromny.

Xindak daje zestawowi posmak lampy. Cieplutki dół, ładnie kontrolowany bas, ale bez przesady i zapomnieniu o średnicy. Góra może nie srebrzy się jak w Denonie, ale jest jak najbardziej trafia w dobry ton. Średnica i wokale może czasem za mocno szarzują przed szereg, ale to już wespół z Marantzem odniosłem takie wrażenie. Ale pokochałem ten sprzęt, za to wypełnienie dołu, którego w moich kolumnach poprzednio brakowało. Wiele płyt zyskało nowego wymiaru. A eksperyment był dramatycznym krokiem naprzód, bo Xindak nie ma regulacji barw. Ale zupełnie słusznie.

Marantz z kolei to nowa jakość po dramaturgii jaką niosło słuchanie stereo za pomocą odtwarzacza DVD. Szersza scena, może nieco za mało odsunięta od kolumny (w stronę słuchacza) – ale może to i wina kolumn. Doskonałe podawanie do wzmacniacza materiału – odtwarzacz nie wywyższa żadnego pasma (choć przed jego wygrzaniem poraziła mnie przy jakiejś płycie ostra góra – talerze aż kuły w uszy, lecz teraz – albo ja się przyzwyczaiłem, albo efekt zniknął).
Urządzenie mam trzy tryby podawania sygnału – na wyjście cyfrowe i analogowe + chip modelujący (możliwość zmiany prędkości odtwarzania nagrania), na wyjście cyfrowe i analogowe, ale już z pominięciem chipa, oraz tylko na wyjście analogowe, z wyłączeniem cyfrowego. Ta trzecia opcja naprawdę poprawia rezultat.

Nie do wiary?

Któregoś dnia po włączeniu płyty, stwierdziłem, że gdzieś uciekł mi dół. I zaczęło się wielkie poszukiwanie basu. Przesuwałem kolumny do przodu, do tyłu, poprawiałem banany, wtyki, itp. I nic. Bas niby jest, ale jakiś taki – jaki nie był wcześniej. I dopiero w chwili rezygnacji bawiąc się pilotem zwróciłem uwagę, że wyjście sygnału przełączyło mi się na pierwszą opcję – na cyfrowe, analogowe i obróbkę. Widocznie nie było prądu, bo wyłączenie urządzenia z sieci przywraca te ustawienia do stanu fabrycznego. Po tym odkryciu, włączyłem tylko wyjście analogowe – i to było to.

I tak oto przerabiam sobie z powrotem cały swój materiał muzyczny. Do łask powrócił Breakout i Mira Kubasińska, otulające milutkim basem i pozwalające się wsłuchać w ruch palców po strunach gitar. Rozczarowało Innuendo, które Queen nagrywało chyba przez zasłonę (moje wydanie). Slade w Old New Borrowed and Blue wycofali się do garażu, by w Slade on Flame dać pokaz bezkompromisowej energii. Jak zwykle nie zawiódł Andreas Vollenwieder, na którego nagraniach zachwycałem się w rozpiętości i kontroli dźwięku mojego nowego stereo. Mocno analogowe Grand Funk o dziwo nie buczało. Wishbone Ash pozwolił się rozpłynąć, a James Barclay Harvest unosić w stanie błogiego zasłuchania.

Wnioski? Płyty remasterowane, które mógłby otrzymać nowego kopa i wyrwać się spod kontroli, o dziwo są utrzymane w ryzach. Zestaw nie upiększa słabo nagranych płyt. Półeczka z moim arsenałem będzie się powoli dzieliła na to co gra dobrze, a co gra tak sobie. Ale takie prawo naturalnej selekcji, a ja będę miał nowe hobby – wyszukiwanie lepszych nagrań.

A cyferki ? Proszę bardzo :
Marantz CD6002, Xindak A06.

Translate »