Archiwum za; Kategoria;

Linux dzieciom

środa, 14 Lipiec 2010

Niemal wszystkie dzieci w wieku szkolnym będą miały możliwość zaznajomienia się z otwartym oprogramowaniem. Do szkół pod koniec roku trafi około 890,000 komputerów z preinstalowaną dystrybucją Linuksa.

Fantastyczna wiadomość? Oczywiście, lecz póki co dla Portugalii.

Jak podaje źródło, w przeciągu poprzednich dwóch lat rząd Portugalii wdrożył w szkołach 60,000 notebooków z zainstalowanym Linuksem i otwartym oprogramowaniem. Rozpowszechnił także 450,000 sztuk komputerów Classmate oraz 11,000 komputerów stacjonarnych PC pod kontrolą zarówno Linuksa i systemu własnościowego. W tym roku planuje się wprowadzenie kolejnych 250,000 sztuk komputerów Classmate, oczywiście z zainstalowanym Linuksem i systemem własnościowym.

Almost all school children in Portugal are becoming familiar with using open source, including the Linux operating system, says Paulo Trezentos, founder of Caixa Mágica Software.

By the end of this year, the company’s eponymous Linux-based operating system will have been installed on 890,000 school PCs and school laptops, he says. „In a country with a population of 10 million, this means that Linux is reaching the majority of the young people.”

The past two years, Portugal’s government deployed 60,000 school notebooks running the open source operating system and open source applications. The government also distributed 450,000 Classmate PCs and 11,000 desktops PCs running both the Linux and a proprietary operating system.

This year, the government called for proposals to add another 250,000 Classmate PCs, also running both Caixa Mágica and a proprietary operating system.

Trezentos concludes: „That makes Caixa Mágica one of the most installed Linux distributions in the world.”

źródło: http://osor.eu

Te liczby w stosunku procentowym do całości populacji Portugalii (10 mln) robią wrażenie. A nam pozostaje tylko wstyd, że u nas najważniejszym dylematem pozostaje: ‘w której wersji Worda wysłać pismo do Urzędu?’.

Jak się zabezpieczać

wtorek, 13 Lipiec 2010

Nikogo raczej nie muszę przekonywać, że dobrze jest się czasem zabezpieczyć. Na wypadek różnych wpadek, jak choćby przypadkowe usunięcie katalogu czy pliku. Odzyskiwanie danych z partycji ext3/ext4 jest cokolwiek kłopotliwe i żeby oszczędzić sobie doktoryzacji w tym temacie, lepiej jest kluczowe dane trzymać w dodatkowym miejscu.

Dla Linuksa na potrzeby takich zapasowych zabezpieczeń powstało kilka graficznych narzędzi/nakładek. Wiele osób być może nawet nie zdaje sobie sprawy z ich istnienia, powielając stereotyp skutecznej, lecz mającej dla wielu coś z magii archiwizacji za pomocą konsoli i np. rsync’a. Dlatego proponuję krótki przegląd zawodników, a mianowicie TimeVault, Deja-dup, Back in Time, luckyBackup, Grsync. Programy brałem ‘takie jak są’, nie próbowałem karkołomnych konfiguracji – ot, po podstawowych ustawieniach chciałem wiedzieć, czy uda mi się zsynchronizować katalogi, wykluczyć/wkluczyć konkretne pliki, skompresować zawartość kopii i przesłać ją na zdalny serwer.

TimeValut

Program jest często wymieniany jako odpowiednik TimeMachine (nie znam programu). Niestety, TimeVault od jakiegoś czasu wydaje się być nierozwijany, na stronie udostępnione paczki są tylko w wersji i386, dodatkowo program ma problemy we współpracy z wersją Pythona (2.6) będącą domyślną w większości nowszych dystrybucji. Innymi słowy – można się nim ‘pobawić’ lecz na swoją odpowiedzialność.

Deja-dup

Bardzo zgrabna aplikacja. Program dostępny w repozytoriach Debian Sid/Squeeze, dla Ubuntu 10.04 należy dodać PPA i zainstalować program (w przypływie lenistwa najszybciej w konsoli):


sudo add-apt-repository ppa:deja-dup-team/ppa
sudo apt-get update
sudo apt-get install deja-dup

+ kompresuje archiwum (bez możliwości wyboru),
+ szyfruje archiwum,
+ umożliwia zdalne gromadzenie kopii,
+ umożliwia wykluczanie katalogów z kopii
+ wykonuje cykliczne kopie (za pomocą deja-dup-monitor zamiast Cron‘a),
+ umożliwia proste przywracanie kopii z konkretnej daty

- uniemożliwia wykluczanie konkretnych plików,
- brak możliwości wykonywania własnych poleceń

Back in Time

Mocno wyposażony w opcje program. Występuje w repozytoriach Debiana (jak wyżej), dla Ubuntu 10.04:


sudo add-apt-repository ppa:bit-team/testing
sudo apt-get update
sudo apt-get install backintime-gnome (lub kde)

+ umożliwia wykluczanie katalogów/plików,
+ obsługuje profile,
+ wykonuje cykliczne kopie (wykorzystuje Cron‘a)
+ umożliwia proste przywracanie kopii z konkretnej daty

- nie wykonuje zdalnych kopii (?)
- nie kompresuje,
- nie szyfruje,
- brak możliwości wykonywania własnych poleceń

luckyBackup

Jeszcze bardziej obdarzony w mnogość opcji program. Instalacja jak powyżej (Debian z repozytorium, Ubuntu po dodaniu źródła):


sudo add-apt-repository ppa:luckybackup-maintainers/ppa
sudo apt-get update
sudo apt-get install luckybackup

+ umożliwia wykluczanie katalogów/plików,
+ obsługuje profile,
+ umożliwia zdalne gromadzenie kopii,
+ pozwala na cykliczne kopie (Cron)
+ umożliwia proste przywracanie kopii z konkretnej daty
+ możliwości wykonywania własnych poleceń/ustawienia parametrów dla rsync’a

- nie kompresuje,
- nie szyfruje

Grsync

Ten program z kolei to zubożona wersja luckyBackup (lub luckyBackup to jego wersja rozwinięta). Instaluje się bezpośrednio z podstawowych repozytoriów.

+ obsługuje profile,
+ możliwości wykonywania własnych poleceń/ustawienia parametrów dla rsync’a

- uniemożliwia szyfrowanie,
- brak wykluczania konkretnych plików/katalogów,
- uniemożliwia kompresowanie (choć opcja jest),
- uniemożliwia cykliczne kopie (należy sobie samemu dodać cykliczne zadanie np. w gnome-schedule),
- brak przywracania wersji z konkretnej daty

I teraz podstawowe pytanie, który program wybrać. Tutaj już niewiele podpowiem, mnie osobiście urzeka prostota obsługi i bogactwo wymuszonych opcji w Deja-dup, ale z drugiej strony pociągają możliwości konfiguracyjne Grsync. Ważne, że wbrew utyskiwaniom niektórych osób z określonych kręgów, wybór aplikacji do zabezpieczania swoich zbiorów jest pod Linuksem całkiem niezły. I to bez konieczności uciekania się do kombinacji z tekstowymi narzędziami bazowymi (co i tak większość robi i lubi).

GIMP gardzi naszymi procesorami

sobota, 10 Lipiec 2010

Taki smutny wniosek nasunął mi się ostatnimi czasy podczas intensywnego wykorzystywania pluginów GIMP’a. O ile wcześniej na procesorze z dwoma rdzeniami machnąłem na to ręką, o tyle na procesorze którzy posiada tych rdzeni cztery (i po dwa wątki na każdy), wprawiło mnie to w zakłopotanie. Siedząc z brodą opartą na dłoni przeliczałem sobie w pamięci jak to by szybko było, gdyby GIMP jednak użył tych wszystkich rdzeni. Ale nic z tego, monitor zasobów oraz top uparcie wskazywało stu-procentowe wykorzystanie tylko jednego z nich. Poszperałem, pogrzebałem, w końcu program jest aktywnie rozwijany, na pewno w tej materii coś się zmienia (bo w ilości wykorzystywanych rdzeni ustawianych w preferencjach programu już nie wierzyłem).

Z nowości w nadchodzącej stabilnej wersji 2.7.X na pierwszym miejscu stawia się sprowadzenie interfejsu GIMP’a do jednego okna. A GEGL’em (który teoretycznie powinien usprawnić wykorzystanie zasobów) podąża sobie swoją ścieżką rozwoju i nie zapowiada się na rewolucję zbyt wcześnie (a przynajmniej tę rewolucję przesłania sukces jedno-okienkowego interfejsu). Niestety, kolejny element układanki GNU stawia na wygląd, zamiast na powalenie swoją sprawnością obliczeniową. Nie jest to pierwszy przypadek, a wręcz plaga ostatnio powstających programów – ‘skoro nie działa jak powinno, niech przynajmniej ładnie wygląda’ (znacie?) Mnoży się ‘śłitaśne’ ikonki, przyciski, animacje i inne śmieci na potrzeby turystów systemowych, a człowiek próbujący pracować dostaje obietnice na najbliższą dziesięciolatkę.

Na szczęście, nie jest to reguła. Ale niech ktoś wskaże zamiennik GIMP’a. Ja nie wątpię w rozwój tego programu. Ale przy takim rozłożeniu priorytetów, nim GIMP usprawni obsługę gospodarowania zasobami, procesory z kilkoma rdzeniami wyjdą z użycia. A zwolennicy Photoshopa, jak utyskiwali na interfejs, tak teraz będą narzekać na wydajność.

Różne komputery, a takie same

wtorek, 22 Czerwiec 2010

Niemal każdy ma swoje ulubione programy. Co zrobić, jeżeli chcielibyśmy mieć ten sam zestaw aplikacji na nowo kupionym laptopie, kilku maszynach w pracowni, czy też na świeżo zainstalowanym nowym dysku z Linuksem? Jeżeli obracamy się w obrębie tego samego wydania naszej dystrybucji (Debian, Ubuntu), można wspomóc się poniższym.

Aby nie kopiować całych paczek/partycji, przeniesiemy sobie między poszczególnymi komputerami listę pakietów z komputera-wzorca. Jest to o tyle proste, że twórcy narzędzi do instalacji pakietów przewidzieli takie rozwiązanie i wydając proste polecenie:

sudo dpkg --get-selections > zainstalowane.log

… otrzymamy plik tekstowy ze spisem wszystkich zainstalowanych pakietów.

Wystarczy skopiować go wraz z plikiem /etc/apt/sources.list na pendriva, lub w inny sposób przetransferować na kolejną maszynę. Tam plik sources.list umieszczamy w katalogu /etc/apt/, oraz uaktualniamy listę dostępnych pakietów:

sudo apt-get update

Teraz użyjemy pliku ze spisem paczek:

sudo dpkg --set-selections < zainstalowane.log

I wykonamy aktualizację systemu:

sudo apt-get -u dselect-upgrade

Tak oto otrzymamy wierną replikę maszyny wzorcowej. Aby uniknąć nieporozumień, bezpieczniej jest wykonywać taki zabieg pomiędzy tymi samymi wersjami systemu. I masowo możemy klonować, duplikować i powielać byty linuksowe.

Panika zbiorowa z sarkazmem w tle

poniedziałek, 14 Czerwiec 2010

Gdy dziś gruchnęła w sieć wiadomość o wyłapaniu kolejnego trojana dołączonego do oprogramowania linuksowego, niewielu zadało sobie trud aby spuentować ten przypadek czymś więcej niż zdawkowym ‘Linux będzie jak Windows – na początku tak samo zawirusowany’. Informacja o wykryciu spreparowanych źródeł UnrealIRCd dotarła do mnie z oficjalnej notki samych twórców programu i co mi się rzuciło w oczy:

- trojan nie wykorzystywał dziur w UnrealIRCd, aby się zainstalować w uruchomionej usłudze – był dystrybuowany w paczce źródłowej,
- trojan umożliwia wykonania dowolnej komendy z prawami użytkownika który uruchomił UnrealIRCd,
- UnrealIRCd można uruchomić z prawami root’a, ale zaleca się uruchamiać go z prawami jakiegoś zwykłego użytkownika (gdzieś w dokumentacji to znalazłem)

Zatem, mamy kolejny przypadek z serii ‘dodatki w systemie na życzenie’. Jeżeli ktoś ominął podstawowe zasady bezpieczeństwa na serwerze i uruchomił usługę IRCd jako root – mógł mieć więcej problemów. W innych przypadkach próba przejęcia pełnej kontroli nad serwerem dla korzystającego z furtki jest znacznie utrudniona. Oczywiście, nie umniejsza to faktu, że osoby prowadzące serwer ze źródłami UnrealIRCd dały ciała dość mocno, jak również tego, że trojan to trojan – nigdy nie wiadomo, co jakiejś niecnocie przyjdzie do głowy.

Według mnie powodów do paniki nie ma. Może teraz więcej osób zacznie zwracać uwagę na to, aby zawsze weryfikować pobierane paczki publicznym kluczem GPG.

Porty pełne bitów

niedziela, 6 Czerwiec 2010

Dla zwykłego użytkownika zagadnienie otwartych portów i status połączeń nawiązanych ze światem przez jego komputer to taka abstrakcja, że do tej pory nikt nie postarał się o jakieś proste narzędzie do sprawdzenia w którą stronę i którędy wlatują pakiety z komputera. Fachowcy lub osoby tkwiące w temacie bez problemu radzą sobie za pomocą narzędzi typu netstat czy tcpdump, jednak co ma począć zwykłe człowiek nienawykły do tworzenia wymyślnych reguł filtrowania ruchu w tcpdump? A w czas wielkiej nudy niejednemu przyjdzie do głowy sprawdzić, czy jego komputer nie łączy się z jakimiś dziwnymi serwerami, gdzie skrzętnie upycha jakieś poufne informacje.

I dlatego, by nie straszyć otchłanią terminala oraz wywołującymi zawrót głowy parametrami, warto polecić prosty program o nazwie Net Activity Viewer.

Netactview to prosta graficzna nakładka na netstat, która ujawni nam:

  • jakie porty naszego komputera oczekują na połączenia (State -> LISTEN) – czyli jakie mamy uruchomione usługi,
  • z jakim serwerem zewnętrznym (Remote Address) i do jakiego portu (Remote Port) jesteśmy w tym momencie podłączeni (State -> ESTABLISHED) i który program (Program) to połączenie wykonał
  • oraz odmienne stany pozostałych połączeń (State) – typu CLOSE_WAIT, CLOSED, FIN_WAIT_1, FIN_WAIT_2, LAST_ACK, SYN_RECEIVED, SYN_SEND, i TIME_WAIT
  • Oprócz tego możemy ustawić, czy widok ma być odświeżany i z jakim interwałem, czy mają być pokazywane dodatkowe informacje (typu Local Address, czy Command), wynik połączeń możemy filtrować (ctrl+f) wpisaną frazą, czy też zapisać wyniki do pliku tekstowego.

    Jeśli lista możliwości trąci banałem, to tylko dlatego, że większość z nas nawykła do poleceń tekstowych, którymi dowolnie filtruje informacje o stanie sieci. Przeciętnemu zjadaczowi chleba taki program wystarczy by sprawdzić co w kablach piszczy. I co najważniejsze – jest.

    Netactview można pobrać ze strony domowej, w paczkach .deb dla Ubuntu i Debiana.

    Kopnij dużego – rzecz o gapiostwie

    piątek, 28 Maj 2010

    Jakąż miałem ogromną i nieodpartą chęć dokopania komuś – przez pogodę. Nawet zwykły pstryczek w nos by wystarczył. Na poczet tej chęci przypomniało mi się, że na moim Debianie ostatnio fochy stroi przeglądarka Chromium i czasem się zawiesi, czasem nie, generalnie – szału idzie dostać. Zatem, czemu by nie dokopać Google za ich niechlujstwo i knowanie przeciw mojemu imperium z wiecznie rozbebeszonym Sid’em na czele. I z braku czegoś mądrego do napisania, pewnie bym obsmarował Google – bo walkę z korporacjami mam we krwi.

    Lecz całość zbiegła się w czasie z programikiem, który dzięki znajomemu spróbowałem przetestować u siebie (Shape Collage). Jak on się ma do kulawego działania Chromium? Program jest poczyniony w Javie i przy próbuje jego uruchomienia otrzymałem komunikat – zasadniczo, że go nie uruchomię. Przywykłem do takich hec, ale coś mnie tknęło, żeby sobie sprawdzić wersję binarki Javy. I czego się dowiedziałem?

    java version „1.5.0″
    gij (GNU libgcj) version 4.4.4

    Zaraz, zaraz. Jakie gij? Po ostatnich przebojach z pluginami do banków upewniałem się, że używam zamkniętej wersji Javy, gdyż otwarty interpeter wciąż zachowują się z nutką eklektycznej zagadkowości.

    Eh. Chciałem codzienne aktualizacje systemu, to mam. Pozostało poinformować system, że domyślnie chcę jednak używać pogańskiej wersji Javy:

    update-alternatives --config java

    (i wybrałem numerek stojący przy Javie Sun’a).

    I wszystko zaczęło działać. I na co tu teraz gderać…

    O czym śpiewa wołowina

    poniedziałek, 17 Maj 2010

    Taaak. O czym śpiewa, nawet martwa, wołowina? Można to sprawdzić za pomocą programu DeaDBeeF (historia wyrażenia). Wyśpiewa nam wszystko.

    DeaDBeeF to odtwarzacz audio aspirujący do miana minimalistycznego ale z dużymi możliwościami. Termin ‘odtwarzacz audio’ może wciągnąć na wiele twarzy znudzony grymas i ziewnięcie, ale splot niektórych faktów i cech tego programu, dają podstawy by myśleć o nim w górnolotnych kategoriach. Co zatem potrafi?

    * mp3, ogg vorbis, flac, ape, wv, wav, m4a, mpc, cd audio (and many more)
    * sid, nsf and lots of other popular chiptune formats
    * ID3v1, ID3v2.2, ID3v2.3, ID3v2.4, APEv2, xing/info tags support
    * character set detection for non-unicode id3 tags – supports cp1251 and iso8859-1
    * unicode tags are fully supported as well (both utf8 and ucs2)
    * cuesheet (.cue files) support, with charset detection (utf8/cp1251/iso8859-1)
    * tracker modules like mod, s3m, it, xm, etc
    * HVSC song length database support for sid
    * gtk2 interface with efficient custom widgets
    * no GNOME or KDE dependencies
    * minimize to tray, with scrollwheel volume control
    * drag and drop, both inside of playlist, and from filemanagers and such
    * control playback from command line
    * global hotkeys
    * multiple playlists
    * album artwork display
    * 18-band graphical equalizer
    * metadata editor
    * user-customizable groups in playlists
    * user-customizable columns with flexible title formatting
    * radio and podcast support for ogg vorbis, mp3 and aac streams
    * gapless playback
    * plugin support; bundled with lots of plugins, such as global hotkeys and last.fm scrobbler; sdk is included
    * duration calculation is as precise as possible for vbr mp3 files (with and without xing/info tags)
    * was tested and works on x86, x86_64 and ppc64 architectures. should work on most modern platforms

    Czyli całkiem normalny zestaw czynności. Od siebie dodam, że program posiada sporą listę pluginów (niektóre z nich podejrzewam o powiązania z Audaciousem), które dają praktycznie możliwość odtworzenia wszystkiego, co posiadam na dysku. Zagrają nam też radia internetowe, choć program nie posiada jakieś wyspecjalizowanego przeglądania stacji. DeaDBeef pozwala na używanie kart dla list odtwarzania, dzięki temu można szybko się przełączać np. między zapisanymi stacjami radiowymi, a plikami z dysku. Możemy również edytować tagi ID w utworach, minimalizować program do zgrabnej ikonki w tray’u, konfigurować wygląd odtwarzacza (GTK2), włączyć equalizer i odczytywać/zapisywać jego ustawienia. Ustawić można również resampling danych i inne ciekawe niuanse udawania, że muzyka gra lepiej, niż jest faktycznie. Możliwości jest wiele. Jednak niektórym zabraknie obsługi kolekcji, czy wyświetlania danych o utworze/artyście, czy też skórek a’la Winamp.

    Co zatem wyróżnia ten program na tle innych? Cóż, to prosty odtwarzacz, ale tak solidny, że aż serce rośnie. Dodatkowo, obciążony całkiem sporą playlistą – nie chce zużyć więcej niż 26MB pamięci RAM. Dla ceniących minimalizm to miła niespodzianka.

    Program jest do ściągnięcia z oficjalnej strony w postaci paczki .deb dla Debiana, lub po dodaniu repozytorium PPA dla Ubuntu (Karmic, Lucid):

    sudo add-apt-repository ppa:alexey-smirnov/deadbeef

    Lubiącym aby im grało prosto i skutecznie – polecam.

    Jak niektórzy zauważą na mojej playliście ze zrzutu ekranu, dzisiejszy wpis jest dedykowany pamięci Ronniego Jamesa Dio, który 16stego maja rano wyruszył w swoją ostatnią trasę koncertową w wieku 67 lat. Frontman znany z napędzania swoim nieprzeciętnym wokalem takich kapel jak Elf, Rainbow, Black Sabbath, Dio. Porusz niebiosa, czy gdzie się też wybrałeś, Ronnie James Dio.

    A może nowy BIOS?

    środa, 12 Maj 2010

    To nieprawdopodobne jak często sprawdza się komunał o tym, że to najprostsze rozwiązania są najlepsze.

    W zamierzchłych czasach, gdy sprytni i wtajemniczeni ludzie panowali nad maszynami, ogólnie przyjętym rytuałem było wgrywanie nowych wersji oprogramowania do wszelkiej maści płyt głównych, napędów CD-RW, DVD i innych urządzeń które na to pozwalały. Wymagało to jako takiej wiedzy (wtedy dość powszechnej), stabilnego zasilania oraz mocnych nerwów (gdy ktoś nie miał UPS’a). Proces polegał na uruchomieniu komputera z dyskietki, która startowała poczciwego Ms-DOS’a i zawierała program przeznaczony do zaktualizowania konkretnego urządzenia. Po jego uruchomieniu wystarczyło wskazać nową wersję obrazu z firmware i głośno powtarzać ‘żeby nie wyłączyli, żeby nie wyłączyli’. Po takich ceregiela można było się cieszyć zaktualizowaną np. płytą główną, która rozpoznawała nowsze procesory, lub napędem DVD który łacniej współpracował z nośnikami, itp.

    Nie oznacza to, że teraz taki proces nie jest na porządku dziennym. Jednak został uproszczony do niezbędnego minimum, tak, aby wszystko wykonywało się samo i ingerencja użytkownika była niemal niepotrzebna. Większość magicznych ‘uaktualniaczy’ to proste programiki które po dwukliku nań, same wykrywają sprzęt, wgrywają do niego co trzeba i kończą pracą. I całkiem niedawno przypomniałem sobie na nowo, dlaczego to zawsze było dla mnie problemem – te ‘automagiczne’ programy są przeznaczone dla wiodącego systemu. Aby wykonać taką aktualizację pod Linuksem, trzeba mieć nieliche szczęście (np. program flashrom obsługuje nasze urządzenie).

    Jako, że posiadam parę urządzeń, do których chętnie bym wrzucił nowszy firmware (po czterech latach od wydania nazbierało się poprawek), niedawno na nowo wróciło pytanie czemu tego wcześniej nie zrobiłem. No tak, stacja dyskietek, a w ogóle sprawna dyskietka, to wspomnienia odległych lat. Pozostaje uruchomienie komputera z innego urządzenia – naturalnym jest wybór pendrive’a. I kluczowe – producent sprzętu musi udostępnić wersję ‘aktualizatora’ dla Linuksa, bądź Ms-Dos’a. Ten pierwszy przypadek, jak wspomniałem, to żebracze łzy pod bramą Wielkiego – nikogo to nie obchodzi. Na szczęście na stronach są jeszcze dostępne do ściągnięcia staromodne programy do uruchomienia właśnie pod Ms-DOS’em.

    Zatem na naszej pamięci USB musi znaleźć się DOS, który uruchomi komputer i umożliwi resztę operacji. Nigdy takich numerów z Ms-DOS’em nie próbowałem, dlatego zasępiony zacząłem wznosić modły w świątyni lenistwa (czyt. przeglądać internet). I jak to bywa – ‘jakież to oczywiste..’.

    Pokrótce – ulży nam w niemocy program UNetbootin. Znajduje się on w repozytoriach unstable Debiana, a dla Ubuntu w tym PPA i wymaga doinstalowania bibliotek QT4 (nikt nie jest doskonały). UNetbootin pomimo skomplikowanej nazwy, wykonuje bardzo prostą czynność – na wskazanym urządzeniu (pendrive) nagrywa bootowalny obraz wybranej przez nas dystrybucji Linuksa, lub FreeDOS’a. Ten zbawienny FreeDOS to nic innego jak zgodny z komercyjnym Ms-DOS’em, otwarto-źródłowy kawał dobrej roboty. Pod nim uruchomimy nasz program do aktualizacji firmware.

    Wobec ogromu myśli z jakimi biłem się raz na jakiś czas przy próbach zmuszenia Linuksa do aktualizacji np. BIOS’u, z tym narzędziem sprawa jest banalna. Jak widać na załączonym obrazku, wybieramy interesującą nas dystrybucję (program ściągnie z sieci odpowiedni obraz), lub wybieramy obraz zapisany na dysku. Następnie wybieramy napęd USB (partycję na nim – oczywiście pendrive’a należy wcześniej podłączyć) i klikamy OK. Cała reszta stanie się sama.

    Na tak spreparowanym nośniku nagrywamy program dla DOS’a, obraz firmware, itp. – to co nam jest potrzebne. Uruchamiamy komputer, wybieramy rzeczony napęd USB jako medium do rozruchu, na chwilę przystajemy przy menu z wyborem interesującej nas opcji FreeDOS’a (poza instalacją na dysku twardy). Ukazuje się kojące czarne tło z legendarnym promptem. To co zapisywaliśmy na urządzeniu znajduje się na dysku widzianym przez FreeDOS’a jako dysk C:. Przechodzimy tam, uruchamiamy co należy. Aktualizacja, szampan, fanfary (o ile podczas aktualizacji nie kopniemy z radości w wyłącznik od listwy prądowej).

    Prawda, że to oczywiste?

    Iceweasel 3.6.3 i peleton

    środa, 7 Kwiecień 2010

    Z okazji pojawienia się w repozytorium ‘experimental’ zmodyfikowanej na potrzeby Debiana przeglądarki Firefox 3.6 – czyli Iceweasel 3.6, nie mogłem się oprzeć, by nie sprawdzić jak ta wersja prezentuje się w benchmarkach. Ponieważ mam niewygórowane ambicje, z zainstalowanych przeglądarek posiadam Midori 0.2.4 i Chrome 5.0.366.2. Za tester posłużyła strona Sunspider.

    dyerware


    Przy poprzednich wynikach Iceweasel’a 3.5 w granicach 1980 punktów, obecny rezultat wersji 3.6.3 wygląda o niebo lepiej. Jednak konkurencja też nie śpi i … ‘(…) im szybciej biegł Lisek, tym mocniej przebierali nóżkami pozostali, wyprzedzając go zupełnie’.

    Dla dokładniejszej analizy, szczegółowe wyniki: Iceaweasel, Chrome, Midori.