przystajnik

półeczka

Galeony Wojny

Galeony Wojny Czyli uczepiłem się jak pijany rzep psiego ogona zza płotu. Albo po prostu Jacek Komuda pisze dobrze, wartko i dużo. Dlatego ostatnie miesiące mojego czytelnictwa poświęcam w zasadzie tylko jego książkom.

Galeony Wojny, to kolejne dzieło które bezpretensjonalnymi opisami, dialogami i przekleństwami, ukazuje nam pełen romantyzm obcinanych kończyn, tonących w promieniach słońca okrętów, z nutką wszechobecnego zapachu grogu i brudu za paznokciami. Tak, styl Komudy się nie zmienił, zmienił tylko zakres działań głównych bohaterów – zamiast z szablą w ręku gnać konno na wroga, szable trzymają w zębach a w rękach linę pomocną w sprawnym abordażu. Drzazgi sypią się z burt, bose stopy ślizgają się po zakrwawionych pokładach, zabłąkane kule wybierają ofiary, a tajemnica Lewiatana, ocierająca się o mistycyzm i wierzenia ludzi mórz, niewiarygodnie urzeczywistnia się w jak najbardziej materialnej postaci.
Jak to w książkach bywa, musi być i bohater pozytywny. Rozanielone dziewczęta nie spotkają tu jednak w roli głównej smagłego, wysokiego, z mięśniami niczym postronki, młodzieńca. Dickmann to kapitan słuszny wiekiem, z głową na karku i nielichymi umiejętnościami żeglarskimi. Postawiony niejako przymusem w szranki z Lewiatanem, będzie musiał tęgo kojarzyć fakt i wydarzenia, wespół ze swoją zadziwiającą załogą statku. Lewiatan to jednak jedna z tajemnic na kartach książki, innym znakiem zapytania jest historia i osoba Marka Jakimowskiego, polskiego szlachcica radzącego sobie na morzu niezgorzej niż w siodle.

Atrakcji nie brakuje. Dużo pytań, zdawkowo rzucane strzępy układanki trzymają w niepewności niemal do samego końca. A gdy skończy się opowieść, na deser pozostają nie mniej ciekawe, doskonałe przypisy. Bo jak to u Komudy bywa, część przygody to fikcja, a część prawda, opierająca się o historyczne osoby Dickmanna i Jakimowskiego (i nie tylko). Wyszukiwanie i zgłębianie takich faktów można lubić lub uwielbiać – zdecydowanie uwielbiam.

Nie powiem i nie napiszę już nic więcej – musicie to przeczytać. Autorowi i jego dziełom można zarzucić tylko jednego – w połączeniu z intensywnym sezonem trekkingowym, przez jego pomysły zarzuciłem niemal całkowicie inne tytuły, które leżakują u mnie na półce.

Diabeł Łańcucki – czyli wpływ pogody na rozwój czytelnictwa w Polsce

Nie da się ukryć, pogoda w moim rejonie ostatnio nie rozpieszcza, zatem nie pozostało nic innego, jak zaszyć się z książką w ręku w domowych pieleszach. I tak sobie od niedzieli przebiegłem tam i z powrotem po starych dziejach Bieszczad, Łańcuta i okolic.
Jacek Komuda mnie nie zawiód – po doskonałym ‚Bohunie’, poczułem nieodpartą chęć poznawania innych książek tego autora. Niestety, pozostałe książki okazały się zbiorami opowiadań (‚Czarna szabla’, ‚Opowieści z dzikich pól’). Na dodatek z niektórymi opowiadaniami zdublowanymi (oj, nie po to płacę pieniążki, żeby 1/3 książki znać z wcześniejszego tomu opowiadań). Sporo mojej w tym winy, bo w tym napaleniu, nie sprawdziłem co jest w środku – kupiłem niemal na ślepo.

Ale ‚Diabłu Łańcuckiemu’ nie można praktycznie nic zarzucić – to uczciwe, rzetelne i praktyczne lanie się po mordach, chlastanie szablami po barkach, łamanie gnatów, pościgi, ucieczki, zasadzki w połączeniu z rubasznym i sprośnym podejściem życia przez XVII-wieczną szlachtę. Przez całe pięćset (525 z przypisami) kart książki nie ma ani chwili, kiedy człowiek miałby ochotę ziewnąć. Autor skutecznie rozwija nastrój i wciąga w wir wydarzeń, niczym młyńskie koło nieświadomego nieszczęśnika. Historia można by rzec prosta – bo jak to w wielu już książkach opisywano, opiera się na schemacie – On – Ona i ten trzeci. Ale to jeden z wątków, jakby na to nie patrzeć, sprawczy, ale jednak okraszony innymi, z akcentami brutalnej rzeczywistości życia na terenach opisanych w książce.

Zatem, kto jest ciekaw przygód Jacka Dydyńskiego, co i komu zawinił pan Stadnicki, jakie tajemnice przywiózł ze sobą Gedeon, czy Kostusia może mieć zmysłowe drażniątka – niech nie szuka po internecie streszczeń, tylko sięgnie po tę lekturę. I to za uczciwą cenę – 29.99 zł !.

Dawno temu

BohunDawno żadna książka tak mnie nie wyłączyła z obiegu. 300 stron ( 340 z notką od autora ) połknąłem – a właściwe przewinęło się w mojej wyobraźnie w ciągu jednego wieczora i jednego poranka, w sumie trzy, cztery godzinki czytania. Miło udowodnić sobie, że jeszcze człowiek potrafi się skupić nad lekturą, a i lektura szanuje człowieka. Wszystko za sprawą Jacka Komudy i jego wyśmienitej książki „Bohun„.

Przygoda jednego wieczora i jednego poranka przeniosła mnie w czasu i na tereny konfliktu kozacko-polskiego w XVII wieku. W okolicznościach przedstawionych i sugestywnie opisanych w książce, te tereny to jedyne ‚coś pięknego’ co nas spotka, koniec z upiększaniem historii naszego kraju. Reszta to bezpardonowy opis zmagań dwóch stron konfliktu, na kanwie trwającego od kilku lat powstania Chmielnickiego. Zapijaczona szlachta polska, zapijaczone kozaki, rozwiązłe dziewki, honor w starciu z nienawiścią, knowania, knucie i zdrada. Wszystko to tu jest. Dawno nie czytałem niczego, w co autory tchnąłby tyle życia, autentyzmu i smrodu czasów opisywanych. Bohaterowie aż kipią od swych emocji, swojego Ja. Każdy jest sobą, krwią, kośćmi i plwocinami znacząc karty historii. Kozacy, Polacy, cudzoziemcy – w mniejszym, większym stopniu budują to, co obecnie znane jest nam jako jedna z większych klęsk Wojsk Koronnych.

Nie chcę się zapędzić i zepsuć komuś smakowanie tej perełki, bo to lektura dla miłośników czasów i historii Polski niemal obowiązkowa. Aż człowiek ma ochotę łzę uronić nad losami bohaterów.

A teraz czas na „Czarną szable”. Mojego od niedawna ulubionego Autora.

Translate »