przystajnik

filmidła

Ruchome obrazki i inne bezeceÅ„stwa …

Defilada

Ci, którzy pamiętają pierwszomajowe akademie i inne formy aktywności artystycznej w podstawówkach ubiegłego wieku, czasu wiadomego, być może rozpoznają ten poemat:

Dzień zwycięstwa, maj zielony, białe kwitną bzy.
Dziadek usiadł zamyślony, wspomniał wojny dni,
jak z Radziecką Armią sławną w bój na wroga szedł.
Działo się to tak niedawno, a zda się, że wiek.

Jak miał Miszę towarzysza, co w okopach padł,
z takim Miszą można było zawojować świat!
Dzień zwycięstwa maj zielony białe pachną bzy,
Dziadek usiadł zamyślony, wspomnij z nim i Ty!

A potem przemarsze, pochody, flagi fiurgały, wszyscy w białych bluzeczkach, no jaki porządek był i estetyka, to aż się serce kraje z tęsknoty.

Jak ktoś myśli, że te pochody były przegiętym uwielbieniem dla ustroju i aparatu władzy, to polecam obejrzeć dokument Andrzeja Fidyka z 1989 r., pt. ‚Defilada‚ (akurat wczoraj przyłapałem ten film przypadkiem na Kino Polska). Malutcy jesteśmy w porównaniu z Koreą.

A wierszyk w początku, to oczywiście był deklamowany na obchodach Dnia Zwycięstwa, tak jakoś mi się te dwa święta połączyły.

Dlaczego „300-stu” mogło być fajnym filmem, a nie jest

Odpowiedź jest krótka :
– pomieszanie przystającej klimatycznie do czasów akcji muzyki z muzyką przystającą klimatycznie do naszych czasów (gitary elektryczne, perkusja – przede wszystkie w scenie pochódu roznegliżowanych fanów Rammstein’u 🙁 ),
– przemowy – Sparta, wolność i te wszystkie pierdoły – zupełnie nie na te czasy,
– sceny miłosne – kto takie wstawia w filmie o twardzielach ?
– angielski język aktorów – szkoda, że nie nakręcono tego w grece

I tyle. A reszta jest bardzo do przyjęcia – klimatyczne zdjęcia, nawet efekty komputerowe nie kłują aż tak bardzo w oczy, walki są takie jakie powinny być (nie ze względu na gloryfikację posoki i obciętych kończyn) – czuć moc i siłę wojowników. Jak się jednak spojrzy z dystansu na ten film – to jednak tylko tyle dobrego można o nim powiedzieć. Nad aspektami całej historii nie ma co się rozwodzić – ciężko wtłaczać priorytety naszej cywilizacji w czasy sprzed tylu wieków.

Battlestar Galactica

Podczas pewnej bezsennej nocy przerzucałem kanały w TV na lewo i prawo. I jakoś trafiłem na stację AXN, gdzie leciały kosmiczne wehikuły, strzelały do siebie, a efektowne wybuchy niemal rozbryzgiwały się malowniczą spalenizną po ścianach mojego pokoju. ‚O’, pomyślałem i już zostałem na tym kanale. Ładnie zrealizowany film, z efektami w których nie czuć plastiku (nadto), a i potem okazało się, że scenariusz i fabuła też mnie zaciekawiły. Lubię sobie od czasu do czasu takie pooglądać, a do Babylon 5 zawsze miałem pecha.

Tak oto stałem się początkującym fanem Battlestar Galactica. Zgrzytem okazało się to, że AXN wyemitował, jak ustaliłem, dwuczęściowy pilot serialu. A co było dalej ? No otóż to – stałem się komandorem Adama, przemierzającym bezkres internetu i wyszukując co, gdzie i kiedy będzie można zobaczyć.

Tak czy siak. Serial może się podobać. Choć nie mając przed oczami pierwowzoru z 1978, mogę bałwochwalczo opiewać uroki nowoczesnej techniki użytej do stworzenia remake’u z 2003. Ale i tak jest fajnie. Walka, romans, psychologia, niewiadome. Taki może popularny ostatnio miszmasz, ale sprawnie i treściwie podany.

A i najważniejsze, o czym jest serial. Zacytuję :

Rasa ludzka zamieszkująca Dwanaście Kolonii toczy wyniszczającą wojnę z Cylonami, zbuntowanymi maszynami, które sama wcześniej stworzyła. Po wyniszczającej walce dochodzi do zawarcia rozejmu, a Cyloni wycofują się. Daleko od zamieszkanych systemów zostaje zbudowana baza kosmiczna, która ma być miejscem utrzymywania kontaktów dyplomatycznych między obiema rasami. Rokrocznie ludzie wysyłają oficera, aby oczekiwał wieści od dawnych wrogów. Jednak druga strona milczy. Niespodziewanie po czterdziestu latach dawna nemesis powraca. Tymczasem Cyloni stworzyli 12 modeli humanoidów ─ cylonów, wyglądających jak ludzie, którymi posługją się głównie do infiltracji. W wyniku podstępu uzyskują dostęp do systemów obronnych Dwunastu Kolonii i przypuszczają atak, w wyniku którego rasa ludzka staje na krawędzi unicestwienia. Z pogromu ocalał przestarzały okręt bojowy, Battlestar Galactica, oraz pewna liczba statków cywilnych. Załoga wyrusza na poszukiwanie nowego domu, zaginionej, trzynastej kolonii ─ Ziemi.

Lubującym się w space operach polecam.

Earls Court w moim domu

Moje kochane Wharefedale na 145 minut uczyniły z mojego domu przestrzeń akustyczną 1994 roku z Earls Court w Londynie. Wypełniły po brzegi pięknym, aksamitnym basem, zaśpiewały wirtuozerią wysokich riff’ów gitarowy, zdmuchnęły mnie w czeluście ekstazy wyrafinowaną pracą i uderzeniami perkusji.

W 1994 roku nikt inny jak Pink Floyd dał tam koncert ( Earls Court, podczas jednej z 14-stu koncertowych nocy ), a potem trafił ów koncert do sprzedaży opatrzony tytułem Pulse. A w 2006 roku ukazało się wzniowione, poprawione, wzbogacone wydanie tego koncertu na dwóch płytach DVD. I te płyty towarzyszyły mi dzisiejszego wieczoru ( i moim sąsiadom ).

Sam zapis koncertu, jego obróbka ( dźwięk 5.1 lub stereo ) pozwalają w zupełności oddać się klęczeniu przed kolumnami wsłuchanym w płynące z nich dźwięki. Bo twórczości Pink Floyd chyba nie muszę nikomu przedstawiać. Koncert co prawda bez Rogera Watersa, ale cóż. Nie można mieć wszystkiego. Przyczepić mogę się do formatu obrazu, bo 4:3 nie jest chyba niczym eksluzywnym, a sam koncert za taki uważam.
Całość może się podobać – efekty wizualne, jak to na koncertach, dają po oczach, a sam pan Dave Gilmour wydaje się być w formie i cieszyć się z tego co robi.

Teraz czekam na pismo ze spółdzielni w odpowiedzi na skargi sąsiadów.

Come, pixelize my life!

Taaa … Sądzę, że przy takiej rozrywce mógłbym spędzić dzień cały ślepiąc w TV.

video1 video2

Muzycznie może nieco za nowocześnie ( szczególnie w drugiej produkcji ). Ale i tak obrazy przebojem wdarły się w mój spragniony prostoty umysł.

A przy okazji, zwróćcie uwagę na dobrze błędnie napisane zdanie w drugim teledysku, kto się kapnie o co chodzi, to może coś wygra.

Iluminacja

Wszystko jest iluminacją w wykonaniu Elijah’a Wood’a zachwycił mnie i pozytywnie zaskoczył.

Film jak film, można by powiedzieć, w dodatku produkcja zza wielkiej wody, a czego oni już tam nie robili, żeby publikę zaciekawić.
Ale ten obraz jest inny. Nie zdobył jakieś niesamowitego rozgłosu ( ? ) i pamięć o nim zaniknie jak echa odległych czasów o których film opowiada.
A historia jest prosta – młody żyd amerykańskiego pochodzenia przybywa na Ukrainę, skąd pochodził jego dziadek. W czasie drugiej wojny światowej jego sztetl został wymordowany przez nazistów, a dziadkowi życie uratowała kobieta o imieniu Augustyna. Chłopiec postanawia ją odnaleźć, a pomogać mu w tym będą orginalny tłumacz z Odessy i jego niewidomy dziadek, kierowca. Oraz Sammy Davis Junior, Junior.

Podróż sentymentalna ? O tak. W świetnym wydaniu. Piękne zdjęcia. Świetna muzyka. Wyważony humor. Melancholia. Wspomnienia. Historia jednego człowieka która była udziałem kilku milionów. Film prezentuje postawę tak odmienną od obecnego życia chwilą. Warto się zatrzymać, spojrzeć wstecz, choćby dla samego szacunku dla życia i przejść tych którzy odeszli.

Pięknie zrobiony film, oparty rzecz jasna na książce Jonathana Safrana Foera. Książki niestety nie czytałem, ale myślę, że warto by to było nadrobić.

Strach oglądać

Trafiło mi się obejrzenie ostatnio dwóch filmów.

Pierwszy z filmów które trafiły przed moje oczęta, to Egzorcyzmy Emily Rose. Generalnie trzęsidupa jestem, boję się oglądać horrory, nie cierpię jak coś mi wyskakuje przed oczy, jak nagle kolumny wydają ni stąd ni zowąd potępieńcze wycie w momencie kiedy się najmniej tego spodziewam … A w takie stany wpędzają mnie notorycznie dalekowschodnie produkcje. Ten film dla odmiany jest z fabryki w USA, może dlatego aż tak mnie nie przeraził, żeby nie obejrzeć do końca. Film opowiada ( autentyczną, film jest na faktach ) historię śmierci pewnej Emily, której przytrafił się przypadek wymagający egzorcyzmów. No właśnie – czy wymagający tych egzorcyzmów, czy też nie, oceńcie sami. Film zrobiony może bez fajerwerków, ale opowiada ciekawą historię, czasem trąci sztampą ( eh, te długie, puste, zimne korytarze ), ale ogląda się z zainteresowaniem. Niby pozostający poza strefą naszego poznania temat, ale czasem można się zastanowić – ‚A co jeśli … ‚. Mnie się tam podobał.

Druga pozycja to Jarhead. W zasadzie, nie wiem co o tym filmie myśleć. Opiewa historię paru amerykańskich ( nie ma innych armii na tym świecie ) marines, którzy trafiają wojnę z Saddamem. Tę pierwszą wojnę. Ale zanim to nastąpi mamy przedstawione ich szkolenie. Ich przemyślenia. Ich własne ja wyrażane w ten typowy amerykański luzacki sposób. Eh, nie szukajcie po tych słowach głębi w tym filmie. Z jednej strony wydaje się on być gorzkim spojrzeniem na to całe drylowanie maszynek do zabijania, z drugiej strony, te maszynki wydają się to lubieć, pomimo wstrząsu zetknięcia się z okrucieństwami wojny. Po całej zabawie w strzelanie i po powrocie do domu …. Wydają się tesknić za przygodą ? Z jednej strony mamy przygłupów niemal szczytujących podczas oglądania ( Czas apokalipsy ) ataku helikopterów na wioskę w Wietnamie, z drugiej strony młokosów zdziwionych efektem nalotów, potem zaś dbających o zwłoki przeciwnika estetów. By na koniec filmu powrócić do konkluzji, że jednak postrzelać to fajnie jest. Do mnie przesłanie filmu nie dotarło.

O czym śnią elektroniczne słonie

W sieci pojawiła się właśnie finalna wersja animowanego filmu w całości dokonanego i popełnionego za pomocą darmowych narzędzi na Linuksie ( główne skrzypce odegrał program Blender ).

Tytuł tego dzieła to Elephants Dream.

Czy oznacza to nowy trend powstawania darmowych filmów, czy też film jest może bardziej reklamą Blendera … Ocenę pozostawiam wam. Jednego nie można temu filmikowi odmówić – jest fajny, jest ładny, jest darmowy. Plik waży 815 MB ( bądź 425 MB, mniejsza rozdzielczość ), zatem zalecana cierpliwość.

Blender Elephants Dream

Dniewnoj Dozor

O rety. Kto by pomyślał, że rosyjska kinomatografia tak wystrzeli. Z wysokiego obcasa w utwardzone klepisko.

Trzeba przyznać, że w dziedzinie kina w którym liczy się pomysłowość i orginalne podejście do tematu efektów specjalnych, nastroju, itp – nasza kraina jest daleko, daleko w tyle. Nawet za amerykańcami.

„Nochnoj dozor” zachwycił. Orginalnym klimatem, nietypowym podejściem do efektów specjalnych, świeżym tchnieniem, którego próżno szukać w kinie zachodnim. Film SF, a taki … rosyjski.

„Dniewnoj dozor” miał być krokiem naprzód – niestety, kroki te oznaczają – bardziej ‚czaderskie’ efekty specjalne, wątki miłosne i takie … lekkie rozmydlenie atmosfery. Z niezłym początkiem filmu wkroczamy coraz bardziej w opary szpanerstwa, drętwoty, braku orginalnych konceptów i ucieczce twórców filmu do pospolitych zagrań. Mocna akcja, mocna hałaśliwa muzyka itp.

Film pomimo to pozostaje filmem dobry. Jak dla mnie, brak mu świeżości koncepcyjnej pierwszej części ( walka za pomocą luster, przemiana w sowę, itp ). Nawet przy ocenie ‚dobra’, film jest o kilka klas wyżej niż obecnie serwowana zadchodnia kinomatografia pospolita.

Translate »