przystajnik

Linux Foundation na łańcuszku korporacji?

Jeżeli nie wiadomo o co chodzi, to z pewnością chodzi o pieniądze. Nasze czasy są doskonałym potwierdzeniem tego stwierdzenia i w sumie niewiele rzeczy jest już w stanie zaskoczyć bacznych obserwatorów rzeczywistości. Jednak ciężko skomentować decyzję Linux Foundation, aby w zarządzie fundacji zasiadały wyłącznie prominentni przedstawiciele bogatych korporacji, bez dotychczasowej reprezentacji społeczności.

linux_foundation_logoZadaniem Linux Foundation jako organizacji non-profit jest ochrona prawna, propagowanie i usprawnianie rozwoju Linuksa. Wzięła też ona (Fundacja) na swoje barki sponsorowanie pracy Linusa Torvaldsa Linux oraz innych kluczowych developerów kernela. To oczywiste, że niekomercyjna Fundacja potrzebuje funduszy na swoje bieżące działania. Nie da się też ukryć, że pieniądze te pochodzą od dużych firm wykorzystujących skwapliwie opensource: Fujitsu, HP, IBM, Intel, NEC, Oracle, Qualcomm. Można by napisać – płacą, więc wymagają. Ich przedstawiciele zasiadają w zarządzie składającym się z 16 członków, wybieranych w dość niewybredny sposób:

10 by platinum members (platinum membership costs $500,000 a year), 3 by gold members (gold membership costs $100,000 a year), 1 by silver members (silver membership costs between $5,000 and $20,000 a year, depending on company size), and 2 by individual members (individual membership costs $99 a year)

Niemniej, to się po cichu zmieniło. Jak zauważył Matthew Garrett, z obecnego statutu fundacji zniknął zapis o możliwości zasiadania w radzie dwóch reprezentantów „ludu” (individual members). Jeżeli ktoś temu nie dowierza, może sobie porównać aktualne zapisy z poprzednimi. Wszystko to stało się krótko po wystąpieniu Karen Sandler podczas prezentacji we wrześniu ubiegłego roku. Niedługo później program „członkostwo indywidualne” cichaczem przemianowano w program „indywidualny sympatyk”, którego udział udziału w wyborach zarządu został ograniczony – lub bądźmy szczerzy – zlikwidowany. Karen jest dyrektorem wykonawczym Software Freedom Conservancy, organizacji sympatyzującej z licencją GPL. Linux Foundation jak do tej pory miała więcej problemów niż korzyści z egzekwowania GPL, gdyż SFC finansowało pozew przeciwko jednemu z członków Fundacji w kwestii naruszenia zapisów tejże licencji. Nietrudno skojarzyć i połączyć fakty. Linux Foundation staje się powoli tubą korporacji, którym nie do końca jej po drodze z koszernym GPL. Tylko to może tłumaczyć ograniczenie znaczenia społeczności w decyzjach Fundacji. Bowiem tacy przedstawiciele mogą nieprzewidywalnie wzbudzać popłoch wśród wspierających Fundację bogatych korporacji.

Ciężko powiedzieć, czy coś uratuje pozycję Fundacji. Z jednej strony potrzebuje ona pieniędzy na bieżące wsparcie rozwoju Linuksa oraz działania prawne. Z drugiej strony jest krok od stania się marionetką w rękach korporacji. Wyjściem byłby crowdfunding i przejęcie Fundacji przez społeczność. Czy jest to wariant możliwy do zaistnienia? Cóż, widząc jakimi pieniędzy mogą operować  korporacje w celu zagwarantowania sobie zysków, należy do tej kwestii podchodzi sceptycznie. Ale z wiarą. 

Post navigation

17 comments for “Linux Foundation na łańcuszku korporacji?

  1. Dobrecki
    23 stycznia, 2016 at 11:34

    Kiedy czytałem pierwszy raz „Neuromancera” Williama Gibsona, to absurdem mi się zdawał obraz świata w nim pokazany. Świata przejętego praktycznie przez korporacje. Dziś to wcale takie absurdalne już dla mnie nie jest…

    W wypadku jądra nie będzie już tak łatwo jak zrobił Brendan Eich, który po wywaleniu z fundacji sam zaczyna tworzyć swojego Firefoxa, pod nazwą Brave. Ale z drugiej strony społeczność wielokrotnie nas już zaskakiwała swoimi reakcjami….

  2. 23 stycznia, 2016 at 12:30

    Za dużo firm żeby zrobili z TLF matrioszkę, nie dogadają sie w takim stopniu… na szczęście.

  3. Josiah
    23 stycznia, 2016 at 12:59

    Nie przeceniałbym przedstawicieli korpów w fundacji. Mogą sabotować jej pracę, ale wcale nie muszą. Jak celnie zauważasz, do działania potrzebne są fundusze. A te można zdobyć przez fundrasing – pl.wikipedia.org/wiki/Fundraising . A korporacyjni przedstawiciele mają dojścia do bogatych donatorów i dzięki temu wszystko działa. Natomiast batem na nierzetelnych przedstawicieli powinien być statut fundacji, który w razie rozmijania się z jego zapisami, powinien pozwalać na odwołanie jej członków.

  4. insanelyapple
    23 stycznia, 2016 at 13:25

    > sam zaczyna tworzyć swojego Firefoxa, pod nazwą Brave

    Z tego co udało mi się wyczytać, to będzie to kolejna przeglądarka bazująca na webkit/blink i skupiając się na tym fakcie, szczerze powiedziawszy, nie wiem co może ona innowacyjnego przynieść.

  5. Dobrecki
    23 stycznia, 2016 at 20:06

    Kiedyś namiętnie używałem Opery, była naprawdę bezkonkurencyjna w porównaniu z resztą przeglądarek. Potem na Linuxa przestała być aktualizowana, nastąpiły jakieś zmiany, inny silnik itp ….
    Krótko mówiąc, dla mnie Opera wtedy umarła.
    Ale nawet teraz używając Firefoxa brakuje mi jej lekkości, spoistości, pewnych skrótów i klimatu swoistego komfortu.
    Obrazowo to porównując – dzisiejszy Firefox jest masywną furgonetką, przy szybkim samochodzie szosowym, jakim była tamta Opera.
    Zresztą w fundacji Firefoxa rządzi dziś ta cholerna, wszechobecna, polityczna poprawność. To tylko kwestia czasu jak zamienią liska w ociężałe, nieużyteczne niewiadomoco.

    Myślę że zawsze można coś poprawić czy ulepszyć.

  6. Aspa
    23 stycznia, 2016 at 20:46

    Jeśli się wczytac w prapoczątki Internetu to się okaże, że powstal on za pieniadze podatników: idee i rozwiazania zostaly wykreowane na uczelniach publicznych przez ludzi opłacanych z publicznych pieniedzy. Dziś setki korporacji, w tym kilka naprawde wielkich, zarabiają miliardy tylko dzięki istnieniu Internetu – Google i Facebook sa tu sztandarowymi przykladami. I nie ma w tym nic złego, ze zarabiają, złe jest to, że od tych kolosalnych zysków nie płacą podatów, czyli korzystają z dobra stworzonego przez społeczeństwo (w jakimś sensie – ‚społeczność’) i okradają to samo społeczenstwo ze środków, które winny służyć dalszemu rozwojowi naszej kultury i cywilizacji.
    Rozumiem, że wokół Linuxa narosła potrzeba posiadania środków na jego rozwój, więc Fundacja musiała powstać i musiala pozyskać sponsorów. Czego natomiast nie rozumiem, to podejścia tych sponsorów i wladz Fundacji: oni rozumuja na zasadzie ‚płacimy, więc wymagamy’ i przejmują de facto kontrole nad Fundacją. Ja pytam się natomast, czemu nie zaczna myślec: używamy, więc powinnismy płacić, zaś głos ‚społeczności’ jest tak samo ważny, jak nasz: społeczność może nie płaci (czyżby? coś tam chyba płaci, sam dotuję regularnie kilka grup pracujących nad rozwojem wolnego i otwartego oprogramowania i robiłem to nawet przed przesiadką na Linuxa), jednak to dzięki tej społeczności, jej wsparciu, potrzebom i naciskom mamy taki produkt, który umozlwia nam stworzenie Androida i pochodnych i zarabianie pieniędzy. Tymczasem ci, co płacą te 500 tysięcy czy 100 tysięcy dolarów rocznie uwazają, że ten fakt pozwala im mieć decydujący głos, bo dzięki nim Linux się rozwija. To nie jest prawda, to jest manipulacja akcptowana zgodnie z dogmatem o dominacji pieniadza nad ideą.

  7. Dobrecki
    24 stycznia, 2016 at 0:06

    Nic dodać, nic ująć. Wasza Akademicka Nietytułowalność. 😉

    Czytałem onegdaj powieść „Piętaszek” („Friday”) Roberta A. Heinleina.
    Skubany, dość dokładnie przewidział tam którędy pójdą ponadnarodowe korporacje. Wypisz, wymaluj dzisiejsza rzeczywistość. Zwłaszcza patrząc na „spontaniczne” serie wybuchów w zakładach chemicznych na całym świecie, przejęcia praktycznie całych państw czy konflikty światowe wybuchające pod dyktando światowych korporacji, unikanie opodatkowania, itd…
    Polecam do poduszki, zwłaszcza że jest dość gruba a jakoś sama się czyta.

  8. insanelyapple
    24 stycznia, 2016 at 9:31

    Też korzystałem z oryginalnej Opery, próbowałem z tej nowej ale to nie to samo – dla mnie w tym momencie to kolejny klon Chrome/Chromium z lekko zmienionymi paroma rzeczami i nic poza tym; nie twierdzę, że silnik jest zły ale złe jest to, że tworzy się „monokultura” jednego silnika – w ten sposób zabijana jest innowacyjność. Zaczyna obowiązywać zasada: po co tworzyć coś nowego czy rozwijać obecne rozwiązania skoro można po prostu wziąć kod i ładnie go opakować w jakieś dodatkowe własne funkcje.

    Mozilla swoją drogą, też zaczyna dokładać się do tej „monokultury”; upodabniają interfejs do Chrome całkowicie ignorując głośne komentarze i krytyczne opinie społeczności. Robi to także za pomocą layout.css.prefixes.webkit – wspierając strony, które zostały zoptymalizowane pod ten silnik. Można powiedzieć, że doszło do naturalnej przewagi silniejszego i lepszego ale nie sądzę, że jest równa gra – Mozilla w przeciwieństwie do Google nie pakowała Firefoksa w każdy możliwy instalator programu na platformie Windows a w taki sposób Chrome zyskało głównie na popularności. To nie był świadomy i celowy wybór w większości przypadków a sprytne przemycenie przeglądarki wynikające z przyzwyczajenia zwykłych użytkowników do klikania „dalej” w instalatorach bez zwracania uwagi na to co się w nich wyświetla.

    Polityczna poprawność w Mozilli to już inna sprawa – nie wiem czy słyszałeś o wątku na liście dyskusyjnej, gdzie rozszerzenie „bro” (algorytm kompresji Brotli) zostało zmienione na „br” bo jeden z „oświeconych” stwierdził, iż „bro” (czyli oczywiście po naszemu „koleś”) stanowi problem gender, nacechowany mizoginią bo promuje patriarchalną subkulturę. Dla mnie problem zupełnie z dupy wzięty.

  9. Dobrecki
    24 stycznia, 2016 at 21:35

    Aaa, przy takim postawieniu sprawy to zgadzam się z tobą całkowicie.
    Z drugiej strony ciekawi mnie pomysł Brendana Eicha, żeby blokować reklamy na stronach, po czym zastąpić je …własnym systemem reklamowym.

    Jak dla mnie to może mieć sens. Z chęcią użyję dobrej przeglądarki która uszanuje moją prywatność i jeszcze zarobi na siebie nieuciążliwymi dla mnie reklamami. A że autor programu będzie zarabiał na zamieszczanych reklamach, więc będzie zainteresowany utrzymywaniem wysokiej jakości swojego programu.

    „Dla mnie problem zupełnie z dupy wzięty”.
    – Niekoniecznie. Jakoś za dużo ostatnio takich skutecznie paraliżujących prace, pozornych „idiotyzmów” pojawiło się w środowisku Otwartego Oprogramowania. Ot choćby fochy jakiejś dziuni pod adresem facetów pracujących nad jądrem Linuxa. Bo podobno język jej nie odpowiada …
    To tak jakbym ja wszedł do jakiegoś typowo kobiecego biura i zakazał plotek oraz gadek o serialach … wpierw narobiłoby się napięć, być może docelowo paraliżując nawet normalną pracę takiego biura.
    Może komuś właśnie o to chodzi?

  10. Roman syn Ryżu
    25 stycznia, 2016 at 20:23
  11. Aspa
    26 stycznia, 2016 at 0:56

    Nie do konca twierdzą inaczej, choć usciślają moje uproszczenie – napisałem, ze interenet powstał na uczelniach za publiczne pieniądze, tymczasem jeśli przyjać, że narodziny Internetu to nie było wydarzenie, tylko proces, to oczywiscie był okres ‚obronny’ w rozwoju wymaganych technologii, co jednak w niczmy nie zmienia mojego kluczowego stwierdzenia, że za rozwój Internetu zapłacili podatnicy. Współczesny Internet to w znacznej mierze prace Tima Bernersa – Lee, który był wtedy pracownikiem CERN, instytucji stworzonej na mocy traktatu lączacego wysiłki PAŃSTWOWYCH (zatem opłacanych przez podatników) agencji naukowych sporej grupy panstw europejskich. Czyli – nie zrobił tego dla zysku czy na polecenie prywatnej korporacji, która mu za to płaciła.
    Uściślac można jeszcze długo, bo i zalinkowany przez Ciebie tekst do końca ścisły nie jest, faktem pozostaje, że bez funduszy publicznych transferowanych czy to przez instytucje zwiazane z obronnoscią, czy też ‚czysto’ naukowe, Internetu bysmy dziś w domach nie mieli, przynajmniej nie w takiej formie, jak mamy.
    Jeśli dodasz do tego konstatacje, że większość infrastruktury telekomunikacyjnej na świecie istnieje dzięki inwestycjom publicznym, od sieci telefonicznych poczawszy, a na satelitach skończywszy (to prawda, choć często ciężko w to uwierzyć widzac długie listy prywatnych spółek telekomunikacyjnych), to fakt, iz firmy stricte internetowe unikają płacenia podatków przy zarobkach idacych w miliardy robi się szczególnie irytujący…

  12. megaziuziek
    29 stycznia, 2016 at 18:38

    tak,te awarie fabryk dysków w tajlandi,i związana z tym podwżka cen,do dziś się utrzymująca…

    patent:

    jak sprzedać to samo w nowym opakowaniu wiele razy temu samemu klientowi:

    1900-niewykonalne.samochód-rocznik 42-do dziś jeżdzi.

    Żarówka,zrobiona według wskazań:świeci ponad 100 lat:
    http://www.wykop.pl/ramka/2111206/ta-zarowka-swieci-juz-113-lat/

    stary merc-1 000 000 km,da się

    2000 peugeot RC (takie francuskie porsze-70 tys przebieg padaka silnika,po 200 każde auto złom-planowanie postarzania produktu.

    2000 rok -żarówka,świetlowka,led,dioda,ekran,2K,3K,4K,smartfon,tablet,phablet,laptop,nettop,netbook,retina,ekran 2,5D,film 3D (w Japoni kino 5K -3 wymiary,zapachy,fotele 3D)
    żarówka 1000 godzin
    led -15 000 (dziękujemy za łaskę)
    Wolne żarty
    o Nikoli tesli nie wspomnę,bo i nie taki temat wpisu

  13. megaziuziek
    29 stycznia, 2016 at 18:47

    Tak gwoli uściśnienia:
    Za WSZYSTKO płacą podatnicy.

  14. Aspa
    29 stycznia, 2016 at 20:05

    To nie tak – jeśli firma sprzedaje produkt KONSUMENTOWI (który, oczywiście, gdzieś tam jest też podatnikiem) i ma z tego zysk, to winna płacić podatki od tego zysku. Oczywiście, taka firma może inwestować w badania i rozwój, zmniejszajac w ten sposób swój zysk (czyli te setki miliardów, które na przyklad, Apple trzyma na kontach) i tym samym zmniejszając swoje zobowiazania podatkowe, bo te płaci się od zysku. A konsument może zdecydować, że kupuje produkt od firmy, bądź nie – i wtedy pieniadze zostają w jego kieszeni.
    Jako podatnik zaś MUSISZ zapłacić podatki, które w załoznu winny trafiac na dobro wspólne, wrocić w jakiś sposób do ciebie: powinny finansować budowę dróg, szpitali, utrzymanie szkół, kulturę narodową, policję, wojsko etc. Trafiają też na badania i rozwój do publicznych, czy panstwowych, instytucji naukowych. Jeśli wyniki tych badań pozwalają poprawic życie ludzi – podatki spełniły swoje zadanie.
    Oczywiście, z tego dobra, które powstaje z podatków, korzystają tez firmy – i z tego powodu powinny placić podatki, by ‚oddać’ to, co dotały. Jednak coraz częściej i coraz łatwiej wielkie firmy tych podatków nie płacą – dochodzi wiec do sytuacji, ze my, zwykli ludzie, którym uciec się od podatków nie udaje – finansujemy rozwój infrastruktury przynoszacej firmom kolosalne zyski.

  15. megaziuziek
    29 stycznia, 2016 at 20:54

    Zgadzam się z tym ,co powiedziałeś.
    A powiedziałeś,że za wszystko płacą podatnicy.I nie mam na myśli „firm”
    A że ująłeś to w „marksistowsko-liberalnym” słownictwie,cóż,nie znam firmy,która płaci podatki,nie przerzucając ich w koszcie towaru,czy usługi na „konsumenta”

  16. Aspa
    29 stycznia, 2016 at 21:28

    Oczywiście, w tym ujęciu masz calkowitą rację. Mnie chodzi o to, że firmy przerzucają na konsumenta wszystkie koszty, wliczając w to niezbędny do zapłacenia haracz dla państwa (nie widziałem kalkulacji ceny, ktora by podatków nie uwzględniala), po czym korzystając ze skomplikowanego systemu prawnego, w znacznej części wykreowanego dzięki lobbingowym inwestycjom samych firm, przeprowadzają optymalizację, w wyniku której te pobrane już od konsumentów podatki staja się w magiczny sposób dodatkowym zyskiem firmy.
    Mój punkt widzenia uwzględniał jednak tę odrobine wolności, ktora mamy jako konsumenci – o ile nie mamy (lub mamy bardzo ograniczoną) możliwość ucieczki od naszych własnych zobowiazań podatkowych, o tyle możemy w pewnym zakresie uniknać płacenia podatków ‚magicznie’ potem zamieninych na dodatkowe zyski firm – powstrzymujac sie od zakupów produktów tych firm. Nie zawsze jest to możliwe, bo pewne dobra są niezbedne dla biologicznej egzystencji, ale już na przykład przesiadka na Linuxa i rezygnacja z zakupu kolejnej licencji Windowsa (i Office, i Photoshopa, i Lightrooma etc) jest taką decyzją i pod względem zalożonych skutków jest przy tym całkowicie skuteczna.

  17. Dobrecki
    30 stycznia, 2016 at 12:45

    Pozwolisz że doprecyzuję o które wybuchy fabryk mi chodzi, raczej stonowanym artykułem:
    http://zmianynaziemi.pl/wiadomosc/potezny-wybuch-w-chinskiej-fabryce-chemicznej-w-prowincji-hunan

    A co do planowanej żywotności produktów to zgadzam się z tobą. Sam na przykład nigdy nie kupuję wyświetlaczy od LG, bo wielokrotnie miałem możliwość obserwowania „przypadkowych” awarii telewizorów i monitorów tej firmy, 2 – 4 miesiące po gwarancji. Innych ich produktów zresztą też nie kupuję, bo kto zagwarantuje że ich to też nie dotyczy?

    Jakiś czas temu dostałem w prezencie słuchawki na USB, produkcji Microsoftu. LX-3000 bodajże. Działały całkiem, całkiem, nie powiem. Miały też wbudowany miły dla ucha efekt przesterowania (overdrive bodajże z angielskiego? to nie moja a zdecydowanie twoja działka). Dźwięk na nich brzmiał jak z odtwarzaczy lampowych.

    Gwarancja dwuletnia. Chronologia zdarzeń:
    -18 miesiąc eksploatacji, po miesięcznej przerwie w używaniu(wakacje), okazuje się że popękały widełki dociskające muszle do uszu. Każde z widełek samoczynnie i jednocześnie(!) pękło w 3 miejscach(dowiedziałem się w końcu dlaczego całość słuchawek była zbudowana z solidnego, masywnego plastiku, a jedynie widełki były z kruchego, cienkiego, dmuchanego pseudo-bakielitu). W sumie 6 pęknięć, nie złamań(!).
    Sklep odmówił przyjęcia towaru na gwarancji, bo „uszkodzenie mechaniczne”.
    No cóż, za 30 € zabijać się nie będę, zwłaszcza że to nie ja płaciłem. Poradziłem sobie klejem typu Kropelka.

    -20 miesiąc, znika audio. Po rozkręceniu okazuje się że odlutował się niedbale przylutowany kabelek doprowadzający sygnał audio. Lutownica załatwia sprawę.

    -22 miesiąc, z jednej z pozornie solidnych gąbek obejmujących uszy zaczyna schodzić warstwa skaju. Wygląda to naprawdę nieprzyjemnie, z niechęcią myśli się o nałożeniu tego paskudztwa na głowę. Nic z tym nie robię, za to zaczynam się dokładniej przyglądać tym słuchawkom.

    -23 miesiąc, znika audio w jednej z muszli. Bo rozkręceniu i przemierzeniu, okazuje się że wielożyłowy kabel doprowadzający sygnał do jednego ucha jest uszkodzony gdzieś w środku. Zaczynam kalkulować.

    -23 miesiąc i dwa dni. Dochodzę do wniosku że nie mam ochoty bawić się w kotka i myszkę z Microsoftem, słuchawki lądują w koszu na śmieci. Byli tak sprytni że załatwili mnie na cacy, nawet przed upływem czasu gwarancji! 😉

    To nie pierwszy taki przypadek z produktami tej firmy. Zwykle albo mam z ich produktami problemy techniczne, albo dziwne, drążące wrażenie że powinienem dopłacić więcej i wykupić lepszą wersję, albo jak w przypadku oprogramowania – rozpraszają moją uwagę dziwnym zachowaniem i wiecznym domaganiem się uwagi… Więc ich produkty też omijam szerokim łukiem, kupując wyroby firm które nie wymagają tyle uwagi i robią po prostu to czego od nich oczekuję.

    I faktycznie, na co dzień obserwuje się coraz więcej tego typu zachowań wśród producentów.

    Żeby cię dobić dodam ci jeszcze jedną ciekawą postać z naszej historii – Royal Rife. Poczytaj sobie na jego temat a będziesz miał nad czym dumać. 😉

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *

This site uses Akismet to reduce spam. Learn how your comment data is processed.

Translate »