przystajnik

Monthly Archives: Maj 2012

Granice dobrego kadru – RPhoto 0.4.1

RPhoto 0.4.1

Każdy fan masowego kadrowania i prostowania swoich zdjęć powinien zapoznać się z uaktualnioną ostatnio aplikacją RPhoto. Mimo niepozornego wyglądu, ten sympatyczny programik pozwala w miarę zautomatyzować proces poprawiania niedoskonałości kadru, a nawet go przeskalować.Jednak przed użytkowaniem programu najlepiej poszperać w jego ustawieniach, gdyż można tam odnaleźć i ustawić ciekawe ciekawostki. Jak choćby auto-przycinanie obracanych obrazów, domyślną jakość zapisywanych plików JPG, dołączane tagi exif oraz wartości i proporcje dla przycinania, wymiarowania i rysowania linii podziału. Uważać należy na opcję auto-zapisu, gdyż wtedy po przekadrowaniu staniemy się posiadaczami poprawionego dzieła, bez możliwości powrotu do wersji poprzedniej. To generalnie jedna z bolączek programu – brak nadawanego jakiegoś prefiksa plikowi wynikowemu. Drugą bolączką jest nieco uboga i siermiężna ramka określająca wymiary kadru, przez co uchwycenie jej w odpowiednim miejscu w celu zmiany rozmiaru jest deprymujące.

RPhoto - ustawienia

Sama praca z programem polega na wskazaniu miejsca zawierającego naszego zdjęcia, ustawieniu pożądanych proporcji kadru oraz ewentualnych kryteriów skalowania. Po wyborze zdjęcia możemy wybrać tryb kadrowania (Crop) albo prostowania (Correct). W zależności od trybu – rysujemy nowe rama widocznego obszaru, bądź linię wyznaczając kąt obrotu. Zmiany zatwierdzamy kolejno ‚Crop the image‚ bądź ‚Correct inclinaison‚. W przypadku kadrowania możemy wspomóc się ‚Guide Lines‚, czyli liniami podziału. W przypadku ustawiania własnych wytycznych należy pamiętać o używaniu przecinka, zamiast kropki dla wartości cyfrowych – ot, takie lokalny koloryt. Pracując z plikami jpeg, w Image->JPEG znajdziemy możliwość optymalizacji pliku i innych specyficznych dla tego formatu ustawień. Pozostaje zapisać wynik poprawek (choć nieroztropne jest nadpisywanie plików – dlatego lepiej pracować na uprzednio zrobionych kopiach, lub zgłosić autorowi odpowiednią funkcjonalność).Jak widać, programik może nie powala wybitnymi opcjami, jednak można nim szybko przyciąć co trzeba, a nawet przeskalować czy wyprostować. A na fali powrotu autora do prac nad programem można się spodziewać (miejmy nadzieję) usunięcia denerwujących przywar.Różne wersje RPhoto można pobrać ze strony dedykowanej programowi, natomiast użytkownicy Ubuntu 12.04/Mint 13 mogą aktywować PPA Highly Explosive i stamtąd zainstalować program:

sudo add-apt-repository ppa:dhor/myway
sudo apt-get update
sudo apt-get install rphoto

Whatpulse – zapiski z codziennej harówki

Whatpulse - info

Whatpulse to mała aplikacja nie służąca praktycznie żadnemu konkretnemu zadaniu, poza usprawiedliwianiem naszego hedonistycznego poczucia doniosłości aktu użytkowania komputera. Bo czy ktoś zdaje sobie sprawę z tego, jakiego ogromu naszej życiowej energii wymaga codzienne ‚nicnierobienie’ na elektronicznym liczydle? Skalę tego zaskakującego wysiłku Whatpulse unaocznia w postaci statystyk opiewających skalę zaangażowania naszych sił w klikanie, pisanie i machanie myszką. Bo o ile nie ma nic skomplikowanego w przesuwaniu myszką po biurku, o tyle zsumowanie tych ruchów i przedstawienie ich w postaci metrów a potem kilometrów dociera do wyobraźni. I człowiek zaczyna patrzeć z szacunkiem na kawałek plastiku który okrążył ziemię, oraz dłonie które do tego okrążenia się przyczyniły.

Whatpulse - ustawienia

Na potrzeby zliczania statystyk program wymaga założenia konta w serwisie twórców programu, co wielu osobom może się nie spodobać – i słusznie. Jednak według zapewnień polityki prywatności program nie jest keyloggerem, nie zbiera informacji co piszemy, tylko zlicza użycie poszczególnych klawiszy. Dane użyte do stworzenia konta nie służą do dalszej odsprzedaży, itp, itd. Można temu wierzyć, można nie wierzyć – wybór każdy ma. Temat prywatności jest delikatny, bowiem Whatpulse jest aplikacją o zamkniętym kodzie (zamknięto źródła po przekrętach nieuczciwych nabijaczy statystyk) i musimy wierzyć twórcom nieco na słowo.Pierwszy uruchomienie programu wyświetli nam okno umożliwiające założenie konta. Podajemy zatem login i hasło do konta, zatwierdzamy i gotowe. Whatpulse zamelduje się w zasobniku systemowym, skąd wywołamy ustawienia programu, wyświetlanie statystyk, itp. W ustawieniach określimy, czy chcemy na pulpicie całodobowe ‚geek window‚ z bieżącymi statystykami, jaka aktywność ma być zliczana (klawiatura/mysz/tablet) oraz w jakich jednostkach, jak też co jaki czas dane mają być przesyłane na nasze konto i uwzględniane w statystykach online. I to w zasadzie wszystko. Program w tle będzie zliczał co trzeba, a nam pozostanie wyświetlanie co jakiś czas i napawanie się np. rankingiem najczęściej używanych klawiszy i dystansem przemierzonym przez kursor na ekranie i myszkę na biurku. Natomiast dane wysłane na serwer pozwolą nam piąć się w hierarchii pozostałych użytkowników tego programu i statystyk online.Jak wspomniałem wcześniej, program występuje w wersji do pobrania ze strony twórców, zatem nici z wygodnego repozytorium. Musimy pobrać pliki ręcznie, umieścić gdzieś u siebie w katalogu oraz zmienić im prawa umożliwiając ich uruchomienie. Piszę pliki, gdyż na stronie oprócz właściwej binarki Whatpulse, dla Linuksa znajdziemy też skrypt Setup, który ustawi odpowiednie prawa dostępu wymagane przez Whatpulse. Pozostaje uruchomienie programu oraz/lub dodanie go do programów startowych.

PhotoGrok z Exifem za pan brat

PhotoGrok - info

Niewiele jest programów popełnionych w Javie, których da się używać w codziennej pracy z zalegającym na dysku zbiorem zdjęć. Jednym z takich programów był LightZone, a oto kolejny – PhotoGrok. Program ten ułatwi i przyśpieszy przeszukiwanie oraz filtrowanie naszej cyfrowej kolekcji fotograficznej według określonych przez nas kryteriów, tj. tagów i danych zaszytych w znacznikach Exif każdego zdjęcia. Brzmi może i banalnie, ale gdy spojrzymy na bogactwo informacji doklejanych przez nasze aparaty do każdego tworzonego pliku. okazuje się, że to całkiem użyteczna metoda segregowania. Z pomocą PhotoGroka bezstresowo zanurzymy się w ten świat dziwnych etykiet, symboli, oznaczeń i parametrów.

PhotoGrok

Na początku może słów kilka o tym, jak program uruchomić. PhotoGrok to aplikacja Java Web Start, zatem do jej pierwszego uruchomienia będziemy potrzebowali dostępu do internetu, oraz zainstalowanej na komputerze Javy w wersji co najmniej 6. Wszystko co musimy zrobić, to udać się na stronę startową projektu i kliknąć ‚Launch‚. Jeżeli mamy zainstalowaną Javę, pojawi się okno wyboru – ‚Otwórz za pomocą IcedTea Java Web Start’. Jeżeli z jakiegoś powodu przeglądarka nie oferuje możliwości uruchomienia pliku JNLP, możemy poradzić sobie wydając polecenie ‚javaws http://www.haplessgenius.com/photogrok/launch.jnlp‚. Program zostanie pobrany, zapisany na dysku (i od teraz uruchomimy go pracując offline), zapyta się o możliwość utworzenia skrótu na pulpicie, a następnie wyświetli okno konfiguracyjne i poprosi o wskazanie położenia programu ExifTool. ExifTool oczywiście musimy mieć zainstalowane:

Konfiguracja

sudo apt-get install libimage-exiftool-perlWtedy możemy bez zahamowań podać ścieżkę ‚/usr/bin/exiftool‚. W tym samym oknie ustawimy również jakie pliki graficzne mają być brane pod uwagę (pole bez wartości – wszystkie), jaki ma być interwał w trybie prezentacji, w jakiej rozdzielczości mają być eksportowane obrazy, oraz czy program ma używać pamięci podręcznej na dysku, by przyśpieszyć generowanie miniatur. Po zatwierdzeniu tych ustawień, możemy przejść do głównego okna programu.Koncepcja działania programu jest następująca – wszystko, co musimy mu wskazać, to miejsce położenia naszych zdjęć (Folder Manager). Bez obaw, PhotoGrok nie wykonuje na nich żadnych operacji zapisu, zatem możemy być spokojni o jakieś przypadkowe usunięcie, nadpisanie, itp. Teraz określamy według jakich tagów Exif chcemy posortować obrazy w bazie (‚Tree Tags‚). Po każdym wprowadzeniu kryteriów wyszukiwania i układania zdjęć, musimy pamiętać o ponownym kliknięciu ‚Build Tree’.

PhotoGrok - etykiety

Kolejnym krokiem jest posortowanie plików wg. naszych tagów i wyświetlenie wyniku w postaci gustownego drzewka (‚Build Tree‚). Do akcji możemy też włączyć filtrowanie na okoliczność występowania, lub nie konkretnych wartości w konkretnych znacznikach Exif (‚Filters‚). Bardziej zaawansowani użytkownicy znajdą tam ciekawostkę w postaci określania kryteriów za pomocą wyrażeń Javascript Expressions. A skąd brać nazwy tych wszystkich tagów Exif? Nawigując po drzewku, wystarczy zaznaczyć dowolne zdjęcie, by trzecia kolumna pokazała nam wszystkie możliwe etykiety i ich wartości. Każdy tam znajdzie coś dla siebie.Wybór grupy plików z lewej strony skutkuje wyświetleniem ich miniatur w środkowej kolumnie. Podwójne kliknięcie na pojedynczym zdjęciu otworzy je w powiększeniu, kolejny dwuklik prześle je do naszej domyślnej aplikacji do obróbki zdjęć (np. Darktable).Jak widać, pomimo zawężonego i specyficznego przeznaczenia, PhotoGrok może być zupełnie przydatny w odnalezieniu się w gąszczu naszych kadrów. Brakuje może tylko jakiejś konkretniejszej puenty po utworzeniu grup obrazów, np. wysłanie w całości wybranego zbioru do kolejki edytora graficznego.

Iso, dd i cała ta kosmiczna terminologia

Człowiek próbuje być nowoczesny, obeznany i podążać za trendami, a tu się niekiedy okazuje się, że na rozwiązania nowoczesne i trendy brakuje czasu, wiedzy i samozaparcia. Czym skorupka za młodu…Tak właśnie w moim przypadku ma się sprawa z tworzeniem bootowalnych pendrive’ów. Nierzadko nabywam z sieci całe mnóstwo różnych dziwnych obrazów iso, które według zapewnień twórców po wypaleniu/nagraniu na nośniku USB mają być samobootowalne. I zapewne są – tyle, że niekiedy systemowe oprogramowanie graficzne do tego celu ma na tę kwestię odmienny pogląd. I nośnik się nie uruchamia, albo program stwierdza, że nie może nagrać tego obrazu, bo (…). Być może istnieje idealne rozwiązanie, ale w Ubuntu na dzień dzisiejszy kreator dysków startowych ignoruje niektóre pliki iso, Unetbootin nagrywa je ze swoimi dodatkami, dzięki którym potem nic się potem nie uruchamia, itp. Cóż, niejeden na moim miejscu może by się załamał i wpadł w nałogi, a ja uruchamiam terminal, przypominam sobie obsługę dd i jestem w domu… W czym tkwi magia tej siermiężnej prostoty o której wielu już zapomina? W tym, że działa (przeważnie).Ponieważ dd umożliwia operacje na niskim poziomie dostępu do sprzętu, przed jego użyciem każdy musi się upewnić, że wie co robi. Zatem, że plik które chce nagrać to jest ten plik co powinien być, a nośnik to sprzęt na którym dane _powinny_ wylądować. Zasada wykorzystania dd jest bowiem klarowna – wskazujemy programowi plik z obrazem dysku oraz miejsce, gdzie on ma go upchać. I program to robi. Nie bacząc na to, że ktoś przez pomyłkę wskazał np. partycję /home.Ale bez obaw. Gdyby ktoś miał wątpliwości, może wszystko powyższe i poniższe potraktować jako niskich i niezrozumiałych lotów beletrystykę. Natomiast osoby z zacięciem, po wspięciu pendrive i wydaniu poleceniem ‚sudo fdisk -l’ odnajdą sobie, pod jaką nazwą systemową nośnik został zaszeregowany (/dev/sdX). W ten sposób, cały powyższy wywód zawiera się w jednym poleceniu:sudo dd if=/pełna_ścieżka_do/pliku.iso of=/dev/sdX bs=8MNależy pamiętać, że podajemy nazwę urządzenia (np. /dev/sdc) a nie partycji jaka na nim się znajduje (/dev/sdc1). Parametr ‚bs’ reguluje ilość (w MB) odczytywanych i zapisywanych danych. Jak widać, nic skomplikowanego, a my w ten sposób stajemy się niezależni od nieodgadnionych humorów narzędzi graficznych.

X-tile – przypowieść z poukładanymi oknami w tle

X-tile 2.3

Nie wszyscy są podatni na nową manierę pracy z jednym oknem aplikacji na monitorze. Ten styl promowany przez Unity i Gnome-Shell na pewno ma swoje zalety, jednak każdy kto uwielbia żonglować oknami wielu otworzonych programów – po jakimś czasie zaczyna kombinować na przekór nowym ramom pulpitu. Nie zawsze jest czas na stosowne skróty klawiszowe (albo dłonie zajęte są czymś innym), a i o kontuzję łokcia łatwo, stąd też naturalne rozwiązania typu X-tile same cisną się w odpowiedzi do systemu. Ten niewielki programik może nie jest niczym spektakularnym, ale wykona za nas uciążliwe dopasowywanie rozmiarów okien, gdy chcemy widzieć ich kilka jednocześnie na pulpicie. Bo chodzi tutaj i o jednoczesny podgląd, co w którym oknie się dzieje. Takie nasze biurkowe Feng Shui.

X-tile i kontrola okien

Po zainstalowaniu i uruchomieniu programu otrzymamy możliwość wyboru okien, które mają być układane i dopasowywane na ekranie. Ich nazwy można też zapisać na domyślnej liście, dzięki której po starcie zawsze zostaną zaznaczone jako aktywne i gotowe do uporządkowania. W opcjach nadarzy się również sposobność do wykluczenia określonych nazw i nieuwzględnianiu ich przy kolejnym zaznaczaniu/układaniu. A wybrane okna X-tile ułoży dla nas obok siebie w pionie, poziomie, na określonej siatce, w formie trójkąta lub według naszych wytycznych.

X-tile w zaciszu zasobnika systemowego

Zapanowanie i szybki dostęp do segregowania zapewni nam menu, które zauważyć można w zasobniku systemowym. Za jego pomocą szybko uprzątniemy chaos na ekranie.Tym sposobem w XFCE, GNOME, KDE, LXDE (według zapewnień autora) uzyskamy względny porządek i ułatwienia w pracy wymagającej jednoczesnego podglądu kilku aplikacji (o ile nie mam do tego celu kolejnych monitorów). Aby zainstalować program, należy pobrać go ze strony twórcy w formie paczki odpowiedniej dla naszej dystrybucji (Debian/Ubuntu/Mint/Arch/Fedora). W Ubuntu/Mint po pobraniu zainstalujemy X-tile standardowym dwuklikiem, a w Fedorze jeszcze łatwiej – bo bezpośrednio z repozytorium (choć starszą wersję).

Linux Mint 13 Maya

Było plotki, przecieki, aktualizacje i radosny rwetes wokół nadchodzącego Minta 13. A uwieńczeniem atmosfery oczekiwania stało się ogłoszone dzisiaj oficjalne wydanie dystrybucji Mint 13 Maya. Ten niezwykle popularny, autorski remiks Ubuntu 12.04 tym razem zaprezentował nam okrzepniętą formułę swoich dwóch głównych środowisk graficznych – MATE i Cinnamon, oraz dalsze zmiany w kierunku załagodzenia szoku kulturowego po wprowadzeniu w większości dystrybucji Gnome-Shell i Unity.

MATE i Cinnamon

Znakiem firmowym Minta stały się promowane i rozwijane przez jego twórców środowiska graficzne, tworzone w ścisłej konsultacji ze społecznością i zgłaszanym zapotrzebowaniem na opcje/funkcjonalność.MATE to rozwinięcie wypromowanego przez GNOME 2 stylu współpracy z pulpitem. Wraz z nowymi poprawkami, zachowaniem zgodności z GTK2, mintMenu, mintDesktop, Compiz, umożliwia pracę ‚tak jak dawniej’ niemal na wszystkich komputerach (nie stawia większych wymagań).Cinnamon ma podobne zachowawcze przesłanie co do stylu pracy, lecz całe środowisko zbudowane jest już z wykorzystaniem nowoczesnych technologii (GNOME 3, GTK3). Tym samym do swojego działania wymaga aktywnej akceleracji 3d od strony karty graficznej, zawężając tym samym krąg maszyn, na których uda się to środowisko uruchomić. Jednak niedogodność tę Cinnamon nadrabia swoim tempem rozwoju, ilością powstających tematów graficznych, wtyczek (niestety, brak zgodności z tymi z http://extensions.gnome.org), itp.

MATE 1.2

Cinnamon 1.4

MDM

W Mint 13 debiutuje nowy/stary menadżer sesji – MDM (MDM Login Manager). Bazuje on na kodzie GDM 2.20, wprowadzając dużo poprawek oraz zachowując zgodność ze wszystkimi możliwościami konfiguracyjnymi starego GDM 2.20. Będziemy mogli zatem za pomocą konfiguratora wykorzystać tematy graficzne i całe spektrum ustawień zapamiętanych z przeszłości.

MDM - konfiguracja

MDM

Ogólne odświeżenie

Wydanie zawiera odświeżone motywy graficzne Mint-X, Mint-Z, oraz lepsze wsparcie dla GTK3. Oprócz tego, smaczku personalizacji środowiska dodaje pokaźna kolekcja wysokiej jakości tapet, którymi możemy przyozdobić pulpit.

Mint-Z

Wspieraj rozwój

Kolejną ciekawostką będzie domyślny zestaw wyszukiwarek internetowych, jakie zostały wmontowane w Firefoksa. Używanie Yahoo!, DuckDuckGo i Amazon automatycznie przyczyni się do finansowego wspierania twórców Minta. Jednocześnie, znajdziemy też informacje jak zainstalować/przywrócić takie wyszukiwarki, jak chcemy.

Wymienione elementy to główne różnice pomiędzy Ubuntu 12.04 z Unity, a Mintem 13 z MATE/Cinnamonem. Mint zawiera też całą resztę swoich specyficznych cech, jak domyślnie aktywowane repozytorium Medibuntu, dzięki któremu nie będziemy mieli problemów z większością kodeków, itp.

A po tym przydługim wstępie, najważniejsza informacja – obrazy iso znajdują się w tym miejscu (odmiana MATE z/bez kodeków i Cinnamon z/bez kodeków).

Pomnażanie pamięci RAM

Każdy komputer ma za mało pamięci – ten niepozorny truizm nierzadko obgryza nam kostki, gdy akurat wzrasta nasze zapotrzebowanie na moce przerobowe naszej maszyn. O ile stosunkowo nowe konfiguracje sprzętowe osiągają przyzwoity pułap pamięci RAM (>2GB), o tyle starsze konstrukcje z niebagatelną niegdyś pojemnością pamięci ~1GB wiją się w bólu pod naporem coraz bardziej żarłocznych, nowoczesnych aplikacji. Pomimo przystępnych cen kości pamięci (choć te starsze osiągają notowania na poziomie artefaktów wydobytych z egipskich grobowców), nie zawsze i wszędzie da się dodatkową kość zamontować. I co wtedy?W Linuksie mamy wtedy kilka wyjść. Od użytkowania minimalistycznego pulpitu, okrojonego z nadmiernej automatyki, programów-kombajnów, itp., aż po sprawniejsze zarządzanie wątłymi zasobami naszego komputera. W osiągnięciu tego drugiego założenia pomocny może być sprytny moduł zRam (dawne Compcache), który… zabierze nam pamięć RAM, by oddać ją rozmnożoną. Całość koncepcji opiera się o wykorzystanie leciwej metody użycia partycji SWAP. Zwyczajowo jest to kawałek dysku/pliku, do którego w momentach krytycznych system zapisuje nadmiarowe dane z pamięci. Gdy sytuacja się zaognia, to zrzucanie/pobieranie danych z partycji SWAP wywołuje bóle głowy przy wtórze zawodzącego jęku dysku. Innymi słowy, zapisywanie i odczytywanie z dysku stanowią wąskie gardło dla wymaganego szybkiego i masowego przerzucania danych. Dlatego zRam robi rzecz sprytną, a mianowicie umiejscawia obszar wymiany tam, skąd odczyt i zapis będzie najszybszy. Czyli w pamięci RAM. I teraz najlepsze. Bo jaki to ma sens – zabierać RAM, żeby szybciej działał SWAP, którego potrzebujemy bo mamy za mało pamięci? Sens tkwi w kompresji tych danych. Dzięki temu, zRam wykorzystując, powiedzmy 50MB pamięci RAM, faktycznie przechowuje tam np. 120MB danych. Zresztą wystarczy spojrzeć na poniższe statystyki:

$#./zram_stat.sh
                Current     Predicted
Original:      98M	185M
Compressed:    27M
Total mem use: 29M	55M
Saved:         68M	130M
Ratio:         29%	(28%)

Physical RAM:  743M
Effective RAM: 812M	(873M)

Pozycja Total mem use to ilość zabranej nam pamięci RAM: 29MB. Original to te 29MB po rozkompresowaniu: 98MB. Czyli zysk Saved na czysto uzyskujemy w okolicach 68MB. Może wygląda to niepozornie, lecz i maszyna testowa nie była długo uruchomiona, by w pełni odkryć uroki współpracy z zRam. Tak czy owak, efektywny RAM zwiększył się nam z 743MB do 812MB.

Jednak nie ma nic za darmo. Na potrzeby kompresji danych zużywana jest jakaś cześć mocy naszego procesor. Nie należy też oczekiwać, że zRam dokona cudów na komputerze obdarzonym kością 256MB. Przypuszczalnie jest to najlepsze rozwiązanie dla osób, które oscylują w granicach ~1GB (od 512MB od 1.5GB – 2GB). Opisana metoda nie zastąpi w 100% fizycznej pamięci. To jedynie koło ratunkowe, które w obliczu mocnych procesorów jest mniej uciążliwe niż notoryczne mielenie dyskiem. Jak się sprawdza w praktyce? Na to pytanie każdy będzie musiał sobie odpowiedzieć sam – przy mojej testowej konfiguracji (Celeron 2.4GHz, 768MB pamięci) system odczepił się od dysku i wykorzystywał w granicach 30 – 120MB (czyli po dekompresji 90MB – 220MB). Samodzielną kontrolę zużytych przez zRam zasobów można przeprowadzić wydając polecenia:

swapon -s
cat /sys/block/zram*/*

Do prawidłowego funkcjonowania program potrzebuje podania kilku parametrów, mianowicie liczby posiadanych rdzeni procesora, ilości zamontowanej pamięci, itp. Jednak to wszystko załatwi za nas skrypt startowy, który zainstaluje się wraz z programem i umieści odpowiednie parametry w odpowiednim miejscu podczas uruchomienia komputera. Z instalacją zRam użytkownicy Ubuntu 11.04/11.10/12.04 i Minta 11/12/13 radzą sobie w ten sposób:

sudo add-apt-repository ppa:shnatsel/zram
sudo apt-get update
sudo apt-get install zramswap-enabler

Każdy kto nie może skorzystać z powyższej metod, może pobrać źródła i odpowiedni skrypt ze strony projektu.

Nomacs – fan waszych zdjęć

Nomacs 0.3.3

Wszyscy wieczni poszukiwacze idealnego programu do podglądu grafiki ze zrozumieniem przyjmą pojawienie się kolejnej pozycji, która ma za zadanie usprawnić proces przeglądania zbiorów zdjęć, obrazków i rysunków. Nomacs, bo to o nim mowa, to multiplatformowe (Linux/MacOS/Windows) narzędzie napisane przy wykorzystaniu bibliotek Qt. Ponieważ programów tego typu może i u nas dostatek, warto zatrzymać się na jakiś czas przy Nomacs, choćby ze względu na jego nowoczesną (w miarę) formę, szybkość działania oraz chyba pierwszy raz pojawiające się opcje synchronizacji obrazów w sieci lokalnej. Jakby to wszystko ładnie nie brzmiało, jak sprawdza się w praktyce?W praktyce okazuje się, że ten stosunkowo młody projekt to zupełnie sympatycznie wyglądający program, z czytelnym interfejsem i efektownym podejściem do wyświetlania różnorakich informacji i opcji.

Główne okno, miniaturki, info o pliku

Jak na przeglądarkę grafiki przystało, główne okno umożliwia otworzenie katalogu zawierającego serię obrazów i nawigację pomiędzy nimi za pomocą strzałek. Dodatkowo, wybierając z górnego menu pozycję ‚View’, otrzymamy dostęp do kolejnych informacji o obrazie widniejącym na monitorze. Możemy wyświetlić jego metadane (klawisz ‚m’), same informacje o pliku (klawisz ‚i’). Klawiszem ‚t’ włączymy podgląd miniatur obrazów znajdujących się w wybranym katalogu, a ‚p’ (bądź dwuklik na zdjęciu) przełączy Nomacs w tryb ‚odtwarzania zdjęć’. Klawisz ‚f11’ włączy tryb pełnoekranowy, ‚f10’ uruchomi tryb bez ramek dodawanych przez menedżer okien, a bogata paleta skrótów od ctrl+0 do ctrl+2 (-+) dopasuje obraz do wymiarów okna/monitora.

Automatyczne odtwarzanie

Ponieważ to wszystko może brzmieć zupełnie tak, jak powinien brzmieć opis normalnej wyświetlarki grafiki, dodać należy, że w programie znajdziemy początki podstawowej obróbki grafiki. Może na razie bez fajerwerków, ale będziemy w stanie wkleić dane z bufora, wykonać obroty zdjęcia, skadrować oraz zmienić jego rozdzielczość (w otoczeniu paru opcji). A skoro już o opcjach mowa – ustawienia programu (Edit->Settings) zawierają całkiem szeroki wachlarz możliwości dopasowania Nomacs do naszych potrzeb. Oprócz takich oczywistych oczywistości jak interwał autoodtwarzania, kolorystyki tła, wyświetlanych tagów EXIF, stopnia zużycia zasobów pamięci RAM, itp., znajdziemy też możliwość wybrania zewnętrznego edytora do którego będą mogły zostać przesłane zdjęcia.

Początki edycji - zmiana rozmiaru

W ten sposób docieramy też do wspomnianej synchronizacji, dzięki której będziemy mogli w sieci lokalnej połączyć ze sobą kilka instancji programu, co umożliwi grupowe operacje na podglądamy pliku (np. powiększanie, przełączanie, itp), lub udostępnienie obrazu innym użytkownikom.Sporo osób (w tym mnie) na pewno zaciekawiły deklaracja twórców programu o możliwości podglądu zdjęć w formacie RAW. Kubeł zimniej wody w postaci ‚segmentation fault‚ ostudził jednak moje zaciekawienie. Może to wina wykorzystywanej biblioteki Libraw, może taka specyfika obecnej wersji Nomacs, koniec końców wszyscy oczekujący podglądu swojej surówki z matrycy, póki co muszą się obejść smakiem (choć komuś może to zadziałać).Program możemy pobrać ze strony autorów, lecz użytkownicy Ubuntu 11.04/11.10/12.04 i analogicznie Mint 11/12/13 mogą skorzystać z repozytoriów ze stabilną wersją:

sudo add-apt-repository ppa:nomacs/stable
sudo apt-get updatesudo apt-get install nomacs

… bądź niestabilną (daily):


sudo add-apt-repository ppa:nomacs/daily
sudo apt-get update
sudo apt-get install nomacs

A może Fedora 17?

Informacje o istnieniu rozległych połaci linuksowych dystrybucji za magicznym kręgiem Debiana, Ubuntu i Minta krążą sobie od dawien dawna w sieci, a ignorancja leniwego użytkownika zbywa je wzruszeniem ramion. Bo po co zawracać sobie głowę czymś, co działać może i działa, ale przyniesie ze sobą nowe problemy, których rozwiązywania będziemy musieli się nauczyć, jak i nawyków użytkowania choćby innego systemu paczkowania (choć te dylematy dotyczą głównie bardziej uświadomionych użytkowników). Czasami jednak ktoś wiedziony ciekawością, chęcią rozwoju oraz nadmiarem wolnego czasu wybiera sobie jedną ż popularnych dystrybucji i…Dlaczego nie miałaby to być Fedora? Może obok nas rozwijana jest perełka, której nie dostrzegamy zaślepieni owczym pędem. Fedora jako projekt sponsorowany przez Red Hata, posiada niezłe zaplecze technologiczne – w końcu to właśnie w niej pojawia się najwięcej dziejowych rozwiązań, wdrażanych potem do pozostałych dystrybucji (choćby Plymouth). Społeczność skupiona wokół Fedora też wygląda imponująco (fora, grupy dyskusyjne, repozytoria z oprogramowaniem). Zatem, czy stary beton debianowy poradziłby sobie z Fedorą? W końcu to też Linux.Najnowsza wersja przewidziana na 29 maja bieżącego roku to Fedora 17 Beefy Miracle. Istnieje już możliwość pobrania z serwerów wersji Release Candidate, z czego skwapliwie skorzystałem i po umieszczeniu jej na pendrivie radośnie wykonałem instalację na partycji testowej – wirtualizacja niszczy instynkt samozachowawczy i zdolność do rozwiązywania problemów. Jak wygląda pierwszy kontakt z Fedorą przy zachowaniu pozorów mizernej wiedzy i orientacji w świecie linuksowych trendów?

Plac instalacyjny

Instalacja systemu to instalacja systemu – Fedora nie jest jakimś wypadkiem programisty, posiada normalny interfejs graficzny za pomocą którego umieścimy system na dysku. Jedynym momentem głębszej refleksji będzie wybór miejsca gdzie system powinien być zainstalowany. Mnogość wyborów wprawia w konsternację, jak też wybór miejsca skąd instalujemy i dokąd. Niuans. Kolejnym elementem jest wybór grup programów, które chcemy mieć na dysku. O ile ktoś jest świadomy tego, co chce mieć. to i tak niewiele tu zdziała – bo wybiera się całe grupy domyślnych programów (np. graficzne, oprogramowanie serwerowe, itp.). Z drugiej strony lista enigmatycznych nazw programów i tak niewiele by powiedziała nowemu użytkownikowi. Sprawa dyskusyjna, jak i wybór domyślnego środowiska graficznego, którego nazwa i tak nic nie powie komuś, kto po raz pierwszy ma kontakt z Linuksem i Fedorą. Po instalacji i pierwszym uruchomieniu, podaniu nazwy użytkownika, itp., widzimy pulpit.Pulpitem w moim przypadku stało się środowisko GNOME 3.4.2 (wersja z Fedory 17). Zagłębmy się na momement w rozważaniach nad istotą środowiska, jego przeznaczeniem i ofertą dla użytkownika. GNOME 3 po odstawieniu na boczny tor przez Canonical (Ubuntu posiada domyślnie autorskie Unity), pozostało na lodzie bez jakiejś znaczącej dystrybucji, która wzięła by na swoje barki promocję tego środowiska. W obecnej sytuacji można powiedzieć, że to właśnie Fedora przejęła na siebie ten obowiązek, choćby przez powiązania i wkład programistów Red Hata w rozwój GNOME. Można zatem przyjąć, że Fedora stała się wzorcową dystrybucją z GNOME. I jak na wzorcową dystrybucje, świeżo po instalacji GNOME wygląda…

Fedora z GNOME 3.4.2

Ascetycznie. To jedyne przyzwoite słowo, jakie przychodzi do głowy w zetknięciu z dystrybucją XXI wieku z nowoczesnym środowiskiem graficzny. Po społeczności w której ukrywa się mnóstwo projektantów z wyobraźnią można było spodziewać się bardziej brawurowego podejścia do wizualnej formy dystrybucji. A tak, to jest dość surowo – domyślny wygląd ikon, temat GTK3 i całej reszty. Jednak, skoro sami możemy sobie ustawić co i jak ma wyglądać, to czy to jest wada? I tu uderzamy głową o nowo powstały mur nowoczesnego pulpitu – im mniej, tym lepiej. Zapoczątkowana moda na minimalizm uwiera w Unity, gniecie i w GNOME 3. Trzeba jednocześnie uczciwie przyznać, że wizualnie więcej ma do zaoferowania Unity czy nawet Cinnamon. Do zmiany tematu potrzebujemy specjalistycznego oprogramowania – gnome-tweak-tool, za pomocą którego jesteśmy w stanie jako tako zmodyfikować choćby czcionki (sic!), tematy graficzne, czy rozszerzenia środowiska. Jak się rzekło, tak spróbujmy zainstalować rzeczone gnome-tweak-tool. Fedora jako dystrybucja nie od macochy posiada sympatyczny graficzny menadżer pakietów, w którym wpiszemy nazwę pakietu, zaznaczamy nasz wybór, potwierdzimy wiarygodność pakietu, klikniemy ‚Zastosuj’ i… Nic. Nuda, nic się nie dzieje. Natrafiliśmy na jeden z humorów wydania RC, dzięki któremu menedżer pakietów musimy uruchamiać na popych. Odpalamy terminal i wykonujemy:su -yum install gnome-tweak-toolOdpowiadamy twierdząco na pytania, system uaktualni sobie klucze weryfikujące wiarygodność repozytoriów i od tej pory graficzny menedżer też będzie działał. W tym momencie osoby zaznajomione z GNOME 3 przechodzą do prozy codziennego użytkowania systemu, a konwertyci z Unity/XFCE/Cinnamon kontemplują sposoby współpracy ze środowiskiem. Na pierwszy ogień idzie sposób przełączania okien. W Unity mamy Launchera, tutaj musimy machać myszką (lub alt+tab) i cierpliwie znosić uroki animacji pomniejszania okien, ponownego powiększania, itp. Od dawna byłem sceptycznie ustawiony wobec takiego rozwiązania, bo takie animacje nie dość, że trwają, zajmują czas procesora (i zwiększają temperaturę CPU/GPU), to na dodatek uzależnione są od jakości sterowników graficznych, które na moim laptopowym ATI 5730 przy kilku oknach zaczęły śmigać skokowo. Tym samym prysnął czar i urok nowoczesnego środowiska animującego taką błahostkę jak przełączanie programów.

Fedora 17

Jak spojrzymy ponad to całe marudzenie, to zauważymy, że sama Fedora najprzyzwoiciej działa sobie w najlepsze. Dodatkowym smaczkiem jest strona z rozszerzeniami do GNOME (o której wyjadacze wiedzą, a nowi użytkownicy powinni się natychmiast po instalacji systemu dowiedzieć). Kolejną intrygującą kwestią jest świeżość oprogramowania w repozytoriach. W Fedorze 17 znajdziemy kernel 3.3.6 (z łatkami energooszczędnymi z 3.4), GNOME 3.4.2 (lub KDE 4.8.3/XFCE 4.10). LibreOffice 3.5.3, GIMP 2.8, Firefox 12 i tak dalej. Jak widać, zestaw aplikacji emanuje świeżością. Graficy w repozytorium znajdą też podstawowe narzędzia dla zdjęciowców jak Darktable 1.0, Rawtherapee 4.0.8, choć brakuje Photivo.

Zatem, po przełamaniu pierwszych lodów w starciu z innowacyjnym GNOME 3.4 oraz unormowaniu aspektów estetycznych (temat GTK3 i fonty), Fedora 17 na przekór uprzedzeniom i demonizowaniu, funkcjonuje jak należy (proszę pamiętać, że to nadal wersja RC), nie blokuje dostępu do najnowszego oprogramowania i po paru godzinach ćwiczeń w machaniu myszą staje się sympatycznym dopełnieniem naszego sprzętu. Główne zarzuty jakie cisną się do głowy dotyczą raczej użytkowania samego GNOME 3 i jego specyficznych humorów, które trzeba polubić, lub skorzystać z tego co oferuje KDE/XFCE/LXDE. Innymi smaczkami pozostaje instalacji zamkniętych sterowników, odtwarzacza Flash i innych odwiecznym drzazg w stopach Linuksa kroczącego po nieheblowanych deskach naszych biurek.

Jak na innowacyjność Fedory przystało, również w tym wydaniu znajdziemy ciekawostki, jak choćby nowy układ katalogów systemowych – a konkretnie scalenie katalogów /bin, /lib, /sbin z ich odpowiednikami w /usr, czy choćby Firewalld odpowiedzialny za konfigurację regułek iptables i ochronę naszego komputera.

Samo wydanie RC można pobrać z oficjalnej strony, jak też poczekać do 29 maja na oficjalne wydanie.

Wstydliwe dzieje OCR

Tak jak w domu powieszonego nie rozmawia się o sznurze, tak w przypadku Linuksa i oprogramowania do rozpoznawania tekstu lepiej zachować milczenie. A przynajmniej do jakiegoś czasu temat był na tyle wstydliwy, że w dobrym tonie leżało omijanie go szerokim łukiem. Jednak z biegiem lat temat OCR dla Linuksa malutkimi kroczkami rozwijał się do jako takiej używalnej formy, a przełomem stał się otwarto-źródłowy silnik Tesseract. W przeciwieństwie do wielu akademickich projektów, ten silnik miał istotną przewagę – potrafił rozpoznawać litery, jak też za jego rozwojem stało/stoi Google. Na dodatek, w repozytoriach najnowszego wydania Ubuntu 12.04 pojawiła się w końcu paczka umożliwiająca obsługę języka polskiego (tesseract-ocr-pol), co niewątpliwie zwiększyło atrakcyjność tej pozycji – przynajmniej dla osób posługujących się językiem polskim. Żeby nie było do końca różowo, program jest przeznaczony do niewygodnej obsługi z poziomu terminala. Jednak powstało kilka graficznych nakładek rozwiązujących tę niedogodność i jedną z nich jest program gImageReader. Dlaczego akurat ten projekt? Bo nie wybrzydzał przy obsłudze naszego rodzimego dialektu (niektóre programy nie zechciały pokazać dostępnego języka polskiego), umożliwia obroty obrazu (to takie oczywiste) i nie jest skomplikowany w obsłudze. Na dodatek można nim uzyskać zupełnie przyzwoite efekty konwersji zeskanowanych tekstów, a jeszcze lepsze podczas przeróbki plików .pdf. Pomimo dość ubogiej liczby opcji, mamy tutaj pod ręką wszystko co może się przydać – obrót grafiki, jasność i kontrast obrazu, oraz jego rozdzielczość. Zmiana rozdzielczość przydatna jest w przypadku niemrawych skanów i wspomaga dokładność algorytmów rozpoznających znaki. Niestety, materiały muszą zostać uprzednio zeskanowane (?) i dopiero wczytane do programu (plik graficzny bądź pdf).Po wczytaniu skanu/skanów, możemy przystąpić do całościowego rozpoznania, bądź wybrania konkretnych rejonów (niebieska ramka). Wynik otrzymamy w kolumnie po prawej stronie, skąd możemy skopiować go do dalszej obróbki w edytorze tekstu. Poniżej mały test rozpoznawania polskiego słowa pisanego i wydrukowanego na papierze gazetowym w okolicach 1960 roku. Przykład zawiera efekt rozpoznania znaków przy 100% rozdzielczości materiału wejściowego (DPI 100%), 200% (DPI 200%) oraz 400% (DPI 400%).

gImageReader w akcji

Pomimo dość charakterystycznej i niewyraźnej czcionki gazetowej, wynik jest całkiem przyzwoity. Oczywiście przy porównaniu do osiągów i stopnia rozbudowania komercyjnych programów można marudzić, ale w obliczu tego co reprezentowało OCR dla Linuksa parę lat temu – jest świetnie.Instalacja dla Ubuntu 12.04 oraz Minta 13 jest nieco wyboista – bo aby zainstalować gImageReader musimy ściągnąć paczkę .deb ze strony projektu, oraz dopilnować, żeby w systemie znalazły się wszystkie zależności. Zatem:sudo apt-get install tesseract-ocr tesseract-ocr-pol python-gtk2 python-cairo python-gtkspell python-enchant python-popplerI dopiero wtedy klikamy dwukrotnie na pobraną paczkę .deb z gImageReader.

Psensor i rozgrzane stany świadomości

Psensor - rozgrzane stany krzemu

W czasach przesytu informacji o różnym stopniu ważności nie sposób pogardzić takimi danymi jak oficjalna kondycja termalna podzespołów naszego ulubionego komputera. Do tego celu stworzono wiele wtyczek, programów, dodatków, lecz czasem wielu użytkowników najzwyczajniej zapomina aktywować pokazywanie takich informacji, lub najzwyczajniej i bezwstydnie nie wie, co może posłużyć do tego celu. Jak wspomniałem rozwiązań jest wiele, począwszy od informacji wyświetlanych przez Conky, wtyczek do panelu czy surowej formy danych wprost z terminala. Psensor lokuje się pomiędzy prostą wtyczką panelową, a rozbudowaną reprezentacją statystyk elektronicznych sensorów.Program ten potrafi wyświetlić informacje o temperaturze procesora, płyty głównej oraz obrotach wentylatorów (lm-sensors), temperaturze dysków (hddtemp), zużyciu procesora (gtop2) oraz ciepłocie kart graficznych (Nvidia oraz ATI/AMD). Wszystko w postaci informacji bieżących, jak i wykresu obrazującego historię zmian. Uwzględniając niezłe możliwości konfiguracyjne (kolorystyka, etykiety, aktywne sensory, wtyczka na panelu, itp), otrzymujemy zupełnie przyzwoite centrum informacyjne, za pomocą którego zadbamy o żywotność naszych podzespołów.

Psensor okraszony wykresami

Jeżeli ktoś zdecyduje się na używanie tego programu, musi pamiętać o pierwszym i podstawowym kroku, jaki należy wykonać zawsze (przeważnie), gdy chcemy czerpać wiedzę o temperaturze naszych elektronicznych chipsetów. Krok ten to instalacja i konfiguracja pakietu lm-sensors, bez którego nie uzyskamy wielu ciekawych informacji (przeważnie). Instalacja sprowadza się do tradycyjnego użycia Centrum Oprogramowania lub terminala:sudo apt-get install lm-sensorsPo zwieńczonej sukcesem instalacji czas na konfigurację, czyli – pozwólmy programowi wykryć nasze czujniki:sudo sensors-detectOdpowiadając twierdząco na podchwytliwe pytania staniemy się posiadaczami modułów systemowych, które zgromadzą dla nas interesujące dane (wymagany może być restart, lub ręczne załadowanie modułów obsługujących wykryte czujniki). Po tej przydługiej ceremonii możemy skupić się już na Psensor – instalujemy go i uruchamiamy (Ubuntu 11.10/12.04, analogicznie Mint):sudo add-apt-repository ppa:jfi/ppa
sudo apt-get update
sudo apt-get install psensor

Pozostaje skonfigurowanie programu pod swoje wymagania, skontrolowanie sposobu automatycznego uruchamiania (program samodzielnie dodaje się do listy programów startowych, zatem gdy go tam nie chcemy – uruchamiamy Programy Startowe i odznaczamy konkretny wpis). I w ten sposób dowiemy się niemal wszystkiego o naszej maszynie.

Nanoshot – mały żniwiarz ekranów

Nanoshot 0.2.15

Każdy lubi wykonywać masowe zrzuty ekranu zawierające dopieszczony pulpit, okraszony nierzadko niebanalną tapetką. Nie zawsze jednak potrzebujemy do tego rozbudowanych narzędzi typu Shutter, ale z kolei zwykły PrintScreen to za mało. A w tę lukę pomiędzy bogactwem opcji a prostotą doskonale wpasowuje się rzeczony Nanoshot. Niewielki program, któremu niestraszne jest wykonanie zrzutu całego ekranu, konkretnego okna czy też określonego i zaznaczonego przez nas obszaru – czy to z opóźnieniem czy natychmiast. Dokonamy nim też graficznej rejestracji witryny WWW, a wyniki będziemy mogli bezpośrednio skopiować do bufora (i wkleić np. do GIMPa), zapisać na dysku (.png/.jpeg) lub wysłać na jeden z popularnych serwisów hostujących (Flickr, Imageshack, Imgur). Ciekawostką może też być tworzenie zrzutu z pojedynczą klatką wybranego pliku wideo. Program po uruchomieniu lokuje się w zasobniku systemowym, skąd możemy nim zarządzać za pomocą gustownego i rozbudowanego menu. Innymi słowy – mała rzecz, a cieszy.W celu wypróbowania programu, użytkownicy Ubuntu 11.10/12.04 i Minta będą mogli skorzystać z dedykowanego PPA:sudo add-apt-repository ppa:nanoshot/ppasudo apt-get updatesudo apt-get install nanoshot

Nanoshot i parę opcji

Nanoshot - menu ze zasobnika

Translate »