przystajnik

Monthly Archives: Marzec 2010

Mamy was!

Po przejęciu w połowie 2009 roku (a sfinalizowanym w styczniu 2010 roku) firmy Sun Microsystems przez Oracle, wielu zawiesiło czarne chmury nad oprogramowaniem opensource rozwijanym przez firmę Sun. Optymistyczne i pełne zaangażowania zapewnienia Oracle co do przyszłości tych projektów (Java, VirtualBox, OpenOffice, MySQL i parę innych) zmieniły kolor chmur na szare, a wielu optymistów wręcz przegnało je energicznym ruchem ręki. Jednak trudno jest oprzeć się mimowolnym skojarzeniom podczas próby opisania osiągnięć tych dwóch firm dla wolnego oprogramowania. Po podaniu nazwy Sun Microsystems jedna na pięć gospodyń domowych jest w stanie wymienić przynajmniej OpenOffice’a. Przy podobnym teście z nazwą Oracle, nawet bardziej zaangażowani użytkownicy wolnego oprogramowania nie mają skojarzeń z konkretnymi produktami tej firmy. Sugeruje to, że obydwie firmy posiadały jednak nieco inny profil swojej działalności i grupę docelowych odbiorców. Złośliwi powiedzą, że to właśnie dlatego Oracle przejęło Sun’a, a nie od odwrót. Ale pomijając kapitalistyczne niuanse, co dla zwykłego użytkownika oznacza położenie ręki na wyżej wymienionych projektach przez Oracle? Czy przejęcie schedy po Sun’ie Oracle potraktuje jako nobilitację do ugruntowania swojej potęgi w środowisku wolnego oprogramowania?

Aby wywrzeć dobre wrażenie, Oracle wykonało pierwszy ruch. Zmieniło licencję systemu operacyjnego Solaris.

Do tej pory, aby używać systemu Solaris 10, wystarczyło się zarejestrować i określić na ilu maszynach planuje się zainstalować oprogramowanie. Jeżeli nie wybrało się płatnego wsparcia, całość późniejszego użytkowania była bezpłatna.

Obtaining an Entitlement Document is simple. On the Solaris 10 Get It page, select the platform and format you desire from the drop-down menus, and then click the Download Solaris 10 button. When you arrive at the Sun Download Center, either sign in or register, ensuring that a valid e-mail address is part of your Sun Download Center account to receive the Entitlement Document. Fill out the Solaris download survey, specifying the number of systems on which you are installing the software. Once you have completed the survey, you will be redirected to the Solaris 10 download page for downloading, and your Entitlement Document will be sent to your registered e-mail address.

Oracle dodał do powyższego jedno zdanie…

Obtaining an Entitlement Document is simple. (…) Please remember, your right to use Solaris acquired as a download is limited to a trial of 90 days, unless you acquire a service contract for the downloaded Software.

I już należy za Solarisa 10 płacić – po upływie 90ściu dni testowych. Przypuszczalnie ta zmiana nie zadziała wstecz, zatem wszyscy którzy do tej pory używają tego systemu nie zostaną nią objęci (dopóki Oracle nie przedstawi nam jakiegoś kreatywnego prawnika). A co oznacza to dla przyszłych użytkowników? W większości poszukanie innego rozwiązania.

Czyżby to był sposób Oracle na pozyskiwanie klientów?.

GRUB2 i poszukiwacze zaginionych systemów

GRUB2 pojawił się na moim komputerze z czystej ciekawości i chęci ‚upiększenia’ ekranu z wyborem systemu. Okazało się, że jego wczesne wersje były jednak obarczone sporymi ograniczeniami, a brak zacięcia (i czasu) w materii zgłębiania instrukcji i opisów nie pozwoliły mi w pełni wykorzystać graficznych możliwości tego bootloadera. Poza tym wyszedłem z założenia, że do wersji stabilnej to i tak jeszcze niejedno zmienią, więc po co sobie tym teraz głowę zaprzątać. Ponieważ lenistwo uniemożliwiło mi też powrót do wcześniejszej wersji GRUB’a, ‚dwójka’ została w sektorze startowym mojego dysku. I nie zwracałem na nią specjalnej uwagi.

Tak było do czasu, gdy w napadzie chęci poszerzania horyzontów postanowiłem przetestować różne dystrybucje i wykorzystać zalegające odłogiem 6GB przestrzeni na jednej z partycji. Dystrybucja się zainstalowała, ‚coś tam’ poklikałem i mój GRUB2 w MBR’rze został zastąpiony wcześniejszą wersją. Nie wynikł z tego żaden dramat, bo w elegancki sposób miałem możliwość wyboru wszystkich dwóch systemów na moich dyskach.

Aż któregoś dnia, podczas zwyczajowego ‚poranka z apt-get’, uaktualnił się GRUB2 i z powrotem umiejscowił się w sektorze startowym dysku. I wtedy się zaczęło, bo partycja z drugą dystrybucją nie została uwzględniona przy tworzeniu menu GRUB2 i tyle widziałem system tam umieszczony. Oczywiście nie tak od razu wyszło ze mnie płaczliwe wapniactwo, bo to, czego wcześniej nie próbowałem, spróbowałem zrobić teraz – i z palca rozpocząłem konfigurowanie GRUB2. Moje konfabulacje w złożonych i ambitnie rozsypanych po systemie plikach konfiguracyjnych GRUBa2, tylko utwierdzały mnie w przekonaniu, że programiści nie powinni niczego projektować. Z rozrzewieniem wracałem myślami do prostego pliku konfiguracyjnego wcześniejszego GRUBa. Ale trudno, mamy czas postępu i to niehonorowo pozostawać w ogonie. Koniec końców, dodałem odpowiednie wpisy do grub.cfg, wykonałem polecenie update-grub i z uczuciem, że postęp kopie mnie w siedzenie, napawałem się działaniem automatyki która zastąpiła mój kunsztownie uknuty grub.cfg. Jak można się domyślić, w automatycznie utworzonym pliku konfiguracyjnym nie było nawet wspomnienia, że na innej partycji mam inny system. Poczułem się, jakbym drugi raz musiał koło wymyślać i poczytałem nieco.

Winę za ten stan rzeczy ponosił program os-prober, a w zasadzie jego brak (dlaczego go nie było – nie wiem). Zainstalowałem go, uruchomiłem (z prawami roota), uruchomiłem ponownie update-grub (użytkownicy Ubuntu pamiętają o ‚sudo’)…
apt-get install os-prober
os-prober
update-grub

… sprawdziłem grub.cfg i w końcu znalazłem tam to, czego oczekiwałem Z powrotem mogę się cieszyć dwoma systemami do wyboru. Dlatego, jeśli macie problem z dołączeniem do menu GRUB2 systemu z innej partycji – pamiętajcie o os-prober – szczególnie, jeśli wasz system to poszatkowany aktualizacjami Debian Sid, w toku których może czasem coś się zawieruszyć.

Zimo wróć…

Chce mi się wyć. Bynajmniej nie z jakichś behawioralnych pozostałości po przodkach, ale zwyczajnie, po ludzku. Zmarnowałem cudną zimę. Plany miałem takie, że aż sam się zaskakiwałem ich ogromem i kunsztem. Miałem sobie zrobić zimowe wejścia na parę górek, przedreptać parę zasypanych dolin i wszystko zatopione w bieli uwieczniać, uwieczniać i uwieczniać…

Stara zasada się sprawdziła – jak chcesz coś zrobić, to tego nie planuj. Z całej zimy udało mi się wyjść w teren raptem dwa razy. A to jakaś impreza rodzinna wypadła, a to śniegiem sypało (co z jednej strony cieszyło, lecz z drugiej – wszystko było zasłonięte), a to brak słońca, a to drogi zasypane, a to auto zakopane, a to znowu remonty domowe… I bach, nim się spostrzegłem, wiosna rzuciła mi prosto w twarz szarym błotem, które wyłoniło się spod śniegu. Koniec zimy. Następna taka może się trafić za 20ścia lat (w myśl – ‚traktuj każdą zimę, jakby była ostatnią taką w twoim życiu’).

Z ambitnych zimowych planów w zasadzie zrealizowałem tylko testowanie stuptutów. I parę kadrów po drodze…

Cairo-Composite-Manager

Co można nowego wymyślić w kategorii wdrażania i kontrolowania efektów pulpitu? Patrząc na rozbudowane menu w CCSM to prawdopodobnie niewiele. Lecz jednej rzeczy mi zawsze brakowało – natywnej obsługi kompozycji przez menadżery okien. W większości przypadków, aby mieć przynajmniej przeźroczystą belkę okna, czy cień, trzeba odpalać Compiza, a ten zastępuje menadżer okien swoim gtk-windows-decorator’em lub Emeraldem (jeżeli go uruchomimy). System puchnie, para idzie w obsługę efektów. Czy można inaczej? Otóż można, lecz najpierw zobaczmy jak obecnie wygląda obsługa kompozycji w najpopularniejszych menadżerach:

  • – Metacity – po dokonaniu wpisu w rejestrach za pomocą gconf-editor, można jako tako zmusić go do pracy z Compizem,
  • – XFWM4 – chyba jako jedyny menadżer posiada własną obsługę kompozycji – może bez fajerwerków, ale jest,
  • – Openbox – brak obsługi kompozycji,
  • Szczególnie brakowało mi choć trochę ‚ogłady’ w ostatnim z wymienionych. Openbox stanowi między innymi składową świetnie uproszczonego środowiska LXDE. Często wrzucam go na słabsze maszynki i nie ukrywam, że wolałbym, by wyglądał bardziej na czasie – wszak pierwsze wrażenie zwykłego użytkownika tworzy się zwykle w oparciu o atrakcyjność wizualną. Do tej pory bardziej wytrwali mogli kombinować ze skryptami i poleceniami xcompmgr i transset. Ale nie po to mamy XXI wiek, by brnąć w manuale i setki opcji…

    Okazuje się, że to właśnie Cairo-Composite-Manager jest lekarstwem na większość dręczących nas nocami zawiłości konfiguracyjnych i prób upiększania okien – tudzież samego pulpitu. Jest to menadżer kompozycji korzystający z cairo. Do renderowania potrafi zaprząc Xrender (2D ze wsparciem przyśpieszenia sprzętowego), a świetlana przyszłość wciąż przed nami (w kolejce nowy backend opengl dla cairo, 3D). Co więcej, program obsługuje też system wtyczek, zatem można dowolnie modelować go pod swoje wymagania. I wszystko to dla każdego menadżera okien spełniającego standard EWMH.

    I tym prostym sposobem możemy sobie ustawić przeźroczystość dekoracji okien, cienie, animacje otwierania, zamykania i minimalizowania okien (a w zasadzie ich tempo), obsługę tapety na pulpicie. Do tego skróty klawiszowe obsługujące mozaikę okien (tryp expose), ustawianie przeźroczystości dla całego okna, zrzuty okna/wybranego obszaru, synchronizację.

    Oczywiście, by cieszyć się tymi efektami, należy pamiętać, by dodać do autostartu program ‚cairo-compmgr‚. Najprościej program instaluje się w Debianie – wystarczy dodać repozytorium:

    deb http://download.tuxfamily.org/ccm/debian/ sid main

    I po wydaniu polecenia…

    apt-get install cairo-compmgr cairo-compmgr-plugins

    … cieszymy się nowymi możliwościami.

    Należy pamiętać, że o ile jest to w miarę minimalistyczny sposób upiększenia pulpitu, przyzwoite minimum sprzętowe należy posiadać. Karta ze wsparciem 3d i pamięć RAM w okolicach 512MB mile widziana. Poniżej parę testów które wykonałem za pomocą program gtkperf, by sprawdzić jak ten dodatek wpływa na szybkość rysowania się zawartości okien. Openbox i XFWM4 zostały uruchomione kolejno – z włączonym cairo-compmgr, bez niego (‚czyste’ X’y) i na koniec XFWM4 ze swoją wbudowaną obsługą kompozycji.

    404.g-net.pl


    Różnice są niewielkie, lecz przy słabszym sprzęcie mogą wzrosnąć być może i dwukrotnie.

    Gdy prosta zmiana nazwy to za mało

    Czasem chęć przeprowadzenia prostej czynność na plikach potrafi człowieka doprowadzić do stanu uniesienia, bynajmniej nie pozytywnego. Ot, znalezienie plików na dysku wg. zadanego wzoru. W menadżerze plików Thunar nie widzę do tego opcji. Gdyby nie jego akcje i możliwość dołączenia dowolnego polecenia do menu, było by kiepsko. Jak już się uda znaleźć – chcielibyśmy zmienić zadanym plikom nazwy, wg. konkretnego wzoru. I co? I znowu zęby wbijają się w blat biurka (ok, może nie w przypadku Thunara)… Tak, znam rozwiązanie oczywiste i ze wszech miar słuszne – ale spróbujmy to zrobić bez uruchamiania terminala i magii konsolowych poleceń.

    I tu na arenę wkracza kompletnie mi wcześniej nie znany program Metamorphose. Program nie występuje w żadnych repozytoriach (póki co), ale ze strony można ściągnąć paczkę .deb, jak również dołączyć sobie do Ubuntu repozytoria PPA zawierające ten program:

    # Karmic:
    deb http://ppa.launchpad.net/ianare/metamorphose-karmic/ubuntu karmic main

    # Jaunty
    deb http://ppa.launchpad.net/ianare/metamorphose-jaunty/ubuntu jaunty main

    Program w wersji stabilnej nosi numerek ‚1’, zatem instalujemy go przez ‚sudo apt-get install metamorphose’. Wersja Beta nosi już numer ‚2’, zatem ‚sudo apt-get install metamorphose2’.

    Co Metamorphose potrafi? Całkiem sporo. Niestety, jeszcze nie w języku polskim.

    Chcemy przeszukać katalogi w poszukiwaniu plików o podanej nazwie/rozszerzeniu – nie ma problemu. Chcemy znalezionym plikom zmienić nazwę, usunąć część tekstu czy zastosować tagi z mp3 lub danych EXIF do utworzenia nowej nazwy? Żaden problem. Wyuzdana mnogość opcji zadowoli najbardziej wybrednych.

    A to, że jest podobny do niektórych istniejących rozwiązań? (pyrenamer, gprenamer, catfish). Trudno, żeby nie był podobny, skoro spełnia tę samą funkcję. Jest jednak bogatszy w opcje i wydaje się mieć sensowniej ułożone GUI. Niezależnie od gustu, należy się cieszyć z kolejnej bardzo użytecznej aplikacji.

    Program wynalazłem za pośrednictwem WebUpd8.

    Nasze dzieci nie nauczą się obsługi Linuksa

    Pesymistyczny i gorzki wydźwięk tematu – zamierzony. Bo po spędzeniu trzech dni na uruchamianiu Ubuntu dla czterolatki, praktycznie niewiele napawa mnie do entuzjazmu. I w zasadzie nie jest to wina systemu.

    Życie stworzyło i postawiło mnie przed scenariuszem sztampowym aż do bólu – ‚Wujek, a nie poinstalowałbyś dziecku gier na komputerze?’. Nie odmówiłem i zostałem obdarowany starym sprzętem przeznaczonym na zagładę pod ciosami rzeczonego dziecka. Do kompletu parę gierek kupionych w markecie. Gierki, jak przystało na produkt masowy, przeznaczone były pod system Windows.

    Ponieważ postanowiłem wykonać pracę u podstaw wieku dziecięcego, obok Windowsa który znajdował się już na dysku, postawiłem Ubuntu. Gry na szczęście okazały się na tyle prostymi produkcjami, że zadziałały bez problemu pod Wine. No ale co to jest cztery czy pięć gier. Znudzą się i co dalej… Na komercyjne rozwiązania dla Linuksa nie miałem co liczyć, dlatego wyruszyłem na wielkie poszukiwanie oprogramowania edukacyjnego opensource dla dzieci.

    Z całych tuzinów prostych gierek logicznych/edukacyjnych, udało się znaleźć z kilka dokończonych i grywalnych. Z tych kilku, trzy lub cztery porozumiewały się z graczem napisami w języku polskim. Jednak jak spróbowałem sobie przypomnieć, co umiałem przeczytać w wieku czterech lat, wyszło – że niewiele. I dlatego komercyjne gry który zainstalowałem, ładnie opowiadają dziecku słowem mówionym co może robić i na co najechało myszką. Pozostało znaleźć podobne rozwiązania dla Ubuntu.

    Jak niektórzy słusznie wnioskują po mojej frustracji – nie znalazłem NIC. Nie znaczy to, że nie ma ciekawych programów edukacyjnych dla przedszkolaków. Znalazłem Gcompris i Childsplay. Programy oferują mnóstwo bardzo ciekawych zabaw dla dzieci w wieku przedszkolnym, a nawet i wcześniejszym. Robią to kolorowo, czytelnymi rysunkami, oprócz tekstów oferują również podkład lektora, czytającego nazwy przedmiotów, itp. (w zależności od gry). Jednak, to luksus dla dzieci rozumiejących słowo mówione np. w języku angielski, duńskim, niemieckim, hiszpański, baskijskim, indonezyjskim, serbskim, itp. (‚apt-cache search gcompris-sound-‚). W Polsce albo nikt nie posiada mikrofonu i miłego głosu, lub też nie stwierdził użyteczności tego rodzaju programów dla geeków. I podkładu głosu ‚po naszemu’ te gry nie posiadają. Ogromna szkoda, bo o ile dzieci, którym rodzice pokażą gdzie i co trzeba klikać w programie, za którymś razem będą sobie radziły, o tyle próby nieczytających maluchów będą skazane na niepowodzenie.

    Czy to wszystko jest warte zachodu? Na co komuś potrzebne takie ‚dziecinne’ programy? Na fali krytykanctwa systemu szkolnictwa, że Linuksa nie używa się w szkołach, czy nawet przedszkolach, aż ciśnie się na usta ‚Z czym do dzieci/młodzieży…’. Żeby dziecko zainteresować komputerem, musi mieć do tego ciekawe oprogramowanie. Takie oprogramowanie jeśli nie darmowe, to płatne, pod Windowsy znajdzie niemal każdy. A nieliczne obiecujące projekty opensource (Gcompris, Childsplay) są potraktowane po macoszemu i sprawiają wrażenie rozwijania się bez zaawansowanych wytycznych dydaktycznych. Sami latoroślom gotujemy los, od którego chcemy ratować resztę świata…

    Iceweasel 3.6 niemal w experimental

    Już za chwileczkę, już za momencik… Prace nad Iceweasel 3.6 (debianowy ‚klon’ Firefoksa, gdy ktoś się nie spotkał) dobiegają końca. Do zlikwidowania pozostało jeszcze kilka niedogodności, które dzielnie stawiają czoła – i program wyląduje w repozytorium.

    Jeśli ktoś czuje się na tyle twardy, może wypróbować paczki przygotowane na chwilę obecną. Do pobrania z tej strony.

    Ja jednak zaczekam na experimental. Konieczność korzystania z nieco kulawej bankowości internetowej i tak skutecznie wstrzymuje mnie przed krokiem w stronę najnowszej wersji Firefoksa – zatem nigdzie mi się nie śpieszy.

    Firefox 3.6 i Pekao S.A.

    Nic z tego. Nawet nie próbujcie. Do dnia dzisiejszego bank Pekao S.A. nie poprawił swojego komponentu do podpisywania przelewów, wskutek czego cały czas otrzymujemy błąd podczas próby jego instalacji.
    Dzieje się tak przy użyciu najnowszego Firefoksa 3.6, a problem jest znany bankowi i teoretycznie pracują nad jego usunięciem.

    Pozostaje teraz tylko wytłumaczyć to ludziom, którzy oczekują na przelewy…

    Translate »