przystajnik

Monthly Archives: Lipiec 2008

Głuchołaskie opowieści – party version

Ta historia mogła się przydarzyć każdemu…

Dawno, dawno temu, pewien młodzieniec (osesek?) zapałał wielką i niespełnioną miłością do maszyny.
Maszyna nie odwzajemniała mu uśmiechów i czułego gładzenia po obudowie, zatem postanowił posiąść ją za pieniądze. Składał złotówkę do złotówki, by za te złotówki zakupić bonów, a za bony, w enklawie luksusu zwanej Pewexem, otrzymać do rąk upragniony obiekt westchnień. Z tekturowym pudłem pod kurtką (a był to marzec), wbiegł do swojego mieszkania na czwartym piętrze bloku komunalnego nr. 15ście, by z drżeniem wyjąć na światło dzienne senne marzenie młodzieńczej niespokojnej głowy.
I tak na jego biurku stanęło Atari 65XE. Lata mijały, Atari przechodziło różne etapy jego zapędów, młodzieniec niby wydoroślał, ale nadal z nostalgią i sentymentem spoglądał na starzejącą się maszynę. Przez lata doszło do niej wiele przeróbek, udoskonaleń i Atari mimo sędziwego wieku nadal mu wiernie służy, spoczywając na zaszczytnym miejscu jego biurka.

Ci, którzy z zażenowaniem drapią się po głowie i mruczą do ekranu ‚o co chodzi?’, pewnie nie pamiętają tych czasów, ani tych wspaniałych maszyn. Jednak, sporo osób pamięta i chętnie, a wręcz entuzjastycznie stara się podtrzymywać płomień starych fascynacji. Tak było i tego roku na zlocie miłośników Atari (wersji 8-mio i 16-sto bitowej). Można powiedzieć, że to nowa świecka tradycja. Po serii udanych (więcej lub mniej) imprez Quast Party, z nowym wiekiem nastały czasy Głuchołazów. Tegoroczna, trzecia edycja zlotu, miała miejsce… W dniach 25-27 lipca, w Głuchołazach (‚ooo’ mrukną zaczytani).

Moja wędrówka w kierunku tego typu imprez od paru lat przebiega niezmiennie – udaję się do Katowic, gdzie na miejscu załapuję się na ostatni wyjeżdżający na party samochód. Tego roku samochód prowadziła Dzielna Małżonka kolegi Bobera, bo kolega Bober chciał mieć wolne ręce, aby prowadzić ze mną ożywioną dysputę na tematy ważne i na czasie. Jednak z rozrzewieniem wspominaliśmy podróże pociągami (o scenowcach, którzy podróżowali koleją), lecz z wiekiem rosną wymagania co do wygody przynależnej stanowi. Jak postanowiliśmy, tak też dojechaliśmy.

Samo miejsce zlot tego roku wypadło w innej szkole, niż poprzednio – i za to można, a wręcz należy pochwalić Ryśka Organizatora. Nowe miejsce jest bardziej na uboczu, przez co mniej denerwowaliśmy ludność tubylczą dźwiękami z głośników (blip, blip, click clicketty clonk). Ceną za odosobnienie było oddalenie placówek gastronomicznych, lecz z kolei, pod ręką było chwalone schronisko, gdzie można było przenocować. W samej szkole też było mnóstwo miejsca do spania, czynne ubikacje a nawet prysznice. Nasza grupa podróżników, w tym i moja osoba, wybrała jednak na nocleg położony nieopodal relikt PRL’owskiej myśli wypoczynkowej o wdzięcznej nazwie Opawa. Obiekt nie tani, nie luksusowy, lecz spełniający podstawowe wymogi. Minusy – brak czajnika w pokoju, plusy – pokój był i miał łazienkę z prysznicem. Ale co tam zaplecze, w końcu przyjechało się tu w celach innych.

Na te dni wielu z nas przeobraziło się w artystów-programistów, artystów-grafików, artystów-muzyków i artystów bez przydziału. Artyści, wiadomo, słyną z tego, że się nie myją, piją i nie chodzą spać. Tak było zawsze, nie mogło być tego roku inaczej. Może przesadzam, bo wiele z osób to już poważni ojcowie, matki i autorytety rodzin, lecz duch w tej społeczności nie zanikł. Pierwszy kontakt z party place, to niemal opustoszała sala gimnastyczna i dwóch osobników zgarbionych nad laptopem. Jak się miało później okazać, dla jednego z nich to było miejsce na całe dwa dni, bo TDC dzielnie stawał w szranki z zawiłościami kodowania w Action!, psikusami czynionymi przez oprogramowanie firmy MS i podatnością swego organizmu na sen. Wszystko w celu zlinkowania produktu końcowego przez upływem deadline’u.

Natomiast pozostali z przybyłych odświeżali stare znajomości, uzupełniali zasoby witamin, tudzież kalorii, kompletowali sprzęt potrzebne do spędzenia nocy. W naszym wykonaniu piątkowy wieczór skupił się głównie na poszukiwaniu sklepu, unikaniu deszczu, oraz odnalezieniu drogi do nieocenionej pizzeri, którą znaliśmy z poprzednich zlotów. Wynikła też pierwsza konsternacja związana z nocowaniem poza party place. Zwykle, uczestniczyło się, lub próbowało się uczestniczyć w nocnych/rannych rozmowach, ogólnej integracji, uchu ani oku nie umknął żaden ze smaczków dziejących się na miejscu. Tego roku od godziny 00.10 do 5.30 w moim przypadku pojawiła się luka w pamięci. Po prostu poszedłem spać.

Wnikliwi podejrzliwie zerkną na godzinę 5.30. Co miałbym o 5.30 robić. Na party place pusto i wiatr wygrywa smętną melodię na gwintach butelek różnego kalibru. A ja wstałem, pozbierałem aparat foto i polazłem w stronę głuchołaskich atrakcji turystycznych o nazwie Góra Chrobrego. Utytłałem sobie zamszowe trzewiki w tym marszu na przełaj przez las, parę razy śliznąłem się niezgorzej na mokrym kamieniu (buty niemal kościołowe nie nadają się do takich eskapad), strzelali z oddali myśliwi, mam nadzieję, że nie do mnie. Ale uwieczniłem kawał genialnego lasu w genialnych warunkach pogodowych. Na przedpołudnie dotarłem z powrotem do cywilizacji, gdzie wszystko powoli budziło się do życia. I cykl rozpoczął się od nowa – party place – znajomi – jedzenie – party place – oddanie prac na konkurs – jedzenie – oczekiwanie na kompoty.

Otóż to, kompoty. Tego roku ilość prac naprawdę dopisała – pojawiły się cztery (a nawet pięć) dema, dwa intra, cztery muzyki i dużo grafik. Jeden flash pozakonkursowy, dwa (trzy?) covery na cover compo i wszystko by było ok, gdyby jak co roku, nie brakło dla niektórych votek (klęska urodzaju – dopisała frekwencja i na zlocie było, na oko – jakieś 60 – 70 osób). Z powodu ilości prac, naprawdę działo się, oj działo sobotniego wieczora. Poczekaliśmy aż zajdzie słoneczko i dawaj.

Poziom music compo, w którym nieskromnie uczestniczyłem? Cóż, bywało lepiej, a na pewno więcej prac. Ogólnie bez rewelacji. Zapomniałem powiedzieć Pinokiowi, że moja muza gra w mono i mój kawałek słyszała połowa sali z jednej kolumny. To pewnie oni mi dali jakieś punkty 🙂

Poziom grafik, trzeba przyznać, mógł się podobać. Niezmiennie prym wiódł Powrooz, ze swoim już rozpoznawalnym stylem. Zaskoczył mnie autor pracy na którą głosowałem jako na drugą, a to dlatego, że byłem święcie przekonany, że to grafika Dely’ego. Ten jednak zakpił sobie z nas srodze tego roku, nie rysując nic, a grafikę z liskami popełnił Kaz. Na uwagę zasługują też prace Kozycy, wyrysowane całkiem zgrabnie, jednak zgubione przez słabo rozplanowane i widoczne aż za bardzo przerwania DLI.

Intra. Były dwa, w jednym zaprezentował możliwości TurboBasic’a Grzybson, a w drugim, w 1K MaPa i koledzy upchnęli fajne i kolorowe kulki.

Dema to najbardziej oczekiwania część programu. Nie ma się co dziwić, że i tym razem publika kręciła się na taboretach, oczekując na kulminację. Dem jak wspomniałem było cztery, a nawet pięć. A to dlatego, że w ferworze wyświetlania prac, slideshow popełniony przez Kaza, został umieszczony w paśmie konkursowym. Po party/wynikach się zreflektowano jednak, i ostatecznie przekazano wyniki dla czterech pozostałych dem.

Animkomials zaprezentowało w WTF wariacje na tematy sobie znane i lubiane. Zasadniczo, było kolorowo, muzycznie, jednak brakło polotu i elementów którymi zaskakiwali publikę we wcześniejszych produkcjach.

Zaskoczeniem była produkcja MR6502 ze stajni Blowjobb, za sprawą Śmigła, który zadebiutował jako koder. Nieco aniemiczne przełączanie niezłych efektów, spowolniło odbiór całości, jednak należą się brawa za debiut i można pokładać nadzieję w przyszłe, lepsze i mocniejsze prace.

M.E.C. ze swoim Unfused to czarny koń imprezy. Grupa na ostatnich dwóch party wystawiła dema (Głuchołazy 2007 i Forever 2008) i pewnie każdy po cichu liczył, że nie dadzą rady. A jednak. Zrobiliśmy, złożyliśmy, zdążyliśmy. Swój udział w tym demie określam jako support w zakresie muzyki i designu, oraz jednego loga. Całość zakodował Bober. Jako nośnika przekazu użyliśmy po raz kolejny trybu tekstowego i literek (nuda?). Demo działa na 64KB.

A na koniec rodzynek w postaci Pure od LaResistance. Pr0be po raz kolejny udowodnił, że wie o co chodzi w tych klockach i pokazał efekty może i znane, jednak ślicznie wykonane i ładnie się poruszające. I co ważne – w kolorach. Smucić może jedynie fakt szczątkowego designu, a raczej braku przejść między efektami, które są wyświetlane na zasadzie – efekt – blank – efekt – blank – efekt. Ale przynajmniej dzięki temu Pr0be ma jeszcze wielkie pole do popisu. Co dodatkowo cieszy – demo to w zasadzie 12sto kilobajtowe intro, działające na 64KB podstawowej pamięci.

A potem nastąpiła wrzawa, oklaski, wrzaski, śpiewy, liczenie, przechodzenie, przeliczanie, wywoływanie, nawoływanie, generalnie – rozgardiasz. W tym całym zamieszaniu tylko Vasco zamroczony słodkim winem, sączył kolejną edycję butelki tegoż napitku.

Po ogłoszeniu wyników (co nastąpiło w okolicach godziny 2.30 – 3.00 w nocy), pozbieraliśmy nasze graty i powędrowaliśmy do noclegowni, podczas, gdy pozostała cześć partyzantów szykowała się na ognisko. Rano wcześnie pobudka – i w drogę powrotną. Ci ze Śląska znowu mieli lepiej ode mnie, bo od 12stej siedzieli w domach, podczas gdy ja na 18stą dowlokłem się do swojej mieściny.

‚Za co cenisz imprezę i które osiągnięcia party najbardziej wpływają na twoją świadomość w określeniu wartości spotkania’

Kto nie jeździł na takie zloty, nie zrozumie. Party było jednym z lepszych od dłuższego czasu – lepsza lokalizacja, przede wszystkim większa ilość prac w demo compo, przyjazna okolica, doskonałe zaplecze, doskonali ludzie. Z powodu takiego, że coraz więcej ludzi przyjeżdza z żonami/sympatiami, impreza nabiera charakteru sielankowo-familijno-turystycznego. Odwiedzane są atrakcje regionu, knajpy, prowadzone są dysputy na tematy ogólne. Widok osób w zacietrzewieniu tłukących na party w klawiaturę komputera powoli odchodzi do lamusa (poza TDC, który się zawziął). Rysiek Organizator zapowiedział, że dyrekcja szkoły za rok też by nas chętnie tam widziała (a to ci dopiero). Więc pewnie i za rok odwiedzę tamte strony.

Po party kontrowersje wzbudziło nieupublicznienie dem Pure i MR6502 (z powodu, że nie były najzwyczajniej dopieszczone do końca). Narzekającym polecam wykonywać tyle samo wzdychań i narzekań, gdy nie ma żadnych prac na konkursy. Demo Pure jest już dostępne na serwerach w wersji finalnej.

Całość stuffu ze zlotu.

Wyniki i inne zajawki

Demo compo:

1. Pure / LaResistance
2. Unfused / MEC
3. MR6502 / Blowjobb
4. WTF / Animkomials

Music Compo:

1. Who knows – Raster / CPU
2. Bazaltowy Rzezimieszek – Yerzmyey / H-PRG
.. Bug in the mug – Dhor / MEC
.. Przyjacielska rada – Lisu

Graphics Compo:

1. Tempting – Powrooz / LaResistance
2. Atari z ojca na syna – Kaz
.. Beerix – Raster / CPU
.. Escape from Zion – Kozyca / Samar
.. Love is undead – Kozyca / Samar
.. Major Nemos – Kaz

Intro Compo:

1. Crossover – MaPa + PG + Raster
2. Grzybson Intro 7 – Grzybson

Music Cover Compo:

1. m4700rK4 – Epi/Tristesse
2. Flimbo`s Quest – Miker/Blowjobb/New Generation

Grafiki

Tempting – Powrooz / LaResistance

Tempting - Powrooz'08

Atari z ojca na syna – Kaz

Z ojca na syna - Kaz'08

Beerix – Raster / CPU

Beerix - Raster'08

Escape from Zion – Kozyca / Samar

Escape from Zion - Kozyca'08

Dema

Pure by LaResistence (lubisz to demo? daj temu wyraz w komentarzu na pouet.net)

httpv://youtube.com/watch?v=7WKeAMj6oRE

Unfused by M.E.C. (utożsamiasz się z tym demem? okaż to w komentarzu na pouet.net)

httpv://youtube.com/watch?v=tWZ_RkIXkik

Zdjęcia

Zdjęcia (sorry, mało wyszło, bo mi jedyny aku padł po wojażach w lasach).

Pin i jego megafon

Autor tego opisu chciał podziękować osobom, które poświęciły swój czas i zebrały na swoich stronach materiały związane z tym party, a w szczególności – Dely z atariarea.krap.pl, za wyniki compo. Kaz z atarionline.pl za zrzut dem do avi i wrzutkę na youtube. Fandal z atari.fandal.cz za często uaktualniany katalog produkcji atarowskich.

Fotoxx – początek kariery?

Graficy od zawsze biadolili na jakość programów graficznych na Linuksa. Część nie potrafiła się przesiąść z PhotoShopa na GUI Gimpa, innym wiecznie brakowało niektórych wtyczek z PhotoShopa, jeszcze inni potrzebowali jakiejś funkcji, która jest w Photoshopie, a nie ma jej w Gimpie. Wychodziłoby na to, że cały świat kręci się wokół tych dwóch aplikacji. Na Linuksie jest o tyle biednie, że po komercyjnym fiasku programu Pixel32 (a raczej fiasku komunikacji autora ze społecznością płacącą za niedokończony produkt), z edytorów do grafiki rastrowej można wymienić.. CinePainta, mtPainta, KolourPaint pod KDE… I tyle? Bądźmy szczerzy – nowoczesna obróbka grafiki to nie tylko możliwość narysowania prostej linii i paru kwadratów Od takich programów wymaga się nieco więcej. Ale czy każdy program graficzny to musi być kobyła programistyczna, zajmująca lata w udoskonalaniu?

Popatrzcie na takiego Fotoxxa. Obserwowałem ten program od wczesnych, roboczych wersji. Niedawno spróbowałem użyć najnowszą, o numerze 4.9. I co?

Program zajmuje jakieś 193 KB (binarka), a jak zerkniemy na listę możliwości, to mamy do wyboru – tworzenie HDR’a, tworzenie panoram, wyostrzanie, rozmywanie, redukcję czerwonych oczu, redukcję kolorów, podbijanie kolorów, kadrowanie, zmianę rozmiaru, redukcję szumu, pełną manipulację kolorystyczną zdjęciem, naprawianie zakrzywień, pracę na wybranym fragmencie zdjęcia. I jeszcze parę innych funkcji. Program – spełnienie marzeń?

Pewnie by mógł aspirować do tego miana, gdyby nie…

– koszmar interfejsu. Wszystkie opcje obsługiwane za pomocą cyferek (są przyciski do płynnej, grupowej zmiany wartości), brak okienka podglądu wprowadzanych zmian, wszystko wykonywane na żywca. Często nie widać różnicy po wprowadzeniu zmiany, a wystarczyłoby dokleić pole z podglądem na którym przeprowadzane by był wszelkie machinacje z obrazem,

– koszmar nawigacji. Zamiast jakiegoś w miarę normalnego okienka z plikami, katalogami, musimy klikać na przyciski otwarcia katalogu/pliku, szukać, otwierać, itp. Jako szybka przeglądarka plików graficznych zupełnie nieprzydatny i drażniący, a program ma potencjał w tym kierunku. Już lepiej się przegląda i szuka grafik w Thunarze z włączoną opcją miniatur (nawet pliki RAW miniaturyzuje).

To oczywiście zarzuty na miarę tych, które wysuwają miłośnicy PhotoShopa nt. interfejsu Gimpa. Używać się pewnie programu da, ale trzeba poświęcić czasu na przyzwyczajenie się do takiej obsługi.

Druga strona medalu, to efekt modyfikacji zdjęcia narzędziami dostępnymi w programie:

– Flatten. Wyrównywanie jasności i kontrastu na zdjęciu – działa w porządku,
– Tune. Bardzo sprytne manipulowanie jasnością, cieniem i kolorem na zdjęciu. Przysiągłbym, że narzędzie ma namiastkę pracy na obszarach (jak w Lightzone),
– Crop. Jako narzędzie do wycięcia interesującego fragmentu ze zdjęcia, jest w porządku. Jako narzędzie do cropowania np. zdjęć do labów, totalnie bezużyteczne (brak wymiarów w mm, proporcji),
– Red Eye. Usuwanie czerwonych oczu – działa jak trzeba,
– Rotate. Jak to obracanie zdjęcia, działa,
– Resize. Nie można mieć zastrzeżeń, może poza brakiem wyboru algorytmu zmiany rozmiaru,
– HDR. To jedna z ciekawszych właściwości tego programu, opowiem o niej poniżej,
– Panorama. Niestety, tutaj nie udało mi się połączyć dwóch kawałków zdjęcia ze sobą. Algorytm jest na pewno ciekawy i sprytny, jednak ceniący wygodę powinni skorzystać z Hugina,
– Unbend. Naprawianie dystorsji na zdjęciu, teoretycznie działa, w praktyce ciężko tego używać,
– Stretch. Trikowe naciąganie, przesuwanie fragmentów zdjęcia, jedno z niewielu narzędzi w Fotoxxie które można obsłużyć łapiąc myszką bezpośrednio za obraz,
– Sharpen, Blur. Tych narzędzi też by można było używać, gdyby nie brak okna podglądu,
– Reduce Noise.
– Color Depth, Color Intensity. Da się poprawić/zredukować kolory.

Dodając do powyższego fakt, że program nie odczytuje plików RAW, wychodzi na to, że średnio się nadaje dla fotografów. RawTherapee umożliwia o wiele sprawniejsze poprawianie parametrów zdjęcia – robiąc to bezstratnie, przy wywoływaniu RAWa. Jak nie dla fotografów, to może dla miłośników tricków? Cóż, tworzenie panoram działa jak działa, przy dobrym (równym) materiale wejściowym, pewnie się uda ją złożyć. Może HDR?

Materiał wejściowy:

chatka_normal.jpg

Powyższe zdjęcie wywołałem z EV +1.50 i EV -1.50. Złożyłem w Fotoxxie, a oto efekt:

chatka_hdr_fotoxx.jpg

Jakieś różnice? No tak, szumna nazwa HDR odnosi się do zwykłego blendowania tonacji, ze zdjęcia przepalonego są brane ciemniejsze obszary, z niedoświetlonego jaśniejsze, i takie dane program składa do kupy. Zdjęcia przepalone, niedoświetlone, można tym uratować. Tricków jak w QTtpfsgui nie da się uzyskać:

chatka_800x600.jpg

Cóż pozostaje powiedzieć. Do szybkiej obróbki typu wyostrzenie, usunięcie czerwonych oczu, zmiana rozmiaru, usunięcie szumu, ew. odratowanie przepaleń, można ten program mieć pod ręką. Jednak, pomimo chęci autorów, na razie nie przewyższa Hugina w zakresie składania panoram, RawTherapee w wywoływaniu plików RAW, Gimpa w funkcjonalności GUI i filtrów.

Gdyby chociaż program miał sprytniejszy interfejs. Pozostaje dopingować autorom w dalszej, wytężonej pracy, bo postępy od pierwszych wersji widać.

fotoxx_on_the_run.jpg

Program w postaci paczki .deb dla Ubuntu (na Debianie też zadziała), można pobrać stąd.

Bij, zabij

Oblężenie Malborka, Grunwald, Powstanie Warszawskie, oraz inne inscenizacje… Zawsze zazdrościłem mieszkającym w pobliżu takich wydarzeń. Ale okazuje się, że niesłusznie! Bo w mojej okolicy też goszczą zapaleńcy czasów dawnych. I to już po raz siódmy! Prawdę mówiąc, gdyby nie internet, nigdy bym się o tym nie dowiedział.

A całe zamieszanie rozegrało się 20stego lipca na polach cerkiewnych w Krempnej. Impreza nosi nazwę Parady Historycznej i oprócz pokazu strzelania z łuku, obsługi konia, inscenizacji walki naszych dzielnych Sarmatów z Kozakami, obecna była promocja regionu, prezentacja zawodów wymierających/wymarłych i konsumpcja naszych potraw narodowych (np. pierogi ruskie). Aż dziw mnie bierze, że nigdy wcześniej nie rozejrzałem się za takimi wydarzeniami w okolicach. Co prawda, zamków w moich stronach jak na lekarstwo, ale sroga łupanina wśród stogów siana też ma swój urok.

Otóż to, co tu dużo gadać. Najważniejszą częścią imprezy była dla mnie potyczka mężnych wojów. Stawali oni na polu bitwy konno i pieszo, było dużo dymu, huku a i pogoda dorzuciła swoje co nieco w postaci rzęsistej ulewy. Podobać się mogła werwa, zacięcie i starania o oddanie realiów historycznych. Szlachta w kolorowych żupanach nie wyglądała może jakby szła na wojnę, ale werwą i skalą potyczki można było przyjąć całą sprawę za zajazd na sąsiada. Strona kozacka prezentowała się może mniej barwnie, ale też z fantazją, aż osełedece im podskakiwały. Nie da się ukryć, całość tak mi się podobała, że chwilami zapomniałem, że elektronika w moim aparacie jest podatna na działanie wody. Bynajmniej, nie lecznicze czy oczyszczające.

Stary koń ze mnie, ale duch się odezwał – animuszu takiego nabrałem na widok furkoczących szabel, że po walce mało brakło a wyżarłbym dziegieć na stoisku oferującym ten specyfik. W myśl bratania się z wiekami dawnymi. Pominę milczeniem fakt, że dziegieć to sobie można co najwyżej wetrzeć.

get_the_kmicic.jpg

show_no_mercy.jpg

sila_zlego.jpg

037-p7204928orf.jpg

135-p7205078orf.jpg

Imprezy takie mają jedną wadę. Wychodzi się z nich z trzysta trzydziestoma zdjęciami i potem człowiek się nie może zdecydować, które są te ‚lepsze’. Zatem, temat ‚szlachta w obiektywie XXI-wiecznego magicznego pudełeczka’ powróci za niedługo.

Repozytoria destrukcji

Temat bezpieczeństwa Linuksa w świetle popularnych wirusów jest niemal dziewiczy. Ktoś gdzieś słyszał, że jakieś wirusy na Linuksa są, ale mało kto je widział, a nawet jeśli, to nie potrafił ich uruchomić. Więc nie wiadomo do końca jak to z tym jest.

Ale bezpieczeństwo na poziomie dostępu do usług/komputera/danych jest już ciekawsze. Wystarczy, że ktoś wykorzysta dziurę w jakiejś usłudze i będzie mógł z zaatakowanego komputera uzyskać bardzo wiele. Zawartość dysku, możliwość uruchomienia bot’a, jakiegoś proxy do zacierania śladów, itp. „E tam”, mrukną wyjadacze – „Mamy apt-get i security.debian.org”. W zasadzie cała ufność społeczności linuksowej opiera się na jakość oprogramowania w repozytoriach. A tu znienacka, grupa naukowców odkrywa, że przecież repozytoria można tak spreparować, że będą serwowały użytkownikowi coś zupełnie innego niż oczekuje. Czy potrzebni byli do tego aż naukowcy, skoro już jakiś czas temu parę razy odbyły się próby ‚zainfekowania’ użytkowników starymi, dziurawymi wersjami programów, tudzież programami/usługami z zaszytym trojanem?

Dla przypomnienia:
– 21 stycznia 1999 roku, zaszyty trojan w Wietse Venema’s TCP Wrappers. Nikomu nic się nie stało, bo zauważono, że paczka nie była podpisana,
– 28 września 2002 roku, po włamaniu na ftp.sendmail.org przez osiem dni oferowano stamtąd paczkę sendmail z zaszytym trojanem. Całość też bez podpisu PGP,
– 22 lipca 2002 roku, po włamaniu na serwer Fundacji OpenBSD, umieszczono tam OpenSSH z ‚dodatkami’. W ciągu dnia fałszywka została wykryta przez samych ściągających, też poprzez sprawdzenie podpisu,
– 13 grudnia 2007 roku, w źródłach SquirrelMail na serwerze www.squirrelmail.org pojawił się trojan. Sprawca wykorzystał do tego celu przejęte konto jednego z developerów. Niestety, źródła nie były podpisywane (sprawę wykrył użytkownik, któremu nie zgadzały się sumy md5) i zaczęto to robić od następnej wersji.

To pewnie niektóre z przypadków zatrucia repozytoriów spreparowanym kodem. Przypadki o tyle istotne, że wszystko odbyło się na serwerach głównych, a nie mirrorach. Przez podpisy PGP/GPG te wszystko próby albo spełzły na niczym, lub z mizernym skutkiem utrudniły życie serwerów.

Gdzie tu zatem sensacja w przypowieści o naukowcach? Jak pokazuje historia, na koncept podszywania się/serwowania uzdatnionych paczek, ludzkość wpadła już co najmniej w 1999 rok. I w zasadzie podpisywanie paczek położyło temu kres temu procederowi, zanim rozwinął się na dobre.

No ale może być przecież mirror, który spreparuje wszystko tak dokumentnie, że i klucz GPG będzie się zgadzał. Ba, paczka może być tak przygotowana, że mirror będzie dawał ludziom starą, dziurawą wersję programu, lecz z nową numeracją. Ale teraz pytanie. Ile macie w swoich repozytoriach serwerów, poza oficjalnymi? Drugie pytanie, jak widzicie rozprzestrzenienie się fałszywego mirrora, znając problemy ZU z dopisywaniem nowych repozytoriów do source.list? (fora internetowe i liczne wątki ‚jak dodać repo’). Trzecie pytanie – tłum linuksowych szperaczy pozostawi pojawienie się nowego mirrora bez cienia podejrzenia (lub podstawowych form ostrożności)? Przerzucać argumentami można się długo, a konkluzja będzie taka – nigdy nie ma stuprocentowego zabezpieczenia. Ja oprócz oficjalnych repo mam parę innych serwerów, ale dla wielu nawet nie wprowadziłem sprawdzania GPG. Będę pierwszy na kolanach klęczał na tłuczonym szkle, jeśli kiedyś popsuje się mi przez to system. Śmiem twierdzić, że groźniejsze dla niego są paczki z debianowego experimental.

Przeprowadzona naukowa próba i udowodnienie ułomności repozytoriów, jak dla mnie pozostaje sensacją na poziomie cielaka z dwoma głowami. To lep na niekoniecznie dobrze poinformowanych i zorientowanych użytkowników.

2112

Akurat trafił się dziś dzień, kiedy nieskrępowanie mogę poddać się dobroczynnemu wpływowi decybeli na organy wewnętrzne. I już trzeci raz leci Rush ze swoim flagowym ‚2112’ (1976). I po raz trzeci, wciąż nie mogę się nacieszyć tymi dźwiękami i inwencją artystów. Pewnie przesłucham i czwarty raz ten krążek. Bo rzecz jest kreatywna i za każdym razem odkrywa przed słuchaczem jakiś smaczek.

Płyta ‚2112’ nie jest może najbardziej progresywną z dorobku zespołu. Można powiedzieć, że poszli w komercję. Połączyli progrock z cięższym hardrock’iem, by nie stracić klientów-miłośników tego i tego. Ale gdyby dzisiaj grano taką komercję, to zacząłbym dawać na tacę. Główny klimat płyty tworzy 20sto-minutowy ‚2112 Overture’, podzielony na siedem różnorodnych instrumentalnie ‚podrozdziałów’. Ambitne i fantastycznie zaaranżowane mocne granie, przeplata się z nostalgią i marzeniami ukrytymi w tekstach. A teksty tworzą przed nami futurystyczną wizji świata, w którym wszystko zostało ułożone przez prawa i nakazy Federacji, decydującej za ludzi co jest dla nich słuszne i właściwe.

We’ve taken care of everything
The words you hear the songs you sing
The pictures that give pleasure to your eyes
It’s one for all and all for one
We work together common sons
Never need to wonder how or why

Można utonąć w tym klimacie, bez dwóch zdań. A panowie z Rush bez zahamowań grają dalej i udowadniają, że w tych latach byli (są) jednymi z tworzących najsprawniej i najswobodniej karkołomne parady riff’ów i dźwięków. Płyta ‚2112’ broni się po latach, w moim odczuciu, bez problemów. W zasadzie, nie jestem w stanie wskazać słabego kawałka na tym krążku. No po prostu nie mogę.

A w trakcie tego pisania przed moimi oczami ponownie zaczęła się przewijać opowieść o świecie opanowany przez dyktujących jak żyć i myśleć… Dobrze, że to opowieść z happy end’em.

[youtube Z6zZ3c4p62E]

Chcesz usłyszeć – nie kupuj!

Ponieważ 98% społeczeństwa sieciowego opiera swój gust muzyczno-jakościowy o pliki mp3, ten wpis będzie nosił znamiona antyreklamy.

Uwaga, antyreklamuję:

Jeżeli chcesz usłyszeć wszystkie niuanse zgromadzonych przez Ciebie na dysku plików mp3 – nie kupuj słuchawek AKG K 530 LTD!

Koniec antyreklamy.

Słuchawki AKG K 530 LTD przywędrowały do mnie dzisiaj (pani listonosz puka zawsze dwa razy) i zostały od razu poddane testowi. Czyli wpiąłem je w dziurę, którą aktualnie miałem pod ręką – wyjście jack w moich głośniczkach komputerowych. Głośniczki te, codziennie wypluwają w moją stronę muzykę zgraną na komputer dla łatwości do formatu mp3 (ogg) i ja tę muzykę przyjmuję bez zastrzeżeń. Raz lepiej, raz gorzej, ale do delektowania się dźwiękiem posiadam sprzęt inny. Ten sam materiał muzyczny puszczony na słuchawki nabrał nowej jakości. Jakości kompresji stratnej. Szumy, nerwowe poszukiwanie uchem góry pasma, instrumenty kończące się w połowie częstotliwości wybrzmiewania i generalnie – plastik.

Słabe słuchawki kupiłem? Nie w tym rzecz – po podłączeniu do dziury w stacjonarnym CD wszystko jest jak należy – ale już z normalnej płyty audio. Ich pasmo (17hz-26KHz) przenoszenia jest bezwzględne dla dokonań serwowanych z poziomu komputera. Może nagrania flac i inne, gdzie nie ma takiej straty materiału, zagrają lepiej (ba, na pewno). No ale – nie po to kupiłem te słuchawki, żeby szukać zaginionych częstotliwości w mp3.

A przy okazji kolejna ciekawostka, która dziś mi przez przypadek wpadła w ręce (uszy). Zaciągnąłem program do testowania progu słyszalności swego ucha (może nie do końca temu dedykowany). Program niestety w wersji dla Windowsa, ale pod Wine działa bez problemu i nawet go nie trzeba instalować. Ale w czym rzecz. Założenie naukowe jest takie – z wiekiem człowiek traci słuch, przez co obniża mu się zakres słyszanych wysokich tonów. W moim wieku i po dawce muzyki jaką sobie serwuję (a raczej jej natężeniu), powinienem oscylować w granicach 14 – 15KHz (i ten głuchy muflon będzie pouczał o stratach w mp3?). Odpaliłem programik i wskoczyłem od razu na 20KHz, włączyłem test i… Na głośnikach, jak i na słuchawkach słyszę pisk. Przy zmniejszaniu amplitudy, w okolicach 6% przestałem go słyszeć. Autosugestia? Zakłócenia z wnętrza komputera? Być może. Ale bez ceregieli, przy amplitudzie 1-2% słyszę dźwięk w okolicach 14KHz – 16KHz. Im amplituda większa, tym mniejsze problemy z usłyszeniem.

Program nie jest absolutnie wiarygodnym testem na głuchotę. Ale zawsze to jakiś wzrost samooceny 🙂

Erupcja małej góry

Co robi człowiek w wolnych chwilach, gdy zostawia za sobą tumult miasta, dźwięki klaksonów, pokrzykiwania ulotkarzy, sygnały dźwiękowe straży i policji? To oczywiste, walczy o przetrwanie w naturalnej dziczy.

Moja walka o przetrwanie w sobotę opierała się głównie na dotarciu do punktu zbornego, w skwarze lejącym się z nieba i bez kropli wody w butelce. Na dodatek, teren – pustkowie bez kawałka drzewa i cienia. I jakby tego było mało, wybuchł sobie nasz mały lokalny wulkan.

erupcja_magurycza.jpg

Przetrwałem jako jedyny.

Killing in the name of…

Czasami człowiek ma ochotę błysnąć czernią swego jestestwa. A nic tak nie pomaga w odkrywaniu mroków duszy i zasobu słów nieciekawych jak jazda samochodem. A oto przygoda, osoby o odmiennym guście muzycznym proszę o… Tolerancję?

Jadę sobie, a w zasadzie stoję przed skrzyżowaniem, okno odsunięte, bo aura zafundowała na wolnych powietrzu saunę, a z głośników sączy się, jak to przy poniedziałku, ‚I don’t wanna stop’. Osbourne dziś miał wyjątkowo dobrze brzmiącą chrypę, a cała reszta była jak zawsze. Zatem siedzę i kontempluję niewyszukany, a jakże głęboki tekst pieśni, gdy nagle czuję, że podskakuję. Rozczaruję miłośników katastrof – nic na mnie nie najechało, nie stuknęło i zderzak mi nie odpadł, a ręce nadal mam umiejscowione tam, gdzie się do nich przyzwyczaiłem. Podskakiwanie przeszło w namacalny atak soniczny, a źródełem był taki jakiś samochodzik (słabo marki rozpoznaję), co to stanął sobie na pasie obok. Je*liwe *umc* *umc* *umc* wprawiło w drgania najdrobniejszy flaczek moich wątpi, a młodzieniec w samochodzie obok czerpał wyraźną przyjemność z donośnego zaznaczania miejsca swego postoju. Bo *umcowania* raczej nie kontemplował. Osbourne aż sobie przysiadł na taką niegodziwość i przytaknął głową gdy użyłem określeń w stosunku do młodzieńca. No ale mi tu wszystko w środku lata, światła się nie zmieniają i coraz bardziej czułem się jak niewiniątko pod ciosami szalonego operatora popularnego bejzbola. ‚Grunt to się nie dać stłamsić!’ zakrzyknąłem w myślach i przypuściłem akcję odwetową. Nie, nie wysiadłem i nie wbiłem mu śrubokręta w subwoofer. Z mściwym uśmiechem sięgnąłem ręką do potencjometra i uwolniłem decybele z wnętrza swoich głośników. Kroczcie, zdmuchnijcie tych ignorantów, co swojej ‚muzyki’ nie odróżnią od walenia plastikowym kubłem po głowie! No i może by zmiotły, gdy nie to, że moje głośniki w samochodzie… No, się spierdziały. I tak wyglądałem w roli profesora muzykologii ulicznej. Szybciej bym kogoś ogłuszył swoimi pierdziawkami fabrycznymi, gdybym je wykręcił i dał nimi komuś między oczy.

A wy jakiej muzyki słuchacie w drodze?

Maszyna o zmurszałej pamięci

Miłośnikom mantry: ‚na GIMPie nie da się pracować’.

GIMPowi śmierdzi moje 1GB pamięci:

Unable to run plug-in „gauss”
(/usr/lib/gimp/2.0/plug-ins/gauss)

Nie można utworzyć procesu (Nie można przydzielić pamięci)

A wszystko za sprawą czterech warstw o wymiarach 3340 x 2504 pikseli i paru machinacjach na nich. Czyżbym dostąpił zaszczytu oświecenia i wstąpienia w szeregi ‚fachowych’ grafików, którym 4GB na pokładzie wystarcza na poranne załadowanie materiałów do obróbki? Swoją drogą, nie spodziewałem się, że postawię GIMPa pod ścianą i zacznie się on zachowywać się jak rasowa komercyjna aplikacja wołająca o coraz to więcej zasobów. Zgoda, trzymanie warstw o takich wymiarach w pamięci i przygotowanych do różnych akcji na nich, musi wymagać RAMu. Ale GIMP to wg. wielu taka nieużywalna zabawka o nieciekawym interfejsie – a tu komunikaty i problemy jak z Wielkich Programów. A wizjoner mówił, że 640KB wystarczy każdemu.

Trzy podejścia – Magurycz Duży

Ostatnio intensywnie korzystałem ze swoich nóg i aparatu foto – bynajmniej nie kopałem po nim, ale użytkowałem jak kanony sztuki fotograficznej nakazują, szkłem w stronę kadru. Porobiły się mi przez to zaległości w publikowaniu zdjęć, ale nie o to idzie tym razem, lecz o podzielenie się ciekawą historią.

Tytułowe trzy podejścia na Magurycz znawcy tych stron skwitują kpiącym uśmiechem – górka ledwo 777 m.n.p.m., łagodne podejście, co za lebiega robi trzy podejścia pod taką trasę spacerową. Ano nikt, i ja też za pierwszym razem przedreptałem Magurycz w te i z powrotem. Cała afera wynikła natomiast za sprawą znajdującego się na wschodnich zboczach góry starego opuszczonego kamieniołomu. Po wysiedleniu w 1946 r. wioski Bartne, kamieniołom przestał być używany, góra zarosła dokumentnie lasem i teraz znalezienie tego miejsca to kwestia szczęścia lub trzech podejść.

Pierwsze podejście wykonywałem przy okazji, ze szczytu góry, bez kompasu i punktów odniesienia – szedłem tam, gdzie myślałem, że kamieniołom będzie. Porobiłem parę kółek po zboczu, nie było się jak rozejrzeć – wkoło tylko las, na dodatek poszedłem nie w tą stronę co trzeba (schodziłem bardziej na południową stronę), w rezultacie wróciłem do domu niepocieszony.

Drugie podejście było, można powiedzieć, dedykowane już tylko dla kamieniołomu. Znowu bez kompasu. Tym razem przy głównym szlaku biegnącym z Banicy do Bartnego odnalazłem oznakowaną ‚ścieżkę’ doprowadzającą do owego kamieniołomu. Znaki ścieżki wypatrzyłem za piątym nawrotem przy głównej drodze – ‚to gdzieś musi tu być’, na dodatek znak znajduje się obecnie w podrastającym młodniku choinek, za niedługo nie będzie go już widać. Pognałem w te choinki i nie widząc drugiego znaku przedarłem się przez nie na drugą stronę, wychodząc w starym bukowym lesie. I znalazł się znak od ścieżki. Jednak trzeciego już nie znalazłem, i powędrowałem, jak mi się wydawało, w dobrą stronę, po zboczu. I przeszedłem pod kamieniołomem o dobre 200 metrów. Wyszedłem z lasu na początku Bartnego i urządziłem sobie powrót na znakowany szlak przez bujną roślinność łąkową, odprowadzany maślanym spojrzeniem zadziwionych krów (zaskoczone przestały nawet żuć trawę).

Trzecie podejście miało charakter aktu desperacji. Zabrałem jedzenie, zabrałem kompas, zapowiedziałem, że nie wracam na obiad i poszedłem szukać zaginionych kamieni. Znowu przy drugim znaku nie dopatrzyłem się trzeciego, poszedłem na przestrzał w głąb lasu i w górę. Tak kręciłem się przez chwilę, a serce żywiej biło mi na widok każdej następnej kupki kamieni. Po jakimś czasie skorygowałem trasę kompasem i uparcie parłem w stronę północy, wypatrując po lewej lub prawej stronie jakiegoś osuwiska, kamieni, czegokolwiek. I nie zgadniecie. Ten kamieniołom faktycznie tam był! Teraz, jak prześledzę trasę zejściową, to nie jest on aż tak schowany – trzeba tylko pokonywać wschodnie zbocze pod odpowiednim kątem i lekkim łukiem. Niestety, w lesie, bez punktów orientacyjnych, można sobie zakładać trasę przemarszu. Tak czy siak, szczęśliwym trafem dotarłem równo na początek osuwiska i samego kamieniołomu. Odnalazł się też znak ścieżki (ja chyba po prostu nie umiem korzystać z tych znaczników i lepiej mi idzie na przełaj). A miejsce… Ma po prostu klimat. Oczami wyobraźni byłem w stanie odtworzyć sobie pokrzykiwanie robotników, transport kamieni na dół do wioski, chwile odpoczynku w ciągu dnia. Dookoła wciąż widać ślady przerwanej pracy, kamienie pozbierane na kupę, odłupane bloki skalne i cała reszta, którą skrzętnie skrywa roślinność. No właśnie – obecna pora roku nie jest najszczęśliwszą na odwiedzanie tego miejsca. Dobrze, że do robienia zdjęć wytargałem ze sobą statyw – korony drzew przepuszczały bardzo mało światła, a przestrzeń zanikała w morzu zieleni krzewów, drzew, traw, chwastów i co tam jeszcze rośnie sobie po lasach.

Przeszedłem to miejsce tam i z powrotem (wzdłuż osuwiska – z 500 – 800 metrów na pewno) i na pewno tam wrócę, gdy zieleń nieco ustąpi, dopuszczając więcej światła. Wędrówka nie jest można najprostsza – trzy razy, zjeżdżając z osuwiska na błotnistej ściółce, zaryłem aparatem w elementy ziemnej infrastruktury stoku, roztłukłem nogę, podrapałem ręce, prawie zeżarły mnie komary. Jednak satysfakcja nieziemska. Udało mi się odnaleźć kamienie noszące ślady obróbki (odłupywanie kołkami), znalazłem dwa miejsca wyglądające jak tymczasowe schroniska dla pracowników – zostały już tylko podmurówki ułożone z luźnych kamieni – kształt układania (płaskie kamienie, ułożone jeden na drugim w okręg) wyklucza dzieło przypadku (?) lub natury.

Wydobywany tutaj gruboziarnisty „siwyj kamiń” służył później kamieniarzom z Bartnego do wyrobu żarn i kół młyńskich. Na przeciwległych stokach doliny w której leży ta wioska, w Kornutach, pozyskiwano z kolei drobnoziarnisty kamień, który nadawał się do prac artystycznych – kamienne przydrożne krzyże, figury, kapliczki itp. Ciekawscy mogą potraktować jako zadanie domowe znalezienie informacji nt. działających tu spółek, obszaru ich działania, nazwisk założycieli, itp.

A tak to wyglądało tego dnia:

magurycz1.jpg

magurycz2.jpg

magurycz3.jpg

Galeony Wojny

Galeony Wojny Czyli uczepiłem się jak pijany rzep psiego ogona zza płotu. Albo po prostu Jacek Komuda pisze dobrze, wartko i dużo. Dlatego ostatnie miesiące mojego czytelnictwa poświęcam w zasadzie tylko jego książkom.

Galeony Wojny, to kolejne dzieło które bezpretensjonalnymi opisami, dialogami i przekleństwami, ukazuje nam pełen romantyzm obcinanych kończyn, tonących w promieniach słońca okrętów, z nutką wszechobecnego zapachu grogu i brudu za paznokciami. Tak, styl Komudy się nie zmienił, zmienił tylko zakres działań głównych bohaterów – zamiast z szablą w ręku gnać konno na wroga, szable trzymają w zębach a w rękach linę pomocną w sprawnym abordażu. Drzazgi sypią się z burt, bose stopy ślizgają się po zakrwawionych pokładach, zabłąkane kule wybierają ofiary, a tajemnica Lewiatana, ocierająca się o mistycyzm i wierzenia ludzi mórz, niewiarygodnie urzeczywistnia się w jak najbardziej materialnej postaci.
Jak to w książkach bywa, musi być i bohater pozytywny. Rozanielone dziewczęta nie spotkają tu jednak w roli głównej smagłego, wysokiego, z mięśniami niczym postronki, młodzieńca. Dickmann to kapitan słuszny wiekiem, z głową na karku i nielichymi umiejętnościami żeglarskimi. Postawiony niejako przymusem w szranki z Lewiatanem, będzie musiał tęgo kojarzyć fakt i wydarzenia, wespół ze swoją zadziwiającą załogą statku. Lewiatan to jednak jedna z tajemnic na kartach książki, innym znakiem zapytania jest historia i osoba Marka Jakimowskiego, polskiego szlachcica radzącego sobie na morzu niezgorzej niż w siodle.

Atrakcji nie brakuje. Dużo pytań, zdawkowo rzucane strzępy układanki trzymają w niepewności niemal do samego końca. A gdy skończy się opowieść, na deser pozostają nie mniej ciekawe, doskonałe przypisy. Bo jak to u Komudy bywa, część przygody to fikcja, a część prawda, opierająca się o historyczne osoby Dickmanna i Jakimowskiego (i nie tylko). Wyszukiwanie i zgłębianie takich faktów można lubić lub uwielbiać – zdecydowanie uwielbiam.

Nie powiem i nie napiszę już nic więcej – musicie to przeczytać. Autorowi i jego dziełom można zarzucić tylko jednego – w połączeniu z intensywnym sezonem trekkingowym, przez jego pomysły zarzuciłem niemal całkowicie inne tytuły, które leżakują u mnie na półce.

Translate »