przystajnik

Monthly Archives: Czerwiec 2008

Powrót starego jajka

O jak dobrze. W końcu sterowniki Nvidii kompilują się bez cudactw, dźwięk w emulatorze się naprawił, system się nie czopuje gdy coś zapragnie poużywać zasobów. Zrobiłem downgrade kernela do wersji 2.6.24 (miałem przez jakiś czas 2.6.25, testowo). Niestety, 2.6.25 ze swoimi zmianami (podejrzewam nowego planistę, którego mocniej przymuszono do pracy), jest problematyczne. Pewnie mógłbym szukać rozwiązania tych problemów, ale klamka zapadła gdy po kolejnej aktualizacji 2.6.25, przestał działać dotychczasowy patent na sterowniki nvidii (tzn. poużywałem chwilkę systemu w trybie tekstowym, ale miałem zdjęcia do obróbki i siłą rzeczy… Ciągnie wilka do grafiki).

Ale nic tak nie cieszy, jak wzrost prędkości (skrócenie czasu testu) w gtkperf o całe 2s. Znowu mam superszybki komputer!

Szwendacz cotygodniowy

Znowu to zrobiłem. W niedzielę, wczesnym (6-ta rano to wcześnie?) rankiem pozbierałem zabawki do plecaka i… Żegnaj cywilizacjo, ciepła wodo i kanalizacjo miejska. Tyle mnie widziano w miejscu zamieszkania.

Tym razem celem była (ponownie) dolina Regetowska (ta dolina tak naprawdę się tak nie nazywa, ale skoro jest Przełęcz Regetowska – to sobie ją tak nazwałem), która już nie raz, a dwa, obroniła się przed eksploracją (grzmoty, deszcze, grad i inne środki zdecydowanej dezaprobaty). Tego dnia jednak pogoda była po mojej stronie, aż za nadto wręcz. Plan przemarszu był prosty – byle przed siebie. Jednak już na samym początku, przez pomyłkę, zrewidowałem tę trasę. Z doliny miałem się wspiąć czerwoną trasą na Kozie Żebro (847 m n.p.m.), stamtąd zielonym szlakiem zejść do Wysowej, z Wysowej niebieskim szlakiem dojść na Obycz (788 m n.p.m.) i zejść do Przełęczy Regetowskiej i doliną do punktu wyjścia (gdzie zakotwiczyłem pojazd samobieżny). I prawie tak poszedłem, tyle, że w odwrotnym kierunku. Zaczęło się od tego, że zachciało mi się odnaleźć leżący w lasach na zboczach Jaworzynki cmentarz z I wojny św. Gdy już tam dotarłem, stwierdziłem, że nie ma co się wracać z powrotem do czerwonego szlaku i linią lasu, przez łąkę podreptałem w stronę Przełęczy Regetowskiej. Później trasa zmieniła się o tyle, że z Obycza nie schodziłem niebieskim szlakiem, lecz pociągnąłem grzbietem za żółtymi znaczkami i nad Blechnarką przedarłem się zboczem w dół do kolejnego cmentarza wojennego. Stamtąd miałem dwa kroki do niebieskiej trasy i dalej jak wspomniałem, tylko cały czas w drugą stronę.

Ale wracając do cmentarza – czy zdrowy, normalny człowiek możne znajdować radość w hasaniu po nekropoliach? No brzmi to cokolwiek na bakier z ogólnie przyjętym pojęciem zdrowia psychicznego. Ale, po pierwsze, uwielbiam starocie, po drugie… Eh, popatrzcie na zdjęcia, cmentarz wyglądał po budowie (1917) tak:


(zdjęcie archiwalne znajdujące się na stronie http://cmentarze.gorlice.net.pl)

Cmentarz ówcześnie znajdował się na linii lasu, z doliny był doskonale widoczny. A obecnie? Obecnie znajduje się około 100 metrów w głąb lasu i trzeba mieć czułe oko żeby go wypatrzeć (jeżeli nie podąża się oznaczoną czarną-białą ścieżką, którą i tak łatwo stracić z oczu):

zebr_9.jpg

Niech was nie zwiedzie całkiem nieźle trzymająca się ściana pomnika i całkiem świeże krzyże – one zostały niedawno odnowione, a sama ściana znajduje się w trakcie remontu, co widać po rusztowaniu na przodzie. No tak, nie widać rusztowania, bo ćwiczyłem sobie gimpowanie po zdjęciach.

zebr_2.jpg

Wygląda na to, że ten obiekt zostanie odnowiony i to nawet zgodnie ze wczesnym wyglądem. Jednak w takich niemal zapomnianych, opuszczonych i zmienionych nie do poznania miejscach, wyobraźnia pracuje na pełnych obrotach. Przepotężne uczucie.

Przy okazji, krótka lekcja historii – cmentarz ten (jak i wiele innych w tym regionie) jest wynikiem zmagań na frontach I wojny światowej. Konkretnie, wynikiem wymiany argumentów zwanej jako Bitwa pod Gorlicami. Na cmentarzu spoczywa 74 Austriaków i 136 Rosjan, żołnierzy ówczesnych armii zaborczych. Gdzie tu nutka patriotyzmu? W armiach tym służyło sporo Polaków, czego dowody można znaleźć w nazwiskach znajdujących się na takich właśnie cmentarzach. Ale koniec archeologii (choć potem odwiedziłem podobny cmentarz w Blechnarce).

Z tego miejsca powędrowałem przez łąki w stronę przełęczy, trawersując w stronę głównej trasy. Z plecami została mi Rotunda (na zdjęciu po lewej stronie, nawiasem mówiąc – na Rotundzie też jest cmentarz) i Dział:

zebr_6.jpg

I tak wędrowałem, a za mną zafascynowani moją osobą moi mali wielbiciele. Muchy. Skąd nagle muchy? Też się dziwiłem, ale uznałem ich obecność za typową i przypadkową o tej porze dnia i roku. Potem, zacząłem mieć wątpliwości, czy miejsce gdzie tłumnie latają jest rzeczywiście przypadkowe, bo dziwnym trafem przemieszczały się razem ze mną (by nie rzec za moim smrodem). Było ich więcej, więcej, coraz więcej… I nie, nie obudziłem się zlany potem. Po prostu ich przybywało i nie byłem już pewien, czy to już moja wyobraźnia mi tak te muchy multiplikuje, czy faktycznie tyle much może żyć na świecie. To, że one sobie latały wkoło mnie, to jeszcze nie był powód do zmartwienia. Ale to, że zaczęły wychodzić bez pukania gdzie chciały, zaczynało mnie drażnić. Robię zdjęcie – na obiektywie muchy, odganiam je – na karku muchy, odganiam je – na twarzy muchy, odganiam – na ręce muchy – robię zdjęcie – na obiektywie muchy. I tak przez całą drogę. Cudem jest te parę zdjęć, na których nie widać mojej odgrażającej im ręki. Jak nie machałem, to efekty zdjęciowe były takie:

zebr_8.jpg

Więc sami rozumiecie, choć z boku wyglądałem na przygłupa z nadpobudliwością, musiałem machać, rozdając im razy na lewo i prawo. A potem na chwilę zapomniałem o muchach, bo mijałem zagajniczek, gdy… Z zagajnika rozległo się warczenie. Przywróciło mi to chwilowo zdrowy rozsądek i uruchomiło z powrotem wyobraźnie, która wyrysowała obraz dewastowania mojej wątłej postaci przez szarżującego bawoła. Albo wilka. Lub dzika. Rysia? Niedźwiedzia? Nie ma śmiechów, miałem trochę w gaciach, bo byłem może 5 metrów od tych młodych drzewek. Ująłem mocniej w rękę aparat i… Dałem dyla przez łąkę, byle dalej od potwora. No, przebarwiłem nieco – nie spuszczałem z oka tego cholernego zagajnika i cofałem się na wstecznym w dół łąki. Gdy odszedłem na dobre 30 – 50 metrów, z zagajnika wypadła bestia i pogalopowała w górę, w stronę lasu. Nie pytajcie, kto się okazał bestią, dodam tylko, że albo ta sarna miała gazy, albo jej w brzuchu burczało, bo nigdy, przenigdy nie słyszałem warczącej sarny.

zebr_3.jpg

(w tym zagajniku po lewej stronie zdjęcia, tuż pod linią lasu, czaiło się warczące zło – nie chodźcie tam wieczorem)

zebr_4.jpg

Nie mogłem się oprzeć – powyższe zdjęcie dedykuję miłośnikom serialu Carnivale 🙂

zebr_1.jpg

Ostatnie stado dzikich rumaków. Nie są one do końca dzikie i wolne, bo ktoś sobie przypisuje prawo do ich posiadania, niemniej, gdzie tak się jeszcze wypasa konie.

zebr_7.jpg

Góry nad Wysową.

zebr_5.jpg

Mieszczuchom podpowiem – na zdjęciu powyżej znajduje się żmija zygzakowata, jedyny jadowity wąż w Polsce. I tak, trafnie zauważacie, nie znajduje się ona bynajmniej na łonie dzikiej przyrody, tylko na asfalcie. Zmyliła mnie takim zachowaniem i byłbym ją przez przypadek rozdeptał, tak się zamyśliłem. Od razu też mogę stwierdzić, że nie jest to gatunek agresywny, jak niektórzy przypuszczają – żmija widząc nad sobą mojego buta, po prostu się zwinęła w kłębek, syknęła i musiałbym wejść z nią w bezpośrednią kontakt, żeby próbowała kąsać. Ta miała jakieś 30 – 35 cm, widać, że jest dość młoda, być może większy, bardziej doświadczony zabójca ludzi zachowałby się inaczej. Dlatego nikt mi nie powie, że chodzenie w lecie w butach trekingowych zasłaniających kostkę, jest obciachowe (‚-Patrz, takie specjalne ma’, ‚-No, zimowe’, ‚-Ale specjalne’, ‚-Zimowe, wysokie’ – autentyczny komentarz na temat mojego obuwia zasłuchany kątem ucha u obserwujących mnie dwójki wczasowiczów)

Dzień pełen wrażeń zdawał się nie mieć końca, za sprawą… Mniejsza z tym. Dobra rada – noście ze sobą jakieś szybkie kalorie – w postaci batoników na ten przykład. Inaczej w przypadkach awaryjnych, gdy organizm nie chce przyjmować normalnego jedzenia, na takim batoniku można przeciągnąć jeszcze jakieś 5 – 7 km (sprawdzone). I jeszcze jedna rada – unikajcie wyrobów Józefa z Wysowej – szczególnie gdy jesteście głodni. Poi on ludzi swoimi produktami na początku parku zdrojowego.

I tak oto w niedzielę, od godziny 6.30 do 18.00 zabijałem nudę.

Lepiej późno, niż mieć nieciekawe fonty

Zbłądziłem. Przyznaję, być może rok temu zwróciłem uwagę na to, że Red Hat umieścił w sieci swoje wyzwolone fonty, a może nie zwróciłem. W każdym bądź razie, bez tych fontów na moim pulpicie, to był rok niemal stracony. Niedawno obiła mi się ponownie ta nazwa o uszy (Liberation Fonts), ściągnąłem, skopiowałem, włączyłem nowe fonty i… Uwierzyłem.
Dramatyzuję? Niekoniecznie. Często stawiałem zarzut tematom GTK2, że są takie zamaszyste – zwykłe, proste okna potrafiły zająć mi pół i więcej ekranu w mojej rozdzielczości 1280×1024. Rozwlekłe widgety to jedno, a rozwlekłe fonty to drugie. Liberation Fonts udowodniły, że dzięki odpowiedniej czcionce można zyskać te pareset pikseli, mieć czcionki schludne, czytelne i takie miłe w oglądaniu. Naprawdę, polecam, jeśli ktoś cierpi na czcionkowstręt linuksowych standardów (Sans, Dejavu Sans, itp). Wyzwoleńcy występują w wersji Sans, Serif i Mono. I jeśli chodzi o pulpit, wystarczy.

Dla niewtajemniczonych zasady instalacji (po ściągnięciu paczki .tgz) – rozpakowujemy w np. katalog domowy, kopiujemy powstały katalog ‚liberation-fonts’ do /usr/share/fonts/truetype/ (potrzebne prawa roota – wymagane sudo (Ubuntu), lub zalogowanie się w terminalu jako root (Debian)).

Ja jestem zachwycony. O ile na Ubuntu 8.04 wszystko wygląda jak należy, o tyle na swoim stareńkim Debianie przekonałem się, że coś jednak na przestrzeni wieków zapaćkało mi się w paczkach/konfigach obsługujących fonty – hinting jest paskudny, co obliguje mnie do rozpatrzenia opcji wyczyszczenia partycji / i postawienia Sida na nowo.

Post Scriptum:

Takie są różnice w wyglądzie czcionek użytych na biurku (proszę zwrócić uwagę na zmiany w szerokości interfejsu):

Debian, DejaVu Sans (8):
dejavu_debian.png

Debian, Liberation Sans (8):
liberationsans_debian.png

Niestety, Liberation Sans, póki co na moim Debianie wyglądają słabo (Sid po przejściach). Jestem bliski do zaaplikowania bibliotek obsługujących fonty z Ubuntu (już kiedyś nawet to robiłem).

Ubuntu 8.04, DejaVu Sans (9):
ubuntu_dejavu.png

Ubuntu 8.04, Liberation Sans (9):
ubuntu_lib.png

Na Ubuntu wygląd fontów – jak dla mnie malinka.

Samoumęczanie

Byłby ze mnie chyba wzorowy zakonnik. Nie tyle ze względu na moją religijność (nikłą, lecz z ukrytym pokładem wiary), co na zamiłowanie do samoumęczania. Bo jak inaczej nazwać pracę i szukanie możliwości optymalizacji środowiska na sprzęcie Celeron 1.1 GHz, 256MB RAM, podczas gdy obok leży nowiuśki (półroczny) laptop CoreDuo2 1.67GHz, 2GB RAM… A ja sobie rzeźbię w LXDE, ustawiam readahead, acpi i inne takie cudactwa, które na starym laptopie za dobrze nie chcą działać (on nie ma nawet baterii wewnętrznej, tylko jakąś wersję ogonową). Wydziwiam? Pewnie tak, ale póki pogoda nie zmieni swojego nastawianie co do moich zapędów traperskich, cóż człowiekowi innego pozostaje. Pracować na szybkim i nowoczesnym sprzęcie może teraz każdy i wszędzie, kogo w dzisiejszych czasach obchodzi oszczędność rzędu 20 – 50MB, czy ileś-tam megaherzów. Mizerne zasoby i praca na nich to jest dopiero wyzwanie. Uprzedzę – nie, nie uprawiam sportów ekstremalnych, ale mam chyba fobię na punkcie dopasowywania, upychania, optymalizowania, itp. ZUS daje na to rentę?

Dwa Linuksy i kilo marchewki gratis

Świat się kończy. Nie dlatego, że zbliżamy się powoli do roku 2012, ale dziś w sieć gruchnęły dwie wiadomości.

Pierwsza, to taka, że Acer próbując rozegrać z Microsoftem twarde karty, ogłosił, iż od dziś na sprzedawanych pod ich szyldem laptopach będzie gościł tylko Linux. Zabieg taki tłumaczą tym, że chcą sprzedawać laptopy tanie, a cena systemu znacznie tę cenę zawyża. Jak to? Ano tak to, że mówią oni o sprzęcie za który chcą sprzedawać za £200 i gdy doliczyć do tego £50, to cena robi się mniej atrakcyjna. A u producentów sprzętu za £1000 ta cena się aż tak negatywnie nie eksponuje. Co w tej wiadomości złego? W zasadzie nic, choć Acer nie cieszy się większą estymą wśród użytkowników. Jakość ich sprzętu jest różna, sama instalacja Linuksa (Linpus) też nie do końca odzwierciedla to, co chciałby otrzymać klient końcowy. No ale może się poprawią i przynajmniej porządnie zaczną instalować tego Linuksa.

Druga wiadomość jest natury ‚cieszyć się czy płakać’. W sprzedaży pojawiły się laptopy oferowane przez sieć marketów pt. Biedronka (nazwa marketów, nie laptopów). Jak widać, laptop jest tani, ma zainstalowane Kubuntu, grafikę SIS’a, 512MB pamięci, itp. Jak na 1k zł to nie ma co więcej wymagać, tylko… Konia z rzędu temu, kto przewidzi ile będzie reklamacji, wad i problemów z tym sprzętem? Tak jak z większością elektronicznych produktów marketowych, które można znaleźć między czekoladą a marchewką. Sam w Biedronce nie kupuję, to mi lata, ale boję się wyrobienia Linuksowi opinii ‚podsystemu’. ‚Mam laptopa z marketu, był w promocji, taka zabawka, nawet Windowsa nie zainstalowali, tylko takie coś, na szczęście kuzyn miał CD, to se przeinstalowałem’. Z drugiej strony, cała rzesza ludzi nieświadomych faktu istnienia terminu ‚system operacyjny’, przyjmie taki laptop pod strzechy i będzie im wszystko jedno, jak ten system się nazywa, byle by się dało tam podanie i inne dokumenty napisać, tudzież internet oglądać.

Pozostaje mieć nadzieję, że do instalacji systemu na tych laptopach producenci nie podejdą po macoszemu i klient nie zostanie pozostawiony sam ze sobą i trybem tekstowym.

Na przełaj

W obliczu pogody, przed jaką zostaliśmy postawieni minionej niedzieli, nie sposób było nie iść gdzieś przed siebie. Ponieważ planowane wycieczki praktycznie przez cały maj torpedowała pogoda, przyjęliśmy zasadę wypadów improwizowanych – jest pogoda, to wychodzimy, a cel się obierze w terenie. W ten sposób nie kusimy losu i oszukujemy czyhające aby nas zlać fronty burzowe.

Hasło ‚wychodzimy’ padło wczesnymi godzinami porannymi, a po krótkiej naradzie, która było raczej monologiem niespełnionego odkrywcy, zapadła decyzja o odnalezieniu zaginionej wioski. Ponieważ tych na wpół legendarnych ludzkich siedlisk mamy tu od zatrzęsienia, gwoli wyjaśnienia dodam, że pomaszerowaliśmy na dawne Czertyżne (nieistniejąca wieś nad prawym dopływem Białej, koło Izb).

Droga wiodła z Hańczowej, czerwonym szlakiem, przez Ropki, nadal czerwonym szlakiem, by w jego ściśle określonym momencie, na przełaj udać się w stronę przełęczy Lipka. Termin ‚na przełaj’ niesie ze sobą pewną dozę niepewności i nieznanego, ale okazało się, że droga do przełęczy to autostrada (zresztą, planowana jest zmiana czerwonego szlaku właśnie na tę trasę). Z przełęczy schodzimy do Czertyżnego, by po jego przejściu dojść do cywilizacji i asfaltem udać się do Izb. Koło Izb z powrotem na czerwony szlak i do Hańczowej, gdzie czekał transport. Trasa łatwa i przyjemna, a widoki wyborne. Poza ‚starym’ szlakiem z Izb do Hańczowej, który jest mało ciekawy (cały czas las), na dodatek, niedługo pewnie będzie się tam szło po asfalcie, wnioskując po przygotowaniach gruntu :/ Samo Czertyżne to obecnie parę krzyży przydrożnych (w zasadzie, znalazłem jeden), oraz w miarę odnowiony cmentarz parafialny, gdzie przez 200ście lat historii wioski pochowano 521 parafian. Do naszych czasów i odnowienia przetrwało trzy lub cztery mogiły.

Fotorelacja:

004-p6013675orf.jpg

017-p6013710orf.jpg

007-p6013683orf.jpg

023-p6013720orf.jpg

043-p6013782orf.jpg

Obecni mieszkańcy doliny:

045-p6013786orf.jpg

016-p6013707orf.jpg

019-p6013712orf.jpg

020-p6013713orf.jpg

Widoki w Ropkach:

jezioro_z_patykiem.jpg

Zrób to sam: Nvidia 173.14.05, kernel 2.6.25-2-686 i XEN, który jest, a go nie ma

Nvidia niedawno wydała w nasze ręce sterowniki o numerze 173.14.05, w repozytoriach pojawił się kernel 2.6.25-2, a mnie dopadł marazm poniedziałkowego poranka. Dlatego wykonałem odpowiednie komendy aktualizacyjne i po chwili mój komputer prężył z dumą 2.6.25-2 w swoich mikroukładach, a ja z przystąpiłem do kompilacji sterowników Nvidii pod rzeczony kernel (prawdziwi twardziele nie robią i nie korzystają z paczek – przynajmniej w tym przypadku).

Podążałem utartym od wieków szlakiem. Nasajmpierw wyłaczyłem X’y, przekonałem instalator Nvidii, żeby użył odpowiedniego kompilatora (export CC=gcc-4.1), uruchomiłem, nawciskałem ‚ok’, ‚ok’, ‚accept’, ‚ok’ i takie tam… A tu nie wiadomo dlaczego, instalator obrzucił mnie stekiem wyzwisk, że mam kernel skompilowany z XEN’em. No jak mam, jak nie mam, upewniłem się sprawdzając wersję paczki linux-image. No jak byk, 2.6.25-2-686, bez XEN (bo i taka wersja jest w repo). Ale faktycznie, w konfigach do tegoż kernela co widzę? CONFIGURE_XEN=y.

‚E, to proste, ja wiem co zrobię. Po prostu rozkażę instalatorowi nie sprawdzać obecności tego XEN’a’, a o słuszności tej drogi przekonało mnie respektowanie przez Nvidie zmiennej IGNORE_XEN_PRESENCE, którą ustawiłem na true (export IGNORE_XEN_PRESENCE=1). No, instalator ruszył, ale szybko przestał. Błędy, błędy i wszędzie błędy. Wyraziłem dezaprobatę pod adresem instalatora i osoby, która umieściła w repozytoriach kernel w wersji bez XEN, a jednak z XEN. No ale nie takie problemy się rozwiązywało, najwyżej sobie kernel skompiluję samodzielnie, a na ten czas poszukałem odpowiedzi na łamach internetu. Szukałem patch’a do sterowników, lub co zmienić w linux-headers, a znalazłem fajnego łamańca konsolowego. Po przejściu do /lib/modules/2.6.25-2-686 odprawiłem następujący rytuał:

grep CONFIGURE_XEN . -Rl | xargs -i sed -i -e 's/CONFIGURE_XEN/CONFIGURE_LUPO/g' {}

(oczywiście, trzeba pamiętać o export CC=gcc-4.1 i export IGNORE_XEN_PRESENCE=1)

I tym razem instalator nie miał nic ciekawego do powiedzenia.

Czy było warto przechodzić na te komponenty systemu? Nie – wyniki w gtkperf spadły mi z 4.8ms do 7.2ms. Ale nie samym rysowaniem widgetów GTK człowiek żyje i całość zostawiłem w spokoju.

I tak przeszedłem do dalszej prozy poniedziałkowego marazmu.

Translate »