przystajnik

Monthly Archives: Styczeń 2007

Vista zetrze Linuksa

Nowy system od pana Billa i jego wesołej kompani stał się faktem dokonanym. Nie sposób nie dostrzec jego wydania, wszędzie się o tym trąbi, a po ulicach biegają ludzie z wypiekami na twarzy ( a może to sprawka -2 stopni w słońcu ? ).
Co mi do tego ? W zasadzie nic. Nawet mnie nie ciągnie, żeby testować tę nowinkę.
Ale oficjalne wydanie oznacza nową epokę. Nową w sensie nawrotu ( nowego frontu ? ) wojny Linux vs. Windows. Już za niedługo będziemy mogli poczytać co to Vista potrafi, a czego Linux nie umie. Lub vice versa.
Prawdę mówiąc, to już się zaczęło.

Cóż – nawet mi się czytać nie chciało. Człowiek przez tę niby-zimę się jakiś rozlazły robi.

Chodź, pokoloruj mój świat

Pojawiła się nowa wersja programu LightZone, o numerku 2.1.
Program jest o tyle ciekawy, że może być pomocny osobom które wywołują/obrabiają pod Linuksem zdjęcia ze swoich aparatów fotograficznych. Program rozpoznaje chyba wszystkie popularne formaty RAW i na pewno spodoba się osobom, dla których GIMP nie do przebrnięcia ( czy to ze względów ideologicznych, czy wychowania serwowanego przez PS ).

LightZone jest co prawda popełniony w Javie. Ma co prawda wymagania, lubi RAM ( tak na oko 256 MB mu wystarcza do jako takiej pracy ), lubi moc procesorka … W zasadzie, niczym pod tym względem nie różni się od obecnie popularnych programów, takie czasy.
Ale opcje programu i bezbolesna obsługa kolorystyczna zdjęcia rekompensują te ‚wady’. Co zatem możemy w tym programie zrobić ?
Ano dość sporo – pracujemy na konkretnych obszarach kolorystycznych, rozjaśniamy, ściemniamy, nakładamy efekty ( warstwy ), klonujemy, usuwamy szum, wyostrzamy, poprawiamy nasycenie, jasność, kontrast, itp. A efekt możemy zapisać w .tiff lub .jpg.

Program ściągam, rozpakowujemy, przechodzimy do katalogu i uruchamiamy. Żadnych karkołomnych czynności ( paczka ma metkę ‚Java included’ ).

Generalnie – polecam.

Dla niewiernych – SSWF w Olympusie

Jeżeli ktoś uważa, że system usuwania zanieczyszczeń z matrycy we wszystkich aparatach jest taki sam i tak samo skuteczny ( a jednocześnie do niczego, bo wszyscy posiadacze Canona, Sony, Pentaxa na niego narzekają ).

Poznaj siłę ultradźwięku :

[ev type=”youtube” data=”EA1TMwsXQFY” height=”337″][/ev]

🙂

XFCE 4.4.0

Były testy, byłby kolejne RC, a wczoraj ( 21 stycznia ) ogłoszono oficjalne wydanie wersji XFCE 4.4.0.
Nie ukrywam – podoba mi się koncepcja XFCE, jeszcze od wersji bodajże 3.X. Na początku było dziwnie ( przesiadałem się z Gnome ) – inaczej, nieco biednie, ale wydajnie, szczególnie, że korzystałem z o wiele słabszych niż obecnie komponentów elektronicznych, popularnie zwanych podzepsułami. Gdyby nie to, że szybko po moich próbach pojawiła się nowa wersja XFCE 4.0, pewnie skończyłoby się powrotem do Gnome ( nie tylko ja korzystam z komputera ), lub Fluxbox’a ( gdybym sam korzystał z komputera ).

Co nowego

Większość rozwiązań jest już znana z wydań RC. Ale wszystko czego wcześniej nie widzieliśmy, można przyjąć z pomrukiem zadowolenia.
Przede wszystkim wzrasta efektywność nowego menadżera plików o nazwie Thunar. Przy zachowaniu ‚lekkości’ menadżerek potrafi wyczyniać prawie wszystkie sztuczki jakie czyni jego większy brat, Nautilus ( z Gnome ).
Mamy więc thumbnailers’e, obsługę archiwów, urządzeń wymiennych ( potocznie – CD, itp ) i wiele innych. Zaletą jest możliwość rozszerzania możliwości za pomocą wtyczek. Wespół z Xfdesktop da się nim już godnie zarządzać pulpitem – co niebawem zamierzam dokumentnie przetestować, odstawiając na bok Rox-filer’a.
Co jeszcze. W wydaniu pojawiły się narzędzia pozwalające na konfiguracją opcji wydruku. Miłośników bajerów zadowoli zintegrowana obsługa modułu ‚composite’ ( należy go wcześniej aktywować w Xorg’u ), a co za tym idzie dowolna obsługa przeźroczystości dla elementów okien, panelu, itp. A i od strony kodu masa poprawek, wtrętów i dodatków, często niewidocznych dla użytkownika.
P.S. Zapomniałem o Orage, który ułoży i posegreguje wam godziny w Waszych zabałaganionych dniach i nocach.

Co na horyzoncie
W ‚trakcie’ znajduje się sporo ciekawych narzędzi, taki jak np. Xfburn służący do … Jak sama nazwa wskazuje. Cały czas powstają nowe plugin’y dla Thunara, nowe aplety dla panelu itp.

Jedyne czym się można martwić, to to, że liczba udogodnień pociągnie za sobą w niedługiej przyszłości wzrost wymagań mojego ulubionego XFCE.

2 GB to już coś

Jak niektórzy wiedzą, pstrykam sobie tu i ówdzie moim najulubieńszym z aparatów ( Olympus E-500 ), jednak, zdarzyło się, że ów aparat mnie zawiódł – dwa, czy trzy razy w krytycznych momentach … Brakło miejsca na karcie pamięci.
Jako, że nie zniżam się do pstrykania .jpg, tylko wszystko robię w .orf ( raw, 14 MB zdjęcie ), na kartę 1 GB zmieściło mi się 71 klatek.
Dużo, nie dużo, ale przy lustrzance cyfrowej i mnogości obiektów które chce się uwiecznić, po jakiś czasie 1 GB przestaje być luksusem, a staje się więzieniem dla ambitnego amatora. Zatem – kupujemy większą kartę. Kartę, a nie fotobank – gdyż póki co, karta wychodzi mnie taniej niż fotobank moich marzeń.

1 GB który posiadam to zacny Sandisk Ultra II. Z moich domowych testów wynikało, że raw zapisuje mi się na niej w jakieś 3.5 sekundy, seria 4-ech rawów od naciśnięcia spustu do zgaśnięcia diody zapisu – jakieś 9.5 sekundy. Niby szybko, ale niech ktoś próbuje łapać seryjnymi zdjęciami np. dziecko, u którego czas zmiany lokacji wynosi ok. 2 sekundy 🙂

Kupując nową kartę, poszedłem na łatwiznę. Producenta karty już znałem ( Sandisk ) – uznałem pozostanie przy tej marce za dobry kompromis ( po co potem się denerwować, że karta konkurencyjna miała być szybsza, i jest, ale tylko w papierach wypuszczonych przez marketing ). Poszperałem, poczytałem opinie, znalazłem stronkę z testami szybkościowymi kart Sandisk Extreme III – http://myolympus.org/E500/writetime/ – i tyle mi wystarczyło.

Karta faktycznie jest szybka. Raw zapisuje mi się w jakieś 2 sekundy, seria czterech rawów – 5.5 sekundy. Może to niewiele szybciej niż na poprzedniej karcie, ale jednak szybciej i to w wymiarze sekund, a nie milisekund. W 2 GB mieszczą mi się 144 zdjęcia. I jeszcze dostałem od chińczyków mini-saszetkę do przenoszenia kart.

Hej ho, na grzyby by się …

Stare, ale nie mogłem się oderwać – niektórzy związani ze sceną być może widzieli, inni może nie …
Ah, zobaczyć taką np. brać forum.ubuntu.pl w zbiorowym wykonaniu tego przeboju :

[ev type=”youtube” data=”QYH6QzOhTNY” height=”337″][/ev]

Jak Debian wpuścił Ubuntu do swojego domku

A to było tak …
Natknąłem się w sieci na informację o Virtualbox’ie. A ponieważ wirtualne maszynki znam i lubię, choć nie używałem zbyt długo, Virtualbox mnie zaciekawił – niewielki, darmowy ( do domowego użytku ) i działa – cóż chcieć więcej.
Drugim elementem decydującym, że ściągnąłem i zainstalowałem, była odwieczna chęć testowania różnych dystrybucji Linuksa, z którą z kolei na bakier stało moje lenistwo i niechęć do wydzielenia dodatkowych partycji na dysku.
Tak zatem, korzystając z dobrodziejstwa istnienia paczki dla Debiana ( i dla Ubuntu również są ), na mym dysku zamieszkał Virtualbox.
Ubuntu w Debianie
Uruchomienie ( Virtualbox – dla zmyłki, z dużej litery ), konfiguracja, klik, klik ( cóż – interfejs oparty na QT ) i już można konfigurować swój pierwszy wirtualny system. Ot, tworzymy wirtualny twardy dysk ( rezerwując rozsądną na instalację systemu ilość miejsca, oraz położenie tego pliku na partycji gdzie mamy na tyle miejsca ), wybieramy rodzaj systemu jaki tam planujemy zainstalować, konfigurujemy urządzenia … a zresztą – co ja będę psuł wam zabawę. Opcje są intuicyjne, logicznie umieszczone, łatwe do ustawienia, itp.

Jedyny trick, to konieczność utworzenia grupy vboxusers i dodanie użytkownika do tej grupy, aby mógł korzystać z Virtualbox’a :

groupadd vboxusers
usermod -G vboxusers -a nazwa_użytkownika
chgrp vboxusers /dev/vboxdev

Jeżeli po tych zabiegach nadal uruchomienie wirtualnego systemu wita nas komunikatem : „VirtualBox kernel driver not accessible, permission problem” ( a pamiętaliśmy o wylogowaniu się i zalogowaniu ponownie po operacjach na grupach ), oto mój sposób :

chmod 666 /dev/vboxdrv

Ustawiamy bootowanie na cdrom, wrzucamy płyteczkę z systemikiem do testowania …. I jedziemy z instalacją – w moim przypadku Ubuntu Dapper Drake. Cud, miód, ultramaryna.
Trzeba pamiętać o tym, że takie wirutalne maszynki to mają swoje potrzeby – na pewno, a nawet przede wszystkim na pamięć RAM – ze swoimi 512 MB nieco się duszę.

Kup pan cegłę

Modne się stało ostatnio w naszym kraju wypełnianie hasła ‚prawo jest prawo’ w zakresie oprogramowania, muzyki, filmów, czyli generalnie tego, co wszyscy lubią mieć i najlepiej za to nie płacić. Filmy i muzyka ostatnio były na topie, a teraz jak się dowiadujemy z dobrze poinformowanych źródeł, na celownik trafili wszyscy którzy … Nie wydają pieniędzy na żadne programy, a ściślej, nie robią zrzutki na pensje pracowników MS.

Ile w tym paniki, ile prawdy, to pewnie mogą opowiedzieć tylko ci, których odwiedzili smutni panowie w poszukiwaniu kontrabandy.
Jaki wniosek ? ‚Kup pan Windows’a’, z fakturą na program będziesz kryty, nawet jeśli w domu będzie strefa przerzutowa i krajowy punkt kopiowania np. Photoshop’a. A użytkownik Linuksa będzie musiał sobie wprawiać nowe drzwi do domu. A i tak zastanawiam się, czy nowe drzwi nie są tańsze od Windows’a.

Zapraszamy do Czytelni. Kawa gratis.

Po wielu perturbacjach i na przekór przeciwnościom, w sieci zaistniała ponownie Czytelnia Ubuntu.pl. Dla użytkowników Ubuntu, ale i nie tylko – zapraszam do czytania, komentowania, pisania. Koncepcja czytelni jest prosta ( przynajmniej ta którą ja pamiętam ) – nie każdy użytkownik jest w stanie wyszukać na ogromnym forum.ubuntu.pl tego, co go akurat interesuje. Prawdopodobieństwo, że to akurat w Czytelni trafi na artykuł opisujący program, rozwiązania technologiczno/sprzętowo/programowe jest zdecydowanie większe. Co prawda, w chwili obecnej zawartość Czytelni raczkuje – ale i Ty możesz to zmienić.

‚Nieautoryzowany dostęp do strony nr. 120’

Kto wie, czy książki przyszłości zaopatrzone w jakoweś wyświetlacze, tudzież elektroniczną formę wyświetlania kartek, nie przywitają nas takim tekstem, gdy spróbujemy przewertować książkę w poszukiwaniu ulubionego fragmentu.

Nieszczęsne DRM wszędzie ? A dlaczego by nie, ludzkość wciąż udowadnia, że dla bożka pieniążka potrafi wdrażać niezdrowe pomysły. Tak mnie naszło, żeby wspomnieć po raz kolejny ów magiczny skrót, na dźwięk którego niektórzy zielenieją z niemocy, inni prychają pogardliwie, jeszcze inni smętnym wzorkiem spoglądają na swoją kolekcję filmów, których w świetle prawa nie mogą ( nie będą mogli ) obejrzeć na komputerze.
A światek wirtualny aż trzeszczy od nowych doniesień nt. stosowalności i usankcjonowania prawnego dla DRM.
Cóż biedny żuczek konsument ma w przekonaniu firm i właścicieli dóbr ‚intelektualnych’ robić ? Nie myśleć, nie kombinować, płacić, konsumować.

– Wierz nam i w nas
– Nie będziesz miał programów cudzych prócz naszego
– Czcij reklamy nasze i reklamodawców naszych
– Nie kradnij swoich zakupionych nagrań i filmów

Myśleć się aż nie chce, do czego to wszystko może doprowadzić. Choć wzrok już mam nie sokoli, jednak klatkę multimedialną w jaką się nas próbuje wtłoczyć widzę wyraźnie. A może błądzę ? Może ktoś mi wyjaśni, że jednak twórcy mają prawo kontrolować co robię na swój domowy użytek ze swoim kupionym filmem, jakim programem go odtwarzam na komputerze, pod jakim systemem. Sprawdzać, czy w którymś momencie nie dopadają mnie grzeszne myśli o skopiowaniu zawartości płyty na dysk, by móc niezużytym oryginałem cieszyć się dłużej. Że z uwagą i nabożną czcią oglądam umieszczone reklamy przed filmem, nie próbując ich pominąć.

Co dalej ?

Świecka Inkwizycja vs. reszta świata – 1:0

No i namierzyli, odstrzelili i myślę, że przez parę lat jeszcze będą się takie ‚hot news’ pojawiać.Wg. mnie – kpina, głupota i ostracyzm.
Dla opinii publicznej słowo ‚współpracował’ to niemal czerwona płachta. Ani dokładnie nie wiadomo, czego doniesienia takiego agenta dotyczyły, czy w jakiś sposób komuś zaszkodził, itp. Zresztą – cóż można po 16-stu latach ustalać. Teczki, dokumenty, gdzie stało kto komu faktycznie zaszkodził już dawno przepadły. Sam fakt czyjegoś współpracowania wisi mi i powiewa.

Błędem takich ‚byłych’ jest ich trwanie w przeczeniach. Szybkie przyznanie się do winy, wyjaśnienie sprawy, znacznie poprawiło by atmosferę. Czy arcybiskup, czy nie arcybiskup – szkoda chłopa.

Translate »