przystajnik

Monthly Archives: Luty 2006

Kolejny raz …

… swoim sprytem i wrodzoną inteligencją oszukałem niewiernych ! Kupiłem w sklepie internetowym R-E-W-E-L-A-C-Y-J-N-Ą płytkę Blood Sweat & Tears za całe 19,00 zł ! Nie wiedzą, ignoranci, że to bezcenne dzieło. I za takie marne grosze się takiego arcydzieła pozbywają.

Płytka zowie się Child is Father to the Man i ma naprawdę wspaniały klimat. Dla lubiących takie klimaty. Ciepłe brzmienie basu, saksofonik, pianinko, itp. Generalnie, rozwinięta sekcja rytmiczna, jakby to określił fachowiec 🙂 I to tchnienie roku 1968 …

Atomic Rooster

W szale ratowania od zapomnienia dzieł muzycznych z czasów kiedy u nas nic nie było, a na zachodzie wręcz przeciwnie, natrafiłem na ciekawy zespół.
Atomic Rooster.

Założony przez Vincenta Crane’a, pod jego kierownictwem wydał parę płyt, z czego najbardziej polecam krążek z 1970 roku, Death Walks Behind You, oraz wypuszczony dwa lata później, w 1972, In Hearing Of.

Muzyka balansuje na pograniczu progrocka, a mocniejszego, ostrzejszego grania. Taki hard-prog-rock. Miłe dla ucha popisy na Hamondzie, ciekawe aranżacje, uwielbiane przez mnie analogowe wzmacniacze, itp. I to czego dziś brakuje. Pomysły. Pomysły. I czucie muzyki.

Polecam.

Lubię udev’a

… bo jest fajny i go lubię.
A dokładniej za sprawą karty radiowej USB, którą byłem sobie nabyłem w celu podniesienia komfortu pracy na laptopie ( tak, są jeszcze na tym świecie laptopy nie posiadające wbudowanych kart radiowych ). Karta ‚taka se’, firmy Edimax, na chipset’cie Atheros’a. Co lepsze, do produktu dołączono sterowniki dla Linuksa ! Niestety, tylko moduły dla jajka 2.6.8, a o źródłach zapomniano.

Ale koniec końców uruchomiłem rzeczoną kartę, pobawiłem się udev’em i mam ‚full-plastic laptop’s automatic’. Wpinam sobie kartę radiową – interfejs się sam ładnie podnosi, konfiguruje, wypinam – to się ładnie wyłącza.
Jak to proste rzeczy potrafią człowieka ucieszyć.

Dzień bezpiecznego internetu

Galopujący komercjalizm w połączeniu z nienasyconym kapitalizmem nie ustaje w trudach, aby wymyślać coraz to nowe święta, rocznice i ‚dni obchodzenia’.
Obecnie, tj. 7-mego lutego mamy dzień bezpiecznego internetu.
Należy zakupić pakiet antywirusowy, pakiet antyszpiegowski, pakiet realizujący funkcję firewall, oraz kask i zapas wody na tydzień.

A z dzieckiem to lepiej iść na spacer niż pozbywać się go na pół dnia, sadzając przed szklanym ekranikiem.
Ja tam nie włączam komputera, licho nie śpi.

Ku pamięci

‚Linuks, oddaj moje 1 GB pamięci’ … Pewnie nie raz i nie dwa zdarzało się komuś zakrzyknąć przy komputerze widząc procesy systemu wygodnie leżące sobie na całości pamięci RAM.
Zamiast ziółek na uspokojenie – tutaj można przeczytać, jak to jest z użyciem tej pamięci pod Linuksem.

Artykuł jest przyozdobiony licznymi cyferkami, mądrymi terminami i bezsporną chęcią przybliżenia zwykłemu użytkownikowi jak to jest z tą pamięcią.
Prawde mowiąc, wątpie, żeby ZU wdawał się w karkołomne próby ułożenia sobie tej teorii w głowie.
Prościej byłoby napisać monitor systemu pokazujący cały czas, że ‚posiadasz 80% wolnych zasobów’.

Co za dużo Wine, to radości więcej …

W temacie nie-emulatora Wine dzieje się ostatnio sporo.
Co prawda, nadal nie mogę sobie na nim uruchomić mojego ulubionego Combat Mission, więc to ‚dzianie’ mam okrężno kołowym ruchem obok siebie. Ale nie do podważenia są fakty, iż twórcom Wine udaje się coraz szybciej zmieniać numerki kolejnych wydań, osiągneli nawet ostatnio liczbę porządkową nr. 0.9.7, jeżeli dobrze liczę.

A skąd tyle ruchu. No choćby stąd, że ludzie się jednoczą. A wiadomo, trzech takich jak nas dwóch to ani jednego.
Z takich połączonych sił społeczność powołano do życia uzupełnienie dla orginalnej dokumentacji Wine – wine-wiki.org.

Twórcą miłego drgnięcia serc wielu zapalonych linuksiarzy jest też zapewne autor tego artykułu. Opiewa on trud wytwórni Disney’a, którzy nie mogąc doczekać się ze strony firmy Adobe kroku w kierunku przeportowania swoich produktów pod Linuksa ( chodzi o Photoshopa ), w trudzie i znoju rozpoczęli wdrażanie, finansowanie i głoszenie projektu umożliwiającego taki mariaż ( Linuks + Wine + Photoshop ).
Wyliczyli sobie, że taniej im wyjdzie finansować taki projekt, niż wyposażyć swoje studia w system wiadomego pochodzenia.
Chwali się im to.

Obrazili się

Obrazili się na nas muzłumanie. Ot, tak, po prostu.
A wszystko przez to, że ktoś tam wymalował karykaturę Mahometa. Dziwni są.
Ciekawe co by zrobili gdyby ktoś potraktował ich świętości genitaliami jak katolickie krzyże, czy do wizerunku świętych doczepił atrybuty współczesnej kultury ‚luzu i fajrantu’. Pewnie by się wszyscy zgodnie wysadzili w powietrze.
Strach pomyśleć gdyby katolicy będący w naszym państwie większością ruszyli z kamieniami w miasto po kolejnej jakieś tam publikacji godzącej w tradycje kościoła. Na szczęście, takiej fantazji już w narodzie nie ma, nie to co dawniej, eh.

Szał klikania w ikonki

Lubie Rox’a, nie wiem zatem czemu szukam innych rozwiązań potrafiących efektywnie wyświetlać w gustownych okienkach zawartość katalogów z dysku.
Jakiś czas temu wynalazłem takie cacko jak Thunar ( robocza nazwa projektu ). To menadżer plików dedykowany pod XFCE. Gdzieś wydłubałem paczki kompilowane w wersji SVN, pobawiłem się, ot zapomniałem.
Ostatnio znowu wpadł mi w oczy, a raczej zaktualizował się ( Debian/experimental bodajże ). No i naprawdę, trzeba powiedzieć, projekt wygląda świetnie. Całą robotę z wyświetlaniem ikonek wykonuje szybciutko, sprawnie i ładnie, na pewno szybciej niż Nautilus.

Thunar

Jest nieźle. Ale konkurencja nie śpi – ten projekcik też wygląda nieźle, też ponoć jest szybki i podobnie jak Thunar też nie ma w nazwie ‚tux’, ‚X’, ‚linux’, ‚G’, ‚K’.

PCMan

Z nudów nie sprawdziłem go, ale jakby ktoś miał zacięcie, to niech zerknie na stronę projektu

No i mam

Dorobiłem się kolejnej pozycji na półeczce.
Akira.
Co prawda gazetówka. Ale ładnie wydane, ładne pudełeczko, ładna propaganda w postaci nagłówka ‚Bez tego filmu nie byłoby Matrixa’ ( chyba na co drugim filmie to piszą ). I wszystko by było cacy, gdy nie mankament dla które staram się unikać kupowania filmów załączanych do gazet : #$&^%@%^ REKLAMY !
Myślałem, że jak kupuję zacną gazetę za zacne 19.90 zł, film jest w pudełeczku, to nie potrzeba im wsparcia w postaci reklam przed filmem. No cóż, pora zrewidować ten pogląd. Jest parę reklam, może nie takich długich jak w innych przypadkach, no ale zawsze … Ręka na pilocie zadrżała.

Co do samego filmu – prawde mówiąc GITS bardziej do mnie przemawia z racji bladerunner’owego klimatu. Ale klasyce się nie odmawia.

Przynudzają

Sobie właczyłem dzisiaj TVN24 coby na bieżąco posłuchać, co się dzieje, a ci się maglują z jakimś posłem i sąd kaptury robią, że powiedział, że oni nie są równi. Polityczek się poci, sapie i wrednie uśmiecha wykręcając kota ogonem, że w mediach wszyscy równi i on między wierszami to miał na myśli.
Eh, męczą takie wiadomości. Jak nie trupy pokazują, to jakichś karierowiczów, jak nie karierowiczów to patałachów i cyników.

A chciałem tylko posłuchać czy coś pozytywnego się w tym kraju działo ostatnio.

Wracając do owej konferencji gdzie jedni byli, bo dostali cynk, że mogą, a innym kazano wrócić się po bilety wstępu – mam gdzieś jakie media relacjonują to co inni mówią, byleby była to pełna relacja, a nie wyrywanie z ust osobom niektórych zdań. Oczywiście, wolałbym aby relacjonowały to ‚normalne’ media, bo do oświeconych form dziennikarskich nie mam dostępu i nawet go nie szukam.

Oszukali mnie …

Miał być wirus. Nawet w TV mówili. Atrakcyjnie się nazywa, kurtyzana, czy jakoś tak.
W końcu miałby co robić. Zepsułby mi się komputer, pokasowały dane, mógłbym z pianą na ustach i kur… błyskiem w oczach szaleńczo klikać po folderach ratując resztki zbiorów.
Cały dzień czekam. A tu nic. Nuda. Bill zapomniał mi powiedzieć, że u mnie na Linuksie się ten wirus nie uruchomi.

Translate »