Galeony Wojny
czwartek, 3 Lipiec 2008
Czyli uczepiłem się jak pijany rzep psiego ogona zza płotu. Albo po prostu Jacek Komuda pisze dobrze, wartko i dużo. Dlatego ostatnie miesiące mojego czytelnictwa poświęcam w zasadzie tylko jego książkom.
Galeony Wojny, to kolejne dzieło które bezpretensjonalnymi opisami, dialogami i przekleństwami, ukazuje nam pełen romantyzm obcinanych kończyn, tonących w promieniach słońca okrętów, z nutką wszechobecnego zapachu grogu i brudu za paznokciami. Tak, styl Komudy się nie zmienił, zmienił tylko zakres działań głównych bohaterów – zamiast z szablą w ręku gnać konno na wroga, szable trzymają w zębach a w rękach linę pomocną w sprawnym abordażu. Drzazgi sypią się z burt, bose stopy ślizgają się po zakrwawionych pokładach, zabłąkane kule wybierają ofiary, a tajemnica Lewiatana, ocierająca się o mistycyzm i wierzenia ludzi mórz, niewiarygodnie urzeczywistnia się w jak najbardziej materialnej postaci.
Jak to w książkach bywa, musi być i bohater pozytywny. Rozanielone dziewczęta nie spotkają tu jednak w roli głównej smagłego, wysokiego, z mięśniami niczym postronki, młodzieńca. Dickmann to kapitan słuszny wiekiem, z głową na karku i nielichymi umiejętnościami żeglarskimi. Postawiony niejako przymusem w szranki z Lewiatanem, będzie musiał tęgo kojarzyć fakt i wydarzenia, wespół ze swoją zadziwiającą załogą statku. Lewiatan to jednak jedna z tajemnic na kartach książki, innym znakiem zapytania jest historia i osoba Marka Jakimowskiego, polskiego szlachcica radzącego sobie na morzu niezgorzej niż w siodle.
Atrakcji nie brakuje. Dużo pytań, zdawkowo rzucane strzępy układanki trzymają w niepewności niemal do samego końca. A gdy skończy się opowieść, na deser pozostają nie mniej ciekawe, doskonałe przypisy. Bo jak to u Komudy bywa, część przygody to fikcja, a część prawda, opierająca się o historyczne osoby Dickmanna i Jakimowskiego (i nie tylko). Wyszukiwanie i zgłębianie takich faktów można lubić lub uwielbiać – zdecydowanie uwielbiam.
Nie powiem i nie napiszę już nic więcej – musicie to przeczytać. Autorowi i jego dziełom można zarzucić tylko jednego – w połączeniu z intensywnym sezonem trekkingowym, przez jego pomysły zarzuciłem niemal całkowicie inne tytuły, które leżakują u mnie na półce.
Nie da się ukryć, pogoda w moim rejonie ostatnio nie rozpieszcza, zatem nie pozostało nic innego, jak zaszyć się z książką w ręku w domowych pieleszach. I tak sobie od niedzieli przebiegłem tam i z powrotem po starych dziejach Bieszczad, Łańcuta i okolic.
Dawno żadna książka tak mnie nie wyłączyła z obiegu. 300 stron ( 340 z notką od autora ) połknąłem – a właściwe przewinęło się w mojej wyobraźnie w ciągu jednego wieczora i jednego poranka, w sumie trzy, cztery godzinki czytania. Miło udowodnić sobie, że jeszcze człowiek potrafi się skupić nad lekturą, a i lektura szanuje człowieka. Wszystko za sprawą 



