A może Fedora 17?

19 maja 2012

Informacje o istnieniu rozległych połaci linuksowych dystrybucji za magicznym kręgiem Debiana, Ubuntu i Minta krążą sobie od dawien dawna w sieci, a ignorancja leniwego użytkownika zbywa je wzruszeniem ramion. Bo po co zawracać sobie głowę czymś, co działać może i działa, ale przyniesie ze sobą nowe problemy, których rozwiązywania będziemy musieli się nauczyć, jak i nawyków użytkowania choćby innego systemu paczkowania (choć te dylematy dotyczą głównie bardziej uświadomionych użytkowników). Czasami jednak ktoś wiedziony ciekawością, chęcią rozwoju oraz nadmiarem wolnego czasu wybiera sobie jedną ż popularnych dystrybucji i…

Dlaczego nie miałaby to być Fedora? Może obok nas rozwijana jest perełka, której nie dostrzegamy zaślepieni owczym pędem. Fedora jako projekt sponsorowany przez Red Hata, posiada niezłe zaplecze technologiczne – w końcu to właśnie w niej pojawia się najwięcej dziejowych rozwiązań, wdrażanych potem do pozostałych dystrybucji (choćby Plymouth). Społeczność skupiona wokół Fedora też wygląda imponująco (fora, grupy dyskusyjne, repozytoria z oprogramowaniem). Zatem, czy stary beton debianowy poradziłby sobie z Fedorą? W końcu to też Linux.

Najnowsza wersja przewidziana na 29 maja bieżącego roku to Fedora 17 Beefy Miracle. Istnieje już możliwość pobrania z serwerów wersji Release Candidate, z czego skwapliwie skorzystałem i po umieszczeniu jej na pendrivie radośnie wykonałem instalację na partycji testowej – wirtualizacja niszczy instynkt samozachowawczy i zdolność do rozwiązywania problemów. Jak wygląda pierwszy kontakt z Fedorą przy zachowaniu pozorów mizernej wiedzy i orientacji w świecie linuksowych trendów?

Plac instalacyjny

Instalacja systemu to instalacja systemu – Fedora nie jest jakimś wypadkiem programisty, posiada normalny interfejs graficzny za pomocą którego umieścimy system na dysku. Jedynym momentem głębszej refleksji będzie wybór miejsca gdzie system powinien być zainstalowany. Mnogość wyborów wprawia w konsternację, jak też wybór miejsca skąd instalujemy i dokąd. Niuans. Kolejnym elementem jest wybór grup programów, które chcemy mieć na dysku. O ile ktoś jest świadomy tego, co chce mieć. to i tak niewiele tu zdziała – bo wybiera się całe grupy domyślnych programów (np. graficzne, oprogramowanie serwerowe, itp.). Z drugiej strony lista enigmatycznych nazw programów i tak niewiele by powiedziała nowemu użytkownikowi. Sprawa dyskusyjna, jak i wybór domyślnego środowiska graficznego, którego nazwa i tak nic nie powie komuś, kto po raz pierwszy ma kontakt z Linuksem i Fedorą. Po instalacji i pierwszym uruchomieniu, podaniu nazwy użytkownika, itp., widzimy pulpit.

Pulpitem w moim przypadku stało się środowisko GNOME 3.4.2 (wersja z Fedory 17). Zagłębmy się na momement w rozważaniach nad istotą środowiska, jego przeznaczeniem i ofertą dla użytkownika. GNOME 3 po odstawieniu na boczny tor przez Canonical (Ubuntu posiada domyślnie autorskie Unity), pozostało na lodzie bez jakiejś znaczącej dystrybucji, która wzięła by na swoje barki promocję tego środowiska. W obecnej sytuacji można powiedzieć, że to właśnie Fedora przejęła na siebie ten obowiązek, choćby przez powiązania i wkład programistów Red Hata w rozwój GNOME. Można zatem przyjąć, że Fedora stała się wzorcową dystrybucją z GNOME. I jak na wzorcową dystrybucje, świeżo po instalacji GNOME wygląda…

Fedora z GNOME 3.4.2

Ascetycznie. To jedyne przyzwoite słowo, jakie przychodzi do głowy w zetknięciu z dystrybucją XXI wieku z nowoczesnym środowiskiem graficzny. Po społeczności w której ukrywa się mnóstwo projektantów z wyobraźnią można było spodziewać się bardziej brawurowego podejścia do wizualnej formy dystrybucji. A tak, to jest dość surowo – domyślny wygląd ikon, temat GTK3 i całej reszty. Jednak, skoro sami możemy sobie ustawić co i jak ma wyglądać, to czy to jest wada? I tu uderzamy głową o nowo powstały mur nowoczesnego pulpitu – im mniej, tym lepiej. Zapoczątkowana moda na minimalizm uwiera w Unity, gniecie i w GNOME 3. Trzeba jednocześnie uczciwie przyznać, że wizualnie więcej ma do zaoferowania Unity czy nawet Cinnamon. Do zmiany tematu potrzebujemy specjalistycznego oprogramowania – gnome-tweak-tool, za pomocą którego jesteśmy w stanie jako tako zmodyfikować choćby czcionki (sic!), tematy graficzne, czy rozszerzenia środowiska. Jak się rzekło, tak spróbujmy zainstalować rzeczone gnome-tweak-tool. Fedora jako dystrybucja nie od macochy posiada sympatyczny graficzny menadżer pakietów, w którym wpiszemy nazwę pakietu, zaznaczamy nasz wybór, potwierdzimy wiarygodność pakietu, klikniemy ‘Zastosuj’ i… Nic. Nuda, nic się nie dzieje. Natrafiliśmy na jeden z humorów wydania RC, dzięki któremu menedżer pakietów musimy uruchamiać na popych. Odpalamy terminal i wykonujemy:

su -
yum install gnome-tweak-tool

Odpowiadamy twierdząco na pytania, system uaktualni sobie klucze weryfikujące wiarygodność repozytoriów i od tej pory graficzny menedżer też będzie działał. W tym momencie osoby zaznajomione z GNOME 3 przechodzą do prozy codziennego użytkowania systemu, a konwertyci z Unity/XFCE/Cinnamon kontemplują sposoby współpracy ze środowiskiem. Na pierwszy ogień idzie sposób przełączania okien. W Unity mamy Launchera, tutaj musimy machać myszką (lub alt+tab) i cierpliwie znosić uroki animacji pomniejszania okien, ponownego powiększania, itp. Od dawna byłem sceptycznie ustawiony wobec takiego rozwiązania, bo takie animacje nie dość, że trwają, zajmują czas procesora (i zwiększają temperaturę CPU/GPU), to na dodatek uzależnione są od jakości sterowników graficznych, które na moim laptopowym ATI 5730 przy kilku oknach zaczęły śmigać skokowo. Tym samym prysnął czar i urok nowoczesnego środowiska animującego taką błahostkę jak przełączanie programów.

Fedora 17

Jak spojrzymy ponad to całe marudzenie, to zauważymy, że sama Fedora najprzyzwoiciej działa sobie w najlepsze. Dodatkowym smaczkiem jest strona z rozszerzeniami do GNOME (o której wyjadacze wiedzą, a nowi użytkownicy powinni się natychmiast po instalacji systemu dowiedzieć). Kolejną intrygującą kwestią jest świeżość oprogramowania w repozytoriach. W Fedorze 17 znajdziemy kernel 3.3.6 (z łatkami energooszczędnymi z 3.4), GNOME 3.4.2 (lub KDE 4.8.3/XFCE 4.10). LibreOffice 3.5.3, GIMP 2.8, Firefox 12 i tak dalej. Jak widać, zestaw aplikacji emanuje świeżością. Graficy w repozytorium znajdą też podstawowe narzędzia dla zdjęciowców jak Darktable 1.0, Rawtherapee 4.0.8, choć brakuje Photivo.

Zatem, po przełamaniu pierwszych lodów w starciu z innowacyjnym GNOME 3.4 oraz unormowaniu aspektów estetycznych (temat GTK3 i fonty), Fedora 17 na przekór uprzedzeniom i demonizowaniu, funkcjonuje jak należy (proszę pamiętać, że to nadal wersja RC), nie blokuje dostępu do najnowszego oprogramowania i po paru godzinach ćwiczeń w machaniu myszą staje się sympatycznym dopełnieniem naszego sprzętu. Główne zarzuty jakie cisną się do głowy dotyczą raczej użytkowania samego GNOME 3 i jego specyficznych humorów, które trzeba polubić, lub skorzystać z tego co oferuje KDE/XFCE/LXDE. Innymi smaczkami pozostaje instalacji zamkniętych sterowników, odtwarzacza Flash i innych odwiecznym drzazg w stopach Linuksa kroczącego po nieheblowanych deskach naszych biurek.

Jak na innowacyjność Fedory przystało, również w tym wydaniu znajdziemy ciekawostki, jak choćby nowy układ katalogów systemowych – a konkretnie scalenie katalogów /bin, /lib, /sbin z ich odpowiednikami w /usr, czy choćby Firewalld odpowiedzialny za konfigurację regułek iptables i ochronę naszego komputera.

Samo wydanie RC można pobrać z oficjalnej strony, jak też poczekać do 29 maja na oficjalne wydanie.

Wstydliwe dzieje OCR

18 maja 2012

Tak jak w domu powieszonego nie rozmawia się o sznurze, tak w przypadku Linuksa i oprogramowania do rozpoznawania tekstu lepiej zachować milczenie. A przynajmniej do jakiegoś czasu temat był na tyle wstydliwy, że w dobrym tonie leżało omijanie go szerokim łukiem. Jednak z biegiem lat temat OCR dla Linuksa malutkimi kroczkami rozwijał się do jako takiej używalnej formy, a przełomem stał się otwarto-źródłowy silnik Tesseract. W przeciwieństwie do wielu akademickich projektów, ten silnik miał istotną przewagę – potrafił rozpoznawać litery, jak też za jego rozwojem stało/stoi Google. Na dodatek, w repozytoriach najnowszego wydania Ubuntu 12.04 pojawiła się w końcu paczka umożliwiająca obsługę języka polskiego (tesseract-ocr-pol), co niewątpliwie zwiększyło atrakcyjność tej pozycji – przynajmniej dla osób posługujących się językiem polskim. Żeby nie było do końca różowo, program jest przeznaczony do niewygodnej obsługi z poziomu terminala. Jednak powstało kilka graficznych nakładek rozwiązujących tę niedogodność i jedną z nich jest program gImageReader. Dlaczego akurat ten projekt? Bo nie wybrzydzał przy obsłudze naszego rodzimego dialektu (niektóre programy nie zechciały pokazać dostępnego języka polskiego), umożliwia obroty obrazu (to takie oczywiste) i nie jest skomplikowany w obsłudze. Na dodatek można nim uzyskać zupełnie przyzwoite efekty konwersji zeskanowanych tekstów, a jeszcze lepsze podczas przeróbki plików .pdf. Pomimo dość ubogiej liczby opcji, mamy tutaj pod ręką wszystko co może się przydać – obrót grafiki, jasność i kontrast obrazu, oraz jego rozdzielczość. Zmiana rozdzielczość przydatna jest w przypadku niemrawych skanów i wspomaga dokładność algorytmów rozpoznających znaki. Niestety, materiały muszą zostać uprzednio zeskanowane (?) i dopiero wczytane do programu (plik graficzny bądź pdf).

Po wczytaniu skanu/skanów, możemy przystąpić do całościowego rozpoznania, bądź wybrania konkretnych rejonów (niebieska ramka). Wynik otrzymamy w kolumnie po prawej stronie, skąd możemy skopiować go do dalszej obróbki w edytorze tekstu. Poniżej mały test rozpoznawania polskiego słowa pisanego i wydrukowanego na papierze gazetowym w okolicach 1960 roku. Przykład zawiera efekt rozpoznania znaków przy 100% rozdzielczości materiału wejściowego (DPI 100%), 200% (DPI 200%) oraz 400% (DPI 400%).

gImageReader w akcji

Pomimo dość charakterystycznej i niewyraźnej czcionki gazetowej, wynik jest całkiem przyzwoity. Oczywiście przy porównaniu do osiągów i stopnia rozbudowania komercyjnych programów można marudzić, ale w obliczu tego co reprezentowało OCR dla Linuksa parę lat temu – jest świetnie.

Instalacja dla Ubuntu 12.04 oraz Minta 13 jest nieco wyboista – bo aby zainstalować gImageReader musimy ściągnąć paczkę .deb ze strony projektu, oraz dopilnować, żeby w systemie znalazły się wszystkie zależności. Zatem:

sudo apt-get install tesseract-ocr tesseract-ocr-pol python-gtk2 python-cairo python-gtkspell python-enchant python-poppler

I dopiero wtedy klikamy dwukrotnie na pobraną paczkę .deb z gImageReader.

Psensor - rozgrzane stany krzemu

W czasach przesytu informacji o różnym stopniu ważności nie sposób pogardzić takimi danymi jak oficjalna kondycja termalna podzespołów naszego ulubionego komputera. Do tego celu stworzono wiele wtyczek, programów, dodatków, lecz czasem wielu użytkowników najzwyczajniej zapomina aktywować pokazywanie takich informacji, lub najzwyczajniej i bezwstydnie nie wie, co może posłużyć do tego celu. Jak wspomniałem rozwiązań jest wiele, począwszy od informacji wyświetlanych przez Conky, wtyczek do panelu czy surowej formy danych wprost z terminala. Psensor lokuje się pomiędzy prostą wtyczką panelową, a rozbudowaną reprezentacją statystyk elektronicznych sensorów.

Program ten potrafi wyświetlić informacje o temperaturze procesora, płyty głównej oraz obrotach wentylatorów (lm-sensors), temperaturze dysków (hddtemp), zużyciu procesora (gtop2) oraz ciepłocie kart graficznych (Nvidia oraz ATI/AMD). Wszystko w postaci informacji bieżących, jak i wykresu obrazującego historię zmian. Uwzględniając niezłe możliwości konfiguracyjne (kolorystyka, etykiety, aktywne sensory, wtyczka na panelu, itp), otrzymujemy zupełnie przyzwoite centrum informacyjne, za pomocą którego zadbamy o żywotność naszych podzespołów.

Psensor okraszony wykresami

Jeżeli ktoś zdecyduje się na używanie tego programu, musi pamiętać o pierwszym i podstawowym kroku, jaki należy wykonać zawsze (przeważnie), gdy chcemy czerpać wiedzę o temperaturze naszych elektronicznych chipsetów. Krok ten to instalacja i konfiguracja pakietu lm-sensors, bez którego nie uzyskamy wielu ciekawych informacji (przeważnie). Instalacja sprowadza się do tradycyjnego użycia Centrum Oprogramowania lub terminala:

sudo apt-get install lm-sensors

Po zwieńczonej sukcesem instalacji czas na konfigurację, czyli – pozwólmy programowi wykryć nasze czujniki:

sudo sensors-detect

Odpowiadając twierdząco na podchwytliwe pytania staniemy się posiadaczami modułów systemowych, które zgromadzą dla nas interesujące dane (wymagany może być restart, lub ręczne załadowanie modułów obsługujących wykryte czujniki). Po tej przydługiej ceremonii możemy skupić się już na Psensor – instalujemy go i uruchamiamy (Ubuntu 11.10/12.04, analogicznie Mint):

sudo add-apt-repository ppa:jfi/ppa
sudo apt-get update
sudo apt-get install psensor

Pozostaje skonfigurowanie programu pod swoje wymagania, skontrolowanie sposobu automatycznego uruchamiania (program samodzielnie dodaje się do listy programów startowych, zatem gdy go tam nie chcemy – uruchamiamy Programy Startowe i odznaczamy konkretny wpis). I w ten sposób dowiemy się niemal wszystkiego o naszej maszynie.

Nanoshot 0.2.15

Każdy lubi wykonywać masowe zrzuty ekranu zawierające dopieszczony pulpit, okraszony nierzadko niebanalną tapetką. Nie zawsze jednak potrzebujemy do tego rozbudowanych narzędzi typu Shutter, ale z kolei zwykły PrintScreen to za mało. A w tę lukę pomiędzy bogactwem opcji a prostotą doskonale wpasowuje się rzeczony Nanoshot. Niewielki program, któremu niestraszne jest wykonanie zrzutu całego ekranu, konkretnego okna czy też określonego i zaznaczonego przez nas obszaru – czy to z opóźnieniem czy natychmiast. Dokonamy nim też graficznej rejestracji witryny WWW, a wyniki będziemy mogli bezpośrednio skopiować do bufora (i wkleić np. do GIMPa), zapisać na dysku (.png/.jpeg) lub wysłać na jeden z popularnych serwisów hostujących (Flickr, Imageshack, Imgur). Ciekawostką może też być tworzenie zrzutu z pojedynczą klatką wybranego pliku wideo. Program po uruchomieniu lokuje się w zasobniku systemowym, skąd możemy nim zarządzać za pomocą gustownego i rozbudowanego menu. Innymi słowy – mała rzecz, a cieszy.

W celu wypróbowania programu, użytkownicy Ubuntu 11.10/12.04 i Minta będą mogli skorzystać z dedykowanego PPA:

sudo add-apt-repository ppa:nanoshot/ppa
sudo apt-get update
sudo apt-get install nanoshot

Nanoshot i parę opcji

Nanoshot - menu ze zasobnika

Zwolennicy sympatycznego miętowego Minta mogą zacząć chłodzić butelki z szampanem. Po ogłoszeniu parę dni temu coraz lepszej, stabilnej kondycji środowiska Cinnamon 1.4, dzisiaj na serwerach pojawiły się obrazy iso zawierające wersję Mint 13 RC. Obrazów na serwerze znajdziemy sztuk cztery, dwie (32/64bit) z domyślnym środowiskiem Cinnamon, dwie (32/64bit) ze środowiskiem Mate. Czym uraczy nas ten remix Ubuntu 12.04?

Mint 13 Maya

Osób zaznajomionych ze środowiskami Cinnamon i Mate – w zasadzie nie zaskoczy nic. Poza odświeżoną bazą programów, jak też poprawkami jakie zostały wdrożone do wspomnianych części składowych Minta. Nie należy oczywiście zapominać, że mamy do czynienia z remiksem Ubuntu 12.04, zatem poza Unity, UbuntuOne i innymi drobnymi niuansami – znajdziemy w Mincie 13 wszystkie inne dobrodziejstwa, jakie niesie ze sobą 12.04. Natomiast dla każdego, kto nie widział Cinnamona lub Mate wszystko będzie nowe, choć na starą modłę, co ucieszyć może wielu użytkowników starego, dobrego GNOME 2.xx. Pamiętać też należy, że jest to wydanie testowe, zatem służy głównie do wyłapania wszelkich błędów przed wersją finalną.

Jak większość nowoczesnego oprogramowania, Firefox robi wszystko byśmy się zbytnio nie zmęczyli podczas rytualnego podglądania sieci. Ponieważ lenistwo to umiejętność którą posługujemy się najczęściej i najsprawniej, nie dziwi błogie używanie paska adresów w Firefoksie dla wysyłania zapytań wyszukiwarce internetowej (pomimo oddzielnego pola do tego celu). I wszystko jest w porządku do czasu, gdy jakiś wraży plugin/wtyczka/dodatek nie zmodyfikuje naszego Firefoksa tak, że zapytania z paska URL trafiają do zupełniej innej wyszukiwarki niż byśmy sobie tego życzyli. Czego doświadczyłem osobiście, gdy rzucane przez mnie arcyważne pytania obsługiwał ochoczo Bing.

Naprawiamy domyślną wyszukiwarkę


Ponieważ nie ma takiej przeglądarki internetowej, której byśmy nie potrafili naprawić, również i z takim mankamentem możemy poradzić sobie w przerwie pomiędzy odpoczynkiem a relaksem. Wystarczy przypomnieć sobie o istnieniu ‘about:config‘, które wpisujemy gdzie zwykle podajemy adresy strony. Po zapewnieniu Firefoksa, że wiemy co robimy, odnajdujemy klucz o nazwie ‘keyword.url‘. Klikając nań prawym przyciskiem myszy, wybieramy opcję ‘Resetuj’ i to wszystko. Gdyby ktoś poczuł chęć zmiany wyszukiwarki na jeszcze inną niż domyślnie proponujemy nam Firefox, musi wspomóc się opcją ‘Modyfikuj’. Jako wartość należy podać adres naszej maszyny wyszukującej, ale pamiętając o tym, by był w formie przekazującej parametr. Czyli udajemy się na, np. http://duckduckgo.com, wyszukujemy np. frazę ‘ubuntu’ i to co nam się ukazało na pasku adresów do momentu wystąpienia ‘ubuntu’ kopiujemy i wykorzystujemy (czyli np. http://duckduckgo.com/?q=).

Niby błahostka, ale ileż ja się tego oszukałem po opcjach Firefoksa…

Bycie innowacyjnym w dzisiejszych czasach to ciężkie zadanie. Na ten przykład niuanse oprogramowania którego używamy na co dzień – trudno wymyślić rozwiązanie, którego już ktoś nie wdrożył, nawet jeżeli na początku wydaje się, że jest inaczej. Przed takim murem dylematów stanęli też deweloperzy środowiska GNOME i od wersji 3.xx postanowili przedefiniować wiele aspektów użytkowania biurka komputerowego – na wszelki wypadek od podstaw. O ile w części teoretycznej i na papierze wszystko wyglądało składnie, o tyle w praktyce dnia powszedniego okazało się, że użytkownicy nie rozumieją takiej funkcjonalności jak np. brak opcji ‘Wyłącz komputer‘. Rzecz trywialna, rozbudowana jednak według nowej koncepcji zagospodarowania przestrzennego naszego pulpitu o wątki filozoficzne i wymóg wcześniejszego wylogowania się w celu odnalezienia przycisku ‘Wyłącz‘. Wśród miłośników GNOME zawrzało, powstały alternatywne wtyczki przywracające w normalne miejsce wybór pomiędzy wstrzymaniem/hibernacją, ponownym uruchomieniem i wyłączeniem, a ziarno niezrozumienia nieśmiało kiełkowało przez niemal dwa lata.

Nowa formuła Wyłącz - po prostu

Twórcy GNOME przez ten okres (dwóch lat) prowadzili konsultacje z użytkownikami, by w końcu przyznać, że promowanie ‘Wstrzymania’ w miejsce ‘Wyłącz’ nie do końca zdało egzamin w obliczu beztroski producentów sprzętu. Bowiem rewolucja się jeszcze nie dokonała, tablety i inne wynalazki nie zastąpiły komputerów, w związku z czym wyłączanie urządzenia na czas jego bezczynności to nadal najpopularniejsza metoda. Wobec takiego faktu zapadły decyzje o kolejnym przedefiniowaniu, czy raczej powrocie do poprzedniego ułożenia opcji ‘Wyłącz’. I to by było na tyle odświeżającego tchnienia innowacyjności w zmurszałe, acz proste i czytelne oczekiwania użytkowników.

Dyskutowane zmiany być może zawitają do GNOME 3.6, a wtedy wielu zastanowi z kolei brak opcji ‘Wstrzymaj’, jak na powyższym szkicu widać. Cóż, coś za coś – ‘Wstrzymaj’ zostało uznane za automatyczny stan w jaki przechodzi (będzie przechodził) komputer po określonym czasie nieużywania, lub laptop po zamknięciu pokrywy. Wszak rachunek nowych i przemyślanych wdrożeń musi wyjść na plus.

Wielobitowy GIMP

11 maja 2012

Czy ktoś w to uwierzy...


GIMP 2.8 i wciąż przekładany termin jego wydania od dłuższego czasu przyprawiał wszystkich użytkowników o ból zębów, okraszony cieniem zwątpienia. Jednak gdy deweloperzy wraz z oficjalnym wydaniem 2.8 zrzucili z siebie i nas jego piętno, nieopatrznie poczynili krok, który wielu osobom nie pozwoli spokojnie spać przez najbliższy (miejmy nadzieję – jak najkrótszy) czas. Ujawniono bowiem efekty współpracy Michaela Natterera (główny deweloper GIMPa) and Øyvinda Kolåsa (rozwijającego GEGL), wdrażany od jakiegoś czasu w osobnej gałęzi (goat-invasion). A jest to kod odpowiedzialny za 16bitową precyzję manipulacji na obrazie. Sprawy zaszły nawet dalej, bo ujrzymy i tryb 32bitowy. Czyżby padał mur, który oddziela GIMPa od użytkowników stawiających na jakość uzyskiwanych wyników?

16bit vs. 8bit

Niestety i oczywiście, trybów tych nie zawiera GIMP 2.8, lecz będzie je posiadało przyszłe wydanie 2.10 (którego planu rozwoju jeszcze nie ogłoszono). Jednak widać, nie są to czcze obiecanki, odpowiednie rozwiązania są wdrażane i obecnie działa już zapisywanie 16bitowych PNG, zapisywanie formatów EXR i HDR, natywny format XCF z precyzją >8bit, jak też w 32bitach działają narzędzia transformacji i rysowania. Z powodu obecnego eksperymentalnego charakteru tych zmian, każdy zainteresowany może przetestować nadchodzące usprawnienia po pobraniu i skompilowaniu odpowiedniej gałęzi repozytorium z kodem GIMPa.

XFCE 4.10

Wydane 28 kwietnia środowisko XFCE 4.10 rozminęło się o włos z wydaniem Ubuntu 12.04 (włos = 2 dni) i bardzo ogólnie rzecz ujmując, to jeden z powodów za przyczyną których w repozytoriach 12.04 zagościła poprzednia wersja 4.8. A uściślając, XFCE 4.10 powinno pojawić się dwa, trzy miesiące wcześniej, by trafić do 12.04, czy wręcz – Xubuntu 12.04. Nie należy jednak załamywać rąk nad klawiaturą, gdyż paczki .deb z najnowszym wydaniem tego tradycyjnego środowiska pojawiły się oficjalnie w PPA, skąd prosto i przyjemnie zainstalujemy je pod Ubuntu/Xubuntu 12.04.

Wystarczy dodać do systemu rzeczone repozytorium i zainstalować/zaktualizować XFCE:

sudo add-apt-repository ppa:xubuntu-dev/xfce-4.10
sudo apt-get update
(dla Xubuntu)
sudo apt-get dist-upgrade
(dla Ubuntu)
sudo apt-get install xubuntu-desktop

Różnica w ostatnim poleceniu pomiędzy Xubuntu a Ubuntu wynika stąd, że w Xubuntu XFCE siłą rzeczy jest już zainstalowane i musimy je tylko zaktualizować (dist-upgrade), natomiast w Ubuntu instalujemy je od nowa (install). I tu mała uwaga skierowana do wszelkiego rodzaju purystów – ‘xubuntu-desktop’ to metapaczka, która spowoduje zainstalowanie również domyślnych aplikacji środowiska XFCE. Dlatego, nie należy być zdziwionym, że w systemie pojawi się Abiword, Gnumeric, Pidgin, Blueman, dziwne czcionki, Orage, Parole, Ristretto i parę innych mniej lub więcej znanych i lubianych programów.

Po zainstalowaniu należy pamiętać o wylogowaniu się, wybraniu odpowiedniej sesji i ponownym zalogowaniu.

Aperture Linux, wczesna wersja alpha

Zasadniczo nie jestem zwolennikiem powielania dystrybucji z byle błahej okazji, jak choćby zmiana domyślnego zestawu tapet i tematów graficznych, czy też zestawu domyślnych aplikacji. W związku ze specyficznym trybem przeistaczania się źródeł programów w formę strawną dla dystrybucji (kompilacja ze źródeł i paczkowanie), głównym celem linuksowego desktopu powinno być dostarczenie użytkownikowi jak najszybciej jak najaktualniejszych wersji programów użytkowych. Fakt nie do przecenienia dla osób, które na Linuksie za pomocą tych programów pracują, czy to zawodowo, czy hobbystycznie. Na dalszy plan schodzi legendarna linuksowa stabilność (w granicach rozsądku oczywiście), której to legendzie pozwólmy trwać lecz na okoliczność rozwiązań serwerowych.I taki prawdopodobnie przyświeca cel powstającej dystrybucji Aperture Linux, która ma ambicje dostarczyć fotografom korzystającym z Linuksa większość programów z całego bogactwa wolnego oprogramowania do wywoływania i obróbki zdjęć, oraz podobnego przeznaczenia. Ponieważ jednocześnie taki fotograf może być po prostu zwykłym użytkownikiem, który program potrzebny do pracy kupuje w sklepie, lub w przypadku Linuksa – znajduje w Centrum Oprogramowania (czyli pod nosem), taka kompilacja najważniejszych narzędzi dedykowanych obróbce zdjęć, retuszowi i technikom specjalnym wydaje się mi być całkiem słuszna. O ile bowiem większość ze specjalistycznych programów ma swoje dedykowane kanały dystrybucji, jak choćby własne repozytoria PPA (w najlepszym przypadku), czy gotowe paczki na stronie producenta, o tyle schody zaczynają się w momencie dopasowania konkretnej paczki do konkretnej wersji dystrybucji. Oraz spełnienie ewentualnych zależności lub wręcz konieczności kompilacji ze źródeł. Zwykły fotograf nie będący w miarę zorientowanym i lubiącym rozwiązywanie zagadek uświadomionym linuksowcem, po prostu zniechęci się, ujdzie z niego para i polegnie. A przecież prawidłowy rozwój programom mogą zapewnić tylko rzesze nowych użytkowników, z których część poczuje konieczność zakomunikowania o błędzie, lub zawnioskuje o jakąś nową opcję w programie. Bez odzewu ze strony użytkowników, to z twórców oprogramowania i ich projektów ujdzie para.

Aperture Linux, czyli openSUSE 12.1

Czym zatem jest Aperture Linux? Najprościej mówiąc, to dystrybucja zbudowana w oparciu o 64bitową wersję openSUSE 12.1. Wydana niedawno wersja Aperture Linux GNOME 3.2 Pre Alpha to oczywiście bardzo początkowe stadium tego projektu. Opiera się o wspomniane openSUSE 12.1, środowisko GNOME 3.2, a niedługo i KDE 4.7. Dlaczego nie GNOME 3.4 i KDE 4.8? Z prostej przyczyny – tych środowisk w stabilnej kondycji nie ma jeszcze w repozytoriach openSUSE. Można zatem już teraz założyć, że rozwój Aperture Linux będzie odbywał się pod dyktando rozwoju openSUSE (zatem niedługo wersja 12.2), jak i jego repozytoriów – oficjalnych i nieoficjalnych.

A samo Aperture zawiera domyślnie zainstalowane takie hity wolnego oprogramowania jak Darktable, Rawtherapee, Rawstudio, DigiKam, GIMP, Hugin, Luminance HDR i wiele innych. Zadbano też o inne kwestie istotne dla fotografów, jak np. profile kolorystyczne, obsługiwane przez nowiutki system zarządzania barwami Oyranos, do którego dostaniemy się otwierając ekran Activites i wyszukując ‘icc‘.

Aperture Linux i Oyranos

Pomimo początkowego stadium rozwoju, sposób jego obsługi i konfiguracji można już znaleźć na odpowiedniej stronie.

Wśród programów odnajdziemy takie unikatowe ciekawostki jak CinePaint, leciwy fork GIMPa, oferujący jednak 16bitową dokładność efektów i filtrów. Projekt niemal zapomniany i rozwijany w momentach heroicznych zrywów jedynego chyba dewelopera.

Stawkę graficznych aplikacji uzupełniają np. Entangle, Urban Lightscape, Videoporama, AlbumShaper, Converseen, Phatch, Rapid Photo Downloader i inne pomniejsze projekty. W stawce dziwią nieco mocno specjalistycznie ukierunkowane programy, jak Blender oraz Sk1. Oprócz obróbki zdjęć dystrybucja oferuje także programy do codziennego funkcjonowania w świecie elektronicznej komunikacji, zatem naszą pocztą zajmie się Evolution, komunikacją interpersonalną Empathy, LibreOffice umożliwi pisanie dokumentów, a Firefox… Wiadomo co.

Nie znalazły się w Aperture wszystkie programy które zdobyły uznanie osób pracujących nad zdjęciami. Brakuje choćby wyśmienitego Photivo, czy precyzyjnego Delaboratory, ale przypuszczam, że z pewnością dołączą w finalnej wersji do domyślnych pakietów.

Co do wydania Pre Alpha. Jak sama nazwa sugeruje, jest to wydanie o charakterze mocno podglądowym i szkicującym obraz końcowy, do którego zmierzają twórcy. Używanie tej dystrybucji nie jest wskazane, jak też próby instalacji na dysku (najbezpieczniej pobawić się w Virtualboksie, choć też zachowuje się kapryśnie). Za to wskazane jest czynne zgłaszanie swoich uwag, próśb, zażaleń, wniosków i pomysłów na dedykowanym projektowi forum. Już teraz można zacierać ręce na okoliczność przyszłego wydania openSUSE 12.2, GNOME 3.4 i pozostałych żywotnych część tej dystrybucji.

Opis jak poradzić sobie z obsługą obrazu LiveCD, jak i same linki do obrazów .iso znajdziemy na stronie twórców. Z rzeczy istotnych – należy pamiętać o domyślnych hasła – ‘live‘ do zalogowania się, oraz ‘root‘ do zadań typu instalacja.

DT, RT dwa bratanki

Zestaw programów graficznych