3…2…1… Delaboratory 0.5.9.1

26 stycznia 2012

Po kilku miesiącach aktywnego rozwoju, Jacek Popławski udostępnił kolejne wydanie Delaboratory 0.5.9.1 (a wręcz 0.6 Beta). Głównym celem na tym etapie rozwoju tego 32-bitowego korektora kolorystycznego było włączenie do obróbki obrazu wszystkich rdzeni naszych procesorów. Usprawnienie to znacznie podnosi komfort beztroskiego machania suwakami od parametrów, lecz to nie koniec zmian. Modyfikacji uległo ułożenie interfejsu – pojawiły się zakładki Actions, gdzie możemy nakładać kolejne korekcyjne warstwy (filtry) obrazu (Curves, Mixer, High Pass, Blur, USM, Dodge/Burn, Shadows/Highlights, Vignette, Apply Image), oraz Conversions, skąd wybieram tryb kolorystyczny w jakim chcemy aby pracował każdy kolejny nałożony filtr (RGB, LAB, BW, HSL, HSV, LCH, CMY, CMYK). Jak można zauważyć, pojawiły się nowe efekty warstwy – Dodge/Burn (wypalanie/dopalanie określonych rejonów), Shadows/Highlights (praca na cieniach/światłach), Vignette (winietowanie) oraz High Pass (filtr górnoprzepustowy). Całość pracy możemy zapisać jako plik .jpg, .tiff lub wysłać do zewnętrznego edytora (domyślnie GIMP).

Delaboratory 0.5.9.1 Beta

Oczywiście program w wersji beta nadaje się głównie do testowania stabilności pracy. W przypadku wystąpienia problemów, w katalogu domowym znajdziemy plik debug.log, który należy przesłać autorowi z opisem problemów.

W Highly Exposive! za parę godzin powinna pojawić się kompilacja dla Ubuntu 10.04/10.10/11.04/11.10. Gdyby ktoś nie miał mojego repozytorium dodanego do systemu, to:

sudo add-apt-repository ppa:dhor/myway
sudo apt-get update
sudo apt-get install delaboratory

Miętowy cynamon w wersji 1.2

24 stycznia 2012

Gdy kilka gigabajtów danych temu światu objawiony zostały Cinnamon, będący kompromisem pomiędzy starym stylem zarządzania pulpitem rodem z GNOME 2, a nowoczesnością wizualną z GNOME 3, nikt zapewne nie przepuszczał, że dość szczupłe grono developerów tego projektu tak szybko wyda używalną wersję. W zasadzie, to już wersja Cinnamon 1.1.3 pozwalała cieszyć się w miarę bezproblemową pracą. Ale wczoraj wydana została wersja 1.2, a wraz z nią…

Ogólnie

  • Ustabilizowano API całego pulpitu, co oznacza niestety, że poprzednie motywy graficzne będą wymagały poprawek, jak i wcześniejsze rozszerzenia (brak kompatybilności z nowym API),
  • Pojawia się menadżer okien Muffin (ścisły fork Mutter),
  • Brak kompatybilności z Gnome-Shell (istnieje możliwość definiowania styli tak, aby był kompatybilne w obu środowiskach),
  • Otwarte okno pojawiają się bezpośrednio i bez powiadamiania („Your window is ready”),
  • Zamknięcie ostatniego okna na danym obszarze roboczym nie wyzwala trybu podglądu,
  • Modyfikacje podglądu (w przyszłości pod większą kontrolą za pomocą skrótów klawiszowych),
  • Poprawiono około 130 problemów zgłoszonych od powstania projektu Cinnamon.
  • Ustawienia

    Cinnamon Settings

    Pojawiło się domyślne narzędzie Cinnamon Settings, dzięki któremu możemy modyfikować specyficzne cechy naszego cynamonowego pulpitu.

  • Ustawienia panelu – można wybrać między jednym paskiem (góra/dół) lub dwoma, włączyć autoukrywanie, itp,
  • Ustawienia kalendarza umożliwiają zmodyfikowanie stylu wyświetlanej daty,
  • Tryb podglądu okien – czy ma być aktywny oraz czy lewy góry róg ma wyświetlać jego ikonę,
  • Tematy graficzne – wiadomo,
  • Efekty pulpitu – pojawia się cała paleta możliwości, gdyż możemy ustawić zachowanie oraz animację okien podczas otwierania, zamykania, minimalizowania, itp.,
  • Aplety – czyli wtyczki które pojawią się nam na panelu,
  • Domyślnie dostępnych jest pięć apletów:

  • Accessibility – opcje ułatwień,
  • Recent documents – ostatnio edytowane pliki,
  • Removable drives – media wymienne,
  • Trash – kosz,
  • Display (XrandR monitor control) – kontrola trybu wyświetlania,
  • Jednocześnie, drobnym zgrzytem okazuje się kompletny brak kompatybilności rozszerzeń z tymi dostępnymi dla GNOME 3. Jako wytłumaczenie podaje się zupełnie inny stopień integracji rozszerzenia z pulpitem oraz sposób i możliwość konfiguracji. Cóż, nie można mieć wszystkiego, szkoda jednak, że takie rozwiązania nie są tworzone we współpracy, tylko każdy tworzy swoje standardy wg. swoich założeń.

    Wracając do efektów pulpitu, to natknąć się tam możemy na wybór pomiędzy wygaszaniem (fade) i skalowaniem (scale), które to efekty opisuje czas ich trwania w milisekundach oraz styl animacji (amplituda zmian?):

    Transitions

    Zaskoczeniem może też być pozbawienie trybu podglądu możliwości przemieszczania okien pomiędzy obszarami roboczymi. Wiąże się to z nowym dodatkiem (podobnym do Scale z Compiz) obsługującym uporządkowany widok okien, a co za tym idzie – prawdopodobnie dopiero za jakiś czas nabawi się on umiejętności manipulowania położeniem okien.

    Po prostu Mint Cinnamon 12

    Zatem…

    W moim odczuciu, zmiany są świetne i idące w kierunku zwiększenia wygody w obsłudze pulpitu. Jednocześnie, nie zapomina się o ‘błysku’ i wszystko wygląda atrakcyjnie. Oczywiście, można się spierać – że Unity lub Gnome-Shell to przełom jakościowo-ergonomiczny, lecz gdy ktoś nie chce się spierać, a jedynie pracować na komputerze – Cinnamon umożliwia to już teraz, bez większych ceregieli.

    Jedyne co budzi zastrzeżenia, to kompletne forkowanie/odejście od standardów GNOME 3. Niezgodne są tematy graficzne, rozszerzenia, konfiguracja menadżera okien, i całej reszty Shella. Obawy te nieco łagodzi fakt pojawienie się jakiejś sensownej kontroli na pulpitem i ustawieniami. Ale czy ekipie od skrzyneczki wypełnionej cynamonową magią wystarczy mocy twórczych, aby ciągnąć kompletnie samodzielne i oderwane od GNOME 3 środowisko? Oby tak było.

    Środowisko można zainstalować z repozytoriów Minta. Użytkownicy Ubuntu 11.10 mogą przetestować sesję po dodaniu repozytorium:

    sudo add-apt-repository ppa:merlwiz79/cinnamon-ppa
    sudo apt-get update
    sudo apt-get install cinnamon

    Wszystko o twojej maszynie

    22 stycznia 2012

    Istnieje wiele sposobów i mechanizmów w Linuksie, by wyszarpać z wnętrza komputera informacje na temat posiadanych podzespołów elektronicznych i zasobów. Jedne sposoby są lepsze, drugie mniej intuicyjne, ale przy wyborze metody jeden czynnik jest niezmienny – pragnienie czytelność wyników wywiadu środowiskowego przeprowadzonego wśród tranzystorów i chipsetów. Gdy ktoś zatem jest jedną z tych osób która machinalnie co parę dni sprawdza, czy aby nie ubyło rdzeni z procesora, rozwiać jego rozterki może choćby program I-Nex.

    I-Nex


    Co się rzuca w oczy, to wybitne wręcz podobieństwo do innego linuksowego narzędzia o nazwie CPU-G, które to narzędzie z kolei było wzorowane na znanym użytkownikom innych platform narzędziu CPU-Z. Ponieważ CPU-Z w wersji dla Linuksa nie występuje, CPU-G w okolicach roku 2009 utraciło kontakt ze swoim twórcą, pozostaje nam zatem w miarę nowy, świeży i wymagający jeszcze rozwoju I-Nex.

    Aplikacja posiada kilka zakładek – CPU, Motherboard, Sound, Graphics, Drives, System, Kernel, Memory, Network. W każdej zakładce uzyskamy informację na temat tytułowego komponentu, np. w Sound znajdziemy wypisane nasze karty dźwiękowe, w Memory będzie co nieco o pamięci naszego komputera, itp.

    Do czego te informacje mogą być przydatne? Dla większości użytkowników jest to zbiór niewiele mówiących i dziwnie nazwanych parametrów. Ale nie można wykluczyć, że w razie próby jakiejś diagnostyki problemów z komputerem, szybkie uzyskanie z I-Nex nazwy np. płyty głównej lub nazwy karty muzycznej na pewno będzie mniej frustrujące dla zwykłego użytkownika, niż ‘grepowanie wyników lspci’. Poza tym, zawsze ktoś może zechcieć w efektowny sposób pochwalić się światu swoim nowym procesorem (do czego przygotowano nawet opcję ‘Take Screenshot’).

    I-Nex

    Oczywiście programowi jeszcze daleko do doskonałości, jeżeli weźmiemy pod uwagę wielość parametrów jakimi można opisać obecną elektronikę. Ale tu już pojawia się siła społeczności, która na pewno poinformuje twórcę o ew. poprawkach czy błędach. A być może nawet ktoś będzie chciał partycypować w powstawaniu tego niby prostego, ale użytecznego narzędzia.

    Co do instalacji, to najlepiej wykonać ją dodając do systemu odpowiednie repozytoria. Program wymaga również Gambas 3, dla którego też musimy dodać stosowne repozytorium. Całość po zainstalowaniu zajmie około ~ 30 MB pojemności dysku. (Oczywiście, gdyby ktoś zechciał użyć do tego graficznego menadżera pakietów – czemu nie – stosowna linijka opisująca położenie paczek to „deb http://ppa.launchpad.net/eloaders/i-nex-daily/ubuntu A_TUTAJ_NAZWA_TWOJEJ_WERSJI_UBUNTU main„).

    sudo add-apt-repository ppa:eloaders/i-nex-daily
    sudo add-apt-repository ppa:nemh/gambas3
    sudo apt-get update
    sudo apt-get install i-nex

    Najnowsze wydania (0.3.3) przeznaczone są dla Ubuntu w wersji 11.10 oraz 12.04. Starsze wydania muszą zadowolić się wersją 0.2.4 (co zapewne mocno ogranicza funkcjonalność tego programu).

    ffDiaporama 1.1

    15 stycznia 2012

    Równocześnie z zakończeniem prac nad projektem Videoporama, ogłoszono i namaszczono na jego następcę program ffDiaporama. Ta pisana w języku C++ aplikacja, której wersję 1.1 wydano 18.12.2011, pozwala utworzyć z posiadanych zdjęć, filmów i muzyki efektownie wyglądający plik wideo niemal dowolnego przeznaczenia – czy to YouTube, smartphone, tablet, flash na stronie, DVD, itp. Oczywiście określenie ‘plik wideo’ to mocne uproszczenie efektu, jaki można wygenerować za pomocą wszystkie dostępnych w ffDiaporama filtrów graficznych, przejść między zdjęciami, efektownych animacji zoom/slide, oraz dodaniu tytułów, opisów i muzyki.

    ffDiaporama 1.1, okno główne

    Za nieco eklektycznym interfejsem (QT) kryje się mnóstwo opcji, które jedni będą z zamiłowaniem studiowali, inni natomiast zdadzą się na losowe efekty i parametry, jakie ffDiaporama aplikuje automatycznie po dodaniu zdjęć. W przypadku oddania się woli pełnego automatyzmu, jedyną ciekawszą pozycją z ustawieniami będą parametry domyślne efektów, które można znaleźć w Settings->Project Options. Inną rzeczą na którą warto zwrócić uwagę, to wyświetlane prze starcie programu okno informujące o spełnionych (lub nie) zależnościach kodeków, dzięki którym będzie można wygenerować wybrany format wideo (lub nie).

    Edycja obrazu

    Ale wracając do możliwości ffDiaporama, to nawigując w gąszczu ustawień warto pamiętać, że program posiada opcje:

  • ustawiania/poprawiania ostrości zdjęć,
  • przycinania plików wideo,
  • dodawania opisów zdjęć, sekwencji i animacji,
  • graficzne filtry dla zdjęć i wideo (konwersja do BW, usuwanie plam, wyrównywanie kolorów, mikser barw, itp.),
  • tworzenie animacji ze zdjęć z wykorzystaniem Ken Burns Effect (powiększanie, przesuwanie, itp.),
  • korekcja zdjęć i wideo podczas animacji (nasycenie, kontrast, gamma, kolory, itp.),
  • przejścia pomiędzy zdjęciami,
  • umieszczanie w tle muzyki (wav, mp3, ogg) oraz kontrola głośności w zależności od sekwencji,
  • format obrazu: 4:3, 16:9, 2.35:1,
  • plik wynikowy w formacie: avi, mpg, mp4, mkv,
  • rozdzielczość wideo od 320×230 do 1920×1080 (Full HD)
  • Jak wynika z powyższego, dla ffDiaporama to błahostka stworzyć z kilkunastu obrobionych zdjęć plik wideo, zawierający efektowne animacje przejść między obrazami, napisy oraz porywającą lub chwytającą za serce muzykę (do pobrania np. z http://jamendo.com). Przy czym najlepiej trzymać się schematu – najpierw ustawić opcje domyślne (Settings->Project Options), zwracając główną uwagę na czas trwania pokazu zdjęcia jak i czas przejścia (zbyt szybkie przejście będzie… brzydkie). Następnie pozostaje przeciągnąć zdjęcia na okno programu i dokonać ew. ręcznych poprawek, lub od razu skorzystać z zakładki ‘Render Video’.

    Korekta zdjęcia

    A teraz najważniejsze – jak program zainstalować. Jak na razie, gotowe binaria można pobrać ze strony projektu – są przygotowane praktycznie dla większości dystrybucji (Ubuntu, Fedora, Arch, OpenSuse – deb/rpm/xz), a nawet i Windowsa (exe). Odnajdujemy tam swoją dystrybucję, wersję (paczki dla Ubuntu dostępne są dla wydań 10.10, 11.04, 11.10) i pobieramy. I teraz uwaga. Użytkownicy co najmniej Ubuntu muszą aktywować, jeśli tego nie zrobili, repozytoria Medibuntu (wg. opisu znajdującego się pod linkiem). W podanym repozytorium znajdują się biblioteki i programy multimedialne, które ze względów licencyjnych nie mogły zostać bezpośrednio dołączone do głównego wydania dystrybucji. Użytkownicy Minta repozytoria mają domyślnie dodane do systemu (dla wydania Lisa 12 trzeba ściągnąć paczkę dla wersji Ubuntu 11.10, itp). Po aktywowaniu repozytorium, instalujemy ściągnięty program (dwuklik lub dpkg – w zależności od upodobania). Po zainstalowaniu, ikonkę uruchamiającą program odnajdziemy w menu.

    AfterShot Pro

    10 stycznia 2012

    Bibble 5 Pro był programem, którego potencjał i możliwości doceniło wielu użytkowników wywołujących za jego pomocą swoje cyfrowe zdjęcia w formacie RAW. Był również jednym z nielicznym płatnych programów wydawanych w wersji dla Linuksa. Był, gdyż według ostatnich doniesień, producent Bibble Pro (BibbleLabs) zostało wykupione przez Corela. I gdy zaraz po tej informacji wielu postawiło krzyżyk na linuksowym wydaniu tego programu, okazało się, że w ofercie Corela pojawił się AfterShot Pro, który łudząco jest podobny do Bibble Pro. I na dodatek oprócz platformy Windows/Mac, ku miłemu zaskoczeniu jest też dostępny w wersji dla Linuksa. Nic nie wróżyło takiej nieoczekiwanej zamiany miejsc, ale fani tego oprogramowania mogą póki co odetchnąć z ulgą. Program według obecnego kursu dolara kosztuje w przeliczeniu na złotówki około 379.00 zł i jest do kupienia w wersji box i elektronicznej prosto ze strony Corela.

    Czym się różni AfterShot od Bibble Pro? Na pierwszy rzut oka – tylko drobnym retuszem interfejsu, oczywiście na plus. Cała reszta to najnowsze Bibble Pro 5.2.3 – ale już pod nową nazwą.

    BibblePro

    AfterShot Pro

    Zapach Cinnamonu o poranku

    9 stycznia 2012

    Uwielbiam cinnamo… cynna…. cynamon. I zapewne Wy też polubicie, gdy zapoznacie się bliżej z tym, w co przeobraża się Linux Mint 12. A nawet będziecie głośno wszem i wobec mówić o dystrybucji, która przerosła swego mistrza. Bo o ile twórcy Ubuntu (na którym bazuje Mint), uczynili z szerokiej rzeszy odbiorców tabun doświadczalnych królików podsuwając im do testowania interfejs rodem z TV (Unity), o tyle twórcy Minta próbują okiełznać nowe technologie (GNOME 3, GTK3, GNOME-Shell) i uczynić z nich pulpit dla zwykłego odbiorcy. Który nie będzie musiał z dnia na dzień zmieniać o 180 stopni swoich przyzwyczajeń, a jednocześnie przekroczy pewien próg doznań estetycznych – których na pewno dostarcza GTK3 i cała reszta.

    A rozchodzi się w tym przydługim wstępie o kolejną próbę ułagodzenia wstrząsów dziejowych, jakie targają pulpitami linuksowymi. O ile KDE, XFCE i LXDE można przyjąć za środowiska w miarę zachowawcze, o tyle GNOME 3 i Unity wyglądają jak wyglądają i cała nadzieja w projektach typu Cinnamon, że damy radę jeszcze przez jakiś czas ‘normalnie’ używać naszych pecetów.

    Mint 12 i Cinnamon, czyli tyle zachodu o zwykły pulpit

    Osoby obserwujące rozwój Minta, na pewno zauważyły wprowadzenie w wersji Mint 12 wtyczki MGSE jak i projektu MATE. Wtyczka miała ‘uczłowieczyć’ GNOME 3 z jego GNOME-Shell, natomiast projekt MATE miał uczynić GNOME 2 nieśmiertelnym. Koniec końców, twórcy Minta stwierdzili, że najlepiej (chyba) będzie połączyć oba projekty w jedno. I tak narodził się Cinnamon. Niesie on ze sobą ambicję konfigurowalnego środowiska rodem z GNOME 2, oraz ‘błysku’ nowoczesności wprost z GNOME 3.

    Jak na nowy projekt, Cinnamon prezentuje się już całkiem przyzwoicie: jeden panel (z zapowiedzią jego konfiguracji w przyszłości), ciekawe menu (rozwinięcie mintMenu), launcher (z możliwością dodawania, usuwania aktywatorów), lista okien, systemowy zasobnik (po staremu), konfigurowalny plugin do dźwięku, energii, kalendarza, przełącznik pulpitów. Czyli tak jakby po staremu, a jednak w nowej oprawie. Nadal mamy do dyspozycji pożyteczny gest ‘w lewy góry róg’, który wyświetli nam uporządkowane okna, oraz umożliwi rozmieszczenie ich na pulpitach. Ciekawostką jest wprowadzenie na tym ekranie zakładki ‘Themes’ – co na razie pozwala na szybką zmianę tematu graficznego, a zapowiada na przyszłość jakiś usystematyzowany sposób zarządzania ustawieniami pulpitu/systemu.

    Cinnamon i GNOME-Shell, nowocześnie w starym stylu


    Wydawać by się mogło, że tylko tyle – ale to aż tyle i współpracuje się z Cinnamonem bardzo przyjemnie. Oczywiście na obecnym etapie jego rozwoju nie można powiedzieć, że jest super wygodnie i w pełni w pod kontrolą. Wiele rzeczy, które zlikwidowało GNOME 3 (dodawanie pluginów do panela? Edycja sesji? Programy startowe?, itp), pojawi się pewnie dopiero za jakiś czas. Niecierpliwi mogą zadawać pytania typu: ‘Po tworzyć kolejne środowisko, zamiast wesprzeć istniejące!?’. Otóż jak twierdzą developerzy Minta, nikt z ekipy GNOME ani Unity nie był zainteresowany ich pomysłami – innymi słowy, tamte środowiska postanowiły spalić za sobą wszystkie stary mosty.

    Tak czy owak, warto spróbować, szczególnie, ze posiadając Minta nie trzeba robić jakiejś rewolucji by zainstalować Cinnamon (obecnie w wersji 1.1.3). Środowisko (sesja?) znajduje się w repozytoriach Minta i instalacja sprowadza się do:

    sudo apt-get install cinnamon cinnamon-session

    Następnie po wylogowaniu, logujemy się ponownie wybierając tym razem jako sesję właśnie nasz cynamonowy pulpit (dziwnie zielony). I to wszystko.

    Pokochać Launchera

    8 stycznia 2012

    Konfiguracja zachowań launchera

    Jakby na tę sprawę nie spojrzeć, Ubuntu z Unity i nowym paskiem po lewej stronie wywołuje skrajne emocje. Jedni za takie rozwiązanie daliby się już poćwiartować, tak im przypadło do gustu, innych z kolei launcher doprowadza do szewskiej pasji i bezgłośnych obelg rzucanych na wszystkie strony. Wśród wielu argumentów pojawia się przede wszystkim ten, że launcher może by się i sprawdzał w codziennej pracy, gdyby był choć trochę konfigurowalny (tak po prostu, bez żadnej magii w terminalu). Szczególnie poszkodowani poczuli się użytkownicy kilku monitorów, z którymi Unity współpracuje, nazwijmy to, nieciekawie.

    W częściowej odpowiedzi na powyższe, ekipa z Canonical odpowiedzialna za wystrój i działanie Unity, ogłosiła na swojej stronie projekt LauncherReveal. Po ściągnięciu programu, jego rozpakowaniu i uruchomieniu (rozpakujemy do katalogu, udajemy się doń i uruchamiamy LauncherReveal), okazuje się, że to prosty symulator zachowań paska w zależności od kilku parametrów na które w końcu możemy mieć wpływ:

    Launcher reveal: push for 100 ms
    Po jakim czasie po osiągnięciu przez kursor lewej krawędzi ekranu ma się pojawić pasek. Im mniejsza wartość, tym pasek będzie bardziej responsywny.

    Pass display edge: push for 150 ms
    Gdy wyświetli się pasek, ten parametr zapobiega przesunięciu kursora na sąsiadujący ekran (blokada przez określoną ilość czasu).

    Event sampling period: 50 ms
    Czas określający długość interwałów próbkowania nacisku na lewą krawędź. Każda próbka przez określony czas zbiera informacje o ruchu kursora i na jego podstawie określa, czy pasek ma się pojawić, czy nie. W przełożeniu na normalny język – im czas krótszy, tym trudniej wywołać pasek.

    Cursor travels freely after crossing display edges for 1000ms
    Podczas przekraczania granicy ekranów (z monitora na monitor), czas bezkarności pozwalający na manipulacje przy lewej/prawej krawędzi bez wywoływania paska.

    Cursor travels freely at velocities over 1000000 pixels/sec
    Pozwala określić prędkość kursora w px/s, poniżej której przesuwanie kursora z jednego ekranu na drugi uruchamia wariant odkrycia paska. Im niższa wartość, tym dokładniej trzeba celować w lewą krawędź by pasek się pojawił.

    Hold cursor at right edge of displays (true)
    Przytrzymuje kursor po prawej stronie ekranu.

    Show Launcher proximity shadow (true)
    Zbliżanie kursora do lewej krawędzi ekranu sygnalizowane jest pojawianiem się tam cienia (możliwość pojawienia się paska).

    Jak widać, opcje w większości dotyczą wygody użytkowników konfiguracji multi-monitorowej. Całość służy do zebrania informacji, przy jakich ustawieniach i parametrach praca z paskiem Unity daje użytkownikom najwięcej radości. Nie wiem też czy menu z tymi parametrami znajdziemy w finalnym wydaniu Ubuntu 12.04. Wydawałoby się to logicznym posunięciem – dać możliwość dostosowania interfejsu do swoich potrzeb. Jednak w dobie minimalizowania ilości informacji z jaką musi się zmagać użytkownik… Odczucia i ew. pomysły po przetestowaniu tego prototypu można zgłaszać w komentarzach na stronie projektu.

    Co do samego Launchera, to poza jego niewątpliwym urokiem, dużemu zaangażowaniu twórców i wizji przyświecającej temu rozwiązaniu, brakuje mi w nim dwóch rzeczy. Szybszego znikania paska, gdy zjadę z niego kursorem oraz… Braku wdrożenia najsensowniejszego rozwiązania rodem z GNOME-Shell i wyzwalania launchera po wjechaniu w lewy góry róg ekranu. Odpadłaby wtedy cała masa dziwnych i pokrętnych parametrów jak te opisane powyżej.

    Gigabajty dla zuchwałych

    29 grudnia 2011

    Podczas formatowania partycji ext3/ext4 w Linuksie, system domyślnie rezerwuje sobie 5% z rozmiaru partycji na swoje specyficzne potrzeby. Np. po to, żeby procesy systemowe działały poprawnie pomimo przepełnienia dysku. Nie da się zaprzeczyć, że to pożyteczna cecha. Lecz w większości przypadków procesy korzystają z partycji / (root), zatem co z zarezerwowanym miejscem na, powiedzmy, partycji /home, tudzież innej służącej za magazyn plików? Cóż, rzeczone 5% pojemności partycji najzupełniej i bezwstydnie się marnuje. W czasach gdy wszyscy mamy już spore dyski, okazuje się, że posiadając partycję 500GB oddajemy w depozyt równiutkie 25GB pojemności. Dla niektórych 25GB wystarcza akurat na upchnięcie w nich 1500 – 2000 zdjęć RAW, na które już nigdzie nie ma miejsca. Lub 6 – 8 obrazów DVD ciekawych dystrybucji. Czy też innych arcyważnych rzeczy.

    W takich chwilach warto przeprosić się z konsolą i programem tune2fs. Przy jego pomocy bowiem można zmniejszyć ilość wydzielonego miejsca na partycji i odzyskać swoje gigabajty. Wystarczy poinstruować polecenie odpowiednim parametrem…

    sudo tune2fs -m 1 /dev/sda6

    … i już na partycji /dev/sda6 zmniejszyliśmy ilość zarezerwowanej pojemności z 5% do 1%. Ów 1% uzyskaliśmy podając ’1′ jako parametr dla opcji ‘-m’. Nie ma przesłanek, aby nie podać np. 0, 0.5 lub 2. W ten sposób można potraktować każdą partycję (ext3/ext4) na której chcemy zluzować nieco zasobów. Partycje do tej operacji znajdziemy za pomocą (między innymi):

    sudo df -h

    (lub ‘sudo fdisk -l’ w celu odnalezienia tych niezamontowanych). Warto wydać to polecenie przed i po wykonaniu tune2fs – w celu sprawdzenia, ile i czy faktycznie zyskaliśmy miejsca (kolumny po nazwie: rozmiar, użyte, dostępne). Taka operacja jest bezpieczna – można dokonywać jej na zamontowanym systemie plików, jak też zawierającym jakieś dane. Nic nie stoi na przeszkodzie, by dla bezpieczeństwa wcześniej odmontować wybraną partycję, ale jak do tej pory nie odnotowano plików, które padłyby ofiarą takich machinacji.

    Ciosy specjalne Xfwm

    29 grudnia 2011

    Wiele osób próbujących przekonać się do Xfce (w miejsce Unity/GNOME-Shell) może nie dostrzec w początkowej fazie przygody, jakie miłe i pożyteczne udogodnienia posiada to środowisko. Choćby taki niepozorny Xfwm, będący składową Xfce i zajmujący się wyświetlaniem i obsługą okien. Czy wiecie, że:

    - alt + prawy przycisk myszy zmienia rozmiary okna,
    - alt + lewy przycisk myszy przenosi okno,
    - środkowy przycisk myszy wduszony na krawędzi okna umożliwia jego przenoszenie,
    - środkowy przycisk na ikonie maksymalizacji okna maksymalizuje tylko wysokość okna,
    - prawy przycisk na ikonie maksymalizacji okna maksymalizuje tylko szerokość okna,
    - alt + rolka na belce okna zmniejsza/zwiększa przeźroczystość okna,
    - rolka na belce okna zwija/rozwija okno

    Niby proste i oczywiste rzeczy, a szczególnie dwie pierwsze funkcjonalności mnie wciąż cieszą i ułatwiają życie.

    Cryptkeeper i nie dowie się nikt

    19 grudnia 2011

    Szyfrowanie danych w Linuksie posiada wieloletnią tradycję. Szyfruje się wszystko – od haseł począwszy, a na partycjach skończywszy. Niestety, teoretyczna strona tych rozwiązań szczerzy zęby w uśmiechu z głębi tekstowej konsoli, stąd też dla wielu użytkowników temat jest nieistniejący. To spore niedopatrzenie, bo o ile czyni się kroki ułatwiające szyfrowanie całej partycji czy katalogu domowego, to o tyle wybiórcze szyfrowanie jest… Mało przekonywujące w użytku codziennym.

    Rzeczywistość niekiedy rzuca nam w twarz trywialne i zdawkowe żądaniach, np. ‘Jak zabezpieczyć katalog hasłem?‘. Wydawałoby się, że jak to jak – kliknąć prawym przyciskiem, wybrać ‘zabezpiecz hasłem’ i już. O naiwności (przynajmniej w dystrybucjach opartych o standardy rodem z GNOME). Pierwszym krokiem jest uświadomienie sobie, że mechanizm zabezpieczania plików/katalogu tak naprawdę dla swej skuteczności musi opierać się o szyfrowanie. Jednak szczęśliwym zbiegiem okoliczności będzie obecność w menu pod prawym przyciskiem opcji ‘Szyfruj’. A i tak bez prywatnych kluczy GPG próba szyfrowania zakończy się konsternacją. Obeznany z fachowymi terminami użytkownik będzie parł dalej i gdy nawet uda mu się wygenerować klucze, zaszyfruje swoje dane i… Okaże się, że korzystanie z nich w formie zwykłego dostępu z poziomu menadżera plików jest uciążliwe. Jak zatem szyfrować?

    Cryptkeeper i jego kilka opcji

    Jak zatem szyfrować? Okazuje się, że programem który powyższe zadanie ogarnia w cywilizowany sposób jest leciwy Cryptkeeper. Ta aplikacja poza minusami, posiada dwa podstawowe plusy – jest w repozytoriach, dwoma kliknięciami pozwala dotrzeć do zaszyfrowanego katalogu oraz dokonać w nim zmian (kopiowanie, usuwanie, itp). To nawet trzy plusy.

    Zainstalowanego Cryptkeepera należy uruchomić (Narzędzia systemowe), co objawi się nową ikonką w zasobniku na panelu (niestety, nie do końca przewidywalne są zachowania Unity oraz GNOME-Shell). Klikamy lewym przyciskiem, odnajdujemy opcję ‘Nowy zaszyfrowany katalog‘ i musimy tylko wybrać/stworzyć folder, który będzie pełnił zadanie naszej tajnej skrzynki zakopanej w czeluściach komputera (a konkretnie w ~/.nazwa_katalogu_encfs). Po potwierdzeniu hasła otworzy się nam okno (Nautilus) z zawartością szyfrowanego położenia – obsługujemy je jak zwykły katalog, z tą różnicą, że po skończeniu umieszczania tam danych, należy ponownie kliknąć lewym przyciskiem na ikonce Cryptkeepera i odznaczyć (odmontować) katalog. Zniknie on z systemu i pozostanie ukryty oraz zaszyfrowany aż do ponownego jego wyboru (zamontowania) z menu Cryptkeepera.

    Jak to wszystko wygląda od kuchni? Cryptkeeper korzysta z EncFS oraz domyślnie Nautilusa podanego w opcjach (prawy przycisk na ikonce) – nic nie stoi na przeszkodzi, by wywoływać np. Thunara. Katalog szyfrowany znajduje się w lokalizacji ~/.katalog_encfs. A zainstalować go możemy zwyczajnie (Debian i Ubuntu), z repozytorium:

    sudo apt-get install cryptkeeper

    I ktoś tu na początku narzekał, że szyfrowanie na desktopie jest dla ludzi z zacięciem…