przystajnik

Monthly Archives: Marzec 2011

24 godziny po premierze

Internet Explorer 9 okazał się niebywałym sukcesem (marketingowym) Microsoftu. Wg. danych, w ciągu pierwszych 24 godzin od premiery pobrało go 2.3 miliona użytkowników. Jak na tle tych statystyk wypada wydany wczoraj Firefox 4?

Wypada tak, że w przeciągu tego samego czasu co IE9, Firefoksa 4 pobrało 6.96 miliona użytkowników. Zresztą, uaktualniane na bieżąco statystki można obserwować na tej stronie. I to są tylko pobrania bezpośrednio ze strony z binarką, ile ściągnięć dokonano z dedykowanych repozytoriów linuksowych – nie wiadomo.

Ot, taka mściwa satysfakcja…

Firefox 4.0

Cóż za napięcie – niepewność do ostatniej chwili… Ale jednak udało się, właśnie na świat została wypuszczona nowa rasa ognistego liska (pandy?) z numerem startowym 4. Ściągnąć można binarki dostępne standardowo na stronie http://firefox.mozilla-europe.org/pl/, lub skorzystać z repozytoriów PPA:

add-apt-repository ppa:mozillateam/firefox-stable
apt-get update
apt-get upgrade

Gdyby komuś się ckliwie zrobiło wobec faktu braku komunikacji z programem w języku ojczystym, odpowiedni plik językowy można zainstalować klikając nań pod adresem: http://releases.mozilla.org/pub/mozilla.org/firefox/releases/4.0/linux-x86_64/xpi/ (pl.xpi).

Zmian jest tak wiele, że najlepiej zapoznać się ze stroną która te zmiany opiewa w sposób składny i ułożony. A przed nami cała masa testów sprawdzających kondycję nowego Firefoksa…

Lód i kosodrzewina

24 października 2010 roku. Czas pięknej jesieni podsyca zapał dwóch narwańców, którzy postanawiają dać upust drzemiącej w nich energii. Ponieważ jeden z tych narwańców (ja) drugiego narwańca (w tej roli kolega Bartek) poprzednio ciągał przez dwa dni w błocie i deszczu przez ‚swoje’ Beskidy Niskie, teraz decydujemy się na tereny bliższe koledze Bartkowi. Mamy do wyboru jakieś pagóry Beskidu Śląskiego, ale w poszukiwaniu wysokości trafiamy palcem na mapie w punkt o nazwie Babia Góra (1725 m.n.p.m) w Beskidzie Żywieckim. Znacie? Na pewno. Zwykle ta góra jest mocno oblegana, ale 24 październik to już tak trochę poza głównym sezonem turystycznym, więc jesteśmy przepełnieni nadzieją, że ominiemy kolejki na szczyt.

Panie i Panowie pozwolą - Babia Góra

Jeżeli ktoś nie orientuje się w tamtych terenach – na zdjęciu powyżej na trzecim planie ośnieżony szczyt to rzeczona Babia Góra. By być oryginalnymi postanowiliśmy zrobić sporą pętlę by tam się wdrapać i omijając ‚tradycyjny’ szlak z Markowych Szczawin, mamy w odwodzie trasy (w tych rejonie też oklepane) przez Jałowieckie Siodło, Małą Babią Górę albo Mosorny Groń, Kiczorkę, Krowiarki (wyjście Percią Akademików roztropnie odrzucamy z marszu, bo przewidujemy w górze śnieg, poza tym do żadnej dłuższej trasy na dwa dni nam ta Perć nie pasowała). Zwycięża koncepcja druga i z samego rana zapakowani w samochód tniemy na skróty przez autostradę (eh, nawigacje) w stronę Zawoi. W samej Zawoi przez jej metropolitarne zapędy gubimy się i mijamy miejsce gdzie się zaczyna szlak na Mosorny, orientując się dopiero na podjeździe pod Krowiarki. W efekcie mamy jakąś godzinkę opóźnienia – jak się okaże pod koniec dnia, godzina która mogła być decydująca. Koniec końców – garby na plecy i w drogę.

Tyle śniegu to nie śnieg

Cóż tu wiele rozpisywać się nt. urokliwych okoliczności przyrody. Pogoda była niczego sobie i tylko nieco wiało pesymizmem w miejscach gdzie mieliśmy widok na samą Babią Górę – chmury, chmury i ciemność. Co też tam się musiało dziać…

Co jakiś czas widać szczyt

Przepełnieni wiarą brniemy dalej w śniegu do łydek i błocie po kostki. Robimy sobie na Krowiarkach popas, z zaciekawieniem obserwując mijające nas osoby maszerujące na zbocze wiodące w kierunku Sokolicy (1367 m.n.p.m). Wszak do zachodu słońca jeszcze trochę zostało, na pewno zdążymy na pełne ekspresji przedstawienie na szczycie Babiej.

Widoczek z Sokolicy

Po wejściu na Sokolicę i wejściu w kosodrzewinę zaczyna się… Śniegu może mniej niż w lesie, ale za to – idealnie wyszlifowany kilkoma setkami butów. Taka cena popularności trasy. Na szczęście trasa grzbietem w stronę Kępy (1530 m.n.p.m) jest o dość łagodnym nachyleniu i tylko dzięki temu udaje się nam brnąć do przodu tylko lekko zjeżdżając do tyłu. Co zaskakujące, im bliżej szczytu jesteśmy, tym mniej słońca i robi się bardziej szaro.

Rzut okiem z Sokolicy na Babią Górę

A za plecami...

Jedyne co nas pociesza, to to, że nie nikt nas nie wyprzedza – zatem mamy dobre tempo, lub (jak się potem okazało) już nikt za nami nie idzie. Nie zwalniamy zatem morderczego marszu nawet gdy kuszą widoki na Tatry, zanikające pod zwałami wieczornych chmur.

Tatry w oddali

Po wyjściu spomiędzy kosodrzewiny na nagie skały oprócz braku kijków asekurujących choć trochę na ślizgawicy, we znaki zaczyna się dawać huraganowy atak wiatru. Picie zaczyna zamarzać w butelce. Batonik będący substytutem energetycznego zastrzyku kalorii nie da się ugryźć. Ale szczyt jest już na wyciągnięcie ręki, tuż tuż…

Księżycowy krajobraz Babiej Góry

Wypatrując miejsca na stopy w oblodzonych skałach, niemal uderzamy głowami o murek na szczycie Babiej Góry. A to niespodzianka. Nici z zachodu słońca. Nici ze wschodu księżyca. Zbudowany przezornie murek oporowy daje na chwilę ukojenie przed napierającą lodową wichurą. Po chwili na szczyt dociera ekipa harcerzy podchodząca Percią Akademików – nawet nie chcę myśleć, jak oni w tej ślizgawicy wychodzili. Po krótkiej pogawędce którą przyśpiesza zapadający zmrok, odchodzimy w ciemność – oni w kierunku Krowiarek, my w stronę schroniska na Markowych Szczawinach. Oczywiście nie decydujemy się na zejście oblodzoną Percią. Rozświetlamy mrok czołówkami i rozpoczynamy ostatni etap naszego spóźniania się na wszystko. I jeżeli na początku podchodzenia na Babią wspominałem, że na grzbiecie było ślisko, to to co zastaliśmy na szlaku w stronę Markowych to była gehenna pieszego marudera. Sytuację ratowała kosodrzewina, której kurczowo się obłapialiśmy, żeby pokonać trasę do przełęczy Brona. Cóż z tej kosodrzewiny jednak, skoro ręce się jej trzymały lecz nogi we własnym szalonym pędzie same jechały przed siebie. Okolicę wypełnił smród palonych Vibramów. Nie muszę chyba dodawać, jakie opóźnienie wygenerowało to wolne zsuwanie się po skałach. Do schroniska dotarliśmy dobrze po godzinie 19stej, jednak całe szczęście w nieszczęściu – zdążyliśmy przed zamknięciem o 20stej bufetu. Chwila snu wśród strategów rozwoju harcerstwa debatujących nad naszymi głowami przez całą noc i rano byliśmy gotowi do kontynuowania ataku szczytowego (wyjście na Cyl). Jednak pomni tego co przeżyliśmy dzień wcześniej i wobec dalszego i postępującego braku sprzętu przeciwdziałającemu ślizganiu się po skałach, zarządziliśmy odwrót z Markowych Szczawin na dół do samochodu. Gdy tak dreptaliśmy wśród cudnej jesieni w niczym nie przypominającej koła podbiegunowego na szczycie, co jakiś czas rzucając okiem na Babią przekonywaliśmy się o słuszności decyzji.

Z Babiej widoków brak

Wobec zwałów chmur widoczność pewnie i tak byłaby zerowa. A tymczasem wokół kwitła sielanka.

A wkoło sielanka

Nowe doświadczenie nauczyło jednego – nie spóźniać się nawet o godzinę na szlak. Uf, musiałem rozliczyć się z przeszłością 🙂

Wespół w zespół

Jak policzyli ludzie w tym biegli, na Debianie opiera się niemal 300 dystrybucji. Ekipy tworzące te dystrybucje wkładają niemało energii i czasu w tworzenie poprawek, dedykowanych narzędzi, ciekawych rozwiązań funkcjonalności, powiększaniu bazy programów. Chciałoby się powiedzieć – ku chwale dystrybucji i Debiana. Niestety prawda jest taka, że wszystkie prace są ukierunkowane tylko i wyłącznie w konkretną dystrybucję, a Debian korzysta na tym niewiele, lub wręcz nic (a sam z siebie daje wszystko). Dlatego nie można się dziwić pojawiającym się co jakiś czas głosom nt. ‚samolubności’ developerów (znający sprawę wiedzą, że chodzi o developerów Ubuntu).

I tu z ratunkiem przybywa projekt DEX, który ma upłynnić proces przekazywania osiągnięć między dystrybucjami. Ogłaszając na swoim blogu ten projekt, Mat Zimmerman (Ubuntu CTO) jest przekonany o przełomie jaki może się dokonać za sprawą tej inicjatywy.

Czym jest DEX? Uzupełnieniem luki między dystrybucjami – czyli braku współpracy (lub jej szczątkowej formy). Za pomocą tej platformy możliwe będzie łatwiejsze i szybsze przekazywanie dystrybucji źródłowej (Debian) poprawek, udoskonaleń, programów i rozwiązań dokonywanych w dystrybucjach bazujących. Chyba nie muszę dodawać, ile to może wnieść dobrego dla wszystkich projektów opartych o Debiana – choćby dla ich bazy programów. Być może skończą się dylematy typu ‚jaką dystrybucję wybrać, żeby była dostępna paczka takiego a takiego programu’.

Imagination 3.0

Pomimo ogłoszenia w zeszłym roku zaprzestania prac nad rozwojem Imagination (narzędzie do montowania pokazu slajdów), projekt ma się całkiem nieźle. Właśnie wydano wersję 3.0, gdzie oprócz poprawek błędów z nowych rzeczy odnajdziemy:

* wsparcie dla HD,
* animowane ikony efektów przejść,
* dodany obrys fontów,
* poprawiona obsługa błędów (image not found),
* domyślne rozszerzenie dla projektów Imagination,

Lista zmian może nie powalająca, ale głównie za sprawą HD i wielu poprawek warto odświeżyć program na dysku – jeżeli ktoś używa. A jeżeli używa, to druga cześć news’a jest taka, że dorzuciłem Imagination do swojego repozytorium. Instalacja wg. ogólnie przyjętych standardów – albo za sprawą graficznego instalatora i dodania repozytorium, lub w konsoli. Jeśli ktoś jeszcze nie miał okazji:

sudo add-apt-repository ppa:dhor/myway
sudo apt-get get update
sudo apt-get install imagination

UWAGA – jeżeli ktoś instalował wcześniej wersję programu podzieloną na imagination i imagination-common, należy je usunąć przed instalowaniem mojej wersji. Minimalistycznie upchnąłem całość w jedną paczkę, która zastępuje imagination, ale imagination-common już nie (inaczej skończymy z komunikatem, że instalator próbuje nadpisać plik istniejący w imagination-common).

Imagination

Imagination podczas pracy

Linux, edytory online i twój pulpit

Aplikacje online można lubić lub też nie, ale nie można im jednego odmówić – często robią dobrze to, do czego zostały stworzone. Choć brakuje im czasem opcji które znajdziemy w samodzielnych aplikacjach, nadrabiają ten faktem samym swoim istnieniem. O ile to istnienie jest ważne można przekonać się podczas przeglądania natywnych aplikacji linuksowych do edycji grafiki rastrowej.

Z samodzielnych na myśl przychodzi GIMP (którego jedni uwielbiają, inni mniej), Pinta (która jest w powijakach i w Mono), MyPaint (który jest ukierunkowany w stronę malarzy), Cinepaint (który jest, jakby go nie było) i pewnie wiele, wiele mniejszych projektów, które albo były/są wprawką do poważniejszego programowania. A które łączą te same braki – brak filtrów, brak warstw, itp.

Z aplikacji online z kolei możemy pobawić się w edycję obrazu przy pomocy Sumo Paint, Pixlr, SplashUp, Picnik, FotoFlexer i długo by jeszcze wymieniać. Programy, które bez ceregieli z marszu obsługują warstwy, efekty, filtry i wiele różnych ciekawych opcji. Często wręcz stworzone dla osób poszukujących aplikacji przypominających standardy wyznaczone przez Photoshopa. Niestety, zdarza się, że aby skorzystać z programu, należy się rejestrować na jego stronie. Zdarza się też, że programy obsługują obrazy do konkretnej rozdzielczości. Coś za coś jednak, bo w świetle swojej uniwersalności stanowią one świetne narzędzia dla zagubionego w aplikacjach linuksowych świeżego konwertyty.

Ale programy w oknie przeglądarki? To takie… Nieprofesjonalne.

I w ten sposób docieramy do udogodnienia które udostępnili nam twórcy przeglądarek. Mianowicie możliwość włączenia aplikacji online do systemu na wzór programów natywnych. Brzmi może zbyt górnolotnie, bo pomysł sprowadza się do stworzenia na pulpicie lub w menu systemowym skrótu (aktywatora) do naszego zewnętrznego programu. Aktywator otwiera aplikację bez dodatkowych pasków i przycisków z przeglądarki, przez co wszystko wygląda jak samodzielny program. Taki manewr umożliwia nam co najmniej Firefox i Chromium. Firefox za pomocą wtyczki Prism – lub samodzielnej aplikacji Prism, Chromium przy pomocy ‚Menu->Narzędzia->Utwórz skrót do aplikacji‚. Taka ‚lokalna aplikacja online’ to jednak nadal program który do uruchomienia wymaga internetu, gdyż nie jest instalowany na dysku jako samodzielna wersja.

Sumo Paint

Jak już wspomniałem, najprostszą drogę do takiego wygodnego korzystania z tego typu programów mają użytkownicy przeglądarki Chromium. Z kolei użytkownicy Firefoksa do wersji 3.6 (włącznie) mogą zastosować wtyczkę Prism, a użytkownicy Firefoksa 4.0 beta będą musieli wspomóc się zewnętrzną aplikacją Prism. Lecz niestety, po raz kolejny okazuje się, że Debian jest zbyt poważny na to, by w łatwy sposób znaleźć paczkę dla niego (niestety). W Ubuntu zainstalować Prism można po prostu z repozytorium:

sudo apt-get install prism

Następnie należy uruchomić ten program, podać link do aplikacji online (UWAGA, link do aplikacji, nie samej strony z nią – czyli dla Sumo Paint to będzie link pt. http://www.sumopaint.com/app/), nadać mu nazwę, zaznaczyć opcję ‚skrót na pulpicie’ i gotowe.

Picnik

Picnik - nie tylko malowanie a i edycja zdjęć

Tym oto sposobem stajemy się użytkownikami co najmniej kilku całkiem rzeczowych i z ciekawymi opcjami edytorów grafiki rastrowej. Do domowych zastosowań jak znalazł.

Taki sam proceder możemy uskutecznić wobec wszystkich aplikacji, stron, czy innych treści osadzonych w internecie, a do których chcielibyśmy mieć szybki dostęp bez udziału przeglądarki.

Pluskwy na dysku

Obecnie w dobrym tonie leży posiadanie świadomości o zagrożeniach czyhających w odmętach coraz to bardziej skomercjalizowanego internetu. „Tak, wiem, wirusy – ale ja używam Linuksa” – zapewne wielu w taki sposób wytłumaczy przed sobą swoje złudne poczucie bezpieczeństwa. Jednak pomimo użytkowania systemu dla którego wirusy to ciekawostka folklorystyczna, nie można zamknąć oczu i przeć naprzód przez najeżone pułapkami tereny łowieckie kapitalistycznych naganiaczy. Tak, proszę państwa, to jest wojna.

Jednym z aspektów dybania na naszą własność jest szpiegowanie naszych zachowań podczas korzystania z internetu. Nie chodzi bynajmniej o to, czy zwiedzając strony popijamy kawę czy piwo – ale co zwiedzamy, gdzie, czego szukamy w internecie, itp. Tak powstały obraz naszych zainteresowań i ulubionych tematów służy służbom marketingowym do generowania coraz to bardziej podchwytliwych i wycelowanych w nasze gusta reklam (między innymi). Nawet nie wiecie, jakim dochodowym interesem jest też handel danymi o was.

Skąd się bierze ta wiedza na nasz temat? Wszystko za sprawą ‚tracking cookies‚, czyli pluskiew instalowanych na naszych komputerach za pomocą przeglądarek i odwiedzanych stron. Czy można się przed tym bronić? Oczywiście, przeglądarki wyposażone obecnie w tryb ‚Private Browsing’ ograniczają ten niecny proceder, lecz jest to rozwiązanie doraźne. Można również ograniczyć czas przechowywania plików cookies na dysku, jednak cierpi na tym wygoda korzystania z niektórych stron. Jak też, nie wszystkie cookies są złośliwe – jak zatem odsiać te dobre od tych złych?

Takim sitem jest właśnie chyba jeden z pierwszych dostępnych dla Linuksa skanerów plików cookies. Program zwie się Nixory i robi dokładnie to co napisałem – sprawdza, czy nie gnębią nas pluskwy. Obsługuje on przeglądarki Firefox oraz Chrome (a także Internet Explorer na wiodącym systemie), działa na Linuksie, Windowsie i MacOSX. Posiada opcję skanowania zapisanych na dysku cookies, jak też funkcję aktywnej ochrony śledzącej na bieżąco (ikonka w tray’u) czy coś próbuje się wedrzeć na nasz dysk.

Nixory

Pluskiew nie stwierdzono

Programik można pobrać ze strony projektu – ponieważ jest napisany w Pythonie, dla Linuksa ściągamy paczkę ze źródłami (Source), rozpakowujemy (np. do katalogu ~/Programy/), i… Musimy poprawić parę drobnych mankamentów, na które nie zwrócił uwagi twórca programu (przynajmniej w obecnych wersjach).

Otóż po udaniu się do katalogu ze źródłami należy otworzyć do edycji pliki nixory.py i activeshield.py. U samej góry zamieniamy linijkę:

#! /usr/local/bin/python

na

#! /usr/bin/python

Do edycji polecam Gedit, bo wtedy za jednym zamachem rozwiązujemy drugi problem. Przy zapisywaniu plików wybieramy opcję ‚Zapisz jako’ i zwracamy uwagę na pozycję ‚Koniec wiersza: Windows’. Musimy zmienić ją zmienić na UNIX/Linux. Teraz pozostaje odpalić program (dwuklik na nixory.py).

W głównym oknie programu z podstawowych opcji mamy uruchomienie rezydentnej ochrony w tray’u (‚Active shield‚) oraz przeskanowanie naszych lokalnych zasobów cookies (‚Scan now‚). Program sam wykryje profil co najmniej Firefoksa, jeżeli jednak ktoś używa Chromium/Chrome, prawdopodobnie będzie musiał udać się w kierunku ‚Options->Preferences‚ i jeżeli nasz profil nie widnieje w kolumnie ‚Profil name‚ – dodajemy nowy (‚Add new‚). Musimy wskazać plik z cookies, który w przypadku Chromium znajduje się w ~/.config/chromium/Default/Cookies (w wbieraczce plików skrót ctrl+h pokaże nam pliki/katalogi ukryte). Zatwierdzamy całość (‚Apply‚) i w głównym oknie wybieramy ‚Scan now‚, by podejrzeć, co na dysku piszczy. Po skanowaniu przy użyciu opcji ‚Clean‚ będziemy mogli wybrać, które ze znalezionych szpiegujących cookies usunąć. Takimi oto partyzanckimi sposobami można przywołać do porządku nasze przeglądarki internetowe.

Tracking cookies może nie zagrażają naszym komputerom i danym w takim stopniu jak wirusy, trojany czy kwalifikowane oprogramowanie szpiegowskie, jednak chyba nikt nie lubi drzazgi tkwiącej w palcu. Nixory pozwala w wygodny sposób uporządkować niechcianą komunikację z zewnętrznym światem, a bardziej świadomy użytkownik ma też zapewne swoje inne rozwiązania problemu pluskiew śledzących nasze poczynania.

GIMP w pudełku

Historia walki o GIMP’a z interfejsem zawartym w jednym oknie ma już niemal wiekową tradycję. Podczas gdy teoretycy (i użytkownicy co najmniej dwóch monitorów) nadal się spierają, czy lepiej jest mieć funkcje programu rozrzucone w wielu oknach, czy w jednym, praktycy napisali sobie program. Oczywiście, mogli czekać aż implementacja ‚jedno-okienkowego’ GUI wdrożona w niestabilnym GIMP’ie 2.7 wejdzie na salony w stabilnej wersji 2.8. Ale tak naprawdę, nikt nie wie, kiedy to nastąpi. A GimpBox już teraz czyni rzeczy prostszymi – organizuje całą przestrzeń programu do obrębu jednego okna.

Jak można zauważyć, pojawił się też podgląd obrabianych obrazów (pasek na dole). Akurat moja narzędziówka GIMP’a składa się z jednego paska po lewej stronie, jednak po prawej również można coś umieścić. Prosto, ładnie i już teraz.

Jednak nie wszystko złoto, co się ładnie świeci. GimpBox oprócz wspomnianej dogodności wprowadza jedno utrudnienie – w wyniku błędu (?) przestają działać wszystkie skróty klawiszowe. Zatem osoby które w większości posługują się w GIMP’ie szybki komendami wydawanymi za pomocą klawiatury, połamią sobie palce o tę nakładkę.

Gdyby ktoś jednak w oczekiwaniu na GIMP’a 2.8 postanowił wypróbować smak pracy w jednym oknie (a nie chce instalować niestabilnych wersji 2.7), oto czego potrzebuje:

– GIMP w wersji od 2.6.10 wzwyż,
– gimpbox.py, który ściągamy i instalujemy wg. poniższego:

sudo wget gimpbox.googlecode.com/hg/gimpbox.py -O /usr/local/bin/gimpbox && sudo chmod +x /usr/local/bin/gimpbox

I mamy do dyspozycji polecenie gimpbox. Aby korzystać z niego domyślnie, można zrobić doń dowiązanie w miejsce komendy ‚gimp’, lub zmienić wpis w menu, lub utworzyć sobie aktywator. Aby do wersji 2.8…

Garść dynamitu

Być może nie obiło się to jeszcze szerokim echem w naszej lokalnej społeczności, ale postanowiłem przybliżyć szerszemu gronu odbiorców parę programów, które na co dzień trzymają się z boku głównego nurtu. Przez to mało kto o nich wie, jeszcze mniej osób ich używa, a duma twórców z dzieła nie jest niczym podsycana. A powód dla którego te aplikacje mają problemy z zagoszczeniem na ekranach wielu monitorów to fakt, iż w większości przypadków są udostępniane tylko w formie niestrawnych dla ogółu źródeł.

Dlatego poczyniłem mozolny trud, by zebrać je w jedno miejsce, przeobrazić w formę instalowalną w cywilizowany sposób, oraz na bieżąco upubliczniać poprawki i zmiany. W ten sposób narodziło się repozytorium Highly Explosive, w którym znajdują się eksperymentalne programy w większości przydatne fotografom.

Aby dodać repozytorium w swoim systemie, należy … je dodać. Za pomocą konsoli:

sudo add-apt-repository ppa:dhor/myway

… lub w ulubionym menadżerze pakietów (dodać repozytorium):

deb http://ppa.launchpad.net/dhor/myway/ubuntu LUCID_LUB_MAVERICK main

Repozytorium zawiera paczki dla wydań 10.04 (Lucid) i 10.10 (Maverick). Obecnie znajdują się w nim:

* dcraw 9.06
dlraw 2.1.1
* exiv2 0.21
* graphicsmagick 1.3.12-Q16
gtkrawgallery 0.9.61
* lcms2 2.1
* lensfun 0.2.5
photivo 20110302hg
photoprint 0.4.2
rawtherapee 3.0-hg1-20110302

Paczki oznaczone ‚*’ spełniają rolę zależności dla niektórych z programów. W roli głównej natomiast występują dlRaw, GTKRawGallery, Photivo, PhotoPrint, Rawtherapee. Co to za programy?

Myślę, że RawTherapee nie trzeba przestawiać. Program do ogólnie pojętego zaawansowanego wywoływania plików RAW. W repozytorium wersja budowana o gałąź branch_3.0, podążającą z trudem w kierunku wersji finalnej 3.0.

PhotoPrint to program do drukowania zdjęć. Całkiem pożyteczna aplikacja, pozawala na ustawienie co i gdzie ma się drukować. Niby nic, a cieszy.

I teraz najciekawsze.

Program dlRaw to również wywoływaczka RAW’ów, jednak popełniona w koncepcji UFRaw. A w zasadzie, rozbudowanego UFRaw’a. Mamy zatem możliwość podglądu plików na dysku (miniatury), mnóstwo filtrów, pracę w RGB i LAB, możliwość zapisywania efektu pracy na dysku. Wszystkie operacje ma obrazach są wykonywane z precyzją 16 bitów (ImageMagick). UWAGA – ten program to najprawdziwszy dynamit w mojej kolekcji. Wysypuje się zdecydowanie za często, by wdrażać go na głównej linii produkcyjnej.

dlRaw

dlRaw w akcji


Photivo z kolei to rozbudowana wersja dlRaw’a, który jest rozbudowaną wersję UFRaw’a. Obydwa programy (dlRaw i Photivo) mają wspólne korzenie, lecz te korzenie rozrosły się w przeciwnym kierunku. Tak powstało Photivo, które nie posiada okna podglądu miniatur (zdjęcie wybiera się bezpośrednio), ale zdecydowanie dalej podążyło w kierunku liczby filtrów i machinacji jakie można przeprowadzić na obrazie. Dodatkowo program posiada wtyczkę do GIMP’a, dzięki czemu materiał można bardzo łatwo przesłać wprost do tego programu. Praca w RGB i LAB, 16 bitów (GraphicsMagick).
Photivo

Photivo - opcja na opcji


GTKRawGallery to program o odstraszającej nazwie, lecz zupełnie przyzwoitych możliwościach obróbki zdjęć (dcraw, ImageMagick, 16 bitów) i ich katalogowania. Głównie za sprawą katalogowania zdjęć program jest wart zainteresowania ze strony osób, które owo katalogowanie uskuteczniają w swoich zbiorach.
GTKRawGallery

GTKRawGallery - nie taki program straszny, jak wskazuje nazwa

Translate »