przystajnik

Monthly Archives: Wrzesień 2008

Czarnule

Odwieczne prawo natury zna każdy – kochanki trzeba co jakiś czas zmieniać. Dla wygody, dla doznań, dla sportu, dla nowych wyzwań. Jeśli jeszcze macie przyzwolenie od swojej towarzyszki życia na takie zabawy – nad czym tu debatować.

Zawsze gustowałem w czarnulkach. Godziło się to z moją definicją wdzięku i stylu. Zdecydowałem się jednak na zmianę. Czarne nadal pozostały w kręgu zainteresowań, lecz tym razem postanowiłem sprawdzić, czy filigranowe wdzięki i nieopisana słodycz wyglądu zastąpią fachowe i wyuczone przez lata sposoby niesienia rozkoszy. Sobie znanymi sposobami, odnalazłem i zaprosiłem takie dwie boginie. Dwie, bo przecież każdy wie, że musi być para.

Dzień przed ich przyjazdem pożegnałem się czule z ich poprzedniczkami, które rzewnym łkaniem niemal przekonały mnie, abym zmienił zdanie i nie odprawiał starej miłości w nieznane. Jednak, wola nowych doznań była mocniejsza od przyzwyczajeń w które się wpędziłem podczas naszej przygody. I one to też czuły.

Przyjazd tych nowych nie był jakimś hucznym wydarzeniem. Ot, przyszły i stanęły nieśmiało w kącie, niepewne tego, czego mogły się po mnie spodziewać. Kazałem się im rozgościć, przelotnie rzucając okiem, gdy ściągały z siebie wierzchnie odzienie. ‚Ależ one są niskie’ – przemknęła mi taka myśl, lecz odrzuciłem ją precz, bo nie swoim wzrostem miały mi imponować. Zamknąłem je w domu na cały dzień, by nazajutrz zapoznać się z tym, co mają mi do powiedzenia.

Na drugi dzień, gdy już szarzało, poświęciłem im więcej uwagi. Fakt. w porównaniu do poprzedniczek, te dwie były niskie. Jednak ich kibić zdała się mi smuklejsza i bardziej przyciągająca wzrok. Cieszył każdy drobny szczegół ich oblicza, a gładkość cery wprawiała w zdumienie. Być może po latach jednostajności, zmysł żywiej reagował na wszystko co nowe.

Płonąc z niecierpliwości pokazałem im, gdzie mogą przysiąść. Dłońmi delikatnie powiodłem po ich kształtach, by uspokoić nieco niepewność, która nimi wstrząsała. Nieco problemu sprawiły zapięcia z tyłu, lecz pożądanie wespół z adrenaliną czyni cuda.

Gdy się nieco uspokoiłem, przysiadłem z boku, a one rozpoczęły taniec. Niewątpliwie, były dla siebie stworzone. Bez mrugnięcia okiem potrafiły się dopełnić, aby po chwili jawić się omamionemu zmysłowi jako jedność. Swoimi ramionami zdawały się oplatać jedna drugą, a gdy mrugnąłem okiem, uwodzicielsko wędrowały w przeciwne strony, kołysząc męskim wzrokiem wedle swych upodobań. Jak na komendę zarzuciły głowami, a długie, czarne włosy niemal poczułem na swej twarzy, gdy jak w zwolnionym tempie przelatywały mi przed oczyma. Ręce mimowolnie zaciskały się na poręczy fotela, taniec zyskiwał dodatkowego wymiaru, wzrok nie nadążał z odbiorem zwodniczego ruchu, dlatego zamknąłem oczy. A wtedy…

Wiele legend słyszałem o tym, co niektóre potrafią zrobić na górze. Jednak, dokonania tych dwóch przerosły najśmielsze oczekiwania. Czułem ich oddech, muskający moją twarz, a westchnienia niosły ze sobą delikatność , której nie można opisać prostymi słowami. Zmysł wybuchł setką nieruszanych od lat receptorów, gdy obie stanowczo otuliły się wokół mnie. Tchnieniem, które wydało się srebrzyć niczym odbicia na łagodnym nurcie rzeki, wniknęły w moje wnętrze.

Po chwili skupiły swoją uwagę na dole. I też było to jak uderzenie nieznanego do tej pory w smaku wiatru. Nie zeszły zbyt nisko, niemal prowokując tym mój pomruk zniecierpliwienia. Ich aksamitnie miękkie usta pozostawiły po każdym dotknięciu rozkoszne drżenie, które jednak nie trwało nazbyt długo. Jakby chciały ukryć sekret jego pochodzenia i trwania.

Jedwabiste dotknięcia ich ciał przybrały na intensywności, gdy w uniesieniu zrzuciłem z nich ostatnie okrycia… Wtedy przemówiły do mnie, po raz pierwszy od przyjazdu. Nie uwierzyłem. Nie uwierzyłem, że ten głos wydobywał się tuż obok mnie. Wydawał się szybować nam moją głową, nie absorbując zbytnio uwagi, ale wypełniając pomieszczenie swoim wyraźnym charakterem. Lśniące i opływające zmysłowymi kształtami sylaby i akcenty rysowały się łagodnie pod moimi zamkniętymi powiekami.

Taaaak… Pierwszą będę nazywał Spełnienie, drugą Rozkosz.

——————————————————————————————————————————–

Dlaczego się tak uzewnętrzniam? Bo to nudne, napisać, że kupiłem sobie nowe kolumny Monitor Audio RS5, które w porównaniu do moich poprzednich Wharfedale 8.4, są mniejsze, ale jak się miało okazać, nadrabiają to doskonale jakością brzmienia. Był to jednak trochę rzut na taśmę – warunkiem było: kolumny mają być czarne (fetysz), napędzić muzyką pokój 20m^2, do skutecznej pracy (pełnym pasmem) nie potrzebują wykręcania głośności do skali zagłuszającej słowa osób w pomieszczeniu.

Przyjechał kurier, zapiąłem pudła w domu, puściłem zapętloną płytę, żeby się wygrzały i poszedłem do roboty. Na drugi dzień przysiadłem wieczorem posłuchać, co potrafią. W jury zasiedli: Loreena McKennitt, Sweet, Ozzy Osbourne, The Doobie Brothers, Kansas, Marillion, UFO, klasyka z References Recordings, Breakout, Grand Funk Railroad.

Wniosek? W zasadzie zdziwienie. Kolumny wygrzane dnia poprzedniego pewnie potrzebowały jeszcze trochę ruchu, ale i tak, pokazały, że wiedzą o co chodzi w muzyce. Obawiałem się nieco ich metalowych membran C-CAM, czy nie spowodują zbytnio metalicznego i szczebiotliwego przekazu. Ale firma Monitor Audio akurat ten element rozpracowała już całkiem nieźle. Góra – naprawdę, ale to naprawdę zaskakuje szczegółowością, choć jak podkręcić wzmacniacz, w niektórych momentach jest na granicy. Dół – zupełnie inna kultura basu, niż na poprzednich Wharfedale’ach. Nie schodzi tak nisko (wg. producenta do 40Hz), ale jest bardziej sprężysty i wyrazisty. Potrafi łupnąć, jak na takie liliputy. Średnica jest ułożona i nie przeostrzona. No i wokal, to klasa sama w sobie (może po prostu słucham dobrych wykonawców). Wyciągnięty od kolumn, nie przyklejony do głośników – to się może podobać. Scena zrobiła się o wiele szersza, można określić czy instrument gra z przodu, czy z tyłu – poprzednio miałem problemy ze ścianą dźwięków. I istotny szczegół – kolumny najlepiej słuchać bez maskownic, które jednak nieco przycinają (przytłumiają) przekaz.

Monitor Audio RS5Kolumny mają swoje ograniczenia – o ile poprzednie Wafle (150W) potrafiły wytrzymać przy gałce na 12stej-13stej, to MA RS5 (100W) miękną gdzieś tak koło 11stej. Skuteczność deklarowana przez producenta to 90dB. W końcu mogę posłuchać całości pasma po cichu.

Reasumując – jestem zadowolony, choć trochę mnie wystraszyły swoją posturą 🙂 Oczywiście nie do każdego zestawu te kolumny się nadadzą – mam ciepło grający wzmak (Xindak A-06), Marantz CD6002 też jest ‚miękki’, to i efekt na kolumnach całkiem nieźle brzmi.

Hardy jak Intrepid?

Chce ktoś przebrać Hardy’ego w fatałaszki od Intrepida? Czemu nie, to legalne.

Wystarczy do /etc/apt/sources.list dodać repozytorium:

deb http://ppa.launchpad.net/kwwii/ubuntu hardy main

… w którym to znajdują się paczki dla Hardy’ego z kosmetyką stylistyczną Intrepida.

A teraz apt-get update i apt-get install community-themes (apt-get upgrade też coś tam doinstaluje).
Wchodzimy w system->preferencje->wygląd i można przebierać.

Nowe tematy to Dust, Kin i NewWave. Moje zdanie? Ładne. A męskich kolorów nie było?

NewWave
zrzutekranu_newwave.jpg

Kin
zrzutekranu_kin.jpg

Dust
zrzutekranu_dust.jpg

Przesadziłem, zasadniczo drażni mnie tylko ten pomarańcz który stał się niemal znakiem firmowym Ubuntu. I jeszcze ta fala na dekoracji okna… Mój faworyt to Dust.

XFCE 4.6 Alpha „Pinkie”

„Ee, człowieku, XFCE 4.6 to już chyba od tygodni wisi w serwisach newsowych”…

A napisali tam, co mają począć kąpani w gorącej wodzie użytkownicy Debiana?

– mogą XFCE 4.6 sobie skompilować,
– mogą wykorzystać gotowe paczki

Z racji wrodzonego lenistwa i próby podążania ścieżką ZU, wybrałem metodę drugą. Gotowe paczki (skoro już ktoś je zrobił, to po co robić inne?) odnalazły się na Corsac.net. Postępując wg. opisu, dodajemy do /etc/apt/sources.list repozytoria:

deb http://debian.corsac.net unstable/

deb http://debian.corsac.net UNRELEASED/

(to unstable to nawet niekoniecznie)

Najlepiej wyłączyć X’y i po kolei – wykonujemy apt-get update, następnie apt-get install xfce4 -t=UNRELEASED. Gdyby zaszła konieczność, wymagane paczki doinstalowujemy na siłę z -t=UNRELEASED (na pewno trzeba będzie doinstalować nowe xfconf). Ja dla pewności sprawdziłem jakie paczki od XFCE mam w systemie i doinstalowałem je z powyższym wymuszeniem (sprawdziłem przez dpkg -l | grep 4.4.2). Uwaga, xfce4-mcs-manager i jego biblioteki, pomimo zainstalowania xfconf, muszą jeszcze (przynajmniej w wydaniu alpha) zostać w systemie, pomimo starej wersji.

Włączamy X’y, logujemy się i… ‚Twoja sesja trwała krócej niż (…) blabla’ . Akurat moje ustawienia starego XFCE nie do końca chciały ruszyć, dlatego udałem się do katalogu ~/.cache i usunąłem katalog sessions.

Logujemy się i cieszymy/sprawdzamy możliwości nowego XFCE 4.6. Żeby szczególnie jakiś przełom był, to nie powiem. Ot, solidne środowisko. Zmienił się menadżer ustawień (na xfconf), parę opcji można więcej ustawić, przestawić, wszystko ku wygodzie użytkownika. Thunar nadal jednak nie potrafi przeglądać otoczenia sieciowego, przez co musiałem w nim uskuteczniać sposób z wykorzystaniem Fuse (które i tak mi segfaultuje). Ale to już inna opowieść…

A byłbym zapomniał – użytkownicy Ubuntu pobierają nowe XFCE z repozytoriów Intrepida:

deb http://ppa.launchpad.net/xubuntu-dev/ubuntu intrepid main

(jeżeli oczywiście używacie niestabilnej wersji 8.10 Intrepid)

Logika inżynierska

Jak się w Polsce buduje drogi? ‚W ogóle’, zakrzykną jeżdżący tu i ówdzie i po części będą mieli rację…

Ale przed swoim domem mam żywy przykład, że drogi się jednak robi. Cofnijmy się do wydarzeń, które zapoczątkowały remont. A było to tak…

– – – –
Stało sobie bowiem skrzyżowanie. Skrzyżowania leciwe, wymagające remontu. Na asfalcie kumoszki dziury codziennie obgadywały koleiny, koleiny się obruszały, a TIR i inne pojazdy wgniatały masę drogową coraz głębiej i głębiej. Ludzie postanowili pomóc skrzyżowaniu i rozpoczęli remont od zrobienia ładnej wysepki dla pieszych na środku drogi. Porządnie ją oznakowali, pięknie wyłożyli kostką i stała się ozdobą całego skrzyżowania. Jednak, ludzie zauważyli, że postawienie wysepki nie pomogło dziurom, a koleiny to wręcz się pogłębiły ze zgryzoty. Dlatego ludzie poprosili innych ludzi, przy przyjechali w swoich ciężkich maszynach. Tak też się stało, zgrzytnęły zębatki, warknęły mocą silniki i bezlitosne zębiska maszyn usunęły starą nawierzchnię, zniwelował wysepkę, by po paru miesiącach wyłożyć lśniący pięknością dywanik czarnej masy. Ludzie zakrzyknęli z radości, piesi trochę zmarkotnieli, bo polubili wysepkę, ale widocznie taka jest cena postępu – coś musi zginąć, by żyć mogło inne coś.

Okoliczne drzewa opadły z liści, by same paść po jakimś czasie od ciosów drwali z piłami motorowymi, pojawił się pierwszy śnieg, wszystko wskazywało na to, że czas przemijał nieubłaganie…

Podreperowane skrzyżowanie czuło się nieźle. Może nie do końca było takie śliczne jak chciało, szpeciły je tu i ówdzie szramy po łączeniu asfaltu, ale optymistycznie patrzyło w przyszłość. Wtem znowu przyjechali ludzie w dużych maszynach i postanowili, że jak remontować, to remontować. Skierowali swe maszyny przeciw studzienkom kanalizacyjnym osadzonym w nowiutkim wdzianku skrzyżowania i poczęli je polepszać. Widocznie studzienki skarżyły się na to, że nikt na nie zwraca uwagi, dlatego dobrzy ludzie wiedzeni empatią, podnieśli studzienki o 10 cm nad asfalt, by też mogły przyjrzeć się piękniejącemu światu.

Skrzyżowanie westchnęło, jęknęły podwozia samochodów które wjeżdżały studzienkom na głowy. Minęły dwa miesiące…

Na skrzyżowaniu pojawili się ludzie ze swoimi maszynami. Studzienki dość się naoglądały świata, a może bolały ich klapy od śmierdzących kół samochodów… Ludzie uruchomili maszyny, zgrzytnęły zębatki, warknęły mocą silniki i bezlitosne zębiska maszyn usunęły starą nawierzchnię…
– – – –

Sprawa jest rozwojowa – po roku (dwóch?) prac przy tym skrzyżowaniu, jedni zdzierają co położą drudzy, by za chwilę pojawili się następni, tnący powierzchnię, lub dziurawiąc ją pod studzienki. Zima idzie, to pewnie apogeum prac przed nami…

Czy w tym kraju nikt nie może tak normalnie, po chłopsku, stanąć, pomyśleć jak zrobić, żeby się nie orobić i było dobrze? I wykonać raz a porządnie taki remont? Przypuszczam, że gdyby ci robotnicy nie mieli nad sobą kierownika (i wyżej) po studiach, sami lepiej by robotę zorganizowali i wykonali.

Zapach popiołu o zmierzchu

Nic tak nie odświeża spojrzenia na rzeczywistość, jak wygodny fotel i rozjaśniająca mroki dnia pochmurnego muzyka. Dzisiejsze godziny wieczorne należą do Wishbone Ash i… w zasadzie, którejkolwiek ich płyty. A weźmy pierwszą z brzegu, płytę ‚Wishbone Ash‚ z 1970 roku.

Wiele tej płycie się zarzuca. W sumie, to ich pierwszy krążek w składzie Powell, Turner, Turner, Upton, można zatem rzecz potraktować jako wspólną próbę wstrzelenie się w klimat. No zgoda, od wstrzeliwania są próby. Ale materiał na płycie pokazuje potencjał zespołu i rozpoczyna sukces (skromny, ale zawsze) grupy.

Największym przekleństwem, a może i zbawieniem tego zespołu, jest… Brak charyzmatycznego wokalu. W tych czasach wszyscy wielcy dysponowali ‚pieśniarzem’, który skalą i mocą głosu zrywał czapki z głów. W Wishbone Ash wokalny duet Power-Turner… Nie wgniata w fotel. Niemniej, po przesłuchaniu całości materiału, można odnieść wrażenie (nawet pewność), że to nawet lepiej. Takie kompozycje jak Handy i Phoenix, przytłoczone słowami, nigdy nie zapadłyby tak w nastrój i pamięć, jak w obecnej formie. I skromność frontalnie wykrzyczanego przesłania pozwala na wyciągnięcie z rękawa najważniejszego asa tej kapeli – dwóch gitar prowadzących (Powell-Turner). To jest to, za co po dni ostatnie będę chwalił i ciągle wracał do wspomnianych Handy, Phoenix, zapadającego w pamięć rytmu Lady Whiskey… Piękne rozmowy między strunami, przepływające dźwięki z jednej gitary w drugą, istny majstersztyk…

Druga, nie mniej ważna postać na płycie, to odpowiedzialny za perkusję Upton. Totalna masakra rytmiczna. Tego słucha się jak w transie, człowiek na nowo przypomina sobie, że perkusja to nie tylko stopka, ale i talerze. Rewelacja.

Krążek wydaje się krótki, jednak, to masa dobrej muzyki – może nieco roztrzepanej stylistycznej… Ale dryfującej we właściwym, progresywnym kierunku przyszłych dokonań tych fenomenów klimatu.

ps. To prawdopodobnie ostatni wieczór z moimi czarnulkami, stąd taki nastrój na wspominki z pierwszych płyt paru zespołów…

Potrzeby

Na początku, kupiłbym lustrzankę na klisze bez mrugnięcia okiem (gdybym miał pieniądze). Początki fotografii cyfrowej kwitowałem kpiącym uśmiechem. Czas zrewidował poglądy i jednak pierwszą moją lustrzanką była właśnie cyfrówka. Kpiącym uśmiechem kwitowałem przechodzących obok użytkowników kompaktów, z coraz bardziej zaawansowanymi bajerami, jak LV i kręcenie filmów. Dziś, LV jest w lustrzankach niemal standardem, a kręcenie filmów takim standardem się staje (w HD!). Dokąd zmierzasz, techniko?

Ciekawe, co się bardziej upowszechni – lustrzanki z możliwością rozmowy telefonicznej, czy telefony, z możliwościami lustrzanek cyfrowych.

W zadumę wprawiła mnie prezentacja przed targami Photokina 2008 nowego modelu Canon 5d Mark II

Rick Wright

Zwykle, a raczej z reguły, staram się nie pisać o zmarłych. Ale dziś odszedł od nas jeden z założycieli zespołu Pink Floyd, Rick Wright. Pierwszy był Syd Barrett, teraz Rick.


(1943-2008)

Cóż, człowiek zostawił po sobie kawał dobrej muzyki – i to ona zadecyduje o tym, jakim go zapamiętamy.

Jego śmierć może byłaby jedną z wielu, wszak pewne pokolenie się powoli wykrusza. Jednak po powrocie do domu dzisiejszego wieczora, włączyłem sprzęt, zapuściłem płytę ‚Wish You Were Here’ i uruchomiłem komputer. Wtedy się dowiedziałem.

Z Floyd’ami u mnie to jest w ogóle dziwna sprawa. Starałem się jak mogłem unikać tej muzyki – w myśl, skoro wszyscy tego słuchają, ja będę inny. Wyszukiwałem tony różnych dziwnych, nieznanych zespołów, kontemplowałem totalnie dziwaczne brzmienia, aranżacje, wokale. Mam płyty o nazwach, których nikt by nigdy nie szukał i się nie spodziewał znaleźć. A włączam płytę zespołu Pink Floyd i jestem w innym świecie. Nie da się ich pominąć, zapomnieć, zaszufladkować. Urośli w sławę, ale to tylko ich nazwiska stały się sławne i rozpoznawalne. Muzyka przebiła kokon stereotypów, poznania i rozumienia. Można wskazać wiele zespołów grających dziwnie, inaczej, subtelnie, tajemniczo – lecz to dźwięki Pink Floyd trafiają w ‚to coś’.

m43

Wiele osób nie może darować Olympus’owi, że zamiast wdać się w walkę z Nikon’em i Canon’em na matryce APS-C, zrobili swój standard 4/3 i klepią do niego puszki oraz obiektywy. Psioczą też posiadacze tego systemu, bo chcieliby więcej obiektywów, więcej puszek. I tak to się nakręca.

Dlatego gdy jakiś czas temu ogłoszono powstanie nowego standardu m4/3 (Micro 4/3), wielu zaczęło drzeć na sobie podkoszulki z logiem 4/3, wyjąc „Whyyyyy…”. Bo jeszcze dobrze nie rozgrzał się standard 4/3, a już Olympus (wespół z Panasonic’iem) wymyśla coś nowego, w co pójdzie para i wysiłek techników, projektantów, fabryk, itp. Ciągnąć równolegle dwa standardy? Cóż, czas pokaże, na ile trafionym pomysłem było m4/3. Bo nowy system prezentuje faktycznie nowatorskie podejście do tematu – stworzyć lustro bez lustra. Mniejsza i lżejsza wymienna optyka, aparat też mniejszy, pozbawiony lustra i standardowego wizjera. Zamiast tego LV i EVF, ostrzenie bez potrzeby podnoszenia lustra (jak do tej pory w innych lustrzankach z LV) i wiele innych zmian. Czy to się przyjmie? Wśród profesjonalistów pewnie nie.

‚Też mi teorie’, żachną się realiści. Ale już nie tylko teorie – z dniem dzisiejszym, Panasonic przeszedł od słów do czynu i zaprezentował pierwszy korpus m4/3. Panasonic DMC-G1, wraz z obiektywami Lumix G Vario f3.5-5.6 14-45mm (28-90mm) i Lumix G Vario f4-5.6 45-200mm (90-400mm) (Choć zwykle Panasonic’i były w parze ze szkłami Leici, te są produkcji Panasonic’a).

Co więcej, ten aparat robi nawet zdjęcia.


( 1.30 s, f5.1, 28mm, ISO 200, 4000×3000).

Więcej sampli.

No ok, ale co ten aparat jeszcze oferuje? Poczytać o tym można np. na Fotopolis.

I najważniejsze – dlaczego się ekscytuję tą nowością? Nie ekscytuję. Po pierwsze, to jednak już nie lustrzanka. Po drugie, za dużo mam klamotów do 4/3, żeby ot tak, zmieniać system. Jedyne co cieszy, to fakt, że pojawiła się alternatywa dla kompaktów, a ci co po szlakach dużo chodzą i dużo sprzętu noszą, wiedzą, jak często człowiek marzy o czymś lżejszym. Szczególnie na 5tym kilometrze podejścia człowiek się zarzeka, że zaraz po powrocie kupuje jakąś małpkę. Więc, gdy system się rozwinie, to kto wie, czy nie sprawię sobie jakiegoś mikrusa do wsadzenia w kieszeń, odciążając się od reszty balastu.

libata+kernel 2.6.26 : Ja – 1:0

Szlag by to – cztery godziny zabawy i nadal libata w kernelu 2.6.26 nie do końca respektuje moją konfigurację sprzętową. Kończy dialog na „Waiting for root filesystem” i nawet w BusyBox’ie nic ciekawego nie można wycisnąć z tej durnej maszyny (urządzeń w /dev nie ma). A libata może działać, bo wziąłem jajko od Ubuntu (imaginujecie sobie taki miszmasz – Sid odkarmiany od sześciu lat i kernel od Ubuntu 8.04) i wszystko jest ładnie jak trzeba.

Z frustracji aż zacząłem przeglądać Google. Problemów podobnych jak na lekarstwo, jedyny punkt zaczepienia jaki znalazłem to libdevmapper i udev, ale te akurat mam w najnowszej, poprawionej, wersji. Smaczku całej zabawie dodaje fakt, że nie kompiluję kernela, bo mi się nie chce – próbuję dopasować moduły w initramfs (oraz inne ustawienia).

Innymi słowy – nie próbujcie tego w domach.

Jaunty ‚Rogaty’ Jackalope

Przez pracę i inne przygody prawie przegapiłem moment, w którym Mark Shuttleworth zaanonsował nową kodową nazwę przyszłej wersji Ubuntu 9.04. Jaunty Jackalope ma posiadać wszelkie zalety wynikające z tej dumnej nazwy, a mianowicie:

There are some specific goals that we need to meet in Jaunty. One of
them is boot time. We want Ubuntu to boot as fast as possible – both in
the standard case, and especially when it is being tailored to a
specific device. The Jackalope is known for being so fast that it’s
extremely hard to catch, and breeds only when lightning flashes. Let’s
see if we can make booting or resuming Ubuntu blindingly quick.

Another goal is the the blurring of web services and desktop
applications. „Is it a deer? Is it a bunny? Or is it a weblication – a
desktop application that seamlessly integrates the web!” This hare has
legs – and horns – and we’ll be exploring it in much more detail for
Jaunty.

Innymi słowy, w tej wersji będzie przede wszystkim parcie na szybkie uruchamianie się systemu, lepszą integrację programów z usługami sieciowymi, itp.

Uf, wersja 9.04, a jeszcze nie wypróbowałem 8.10 AlphaX, oprócz tego pudło z partią 8.04 czeka na wysyłkę. I niech ktoś powie, że Linux ma ślamazarne tempo wydań.

Co się stało z gnomefiles.org?

Otóż to. Lubiłem spędzać przerwę obiadową kontemplując powiększające się zasoby aplikacji na GTK. Ale niestety, od paru dni RSS milczy, strona też.
Powód jest prosty – komuś się nudziło bardziej niż mnie i stronę gnomefiles.org skompromitował (zhackował po naszemu). Z podobnego powodu dawno temu został zamknięte repozytorium Gnome, miejmy nadzieję, że gnomefiles się pozbiera i historia się nie potwórzy.

Translate »