przystajnik

Monthly Archives: Wrzesień 2007

Stara brutalna Alicja

Dziwię się mnie, że nie wspomniałem o tych płytach wcześniej. Pamiętam, jak sam byłem zaskoczony ich odkryciem (dwa czy trzy lata temu), bo po płytcie Trash (1989) i chudych latach 90-siątych, Alice Cooper jawił się mi już jako emeryt z bogatą przeszłością muzyczną. O jakże się myliłem …

Niestety, płyt Brutal Planet (2000) i Dragontown (2001) próżno szukać w sklepach po normalnych cenach. Z racji wąskiego grona odbiorców, są po prostu drogie. Sam kupiłem jest za pośrednictwem wiadomej witryny aukcyjnej (nowe). Ale zapewniam was, to bardzo dobrze ulokowane polskie złote.

Na początku nie wierzyłem. Alice wcześniej tak nie śpiewał – tzn. może i śpiewał, głos mu się nie zmienił – ale to co mu w tle przygrywa i moc oraz aranżacja jaka temu towarzyszy, szczerze mnie zaskoczyła. Te płyty to prawdziwa hard-rock’owa uczta, w zasadzie stylistycznie utwory są utrzymane w tak podobnym klimacie, że z powodzeniem mogły by zostać wydane na jednym krążku.
Nie nastawiajcie się na oklepane pop’owe przyśpiewki. Niektórzy zarzucą Alice, że skrzeczy (bo i z takim stwierdzeniem się spotkałem) – mówcie co chcecie, ale tylko wokaliści z charakterystycznym głosem pozostają w pamięci (Ozzy Osbourne, itp). Jego głos doskonale wpasowuje się w tonację ostrych gitarowych riff’ów, drapieżnie szarpaniąc nasze zmysły. Jest mocno, agresywnie, choć trafiają (trafią?) się i ballady (Every Woman Has a Name – nie liczcie jednak na balladkę o zagubieniu i miłości). Motoryka poczynań sekcji instrumentalnej wraz z rytmicznym wokalem Alice naprawdę wpadają w ucho, pozostają tam i z hukiem demolują resztki naszej nieśmiałości. Z kolumn wsączają się w nas przewrotne teksty, nonszalancko rzucane w przestrzeń, których po prostu nie można pozostawić bez uśmiechu zrozumienia. Polecam z zapoznaniem się z bookletami.

Ja nie potrafię wyselekcjonować nalepszych kawałku. Całość przyswajam na w pełni podkręconym śrubokręcie i noga zawsze znajdzie czas do wybijania rytmu. Rzecz jasna, nie każdy wytrzyma tempa narzuconego przez materiał na tych płytach.

A dlaczego sobie przypomniałem o tych krążkach – po prostu potrzebowałem włączyć coś, co zapętlone wspomoże mnie energetycznie w remoncie mieszkania, a jednocześnie po kilku godzinach grania nie znudzi. Przynajmniej mnie, nie wiem co na to sąsiedzi 🙂

Fucha w Valve

Gdyby ktoś chciał dorobić, łącząc jednocześnie przyjemne z pożytecznym, to być może zainteresuje go robótka w Valve. Valve to firma odpowiedzialna za Half-Life’a, w którego kto nie grał, niech się nie przyznaje.

A co takiego ekscytującego jest w tej ofercie pracy ? Oto z listy obowiązków możemy się dowiedzieć, że jednym z waszych zadań będzie :

– Port Windows-based games to the Linux platform.

Ciekawe, kto zostanie nowym idolem łaknącej gier społeczności linuksowej.

Pędź dysku mój, pędź

Czy kogoś trzeba przekonywać, że posiadanie szybkiego i sprawnego dysku bardzo umila korzystanie z komputera i systemu operacyjnego ? Pewnie nie, bo o tym każdy wie. Czy to Windows, czy to Linux, w dobrym tonie leży prawidłowe ustawienia parametrów posiadanego napędu – a to włączone DMA, czytanie z wyprzedzeniem, cache dla zapisu, właściwy tryb UDMA itp. Czy jednak poza wyciskaniem siódmych potów z samej elektroniki można coś więcej zrobić dla sprawności dostępu do danych na dysku?

A co powiecie na wyciśnięcie odrobiny potu z samego systemu plików ? Mówię o popędzaniu starego dobrego ext3 i każdego innego systemu korzystającego z journaling’u.

Koncepcja jest następująca. Zmienimy nieco parametry montowania dysków/partycji, wykorzystując swoją całą wiedzę nt. parametrów polecenia mount. Podobnie, zmienimy parametry kronikowania księgowania dla wybranych partycji/dysków za pomocą polecenia tune2fs.

Co tracimy kosztem zwiększonej prędkości i wydajności zapisywania/odczytywania/dostępu do danych ?
– parametr noatime w /etc/fstab – nie będzie można wyszukiwać plików wg. daty/czasu dostępu do pliku (dostępu, nie zapisu/modyfikacji)
– parametr nodiratime w /etc/fstab – jak wyżej, tylko dla katalogów
kronikowanie księgowanie w trybie writeback – w przypadku awarii zachowana zostanie spójność systemu plików, lecz w plikach zapisywanych w momencie awarii na końcu mogą się pojawić losowe dane
– opcja dir_index dla systemu plików – same plusy

Na początek zajmijmy się plikiem /etc/fstab. Zróbmy jego kopię (użytkownicy Debiana pogradliwie prychając opuszczają polecenie sudo) – wszystko robimy rzecz jasna w konsoli :

sudo cp /etc/fstab /etc/fstab_bak

Teraz otwórzmy go do edycji swoim ulubiony edytorem czy to tekstowym czy graficznym :

sudo gedit /etc/fstab

Robimy poprawki – dla każdego dysku/partycji którą montujemy dodajemy parametry :

noatime,nodiratime,data=writeback

… czyli wpis dla np. /dev/hda5 nabiera takiej formy :

/dev/hda5 /home ext3 defaults,noatime,nodiratime,data=writeback 0 2

… lub :
# /dev/hda5 :
UUID=4abffdd1-b652-4091-b6a8-81c97f8f8f76 / home ext3 defaults,noatime,nodiratime,data=writeback 0 2

Robimy poprawki tylko dla dysków twardych (żadne tam cdrom’y i urządzenia wymienialne), oraz zastanawiamy się, czy na pewno chcemy takie parametry ustawić dla partycji / (root).

Jeżeli ustaliliśmy parametr data=writeback dla partycji /, musimy wykonać poprawkę w /boot/grub/menu.lst.

sudo gedit /boot/grub/menu.lst

W linii z opcjami dla kernela, dopisujemy rootflags=data=writeback :

kernel /boot/vmlinuz-2.6.22-1-686 root=/dev/hda1 rootflags=data=writeback ro

(nie przeklejać tej linijki, tylko wstawić parametr w swoim menu.lst w podobny sposób jak powyżej!)

Ważne ! Teraz uaktualnimy kronikę każdej partycji dla której wybraliśmy tryb writeback :

sudo tune2fs -o journal_data_writeback /dev/hda5

Powtarzamy polecenie, zmieniając tylko /dev/hda5 na numery partycji z /etc/fstab.

Dla wszystkich partycji z kroniką można jeszcze włączyć (jeżeli nie jest włączona) opcję dir_index – usprawni to wyświetlanie/przeszukiwanie katalogów z dużą liczbą plików (nie dotyczy to oczywiście generowania miniaturek w tych katalogach) :

sudo tune2fs -O dir_index /dev/hda5

I kolejne udogodnienie, jeżeli kogoś denerwuje częstotliwość sprawdzania dysku podczas startu systemu – ustawimy, aby sprawdzany był nie co 30-ści montowań, lecz co 100 :

sudo tune2fs -c 100

UWAGA – przy wpisywaniu poleceń w konsoli, proszę zwracać uwagę, czy wykonanie danego polecenia nie pokaże jakiegoś błędu – nie wklejać na ślepo wszystkich komend! W przypadku błędu trzeba ustalić o co komputerowi chodzi i poprawić się.

Po wprowadzonych zmianach resetujemy system – konieczne, ze względu na zmianę trybu kronikowania księgowania.

Czy wprowadzone zmiany są rewolucyjne ? Bardziej odczują to osoby z wolniejszymi dyskami. O ile w ogóle – generalnie ciężko przełożyć wzrost wydajności na konkretne cyferki – ma po prostu być nieco sprawniej i szybciej. Testy hdparm’em tego nie pokażą, zainteresowani mogą próbować wykonywać benchmarki za pomocą bonie++.

Macki Ozrica

… dopadły mnie, owinęły się z bezbożną pogardą wokół mego wątłego jesestwa, wciągnęły w inny wymiar, przytrzymały i już nie zwolniły uścisku. Tak, macki Ozrica mają taką moc.

A wszystko za sprawę tego, że z głupia frant postanowiłem kiedyś sprawdzić co to za zespół – Ozric Tentacles. Nie tyle, co to za zespół, bo o tym to miałem mgliste pojęcie, ale co też takiego oni grają. Oczywiście mój rozumek mi podpowiadał, że nic co powstało po ’81szym roku nie może być dobre. Ale ja postanowiłem spróbować.

I od około miesiąca nie potrafię się oderwać od ich płyt. Robię coś na komputerze – gra Ozric Tentacles, sprzątam mieszkanie – gra Ozric Tentacles, czytam – gra Ozric Tentacles, jem śniadanie – gra Ozric Tentacles, wyrzucam śmieci – wracam pędem do domu, gdzie gra Ozric Tentacles itp.

Zespół założony w 1983 roku wielokrotnie zmieniał skład, a zawsze wspólnym mianownikiem był gitarzysta – założyciel Ed Wynne.
Te rotacje na pewno wpłynęły na styl twórczości, który można określić jako … No właśnie. Na Wiki można znaleźć wpis : „brytyjski zespół grający instrumentalną muzykę psychodeliczną”. Psychodela może i jest. Jak dla mnie, to połączenie space-rocka (kontynuuacja dokonań Hawkwind, Gong), z wplecionymi elementami nowoczesnych sekcji elektronicznych – trance, ambient i innych, których nazw po prostu nie znam. Do tego trochę Krautrock’a i World Fusion z wykorzystaniem typowo folkowych brzmień, jak bębny afrykańskie, hinduskie instrumenty strunowe itp. Naprawdę, jest to taka mieszanka stylu, brzmień i aranżacji, że nie może się znudzić. Po prostu nie może.

Z materiału który przesłuchałem, najczęściej wracam do płyty Erpland (1990). To chyba najbardziej etniczy i ‚wędrujący’ album w ich dorobku. Motoryka rozciągniętych brzmień gitary basowej (dub) wtłacza człowieka w ten ‚ozricowy’ rytm, który okraszają dźwięki właśnie przemierzanych krain – a to toltecka wiosna (Toltec Spring), a to arabskie tłoczne miasta (Mysticum Arabicola) i inne odgłosy prowadzące przez tereny, które samemu można sobie wyobrazić. Nie ma jednak miejsca na rutynę, co chwilę wijące się na wszystkie strony riffy gitarowe ściągają nas z prostej ścieżki i pokazują ukryte zakamarki bajecznie kolorowych scenerii malowanych przez sługi Ozrica. Droga jest długa, ale zapewniam was, że często przechodziłem ją tam i z powrotem – bez cienia znużenia.

Jedyne nad czym boleję, to dostępność płyt tego zespołu – po zamówieniu w sklepie i oczekiwaniu przez trzy tygodnie, sklep odpisał mi, że mają mnie w nosie i nie sprowadzą ich. Kupować za granicą jeszcze nie umiem, pozostaje polowanie mi na okazje. Bo dopiero z prawdziwego materiału audio na prawdziwym sprzęcie audio Ozric Tentacles rozwinie nade mną swoje krainy w całej okazałości i rozgoni prozę dnia codziennego. I tak przy okazji, zerkając po sieci często spotykałem opinię, że ich muzyka jest do odbioru tylko w zestawie z różnego rodzaju używkami – ‚bo to jest to’. Słuchanie muzyki na dopalaczach to jak słuchanie muzyki przez poprzecinany kabel głośnikowy – komuś się wydaje, że coś i gdzieś gra, ale omotany umysł podsuwa swoje wizje.

Zamiast tego lepiej jest po prostu dobry wzmacniacz + kolumny kupić.

Prawdziwy fan Linuksa używa pingwina

Truizm ? Być może, ale nowum w aspekcie manipulatorów stołokulotocznych, potocznie nazywanych myszkami.
Bo prawdziwy fan Linuksa używa takiej myszki, tzn. pingwina :

Na co komu ergonomia i inny takie. Ważne, że gadżet zgadza się z ideologią. Nie, nie jest ideologicznie rozdawany za darmo, kosztuje $15 .

Dlaczego „300-stu” mogło być fajnym filmem, a nie jest

Odpowiedź jest krótka :
– pomieszanie przystającej klimatycznie do czasów akcji muzyki z muzyką przystającą klimatycznie do naszych czasów (gitary elektryczne, perkusja – przede wszystkie w scenie pochódu roznegliżowanych fanów Rammstein’u 🙁 ),
– przemowy – Sparta, wolność i te wszystkie pierdoły – zupełnie nie na te czasy,
– sceny miłosne – kto takie wstawia w filmie o twardzielach ?
– angielski język aktorów – szkoda, że nie nakręcono tego w grece

I tyle. A reszta jest bardzo do przyjęcia – klimatyczne zdjęcia, nawet efekty komputerowe nie kłują aż tak bardzo w oczy, walki są takie jakie powinny być (nie ze względu na gloryfikację posoki i obciętych kończyn) – czuć moc i siłę wojowników. Jak się jednak spojrzy z dystansu na ten film – to jednak tylko tyle dobrego można o nim powiedzieć. Nad aspektami całej historii nie ma co się rozwodzić – ciężko wtłaczać priorytety naszej cywilizacji w czasy sprzed tylu wieków.

Sony A700 – pierwsza jaskółka gorącej jesieni

Jeżeli w szufladzie zalegają ci obiektywy z bagnetem Minolta A, to zapewne zaklekoczą mile na wiadomość, że Sony wypuściło kolejną lustrzankę ( po A-100), okrzykniętą następcą Dynaxa 7D.
Sony A-700 w skrócie prezentuję się takimi umiejętnościami :
– matryca 12.24 Mp
– uszczelniona obudowa
– system strząsania kurzu z matrycy
– stabilizacja matrycy
– 5fps, do 18-stu RAW’ów w serii
– 11-sto punktowy AF

Przy cenie na amerykańskim rynku 1400 $ za sam korpus … Cóż, ważne co aparat potrafi wyprodukować. Jeżeli zdjęcia będą powalały, to znajdzie wielu nabywców, a jak nie … To tych nabywców znajdzie marketing. A właścicieli spuścizny w postaci obiektywów po Konica Minolta, zapewne nie trzeba przekonywać.

Co do samego aparatu – jak pisałem, nie ma co gruszek na wierzbie sprzedawać, skoro nie wiadomo co on potrafi. Mi się nie podobają zaczepy na pasek 🙂

Czekam do 17-stego października, na (w końcu) oficjalną premierę (miejmy nadzieję) Olympusa E-3.

Diabeł Łańcucki – czyli wpływ pogody na rozwój czytelnictwa w Polsce

Nie da się ukryć, pogoda w moim rejonie ostatnio nie rozpieszcza, zatem nie pozostało nic innego, jak zaszyć się z książką w ręku w domowych pieleszach. I tak sobie od niedzieli przebiegłem tam i z powrotem po starych dziejach Bieszczad, Łańcuta i okolic.
Jacek Komuda mnie nie zawiód – po doskonałym ‚Bohunie’, poczułem nieodpartą chęć poznawania innych książek tego autora. Niestety, pozostałe książki okazały się zbiorami opowiadań (‚Czarna szabla’, ‚Opowieści z dzikich pól’). Na dodatek z niektórymi opowiadaniami zdublowanymi (oj, nie po to płacę pieniążki, żeby 1/3 książki znać z wcześniejszego tomu opowiadań). Sporo mojej w tym winy, bo w tym napaleniu, nie sprawdziłem co jest w środku – kupiłem niemal na ślepo.

Ale ‚Diabłu Łańcuckiemu’ nie można praktycznie nic zarzucić – to uczciwe, rzetelne i praktyczne lanie się po mordach, chlastanie szablami po barkach, łamanie gnatów, pościgi, ucieczki, zasadzki w połączeniu z rubasznym i sprośnym podejściem życia przez XVII-wieczną szlachtę. Przez całe pięćset (525 z przypisami) kart książki nie ma ani chwili, kiedy człowiek miałby ochotę ziewnąć. Autor skutecznie rozwija nastrój i wciąga w wir wydarzeń, niczym młyńskie koło nieświadomego nieszczęśnika. Historia można by rzec prosta – bo jak to w wielu już książkach opisywano, opiera się na schemacie – On – Ona i ten trzeci. Ale to jeden z wątków, jakby na to nie patrzeć, sprawczy, ale jednak okraszony innymi, z akcentami brutalnej rzeczywistości życia na terenach opisanych w książce.

Zatem, kto jest ciekaw przygód Jacka Dydyńskiego, co i komu zawinił pan Stadnicki, jakie tajemnice przywiózł ze sobą Gedeon, czy Kostusia może mieć zmysłowe drażniątka – niech nie szuka po internecie streszczeń, tylko sięgnie po tę lekturę. I to za uczciwą cenę – 29.99 zł !.

Koncercik

Wczoraj po raz pierwszy od niepamiętnych czasów z nieskrywaną sympatią obejrzałem sobie koncert w telewizji. Ogólnie Sopot Festiwal i kto tam ma występować przeszedł mi jakoś bokiem i nie kuł w oczy. Ale obiło mi się o uszy, że występ ma dać Norah Jones. Przełączyłem, no i faktycznie, jest. Artystki miłośnikom gatunku przedstawiać chyba nie trzeba, a mnie urzekła miłym głosem, spokojem, naturalnością. Skrajnym fascynatem nie jestem, ani pani Jones, ani tego typu grania i śpiewania, ale zawsze to miło posłuchać, jak ktoś ma fajne aranżacje, potrafi śpiewać i jest zaprzeczeniem wpychanej nam zewsząd plastikowej tandety w skąpych strojach plażowych.

Nie potrafię odnieść wczorajszego koncertu do innych jej występów, bo po prostu nie śledzę jej tras koncertowych. Ale w piątkowy wieczór było miło, domowo, ciepło i serdecznie. Nawet się zastanawiam, czy by nie dostawić do kolekcji płyty pani Jones, może się dogada z krążkami rozwrzeszczanych rockmen’ów z lat 70-siątych.

Translate »