przystajnik

Mój pierwszy Linux

A uściślając, Linux postawiony i udrożniony do działa tylko i wyłącznie za pomocą myszki i trybu graficznego.

Co w tym dziwnego? Dla wielu z Was, pewnie nic. Ale ja mam takie coś, że instalację Linuksa zawsze zaczynam od płytki net-install, i w trybie tekstowym rzeźbię sobie całą konfigurację, zbiór programów na komputerze, itp. Dlatego dość ekstrawaganckim pomysłem wydało mi postawienie Ubuntu 7.10 (z oryginalnej płyteczki!) w pewien ponury i nudny dzień.

Do tego zadania został wytypowany komputerek o ‚takich se’ parametrach, jak na obecne czasy. Athlon XP 2000+ (to chyba 1.8 MHz?), 512 MB pamięci, karta Gforce 2 MX, jakaś zintegrowana karta muzyczna, nagrywarka CD, dysk 3 GB (5400 rpm, ata66), i do tego całego zestawiku wpięte dwie drukarki na usb – jedna igłowa, druga laserowa. A, i jakiś stary monitor LG 15′ Studioworks.

Etap pierwszy, to oczywiście uruchomienie LiveCD. Nieco obawiałem się, czy ruszy, bo różnie jest z odczytem tych oryginalnie tłoczonych płyt. Stara nagrywarka LiteOn’a jednak sobie poradziła (choć trwało to nieco) i z uśmiechem odpaliłem terminal. Zaraz… Miało być wszystko za pomocą trybu graficznego? Wyłączyłem terminal i pacnąłem od niechcenia w ikonkę ‚install’ na pulpicie.

Cóż mogę powiedzieć na temat instalatora. No instalator jak instalator. Wybrałem język, podałem mu parę informacji jak się ma nazywać komputerek, podałem jako kto chcę się logować w systemie i za pomocą jakiego hasła. Nie odmówiłem sobie jednak przyjemności własnoręcznego partycjonowania dysku – jako, że były do wyboru dwa, wolałem kontrolować sytuację. Partycjonowanie to wskazanie na którym dysku instalator ma wykonać generalny remont, oraz podanie partycji i ich wielkości (pamiętając o stworzeniu partycji swap). Co tam dalej było… Chyba pytanie, czy na pewno chcę instalować, czego rzecz jasna nie doczytałem i ponagliłem instalator.

I ruszyła maszyna. Trwać trwało to ile miało trwać (około jednego kubka kawy). I system był gotowy do uruchomienia z dysku. ‚No to dawaj, zaskocz mnie ubunciaku’ i wykonałem kontrolowany reset zasobów sprzętowych.

Resecik, menu Grub’a (z automatycznie dopisanym Win98, który gdzieś tam sobie dogorywa na oddzielnym dysku), wybieram Ubuntu i czekam na pierwsze problemy. Nie zawiodłem się – bootowanie przebiegło w całkowitej ciemności, gdyż monitor zgubił synchronizację i nie pokazał gustownego splasha Gutsy’ego. Ale już uruchomienie GDM’a ożywiło monitor i kolumienki, które zameldowały afrykańskimi tam-tamami o możliwości logowania. Zalogowałem się i… Rozdzielczość taka jak powinna być, pojawił się monit, czy chcę używać sterowników Nvidii (własnościowych), jakieś tam aktualizację. Dźwięk działa, grafika chodzi, co prawda wybór rozdzielczości pokazał mi jakieś cudaczne wartości odświeżania, ale aż tak to mnie to nie kuło w oczy. Teraz najciekawsze. Włączyłem drukarki (jedna Oki, druga Epson). I w panelu sterownia drukowaniem pojawiły się obie maszynki (automagicznie) – o ile do Oki sterowniki od razu dobrały się takie jak trzeba, o tyle z Epsonem nie było tak klarownie. Ale poszperałem w wyborze sterowników, stwierdziłem, że do igłówki to chyba jakieś skomplikowane sterowniki nie są potrzebne, wybrałem coś tam najprostszego co Epson miał do wyboru. I zadziałało. Przypominam, cały czas posługuję się myszką i graficznymi narzędziami.

Zasadniczo w tym momencie mogłem zakończyć zmagania z komputerem – sprzęt który chciałem, działał (skonfigurowałem sobie jeszcze sieć, podając na sztywno adres IP i resztę ustawień, choć z DHCP pobrał sobie ustawienia jak należy), po wyborze sterowników Nvidii zadziałał Compiz i inne bajery, itp.

Jak dla mnie, zaskoczenie totalne. Nawet Windowsa nigdy tak miło mi się nie stawiało – zgrzytanie zębami przychodziło w momencie dogrywania sterowników, antywirusów itp. A tu wszystko sobie samo, z marszu. Zadziwiające.

Faktycznie, komputer nie posiada jakichś wydumanych komponentów, najbardziej egzotyczne mogły być te dwie drukarki. Ale zdały test współpracy z Linuksem.

Jedyny zgrzyt to próba uruchomienia otoczenia sieciowego tak, aby dogadać się z komputerem z Win98. No za żadne skarby mi to nie wychodziło, aż uciekłem się do użycia trybu tekstowego, ale ustawianie Samby to nie jest, co mnie cieszy i raduje. Koniec końców, okazało się, że jednak to działa (hasło logowania się do zasobów na Windowsie należało wprowadzić z trzy, cztery razy).

Na dodatek, okazało się, że świeżo postawione Ubuntu, na starym monitorze 15′ ma ładniejsze fonty, niż ja na swoim domowym Debianie i monitorze LCD (co może być wynikiem pięcioletnich aktualizacji, bez stawiania na świeżo systemu). Eh, człowiek zawsze sobie jakiś problem znajdzie…
 

Post navigation

Translate »