przystajnik

fotoplastikon

… foto-amator-szczyzna …

Aperture Linux dla fotografa wyzwolonego

Aperture Linux, wczesna wersja alpha

Zasadniczo nie jestem zwolennikiem powielania dystrybucji z byle błahej okazji, jak choćby zmiana domyślnego zestawu tapet i tematów graficznych, czy też zestawu domyślnych aplikacji. W związku ze specyficznym trybem przeistaczania się źródeł programów w formę strawną dla dystrybucji (kompilacja ze źródeł i paczkowanie), głównym celem linuksowego desktopu powinno być dostarczenie użytkownikowi jak najszybciej jak najaktualniejszych wersji programów użytkowych. Fakt nie do przecenienia dla osób, które na Linuksie za pomocą tych programów pracują, czy to zawodowo, czy hobbystycznie. Na dalszy plan schodzi legendarna linuksowa stabilność (w granicach rozsądku oczywiście), której to legendzie pozwólmy trwać lecz na okoliczność rozwiązań serwerowych.I taki prawdopodobnie przyświeca cel powstającej dystrybucji Aperture Linux, która ma ambicje dostarczyć fotografom korzystającym z Linuksa większość programów z całego bogactwa wolnego oprogramowania do wywoływania i obróbki zdjęć, oraz podobnego przeznaczenia. Ponieważ jednocześnie taki fotograf może być po prostu zwykłym użytkownikiem, który program potrzebny do pracy kupuje w sklepie, lub w przypadku Linuksa – znajduje w Centrum Oprogramowania (czyli pod nosem), taka kompilacja najważniejszych narzędzi dedykowanych obróbce zdjęć, retuszowi i technikom specjalnym wydaje się mi być całkiem słuszna. O ile bowiem większość ze specjalistycznych programów ma swoje dedykowane kanały dystrybucji, jak choćby własne repozytoria PPA (w najlepszym przypadku), czy gotowe paczki na stronie producenta, o tyle schody zaczynają się w momencie dopasowania konkretnej paczki do konkretnej wersji dystrybucji. Oraz spełnienie ewentualnych zależności lub wręcz konieczności kompilacji ze źródeł. Zwykły fotograf nie będący w miarę zorientowanym i lubiącym rozwiązywanie zagadek uświadomionym linuksowcem, po prostu zniechęci się, ujdzie z niego para i polegnie. A przecież prawidłowy rozwój programom mogą zapewnić tylko rzesze nowych użytkowników, z których część poczuje konieczność zakomunikowania o błędzie, lub zawnioskuje o jakąś nową opcję w programie. Bez odzewu ze strony użytkowników, to z twórców oprogramowania i ich projektów ujdzie para.

Aperture Linux, czyli openSUSE 12.1

Czym zatem jest Aperture Linux? Najprościej mówiąc, to dystrybucja zbudowana w oparciu o 64bitową wersję openSUSE 12.1. Wydana niedawno wersja Aperture Linux GNOME 3.2 Pre Alpha to oczywiście bardzo początkowe stadium tego projektu. Opiera się o wspomniane openSUSE 12.1, środowisko GNOME 3.2, a niedługo i KDE 4.7. Dlaczego nie GNOME 3.4 i KDE 4.8? Z prostej przyczyny – tych środowisk w stabilnej kondycji nie ma jeszcze w repozytoriach openSUSE. Można zatem już teraz założyć, że rozwój Aperture Linux będzie odbywał się pod dyktando rozwoju openSUSE (zatem niedługo wersja 12.2), jak i jego repozytoriów – oficjalnych i nieoficjalnych.A samo Aperture zawiera domyślnie zainstalowane takie hity wolnego oprogramowania jak Darktable, Rawtherapee, Rawstudio, DigiKam, GIMP, Hugin, Luminance HDR i wiele innych. Zadbano też o inne kwestie istotne dla fotografów, jak np. profile kolorystyczne, obsługiwane przez nowiutki system zarządzania barwami Oyranos, do którego dostaniemy się otwierając ekran Activites i wyszukując ‚icc‚.

Aperture Linux i Oyranos

Pomimo początkowego stadium rozwoju, sposób jego obsługi i konfiguracji można już znaleźć na odpowiedniej stronie.Wśród programów odnajdziemy takie unikatowe ciekawostki jak CinePaint, leciwy fork GIMPa, oferujący jednak 16bitową dokładność efektów i filtrów. Projekt niemal zapomniany i rozwijany w momentach heroicznych zrywów jedynego chyba dewelopera.Stawkę graficznych aplikacji uzupełniają np. Entangle, Urban Lightscape, Videoporama, AlbumShaper, Converseen, Phatch, Rapid Photo Downloader i inne pomniejsze projekty. W stawce dziwią nieco mocno specjalistycznie ukierunkowane programy, jak Blender oraz Sk1. Oprócz obróbki zdjęć dystrybucja oferuje także programy do codziennego funkcjonowania w świecie elektronicznej komunikacji, zatem naszą pocztą zajmie się Evolution, komunikacją interpersonalną Empathy, LibreOffice umożliwi pisanie dokumentów, a Firefox… Wiadomo co.Nie znalazły się w Aperture wszystkie programy które zdobyły uznanie osób pracujących nad zdjęciami. Brakuje choćby wyśmienitego Photivo, czy precyzyjnego Delaboratory, ale przypuszczam, że z pewnością dołączą w finalnej wersji do domyślnych pakietów.Co do wydania Pre Alpha. Jak sama nazwa sugeruje, jest to wydanie o charakterze mocno podglądowym i szkicującym obraz końcowy, do którego zmierzają twórcy. Używanie tej dystrybucji nie jest wskazane, jak też próby instalacji na dysku (najbezpieczniej pobawić się w Virtualboksie, choć też zachowuje się kapryśnie). Za to wskazane jest czynne zgłaszanie swoich uwag, próśb, zażaleń, wniosków i pomysłów na dedykowanym projektowi forum. Już teraz można zacierać ręce na okoliczność przyszłego wydania openSUSE 12.2, GNOME 3.4 i pozostałych żywotnych część tej dystrybucji.

Opis jak poradzić sobie z obsługą obrazu LiveCD, jak i same linki do obrazów .iso znajdziemy na stronie twórców. Z rzeczy istotnych – należy pamiętać o domyślnych hasła – ‚live‚ do zalogowania się, oraz ‚root‚ do zadań typu instalacja.

DT, RT dwa bratanki

Zestaw programów graficznych

3…2…1… Delaboratory 0.5.9.1

Po kilku miesiącach aktywnego rozwoju, Jacek Popławski udostępnił kolejne wydanie Delaboratory 0.5.9.1 (a wręcz 0.6 Beta). Głównym celem na tym etapie rozwoju tego 32-bitowego korektora kolorystycznego było włączenie do obróbki obrazu wszystkich rdzeni naszych procesorów. Usprawnienie to znacznie podnosi komfort beztroskiego machania suwakami od parametrów, lecz to nie koniec zmian. Modyfikacji uległo ułożenie interfejsu – pojawiły się zakładki Actions, gdzie możemy nakładać kolejne korekcyjne warstwy (filtry) obrazu (Curves, Mixer, High Pass, Blur, USM, Dodge/Burn, Shadows/Highlights, Vignette, Apply Image), oraz Conversions, skąd wybieram tryb kolorystyczny w jakim chcemy aby pracował każdy kolejny nałożony filtr (RGB, LAB, BW, HSL, HSV, LCH, CMY, CMYK). Jak można zauważyć, pojawiły się nowe efekty warstwy – Dodge/Burn (wypalanie/dopalanie określonych rejonów), Shadows/Highlights (praca na cieniach/światłach), Vignette (winietowanie) oraz High Pass (filtr górnoprzepustowy). Całość pracy możemy zapisać jako plik .jpg, .tiff lub wysłać do zewnętrznego edytora (domyślnie GIMP).

Delaboratory 0.5.9.1 Beta

Oczywiście program w wersji beta nadaje się głównie do testowania stabilności pracy. W przypadku wystąpienia problemów, w katalogu domowym znajdziemy plik debug.log, który należy przesłać autorowi z opisem problemów.

W Highly Exposive! za parę godzin powinna pojawić się kompilacja dla Ubuntu 10.04/10.10/11.04/11.10. Gdyby ktoś nie miał mojego repozytorium dodanego do systemu, to:

sudo add-apt-repository ppa:dhor/myway
sudo apt-get update
sudo apt-get install delaboratory

AfterShot Pro

Bibble 5 Pro był programem, którego potencjał i możliwości doceniło wielu użytkowników wywołujących za jego pomocą swoje cyfrowe zdjęcia w formacie RAW. Był również jednym z nielicznym płatnych programów wydawanych w wersji dla Linuksa. Był, gdyż według ostatnich doniesień, producent Bibble Pro (BibbleLabs) zostało wykupione przez Corela. I gdy zaraz po tej informacji wielu postawiło krzyżyk na linuksowym wydaniu tego programu, okazało się, że w ofercie Corela pojawił się AfterShot Pro, który łudząco jest podobny do Bibble Pro. I na dodatek oprócz platformy Windows/Mac, ku miłemu zaskoczeniu jest też dostępny w wersji dla Linuksa. Nic nie wróżyło takiej nieoczekiwanej zamiany miejsc, ale fani tego oprogramowania mogą póki co odetchnąć z ulgą. Program według obecnego kursu dolara kosztuje w przeliczeniu na złotówki około 379.00 zł i jest do kupienia w wersji box i elektronicznej prosto ze strony Corela.Czym się różni AfterShot od Bibble Pro? Na pierwszy rzut oka – tylko drobnym retuszem interfejsu, oczywiście na plus. Cała reszta to najnowsze Bibble Pro 5.2.3 – ale już pod nową nazwą.

BibblePro

AfterShot Pro

Zaawansowane profile w Rawstudio

Twórcy Rawstudio po wydanej niedawno wersji 2.0 swoim tempem przygotowują kolejne wydanie 2.1, które powinniśmy otrzymać ‚na dniach’. Jako przedsmak do całości, na stronie programu zostały udostępnione nowe zaawansowane profile kolorystyczne dla 93 modeli aparatów. Od dotychczasowych ‚prostych’ profili różnią się one większą precyzją w określaniu kolorów, co przekłada się na lepsze wyniki końcowe podczas obróbki zdjęć. Wszystkie powstały przy użyciu darmowego edytora Adobe DNG Profiles i próbników RAW z Image Resource.

Aby skorzystać z nich skorzystać, należy je pobrać i po rozpakowaniu umieścić w katalogu ~/.rawstudio/profiles. Można też zaktualizować Rawstudio do wersji Rawstudio-daily (wymaga dodania repozytorium ppa:rawstudio/ppa), lub zaczekać na finalną wersję 2.1.

Różnice niemal niewychwytywalne, ale histogramy inne.

Należy też pamiętać o ponownym przeliczeniu balansu bieli po zmianie profilu z prostego na zaawansowany (klawisz ‚c’).

Stare Wierchy – Turbacz – Lubań

Trzy dni, trzy szczyty, wiele potu, łez i niespełnionych obietnic wspomaganych kaloriami z czarnej czekolady i masowo produkowanych batonów XXXXXX. Głównie obiecywanych sobie porannych mgieł, które akurat na ten trójdzień rozproszyły się w morderczej (jak na porę roku) aktywności słońca. Zostało zatem wędrowanie, podziwianie czego słońce nie zakryło wespół z zawiesiną dyfrakcji.

Wybór szczytu-polany Stare Wierchy (973 m n.p.m.) był oczywisty – to najbliższy punkt z możliwością noclegowania, jaki znalazł się w zasięgu po naszym piątkowym lądowaniu w okolicach Gorców. Samo schronisko na Starych Wierchach charakteryzuje się bardzo wyrozumiałą obsługą, świetnie skrojonymi na wysokość ławami w jadalni, dzięki czemu nocleg na nich był czystą przyjemnością, nawet w towarzystwie chrapiącego psa. Turbacz (1310 m n.p.m.) jak przystało na środek złotej polskiej jesieni udało się nam zdobyć niemal równolegle z ekipą rowerową wyruszającą ze Starych Wierchów. Ponownie, gdyby nie słońce, to widoki z Turbacza może by i były warte opiewania – a tak, to pozostaje wybranie się tam porą zimową. Nie do przeceniania pozostaje wkład lokalnej społeczności obsługującej traktor wysokopienny:

– ‚A wicie panowie co to za wioska tam jest?’
– ‚No nie, skąd’
– ‚A bo tu rózni tacy z Krakowa, Warsawy to wsytcko wiedzo jak sie co nazywa, a ja miejscowy nie’

Pasmo Lubania natomiast to dla miłośników lasów pozycja ‚trzeba zobaczyć’. Po pięciu godzinach z przełęczy Knurowskiej podejście na sam Lubań (1225 m n.p.m.) to też klasyka w postaci ‚trzeba przeżyć, by uwierzyć’, szczególnie jeśli porę obiadową wyznaczyło się sobie na rzeczonym szczycie. Sam szczyt – podobnie, jak Turbacz – w innych okolicznościach aktywności słonecznej – bajeczny. I w warunkach utrudniających dotarcie tam crossowcom, quadowcom i innym kochającym przyrodę inaczej.

Tak czy siak – skrawki złotej polskiej jesieni zostały pochwycone w sidła nowoczesnej techniki utrwalającej.

Słowacja dla wytchnienia

Zwykłe dreptanie polną drogą u naszych przyjaciół zza połudnowej, słowackiej, granicy też może być przyjemne i odkrywcze. Głównie, gdy zejdzie się z utartych szlaków i na przełaj zacznie sie pokonywać świeżo (niemal) skoszoną trawę na łąkach. Sama droga równoległa do szlaku wiodącego przez Beskidek w strone Jaworzyny Koniecznianskiej niczym wybitnym może nie jest, w sam raz do przespacerowania się. Za to wyjście parę metrów wyżej w okalające łączki – i już pojawia się klimat Beskidu Niskiego, nawet z opuszczonym (?) PGR’em w wydaniu słowackim.

Pusta Wielka i Tatry których nie było

Pusta Wielka (1061 m n.p.m.) – szczyt w Beskidzie Sądeckim o wybitnych walorach… Borówkowych (no może po Niemcowej). Trasa wiodąca nań z Żegiestowa wyróżnia się tym, że na czarny szlak należy dreptać z własną kosiarką podręczną, żółty opiewa przecudne lasy, niebieski leci w dół na łeb i szyję.

Widoki zaczynają się dopiero na ‚połoninowej’ trasie w kierunku bacówki Nad Wierchomlą. Im bliżej bacówko-schroniska tym jest głośniej, rubaszniej wg. standardów humoru części społeczeństwa odzianego w przewiewne markowe drelichy. Generalnie – na ten dzień to nawet cudny widok na Tatry wolał się schować za mglistą zasłoną wspomaganą promieniami UV. Sama bacówka niczego sobie – standard od naszej ostatniej wizyty znacznie się podniósł, lecz głównie za sprawą klienteli domagającej się lizaków, chipsów i innego śmieciowego żarcia.

No ale z czegoś takie ośrodki się muszą utrzymywać.

Maroko – standard wycieczkowy inaczej

Nie ma co się oszukiwać – były wakacje, były wycieczki, są i zdjęcia. Wybitne arcydzieła nie powstały, ale taki już urok podróżowania w ramach zorganizownego spędu wczasowiczów.

Na pierwszy ogień – wyjazd do Maroka. W przeciwieństwie do standardu o nazwie ‚Cesarskie Miasta’ jaki oferują biura podróży, my zdecydowaliśmy się na nowość – czyli ‚Magiczne Południe’. Jaka różnica? Mniej zabytków, mniej dużych miast, mniej zgiełku turystycznego, za to więcej natury, normalności, zwykłych ludzi i miejsc nie skażonych ‚wielką turystyką’.

Prezentowane zdjęcia to nie jest nawet ułamek materiału jaki stamtąd przywiozłem. Nie jest to też reprezentatywna część tych zdjęć – nie byłem w stanie wyselekscjonować tych ‚the best’. Najbardziej żałuję zdjęć ulicznych – w krajach islamskich jest to zawsze problem, w Maroku też zdażały się protesty, ale mogłem zdecydowanie więcej materiału poczynić.

Samo południe Maroka… Cóż, to trzeba zobaczyć. Małe, klimatyczne miasteczka. Cudowne hotele (nawet w sezonie turystycznym były na naszą ‚własność’ – w całości). Bajeczne pejzaże, rewelacyjna społeczność miescowa – aż dziw bierze, jaka kontaktowa. Natura w całej okazałości – od przełomów rzek i zielonych dolin po pustynne wydmy. No i wszechobecne słońce, dzięki któremu już o godzinie 10tej można zapomnieć o robieniu klimatycznych fotek. Ja oczywiście nie odpuściłem i złamałem taboo, co widać poniżej.

Co się mogło nie spodobać? Zderzenie z wielką cywilizacją, czyli powrót z południa do pierwszego większego cywilizacyjnie Marakeszu. Tam po raz pierwszy byliśmy rozczarowani hotelem, tam też po raz pierwszy próbowano nas okraść (nieskutecznie). Za to plac Dżemaa el-Fna – wart błąkania się po nim do drugiej w nocy.

W górę pod górę

Gdyby nie niż skandynawski, niedziela 24 czerwca byłaby jedną z kolejnych w nieprzebranej kolekcji szarych niedziel. Szczególnie w tej nieodgadnionej porze roku, którą z przyzwyczajenia nazywamy latem, a gdy rtęć z termometra (starego) najchętniej wyskoczyłaby poza skalę. Tak czy siak, niż pokonał temperaturę i obniżył ją na tyle, że rześki powiew chłodu o piątej rano pomógł podjąć męsko-damską decyzję – ‚robimy’ trasę wokół Kosarzysk w Beskidzie Sądeckim.

Aby uniknąć zaszufladkowania w grupie ‚masowych’ deptaczy najpopularniejszych szlaków z Kosarzysk, wybraliśmy wariant ‚pod prąd’. Czyli nie pobiegliśmy jak większość od razu na Niemcową, czy też na Obidzę, lecz z radosnym zacięciem przeprawiliśmy się przez potok, by malowniczą trasą podążyć na Eliaszówkę (1023 m n.p.m.). Trasa pewnie też ze wszech miar popularna i oblegana, tego dnia była wyjątkowo wyludniona i mogliśmy poczuć się niczym zdobywcy niezbadanych hal i leśnych duktów. Zdobywanie momentami utrudniały bestie, które złowrogo szczekając i machając ogonem opadały nas w pobliżu zabudowań osadników. Jednak morderczy wygląd naszych kijków trekkingowych wystarczał, by zachowały odpowiedni dystans i nie pożarły nas z plecakami. A tymczasem niebieski szlak wił się malowniczo wśród pól, domostw, pól, hal i lasów, by w okolicach Zaczerczyka połączyć się z zielonym szlakiem z Piwnicznej. Z hal przedni widok na boczną odnogę pasma Radziejowej w postaci szczytów RogaczeMiędzyradziejówkiTrześniowy Groń wprowadził nas w kontemplacyjne nastroje. Na chwil parę tracimy widoki i kontemplacyjne skupienie, gdy zanurzamy się w cień krzaczorów i drzew na Eliaszówce. Pomyśleć, że kiedyś była to rozległa, niezalesiona hala z niezłymi widokami. Na szczycie stajemy w samym środku leśnej głuszy, a odległym zewem nowoczesności są walające się tam pozostałości po ludziach z epoki plastiku (umacnia nas to w jeszcze większym szacunku do ludzi z epoki kamienia łupanego). Zielony szlak wiedzie nas dalej nieśpiesznie wśród drzew, co jakiś czas wynurzając się na polanki, by finalnie doprowadzić nas na przełęcz Gromadzką. Tutaj słuszne okazały się nasze wcześniejsze przypuszczenia – podczas, gdy na przebytym szlaku spotkaliśmy dwóch biegaczy, na przełęczy od strony Obidzy prą w górę ‚tłumy’ w postaci dwóch – trzech osób co parę minut. Od strony Rogaczy napierają kolejne ‚tłumy’. Można rzec, wpadliśmy między młot a kowadło. Kto nie chodził po Beskidzie Niskim nie zrozumie co znaczą ‚odludne miejsca’. Po zrewidowaniu przelicznika turysty na metr kwadratowy pozostaje nam podziękować, że nie wyszedł taki, jak w przypadku tatrzańskich szlaków. Jak na standardy zabudowanej przełęczy z atrakcjami oraz węzła szlaków – jest niemal pusto. Przez chwilę trzymamy się jeszcze czerwonego szlaku, by za sto osiemdziesiąt pięć kroków przed siebie przełączyć nasze sensory na niebieskie znaki. Rozpoczyna się podejście na kolejne szczyty Rogaczy – Mały Rogacz (1162 m n.p.m.) i za parę kroków przed siebie – Wielki Rogacz (1182 m n.p.m.). Brakuje nieco pogody, bo ze zboczy pokrytych wiatrołomami rozciąga się bajeczna panorama na Pieniny, Tatry i kto wie, czy nie coś więcej. Będzie to jednak doskonałym pretekstem, by wrócić tam podczas nieco innej pogody. Pomysł, którego bohater niniejszego tekstu jeszcze się nie spodziewa. A tymczasem po dotarciu do kolejnego rozwidlenia szlaków, przepinamy się po raz kolejny na czerwonego oznakowanie, by – nie bójmy się tego słowa – nieciekawym szlakiem osiągnąć polany na NiemcowejTrześniowym Groniu (wtajemniczeni wiedzą o co chodzi z tą dwuznacznością). Same polany – jak to polany, umożliwiają widoki głównie w kierunku północno-wschodnim oraz… Zapasy witamin w postaci wszechobecnych borówek. Po krótki wylegiwaniu się w trawach (pamiętajcie potem o zabiegach przeciw kleszczom!), pozostaje dokonać formalności – trasą żółtą przedrzeć się przez oplątujące nogi krzaki borówek w stronę Wyżnej Polany, by za kapliczką zgubić szlak (trzeba patrzeć za znakami, lub na rozstaju skręcić w lewo). Pozostało nam zaginąć w obcym terenie, lub skorzystać z wiedzy dwóch miejscowych, żwawych staruszków, dzięki którym poznaliśmy wszystkie okoliczne skróty, gdzie warto iść, a gdzie nie, oraz dowiedzieliśmy się życiowej prawdy – ‚Do wsi? A to na dół’. Okazało się, że droga wydarta lasowi, przechodząc pod przysiółkiem Trześniowy Groń, faktycznie zaprowadziła nas do samej wsi. Koniec przygody. A na dowód kilka zdjęć.

Ostatnia taka niedziela

… kiedy poszedłem w dzicz bez kapelusza słomkowego i kremu z filtrem UV lub filtru UV w kremie. Ich brak spowodował, że mamy początek kwietnia a mi koncertowo schodzi skóra z nosa, rąk i uszu. A było to tak…

Jak każdy zauważył, zimę mamy za sobą. Śniegu jak na lekarstwo, słoneczko zachęca miłym ciepłem, stawy kolanowe skrzypią z radości – znak, że najwyższy czas rozpocząć sezon wiosennego przepatrywania okolicy. Po krótkiej debiacie domowej, trasa wizytacji pozimowej wytyczono jednogłośnie przez Radocynę -> Przełęcz pod Zajęczym Wierchem -> Przełęcz Beskid -> pola nad Ożenną -> pola nad Grabem -> Wyszowatka -> Długie -> Radocyna. Droga w sam raz, by się rozruszać, przewietrzyć i pooglądać to i owo.

Cóż tu wiele opisać – kto nie był niech żałuje, kto był, niech się przejdzie raz jeszcze. Ponieważ Radocynę i tamte okolice nawiedzam co jakiś czas, mogę się wykazać się wrodzoną spostrzegawczością i odnotować co następuje:

– w Radocynie walka bobrów z dzikimi osadnikami trwa nadal. Bobry przeniosły swoje stanowiska w górę doliny, gdzie sukcesywnie spiętrzają wodę by zalać niebieski bunkier i ceglastą stodołę (z góry przepraszam urażonych właścicieli),
– w związku z powyższym, dojście do szlaku granicznego za wiatą najlepiej wykonywać na azymut przez las powyżej (lub drogą ścinkową), lub kompletnie po drugiej stronie doliny,
– a propo wiaty – młodzież imprezująca nie puściła z dymem tylko żerdzi podtrzymujących i klepek dachowych,
– zejście z przełęczy do Ożennej doczekało się pięknego asfaltu, który bez wątpienia przyczynia się do wzrostu zainteresowania okolicami zmotoryzowanych włóczęgów, którzy maja niezłą zabawę z ubłoconych włóczęgów poruszających się własnonożnie,
– retorty w Długim jeszcze stoją (a w Bieszczadach pozbierali).

Wędrówka wypadła wybornie, wybornie również bawiło się słonko w promieniach którego skwierczałem aż echo niosło po dolinach. A poniżej marna próba zobrazowania tego, że bardzo wczesna wiosna bez zielonych liści też ma swój urok.

Lód i kosodrzewina

24 października 2010 roku. Czas pięknej jesieni podsyca zapał dwóch narwańców, którzy postanawiają dać upust drzemiącej w nich energii. Ponieważ jeden z tych narwańców (ja) drugiego narwańca (w tej roli kolega Bartek) poprzednio ciągał przez dwa dni w błocie i deszczu przez ‚swoje’ Beskidy Niskie, teraz decydujemy się na tereny bliższe koledze Bartkowi. Mamy do wyboru jakieś pagóry Beskidu Śląskiego, ale w poszukiwaniu wysokości trafiamy palcem na mapie w punkt o nazwie Babia Góra (1725 m.n.p.m) w Beskidzie Żywieckim. Znacie? Na pewno. Zwykle ta góra jest mocno oblegana, ale 24 październik to już tak trochę poza głównym sezonem turystycznym, więc jesteśmy przepełnieni nadzieją, że ominiemy kolejki na szczyt.

Panie i Panowie pozwolą - Babia Góra

Jeżeli ktoś nie orientuje się w tamtych terenach – na zdjęciu powyżej na trzecim planie ośnieżony szczyt to rzeczona Babia Góra. By być oryginalnymi postanowiliśmy zrobić sporą pętlę by tam się wdrapać i omijając ‚tradycyjny’ szlak z Markowych Szczawin, mamy w odwodzie trasy (w tych rejonie też oklepane) przez Jałowieckie Siodło, Małą Babią Górę albo Mosorny Groń, Kiczorkę, Krowiarki (wyjście Percią Akademików roztropnie odrzucamy z marszu, bo przewidujemy w górze śnieg, poza tym do żadnej dłuższej trasy na dwa dni nam ta Perć nie pasowała). Zwycięża koncepcja druga i z samego rana zapakowani w samochód tniemy na skróty przez autostradę (eh, nawigacje) w stronę Zawoi. W samej Zawoi przez jej metropolitarne zapędy gubimy się i mijamy miejsce gdzie się zaczyna szlak na Mosorny, orientując się dopiero na podjeździe pod Krowiarki. W efekcie mamy jakąś godzinkę opóźnienia – jak się okaże pod koniec dnia, godzina która mogła być decydująca. Koniec końców – garby na plecy i w drogę.

Tyle śniegu to nie śnieg

Cóż tu wiele rozpisywać się nt. urokliwych okoliczności przyrody. Pogoda była niczego sobie i tylko nieco wiało pesymizmem w miejscach gdzie mieliśmy widok na samą Babią Górę – chmury, chmury i ciemność. Co też tam się musiało dziać…

Co jakiś czas widać szczyt

Przepełnieni wiarą brniemy dalej w śniegu do łydek i błocie po kostki. Robimy sobie na Krowiarkach popas, z zaciekawieniem obserwując mijające nas osoby maszerujące na zbocze wiodące w kierunku Sokolicy (1367 m.n.p.m). Wszak do zachodu słońca jeszcze trochę zostało, na pewno zdążymy na pełne ekspresji przedstawienie na szczycie Babiej.

Widoczek z Sokolicy

Po wejściu na Sokolicę i wejściu w kosodrzewinę zaczyna się… Śniegu może mniej niż w lesie, ale za to – idealnie wyszlifowany kilkoma setkami butów. Taka cena popularności trasy. Na szczęście trasa grzbietem w stronę Kępy (1530 m.n.p.m) jest o dość łagodnym nachyleniu i tylko dzięki temu udaje się nam brnąć do przodu tylko lekko zjeżdżając do tyłu. Co zaskakujące, im bliżej szczytu jesteśmy, tym mniej słońca i robi się bardziej szaro.

Rzut okiem z Sokolicy na Babią Górę

A za plecami...

Jedyne co nas pociesza, to to, że nie nikt nas nie wyprzedza – zatem mamy dobre tempo, lub (jak się potem okazało) już nikt za nami nie idzie. Nie zwalniamy zatem morderczego marszu nawet gdy kuszą widoki na Tatry, zanikające pod zwałami wieczornych chmur.

Tatry w oddali

Po wyjściu spomiędzy kosodrzewiny na nagie skały oprócz braku kijków asekurujących choć trochę na ślizgawicy, we znaki zaczyna się dawać huraganowy atak wiatru. Picie zaczyna zamarzać w butelce. Batonik będący substytutem energetycznego zastrzyku kalorii nie da się ugryźć. Ale szczyt jest już na wyciągnięcie ręki, tuż tuż…

Księżycowy krajobraz Babiej Góry

Wypatrując miejsca na stopy w oblodzonych skałach, niemal uderzamy głowami o murek na szczycie Babiej Góry. A to niespodzianka. Nici z zachodu słońca. Nici ze wschodu księżyca. Zbudowany przezornie murek oporowy daje na chwilę ukojenie przed napierającą lodową wichurą. Po chwili na szczyt dociera ekipa harcerzy podchodząca Percią Akademików – nawet nie chcę myśleć, jak oni w tej ślizgawicy wychodzili. Po krótkiej pogawędce którą przyśpiesza zapadający zmrok, odchodzimy w ciemność – oni w kierunku Krowiarek, my w stronę schroniska na Markowych Szczawinach. Oczywiście nie decydujemy się na zejście oblodzoną Percią. Rozświetlamy mrok czołówkami i rozpoczynamy ostatni etap naszego spóźniania się na wszystko. I jeżeli na początku podchodzenia na Babią wspominałem, że na grzbiecie było ślisko, to to co zastaliśmy na szlaku w stronę Markowych to była gehenna pieszego marudera. Sytuację ratowała kosodrzewina, której kurczowo się obłapialiśmy, żeby pokonać trasę do przełęczy Brona. Cóż z tej kosodrzewiny jednak, skoro ręce się jej trzymały lecz nogi we własnym szalonym pędzie same jechały przed siebie. Okolicę wypełnił smród palonych Vibramów. Nie muszę chyba dodawać, jakie opóźnienie wygenerowało to wolne zsuwanie się po skałach. Do schroniska dotarliśmy dobrze po godzinie 19stej, jednak całe szczęście w nieszczęściu – zdążyliśmy przed zamknięciem o 20stej bufetu. Chwila snu wśród strategów rozwoju harcerstwa debatujących nad naszymi głowami przez całą noc i rano byliśmy gotowi do kontynuowania ataku szczytowego (wyjście na Cyl). Jednak pomni tego co przeżyliśmy dzień wcześniej i wobec dalszego i postępującego braku sprzętu przeciwdziałającemu ślizganiu się po skałach, zarządziliśmy odwrót z Markowych Szczawin na dół do samochodu. Gdy tak dreptaliśmy wśród cudnej jesieni w niczym nie przypominającej koła podbiegunowego na szczycie, co jakiś czas rzucając okiem na Babią przekonywaliśmy się o słuszności decyzji.

Z Babiej widoków brak

Wobec zwałów chmur widoczność pewnie i tak byłaby zerowa. A tymczasem wokół kwitła sielanka.

A wkoło sielanka

Nowe doświadczenie nauczyło jednego – nie spóźniać się nawet o godzinę na szlak. Uf, musiałem rozliczyć się z przeszłością 🙂

Darktable 0.8

Faktem stała się kolejna stabilna wersja świetnego programu do graficznych manipulacji zdjęciami. Darktable w wersji 0.8 to nie tylko poprawki błędów, ale ogromne ilości zmian w funkcjonalności programu oraz nowe wersje filtrów i nie tylko.

– spory skok w szybkości ładowania plików RAW dzięki użyciu bibliotek RawSpeed (zapożyczenie z projektu Rawstudio),
– poprawki wydajnościowe w obsłudze pamięci podręcznej i potoków pikseli,
– wsparcie dla filtrów/pluginów ze strony GPU dzięki użyciu OpenCL (dla obsługujących tę funkcjonalność kart graficznych),
– edytor metadanych,
– HDR i mapowanie tonalne (eksperymentalnie),
– wysyłanie plików np. na Flickr,
– w porównaniu do wersji 0.7.1 więcej filtrów i pluginów.

Co można napisać o samym programie i nowej wersji. Chyba tylko sam ciepłe słowa, bo prężnie rozwijany Darktable jest uzupełniany ciekawymi poprawkami, jest stabilny, jest szybki, jakości generowanych efektów też nie można nic zarzucić. Kwestia przyzwyczajenia się do interfejsu (inny nie znaczy gorszy) i wypracowania swoich metod obróbki.

Program w wersji dla Ubuntu Lucid/Maverick można zainstalować po dodaniu repozytoriów:

sudo add-apt-repository ppa:pmjdebruijn/darktable-release

Dla eksperymentatorów i ludzi ciekawych świata dostępne jest też repozytorium ppa:pmjdebruijn/darktable-unstable w którym ze sporą regularnością pojawiają się wersje testowe programu.

W przypadku Debiana pozostaje własnoręczna kompilacja, bądź sprawdzanie od czasu do czasu np. tego źródła.

Translate »