przystajnik

Monthly Archives: Czerwiec 2011

Chcemy i nie chcemy

Krętymi ścieżkami podążają losy wdrożeń rozwiązań OpenSource w placówkach administracyjnych i różnych instytucjach. Oczywiście w słabo rozwiniętych krajach Uni Europejskiej, takich jak Niemcy, Szwajcaria, Holandia, itp. (Polska się wszakże do słabeuszy nie zalicza bo nie zetknąłem się z żadnym planem wykorzystania u nas w administracji wolnych rozwiązań). Co jakiś czas w sieć uderza informacja ‚rząd państwa/miasta YYY przesiada się na Linuksa’, a potem ‚urząd miasta ZZZ rezygnuje z Linuksa’.

Jednym z ostatnich doniesień z placu uskuteczniania wolnego oprogramowania w placówkach samorządowych to decyzja o porzuceniu wolnych rozwiązań przez Genewę (Szwajcaria). Rada miasta zadecydowała o ponownej przesiadce na rozwiązania zamknięte i rezygnację z Thunderbirda i OpenOffica, będących czterech latach w użyciu na trzech tysiącach komputerów. Argumentacja? Zmiana ma się przyczynić do wzrostu wydajności i ogólnie pojętego rozwoju.

Z drugiej strony z Monachium (Niemcy) napływają informacje o konsekwentnym wdrażaniu rozwiązań uniezależniających od producenta oprogramowania. Założeniem jest uwolnienie 80% komputerów z 15 000 będący w użytkowaniu przez miasto. Na wytypowanych maszynach instaluje się Ubuntu – jak do tej pory pod tym systemem działa 6 500 maszyn, z planowanych 8 500 na koniec tego roku i 12 000 w przyszłym roku. Lekcja płynąca z tego masowego wdrożenia jest następująca – o ile czynniki techniczne i administracyjne daje się stosunkowo łatwo rozwiązać, to największą przeszkodą jest czynnik… społeczny. Ludzie najzwyczajniej boją się nowego.

Jak można wywnioskować z powyższego, Linuksa i wolnego oprogramowania da się i nie da się używać. Takie logiczne wytłumaczenie ma jedną zaletę – godzi zarówno zwolenników jak i przeciwników otwartych rozwiązań.

W górę pod górę

Gdyby nie niż skandynawski, niedziela 24 czerwca byłaby jedną z kolejnych w nieprzebranej kolekcji szarych niedziel. Szczególnie w tej nieodgadnionej porze roku, którą z przyzwyczajenia nazywamy latem, a gdy rtęć z termometra (starego) najchętniej wyskoczyłaby poza skalę. Tak czy siak, niż pokonał temperaturę i obniżył ją na tyle, że rześki powiew chłodu o piątej rano pomógł podjąć męsko-damską decyzję – ‚robimy’ trasę wokół Kosarzysk w Beskidzie Sądeckim.

Aby uniknąć zaszufladkowania w grupie ‚masowych’ deptaczy najpopularniejszych szlaków z Kosarzysk, wybraliśmy wariant ‚pod prąd’. Czyli nie pobiegliśmy jak większość od razu na Niemcową, czy też na Obidzę, lecz z radosnym zacięciem przeprawiliśmy się przez potok, by malowniczą trasą podążyć na Eliaszówkę (1023 m n.p.m.). Trasa pewnie też ze wszech miar popularna i oblegana, tego dnia była wyjątkowo wyludniona i mogliśmy poczuć się niczym zdobywcy niezbadanych hal i leśnych duktów. Zdobywanie momentami utrudniały bestie, które złowrogo szczekając i machając ogonem opadały nas w pobliżu zabudowań osadników. Jednak morderczy wygląd naszych kijków trekkingowych wystarczał, by zachowały odpowiedni dystans i nie pożarły nas z plecakami. A tymczasem niebieski szlak wił się malowniczo wśród pól, domostw, pól, hal i lasów, by w okolicach Zaczerczyka połączyć się z zielonym szlakiem z Piwnicznej. Z hal przedni widok na boczną odnogę pasma Radziejowej w postaci szczytów RogaczeMiędzyradziejówkiTrześniowy Groń wprowadził nas w kontemplacyjne nastroje. Na chwil parę tracimy widoki i kontemplacyjne skupienie, gdy zanurzamy się w cień krzaczorów i drzew na Eliaszówce. Pomyśleć, że kiedyś była to rozległa, niezalesiona hala z niezłymi widokami. Na szczycie stajemy w samym środku leśnej głuszy, a odległym zewem nowoczesności są walające się tam pozostałości po ludziach z epoki plastiku (umacnia nas to w jeszcze większym szacunku do ludzi z epoki kamienia łupanego). Zielony szlak wiedzie nas dalej nieśpiesznie wśród drzew, co jakiś czas wynurzając się na polanki, by finalnie doprowadzić nas na przełęcz Gromadzką. Tutaj słuszne okazały się nasze wcześniejsze przypuszczenia – podczas, gdy na przebytym szlaku spotkaliśmy dwóch biegaczy, na przełęczy od strony Obidzy prą w górę ‚tłumy’ w postaci dwóch – trzech osób co parę minut. Od strony Rogaczy napierają kolejne ‚tłumy’. Można rzec, wpadliśmy między młot a kowadło. Kto nie chodził po Beskidzie Niskim nie zrozumie co znaczą ‚odludne miejsca’. Po zrewidowaniu przelicznika turysty na metr kwadratowy pozostaje nam podziękować, że nie wyszedł taki, jak w przypadku tatrzańskich szlaków. Jak na standardy zabudowanej przełęczy z atrakcjami oraz węzła szlaków – jest niemal pusto. Przez chwilę trzymamy się jeszcze czerwonego szlaku, by za sto osiemdziesiąt pięć kroków przed siebie przełączyć nasze sensory na niebieskie znaki. Rozpoczyna się podejście na kolejne szczyty Rogaczy – Mały Rogacz (1162 m n.p.m.) i za parę kroków przed siebie – Wielki Rogacz (1182 m n.p.m.). Brakuje nieco pogody, bo ze zboczy pokrytych wiatrołomami rozciąga się bajeczna panorama na Pieniny, Tatry i kto wie, czy nie coś więcej. Będzie to jednak doskonałym pretekstem, by wrócić tam podczas nieco innej pogody. Pomysł, którego bohater niniejszego tekstu jeszcze się nie spodziewa. A tymczasem po dotarciu do kolejnego rozwidlenia szlaków, przepinamy się po raz kolejny na czerwonego oznakowanie, by – nie bójmy się tego słowa – nieciekawym szlakiem osiągnąć polany na NiemcowejTrześniowym Groniu (wtajemniczeni wiedzą o co chodzi z tą dwuznacznością). Same polany – jak to polany, umożliwiają widoki głównie w kierunku północno-wschodnim oraz… Zapasy witamin w postaci wszechobecnych borówek. Po krótki wylegiwaniu się w trawach (pamiętajcie potem o zabiegach przeciw kleszczom!), pozostaje dokonać formalności – trasą żółtą przedrzeć się przez oplątujące nogi krzaki borówek w stronę Wyżnej Polany, by za kapliczką zgubić szlak (trzeba patrzeć za znakami, lub na rozstaju skręcić w lewo). Pozostało nam zaginąć w obcym terenie, lub skorzystać z wiedzy dwóch miejscowych, żwawych staruszków, dzięki którym poznaliśmy wszystkie okoliczne skróty, gdzie warto iść, a gdzie nie, oraz dowiedzieliśmy się życiowej prawdy – ‚Do wsi? A to na dół’. Okazało się, że droga wydarta lasowi, przechodząc pod przysiółkiem Trześniowy Groń, faktycznie zaprowadziła nas do samej wsi. Koniec przygody. A na dowód kilka zdjęć.

Powrót geeka

Za nami ponad dziesięć lat rozwoju biurkowego Linuksa z okresowymi szumnymi zapowiedziami ‚roku Linuksa na biurku’, kiedy to prorokowano gwałtowny wzrost liczby domowych użytkowników tego systemu. Można było założyć, że o ile pierwsza zapowiedź ‚roku Linuksa’ to falstart, a powtórzenie za rok tego hasła to też hurraoptimizm zadeklarowanych fanów, to jednak trudno nie spojrzeć wstecz i zadać sobie pytanie – ‚czy coś zostało z tych lat pionierskich?’. Warunkiem spełnienia marzeń proroctwa o ‚roku Linuksa’ to prostota, wygoda, bogactwo oferty programowej, bezawaryjność i ‚miodność’ systemu. Nawet bazowy argument ‚Linux jest za darmo’ trąci już myszką i wywołuje uśmiech politowania, skoro oprogramowanie potrzebne przeciętnemu Kowalskiemu dodawane jest do paczki chipsów, a komputer kupuje się z działającym systemem (‚A można inaczej?’). Jak zatem po latach wygląda komunikacja Linuksa ze zwykłym, niewyszkolonym użytkownikiem, który może mieć problemy z rozróżnieniem obsługi komputera od przełączania kanałów w TV?

Wydawać by się mogło, że lata rozwoju biurkowego systemu to głównie próby zaspokojenia potrzeby prostoty i wygody użytkowania. Nie ma się też co oszukiwać, ogólnie postępujące rozleniwienie społeczne wymusiło pewne standardy minimum. Np. w dobrym guście leży możliwość dostępu do oferowanych możliwości systemu/programu za pomocą manipulatora w postaci myszki/touchpada. Wykazano również przewagę w zastosowaniach domowych interfejsu graficznego nad tekstowym (głównie za sprawą prostoty dostępu). Jednak gdy przejrzy się kilka stron dedykowanych Linuksowi, jakie porady można tam znaleźć w kolejnym roku ‚Linuksa na biurku’? Kilka przykładów:

GNOME Tweak Tool 3.0.5 Lets You Install GNOME Shell Extensions (www.webupd8.org)

Installation

The latest GNOME Tweak Tool 3.0.5 is already available for Arch Linux, but it hasn’t been packaged for Ubuntu (either in the GNOME 3 PPA or Oneiric) or Fedora yet so if you want to use the latest version, install „git-core” and run the command below to get GNOME Tweak Tool from GIT:

cd && git clone git://git.gnome.org/gnome-tweak-tool

Then simply double click the „gnome-tweak-tool” file under the gnome-tweak-tool folder in your home directory.

How to disable the GDM pre-login ‚music’ in Ubuntu 11.04

To get rid of the annoying pre login gdm ‚music’ in Ubuntu 11.04 just open the ‚Startup Applications’ from the Control Panel
– click on the logout button on the top right – then select ‚System Settings’ to get to the Control Panel

Then just untick the ‚GNOME Login Sound’ option.

and then option the terminal/commandline and execute this command

sudo -u gdm gconftool-2 –type=bool –set /desktop/gnome/sound/event_sounds false

Missing a quick way to access your Downloads / Pictures / Documents / Videos folders? (Natty Narwhal)

You can access them via Dash but for a quicker solution, add quicklists to the Nautilus Home folder launcher (which is displayed by default on top of the Unity launcher) by running the following command (copy all the text as a single command!) in a terminal:

echo „[Desktop Entry]

Name=Home Folder
Comment=Open your personal folder
TryExec=nautilus
Exec=nautilus –no-desktop
Icon=user-home
Terminal=false
StartupNotify=true
Type=Application
Categories=GNOME;GTK;Core;
OnlyShowIn=GNOME;Unity;
X-GNOME-Bugzilla-Bugzilla=GNOME
X-GNOME-Bugzilla-Product=nautilus
X-GNOME-Bugzilla-Component=general
X-Ubuntu-Gettext-Domain=nautilus
(…)
[Pictures Shortcut Group]
Name=Pictures
Exec=nautilus Pictures
TargetEnvironment=Unity

[Downloads Shortcut Group]
Name=Downloads
Exec=nautilus Downloads
TargetEnvironment=Unity” | sudo tee /usr/share/applications/nautilus-home.desktop

To tylko niektóre z przykładów, jak można a czasem trzeba sobie radzić w okiełznaniu niekiedy podstawowych funkcji systemu (wyłączenie dźwięku logowania, stworzenie własnego skrótu na bocznym panelu). Dla starych wyjadaczy te wszystkie sztuczki w terminalu to proza dnia codziennego i nie widzą w tym nic zdrożnego. Ba, sam jestem przekonany, że wiele rzeczy w terminalu robię szybciej niż klikając. Wracając jednak do sedna jakim jest ‚rok Linuksa na biurku’, nie możemy się spodziewać, że nagle gros społeczeństwa z okrzykiem zachwytu rzuci się do wpisywania komend by pojawiła się im ikonka we wskazanym miejscu, bądź żeby zniknęła. Musimy być świadomi, że tych, którzy przemogą się by usprawnić swój system komendami tekstowymi będzie około 1% na świecie, a i ten procent może zmaleć z czasem. Trzeba sobie zadać pytanie, jakie standardy wypracowano przez 10 – 15 lat rozwoju Linuksa desktopowego, że nadal wiele rzeczy można osiągnąć tylko z poziomu terminala?

Można rzecz jasna zrzucić winę na różnorodność, wielofunkcyjność i szybkość rozwoju Linuksa. Zbyt dużo rzeczy można zmienić, ustawić po swojemu, poprawić, przestawić, itp. Zbyt dużo rozwiązań funkcjonuje przez pół roku, by zostać zastąpionymi przez coś nowego. Dlatego pewnie programiści nie przykładają wagi do tego, by ułatwić życie zwykłemu użytkownikowi za pomocą GUI dla stworzonej funkcjonalności. Taki tok myślenia przyświeca zapewne też twórcom nowoczesnych interfejsów graficznych takich jak Unity i Gnome-Shell. Użytkownik ma widzieć i mieć dostęp tylko do tego, co przewidział zespół developerów. Jest to jakieś rozwiązanie, likwiduje problem przepychu opcji, mnogości ustawień i niweluje ogólne poczucie zagubienia w gąszczu przełączników i checkboksów. Z drugiej jednak strony, co ma powiedzieć człowiek z wieloletnim stażem pracy na Linuksie, który z wiekiem nie chce już tracić czasu na uczenie się i ustawianie n-ty raz tego samego niuansu systemu. A robi to już dziesięciu lat, za każdym razem inaczej wraz z nową wersją usługi/programu. Wcześniej nie mógł jak normalny użytkownik ustawić tego narzędziem graficznym, bo go nie było. Teraz ma przed sobą system myślący za niego, który może i narzędzie do ustawień by miał, gdyby nie ktoś, kto stwierdził za użytkownika, że to mu jest niepotrzebne. I w obu przypadkach kończymy na zabawie w terminalu, jak zresztą na powyższych przykładach. Ryzykownym też byłoby stwierdzenie, że to system przeładowany opcjami i konfiguratorami jest spełnieniem marzeń każdego operującego komputerem.

Jednak można żywić nadzieję, że na kolejny jubileusz hasła ‚rok Linuksa’ któraś z dystrybucji pokusi się o połączenie wody z ogniem: wygodnego systemu gotowego do pracy dla przeciętnego użytkownika, z zestawem narzędzi do personalizacji opcji systemu, wyglądu, itp dla bardziej zaawansowanych. Tak, by Linux spełnił oczekiwania tłumu żądnego prostoty i banalności, nie utrudniając przy tym życia wszystkim świadomym i bardziej zaawansowanym geekom. Bo jak na razie dziesięć lat rewolucji z epoki terminala stosowanego przeciągnęło nas przez dolinę obsadzona reklamowymi bilbordami, by na koniec strącić nas ponownie w mroki tekstowego zmagania się z myślą twórczą developerów. ‚Rok geeka przy biurku’.

Spadek notowań

Stała się rzecz niewidziana na distrowatch.com od dłuższego czasu – w rankingu popularności Ubuntu przez ostatni miesiąc zostało zdetronizowane na rzecz Minta a nawet Fedory. Wytłumaczeniem świetnej kondycji tych dwóch dystrybucji może być fakt wydania ich nowych wersji końcem maja, podczas gdy Ubuntu 11.04 pojawiło się w kwietniu. Spadek Ubuntu dziwnym trafem zbiega się w czasie z pierwszym oficjalnym wydaniem opartym na tabletowym interfejsie Unity, przyjętym z mieszanymi uczuciami przez użytkowników. Mocna pozycja Minta sugeruje przywiązanie do tradycyjnych rozwiązań na pulpicie, lecz przypadek Fedory to kolejna rewolucja w postaci Gnome-Shella (odpowiednik Unity). Takie przesunięcie równowagi może oznaczać przepływ bardziej zaawansowanych użytkowników w stronę rozwiązań mniej ograniczających niż Ubuntu, które zostało ostatnio okrojone pod niewygórowane potrzeby przeciętnego użytkownika serwisów społecznościowych.

Odmienne stany terminala

Tryb tekstowego manipulowania Linuksem nieraz stawiany jest na równi z wiedzą magiczną, a na dodatek trąci nieatrakcyjną rzeczywistością białych literek na czarnym tle, lub vice versa. Kto lubi, ten oczywiście używa, kto lubi mniej, prycha z pogardą. A gdyby tak inaczej podejść do tematyki…

To inne podejście postanowiliśmy zaprezentować z kolegą Boberem w jego programistycznym koncercie na jeden terminal, podczas gdy ja dzielnie sekundowałem mu oprawą muzyczną. Efekt został zaprezentowany na party Outline 2011, gdzie zajął drugie miejsce. W dwóch słowach – tekstowe demo napisane za pomocą skryptu powłoki Pdksh (bez wykorzystania aalib czy innych usprawniaczy). Muzyka – Atari 65XE (rok produkcji 1985, części bazowe 1978). Gdyby ktoś zechciał je odpalić u siebie – zapraszam do ściągnięcia (wymagane Pdksh i Mplayer).

httpv://www.youtube.com/watch?v=XBCgvpKHRMg

(za jakość wypada przeprosić)

Chmurna przyszłość

Jeszcze nie przebrzmiały w internecie echa apelu Jona McCanna, by developerzy GNOME odpuścili sobie wsparcie dla BSD, Solarisa i Uniksa, a już na jego blogu można odnaleźć rozważania nad GNOME OS i dlaczego jego działanie miałoby się opierać w całości o chmurę.

Oględnie mówiąc – pliki na lokalnym dysku to synonim staroświeckości. Ułatwienia w zarządzaniu plikami nie zależą od udoskonalenia menadżera plików, lecz od stworzeniu nowego sposobu dostępu i zarządzania nimi (plikami). Jeśli lokalne pliki są wygodne dla ciebie, nie oznacza to, że dla reszty świata też. Wszyscy kierują się w stronę chmury (Google, Apple, itp), więc to musi być dobre. Chmura rozwiązuje problem kończących się dysków, pytań o położenie pliku, dostępu niezależnie od miejsca pobytu. I inne tego typu komunały.

Najbardziej dołujące w tych wszystkich rewelacjach jest zrównanie przeciętnego użytkownika do poziomu kompletnego idioty, a plików które ma na lokalnym komputerze – do treści kupowanych po sklepach muzycznych, sklepach z aplikacjami, itp. Samo użytkowanie komputera sprowadzone zostaje tylko do społecznościowego maniactwa udostępniania swoich fotek z wesel i wakacji, filmików z urodzin itp. Pliki są traktowane w kategoriach dokumenty, zdjęcia (błyskotliwa puenta – i tak wszystkie zdjęcia lądują na Facebooku, Flickru i innych), muzyka i wideo (przecież i tak to wyląduje na Youtube). Po tyle samo dla każdego i po co komu więcej lub coś innego. A marketingowe ‚masz dostęp z każdego miejsca’ się zawsze dobrze sprzeda.

Kompletnie nie zauważone zostają potrzeby ludzi którzy używają komputera do pracy zawodowej. Którzy przy okazji tę pracę zawodową łączą z wolnym oprogramowaniem. Po raz kolejny okazuje się, że wizjonerzy to po prostu wielcy teoretycy, którzy nigdy w życiu nie próbowali pracować zdalnie przez chmurkę na paru setkach zdjęć w formacie RAW (po 16MB każde). Nigdy też nie obrabiali materiału video w wysokiej jakości, nie tworzyli skomplikowanych projektów 3D, uzależnionych od setek pobocznych plików o dużej objętości. Nigdy pewnie też nie sprawdzili jak pracuje się w chmurze, gdy brak jest dostępu do internetu, lub jest on średniej jakości (ale wystarczającej do normalnej komunikacji).

Kolejne dno tej wydawałoby się błahostki to prywatność naszych plików (przez kogo one będą trzymane?), kto je będzie trzymał (kto to wszystko hostuje?), kto zapłaci za ten hosting, kto zapłaci za miejsce na dyskach (końcem końców dane w chmurze i tak zostaną tam zapisane), kto i jak zagwarantuje nam bezpieczeństwo naszych danych, materiałów/projektów, itp. To nie są banały, bo w końcu planowana jest kompletna przeprowadzka naszych plików. Rozwiązania rozproszone może i dobrze brzmią w marketingu dużych firm, którym zależy na kontrolowaniu zawartości plików każdego użytkownika. Jak to się ma w przypadku użytkowników, którzy wybrali wolne oprogramowanie by właśnie uciec spod obłudnej troski koncernów?

To oczywiście jeszcze w żaden sposób nie przesądza sprawy, jak też sama koncepcja GNOME OS nie jest niczym zobowiązującym i pewnym. Jednak takie wizjonerstwo zapatrzone bez dystansu i refleksji w nowoczesne i modne rozwiązania, może stać się w przyszłości powodem do płaczu i zgrzytów w ciemnościach naszych odciętych od internetu samotni.

Translate »