Archiwum za; Kategoria;

RAW – test wydajnościowy

niedziela, 13 Czerwiec 2010

Na forum.olympusclub.pl jest wątek z zabawą w testowanie szybkości wywołania 10ciu plików *.ARW w zależności od wersji oprogramowania, procesora i pamięci. Są to rawy 24mpix, stanowią zatem niezłe obciążenie dla komponentów systemu. Ponieważ jednak w wątku większość wyników jest podawana dla oprogramowania w wersji dla Windows, zgromadziłem parę obserwacji ze swojego komputera.

Intel Core 2 Duo E6400 @2.13 GHz/3 GB (DDR400)/Ubuntu 10.04 x64 – zapis do .jpg w najwyższej jakości (poza dcraw – zapis do ppm)

  • Ufraw-batch (v. 0.17): 101 s.
  • Dcraw ->ppm(v. 9.01): 104 s.
  • Dcraw ->konwersja jpg (ImageMagick) (v. 9.01): 126 s.
  • Rawtherapee (v. 3.0 alpha1): 166 s.
  • Rawstudio (v. svn3251): 75 s.
  • Bibble Pro (v. 5.1.0): 40 s. (!)
  • Darktable (v. 0.5): > 300 s.
  • LightZone (v. 3.8): > 300 s.

Słowa wyjaśnienia.

Ufraw-batch wykorzystuje wielowątkowość, ale ponieważ trzon wywoływania surówki z aparatu opiera się o dcraw który o OpenMP jeszcze nie słyszał, stąd takie wyniki. Przewaga uwidacznia się jednak przy konwersji/zapisie do jpg (nad duetem dcraw+convert).

Dcraw jak wyżej. Wszystko ciągnął na jednym rdzeniu, zapis do PPM. Po skierowaniu wyniku do polecenia convert (z pakietu ImageMagick), który zapisał całość jako jpg, czas konwersji wydłużył się o 20 s.

Rawtherapee miał ustawiony profil obróbki na ‘neutral’ i algorytm HPHD. Pomimo tego wypadł i tak słabo. Usprawiedliwieniem może być to, że to wersja bez wykorzystania OpenMP. Wersja finalna będzie już obsługiwała prawidłowo wielowątkowość.

Rawstudio w wersji z svn poradził sobie bardzo ładnie. Niestety, nie wiem jakim algorytmem obrabiał rawy.

Bibble Pro – tu można powiedzieć ‘płacisz to masz’. Na tle pozostałych programów, to prawdziwy demon. Na czas konwersji zapchał obydwa rdzenie na 100%. Podczas konwersji do JPG Prof (rozmiar obrazu /2) osiągnął wynik 13 s. (!). Niestety, też nie wiem jakim algorytmem to robi.

Darktable i LightZone to programy innego przeznaczenia, niż szybka masowa konwersja plików raw do jpg. Nakładają na obraz mnóstwo efektów podczas wywoływania i pomimo wyłączenia wszystkiego co się dało wyłączyć, programy te cyzelowały każdy plik arw z taką dokładnością, że po pięciu minutach mi się znudziło.

Osobną kwestią pozostaje jakość otrzymanych wyników. A te mogą się różnić w zależności od użytego algorytmu demozaikowania, redukcji artefaków, moiry, itp. Raczej sprawdza się reguła, że im dłużej – tym wynik ładniejszy (lepsza ostrość, kontrast, szczegółowość).

Gdyby ktoś się chciał przyłączyć do testowania, paczkę z *.ARW można pobrać stąd.

Przekleństwo połonin

sobota, 12 Czerwiec 2010

Długi weekend czerwcowy dla wielu jest już mglistym wspomnieniem, a ja dopiero teraz próbuję robić jego podsumowanie. Nie dlatego, że tak się dobrze bawiłem, lecz z przezorności. Zaczynam bowiem powoli wierzyć w naszego wyjazdowego pecha. Ilekroć uderzamy w okolice oddalone min. 50 km od naszej sadyby, COŚ się musi wydarzyć. A to się pogoda popsuje, a to słowacka milicja mi mandat wlepi za przekroczenie prędkości, a to buty małżonce zrobią kuku i wiele innych podobnych michałków, potrafiących skutecznie popsuć humor.

Dlatego nasz planowany od jakiegoś czasu wyjazd w Bieszczady też był obwarowany ryzykiem ‘wystąpienia czegoś’. W ogóle z tymi Bieszczadami to cyrk zupełny, bo tereny oddalone od nas o jakieś 1.30 godziny drogi samochodem planowaliśmy odwiedzić… Po raz pierwszy – jakoś od paru lat nie braliśmy ich pod uwagę, bo ilość nieprzebytych szlaków Beskidów i Tatr nam wystarczała. Ale okoliczne szlaki się pokończyły i decyzja zapadła – jedziemy w dzicz, 2 godziny od domu. Jak przystało na wyjazdowego pecha, w dogodnych dla nas terminach od tamtego roku dwa razy nie mogłem normalnie zarezerwować sobie kwatery. Wiadomo – ogłaszający się w internecie kwaterują pół Polski u siebie. Nie chciałem jechać w ciemno – zakładałem, że z marszu bez problemu jakiś pokój znajdziemy, no ale jak na pierwszy raz wolałem nie włóczyć się po bieszczadzkich wioskach po ciemku w poszukiwaniu spania. Przed wolnym czerwcowym zaplanowałem kwaterunek nieco inaczej i zdobyłem namiary do człowieka, który się w internecie nie ogłasza. I pokoje wolne miał. Uf.

Jak pamiętacie, przełom maja i czerwca to były dni bezpośrednio po powodzi. Prognozy na początek czerwca nie były ciekawe. Miało padać, lać i grzmieć. Wiadomo, w końcu planowaliśmy wyjazd. Ale postanowiliśmy postawić wszystko na jedną kartę i jechać. Trudno, najwyżej przesiedzimy te dni w bieszczadzkich knajpach sącząc miejscowe specjały.

Tak oto wieczorem znaleźliśmy się we Wetlinie dnia 2go czerwca 2010 roku. Plany na dzień następny były ambitne – wczesna pobudka, szamanko i w góry. Wcześnie poniekąd dlatego, że chcieliśmy przez te parę dni zrobić ‘standardy’ bieszczadzki, które robią chyba nawet ‘klapkowicze’ – więc im wcześniej wyjdziemy, tym mniej osób zobaczy, gdzie idziemy. A gdzie można na pierwszy ogień iść z Wetliny. Tak, w różne miejsca, ale Połonina Wetlińska była pierwsza na liście.

Trzeciego czerwca ranek zapowiadał bajeczny dzień – łudziliśmy się, że może, może, prognozy się myliły. Piękne mgiełki ponad którymi prześwitywało niebieskie niebo zachęciły do zerwania się o czwartej (no, parę minut po) rano, oporządzenia się i wymarszu w okolicach godziny piątej. Pogoda – bajka, mgiełki – cud, niebieskie niebo – mega optymizm. Nawet błoto po łydki na szlaku nie psuło nam humorów. I tak sobie dreptaliśmy przez las w stronę Przełęczy Orłowicza, na której okazało się, że niebieskie niebo jest już zasnute chmurami. Ale co tam, wiatr to może rozgoni i z takim przewidywaniem na później, z przełęczy pognaliśmy na Smerek. Powrót na przełęcz, krótka popijawa, a tu… Od Otrytu zaczęła się zbliżać biała zawiesina sięgająca lasu. No, to idzie deszcz. Poleje i przejdzie, będzie dobrze. Nawet lepiej, bo nie grzmi, a na dodatek, ani żywego ducha na szlaku od rana. Zarzuciliśmy na grzbiety ceraty zeszliśmy z przełęczy do lasu, żeby przeczekać deszczyk. Deszczyk jednak czekał, aż wyjdziemy spod drzew i czekał i czekał. W lesie doszedł nas peleton turystów z dołu, większość też się zatrzymała, w oczekiwaniu na lepsze warunki. Podczas wyjazdu sponsorowanego hasłem ‘wszystko na jedną kartę’, nie mogło być innej decyzji – ‘trudno, nie chce przestać padać teraz, przestanie potem’ – wychodzimy z powrotem na przełęcz i robimy tę Połoninę (planowaliśmy dojść do Chatki Puchatka i zejść od niej do asfaltu i z powrotem do Wetliny). Peleton rusza za nami.

Na przełęczy okazało się, że wszystko co było do tej pory widać, stoi w chmurze. I my też. Widoczność na 5 – 10 metrów, lecz na pewno się poprawi. Ruszamy w stronę schroniska, podziwiając osławione widoki z Połoniny, czyli nasze buty rozchlapujące kałuże błota. Peleton na równi z nami. Moje buty nabierają wody – na zapas.

No i cóż więcej mogę dodać. O tym, że doszliśmy do Chatki Puchatka zorientowaliśmy się gdy niemal zaryliśmy nosami o pierwsze zabudowania w okolicy. Trochę podjedliśmy, popiliśmy, z uznaniem skwitowaliśmy klimatyczną chmurę spowijającą okolice i szlakiem-potokiem ruszyliśmy w dół. Po dotarciu do asfaltu, zaczęło grzmieć gdzieś od strony Ustrzyk Górnych, po dotarciu do kwatery rozlało się na dobre. Ale i tak było warto.

Myślicie, że tak wygląda pech w naszym wykonaniu? Czytajcie teraz.

Poranek dnia następnego nie był już tak zachęcający. Chmury, chmury i nawet mgieł nie było. Rano gdzieś około szóstej dostaję telefon z domu – wczorajsze deszcze zalały Gorlice, rzeka wylała, okolice wzdłuż rzeki w wodzie, prąd na osiedlach wyłączony, itp, itd. Jako, że mieszkamy jakieś 200 – 300 metrów od rzeki, byłem w miarę spokojny, w końcu na pierwsze piętro to woda tak szybko nie wpłynie. Chyba.

Za godzinkę mam drugi telefon z domu – ewakuują okolice, od zapory na Klimkówce ma iść fala na 1.5 – 2 metry, zaleje do pierwszego piętra wszystko. Eee, może przesadzają. Dzwonimy do koleżanki mieszkającej blok obok, jaka sytuacja jest przed przejściem tej fali. A ona nam na to, że siedzi w domu, wyjść nie ma jak, przed blokiem ludzie brodzą po uda w wodzie. No i tu się trochę wystraszyliśmy. Licho nie śpi, gdy do tej wody dołożyć półtora metra fali, to dla tej okolicy może być powódź stulecia, jak i dla naszego mieszkania. Dodatkowo, w radio cały czas podawali informacje o sytuacji powodziowej na Podkarpaciu. Kolejne drogi nieprzejezdne, jak tak dalej pójdzie, to nie będzie którędy przejechać. Szybka decyzja – jedziemy ratować dobytek i w ogóle żeby przejechać, póki jeszcze jest po czym.

Jak się domyślacie, to był koniec naszego długiego weekendu. Na miejsce przyjechaliśmy w ostatniej chwili przez zlewaną ostatnią czynną drogą. Ale nie mogę narzekać, okazało się, że woda zeszła o wiele szybciej niż to głoszono, fale nie były tak wysokie. Gorzej mieli ci, którym faktycznie woda weszła do domu. W okolicy aktywowały się też osuwiska.

No i teraz mam zgryz. Planować jeszcze jakieś wyjazdy, czy dać sobie spokój.

Jak zażenować swoich klientów

niedziela, 2 Maj 2010

Ostatnie działania Nikon Polska mogą wprawić jak nie w zdziwienie, to w osłupienie. W dobie wolności słowa, przekonania i wiary, wprowadza się na siłę nowy wyznacznik poprawności – korporacyjny kanon wypowiedzi zgodnej z programem part… firmy.

Po wielkiej aferze z serwisem polishnikonservice.com, który ze względu na piętnowanie niecnych praktyk polskiego serwisu Nikona został zmuszony do zaniechania używania znaku firmowego ‘Nikon’ w nazwie, pojawił się kolejny przykład ingerencji. Tam razem o tyle niezrozumiały, gdyż dotyczy najnormalniejszego forum użytkowników sprzętu firmy Nikon. Administratorzy forum.nikon.org.pl zostali wezwani (sic) do zaprzestania używania nazwy ‘Nikon’ w nazwie domeny. Sprawa o tyle jest niesmaczna, albowiem jak do tej pory forum w dość ścisły sposób współpracowało z firmą Nikon w zakresie szkoleń, prezentacji i sponsoringu.

Polityka ‘zatykania gęby’ wydaje się zataczać coraz szersze kręgi. Wbrew założeniom inicjatorów (Nikon Polska), akcja ma zgoła odmienny rezultat – o Żółtym Serwisie Fotograficznym dowiaduje się coraz więcej osób, a w świetle tego kneblowanie forum zwykłych użytkowników nie zostanie odczytane inaczej, jak jawna cenzura wypowiedzi nt. marki i produktów.

Pozostaje przypuszczać, iż następni w kolejce do odstrzału są wszyscy, używający nazwy ‘Nikon’ w swoich wywodach internetowych. Jeśli ten zaszczy spotka i mnie – nie omieszkam o tym poinformować. Jakby co, liczę na zrzutę na prawników :)

Zimo wróć…

wtorek, 23 Marzec 2010

Chce mi się wyć. Bynajmniej nie z jakichś behawioralnych pozostałości po przodkach, ale zwyczajnie, po ludzku. Zmarnowałem cudną zimę. Plany miałem takie, że aż sam się zaskakiwałem ich ogromem i kunsztem. Miałem sobie zrobić zimowe wejścia na parę górek, przedreptać parę zasypanych dolin i wszystko zatopione w bieli uwieczniać, uwieczniać i uwieczniać…

Stara zasada się sprawdziła – jak chcesz coś zrobić, to tego nie planuj. Z całej zimy udało mi się wyjść w teren raptem dwa razy. A to jakaś impreza rodzinna wypadła, a to śniegiem sypało (co z jednej strony cieszyło, lecz z drugiej – wszystko było zasłonięte), a to brak słońca, a to drogi zasypane, a to auto zakopane, a to znowu remonty domowe… I bach, nim się spostrzegłem, wiosna rzuciła mi prosto w twarz szarym błotem, które wyłoniło się spod śniegu. Koniec zimy. Następna taka może się trafić za 20ścia lat (w myśl – ‘traktuj każdą zimę, jakby była ostatnią taką w twoim życiu’).

Z ambitnych zimowych planów w zasadzie zrealizowałem tylko testowanie stuptutów. I parę kadrów po drodze…

HDR’y

wtorek, 10 Listopad 2009

Z racji wrodzonego konserwatyzmu i stałości uczuć, odrzucam nadmierną graficzną ingerencję w strukturę pikseli zdjęcia. No ale jak się coś chce wykrzesać z nudnych pstryków, to czemu nie poszaleć. A jak szaleć, to tylko wespół ze skomplikowanymi algorytmami – dlatego w deszczowe wieczory zacząłem zapoznawać się z obsługą programu o chwytliwej marketingowo nazwie qtpfsgui (program znajduje się w repozytorium Ubuntu – 1.9.1 dla wersji Ubuntu 9.04 i 1.9.3 dla Ubuntu 9.10. Oraz 1.9.3 dla Debian SID).

Qtpfsgui generuje HDR’y. Robi to sprawnie, w miarę szybko (przydałoby się wykorzystanie więcej niż jednego rdzenia), ma parę algorytmów składania rzeczonego HDR’a. Trzeba go tylko nakarmić odpowiednimi danymi i można działać. Zasadniczo do stworzenia rasowego HDR’a są potrzebne minimum trzy ujęcia tej samej sceny, różniące się ekspozycją (np. -2,0,+2). Ja z racji posiadanego materiału, bawiłem się w bieda-hdr’y – z jednego zdjęcia. Co z tego wyszło?

a3_hdr

c4_hdr

k1_hdr

b5_hdr

m2_hdr

c7_hdr

r6_hdr

Rozliczenie wakacji

sobota, 10 Październik 2009

Zaległości. Któż ich nie ma. Ja dopiero teraz przejrzałem na spokojnie część wakacyjnego materiału. Część wyjazdową, bo można powiedzieć, że urlop wakacyjny robiłem sobie w każdy weekend sezonu wypoczynkowego, wypuszczając się na dłuższe lub krótsze wypady po szlakach w moich rejonach. Apogeum relaksu był wyskok w wyższe góry, dla sprawdzenia możliwości kondycyjnych. Zwykle ten tydzień wyjazdowy planujemy zawsze w terminach kiedy kończą się urlopy masowym zwiedzaczom, jednak okazało się, że na Słowacji dodatkowo podziałał czynnik wprowadzenia u nich waluty Euro, dzięki czemu… Było jeszcze luźniej niż zwykle. Nie ma tego dobrego, co by na złe nie wyszło – jeden dzień poświęciliśmy na przejście szlaku po polskiej stronie Tatr – i to był koszmar (pijana, rozwrzeszczana stonka i inne atrakcje).

Poniżej skrótowa relacja z poszczególnych dni. Żeby zbytnio nie przynudzać – jeden dzień, jedno zdjęcie. Przepraszam za ogromne rozmiary fotek (1280×960), ale kapnąłem się dopiero po wrzucie na serwer.

Dzień pierwszy

ludzie_w_dolinie_mgiel_d1

Dzień drugi

jaw_d2

Dzień trzeci

potok2_d3

Dzień czwarty

mieg_d4

Dzień piąty

suszenie_d5

Dzień szósty

slaw3_d6

Dzień siódmy

rusinowa_d7

No i tak to było. Ogólnie zrobiliśmy na oko około 100 – 120 km. Nie było źle, tylko kolana zaczęły się w pewnych momentach buntować. I porada – noście peleryny przeciw deszczowe (do kostek). Przez ich brak musiałem przy Popradzkim Plesie wylewać wodę z butów, gdzie korpus chroniony kurtką przetrwał w stanie nienaruszonym.

Finalny RawTherapee 2.4

wtorek, 21 Lipiec 2009

Po wydaniu dwóch wersji Release Candidate, długo trzymano nas w niepewności. Ale koniec końców, dziś została upubliczniona finalna wersja RawTherapee 2.4.

Opóźnienie wynikło z konieczności znalezienia paru błędów (choćby w obsłudze świateł/cieni), czemu stanął naprzeciw odwieczny brak czasu.

Z deklarowanych nowości:

Changelog (from v2.3):

* Exif/IPTC support
* Theme switching
* Improved GUI layout
* Improved filebrowser
o Ranking support
o Basic file operations possible (delete, remove, rename)
o Filtering based on Exif data
o Configurable thumbnail caching
o Live thumbnails (showing the images in the processed state)
o Resizable thumbnails
o Configurable thumbnail layout (left – right, top – down)
* Basic batch processing
o Controllable workqueue
o Copy/Paste processing profiles (or only parts of them)
o Direct sending of images to the workqueue
* Improved auto-exposure and spot white balance
* „Send to Editor” feature (Gimp, Photoshop, custom editor)

I zapowiedziana została już wersja 2.5 (testowa), ze zmienionym GUI oraz znacznie rozbudowaną obróbką wsadową.

Plik pobieramy z linka podanego wyżej – wersja dla Linuksa, Windowsa.

The PEN story

sobota, 4 Lipiec 2009

Lustrzanka bez lustra, czy też kompakt z wymienną optyką. Jak zwał, tak zwał, ale Olympus EP-1 jako pierwszy aparat Olympusa w systemie m4/3 dla mnie wygląda świetnie. Stylistycznie nawiązuje do legendarnego Olympusa Pen, posiada stabilizację, podgląd na żywo, możliwość nagrywania filmów, wymienną optykę, filtry artystyczne, działa na karty SD, proponuje jakość obrazowania niemal jak lustrzanka (a wręcz taką samą), jest mały, zręczny i poręczny.

Jak zareklamować taki produkt? Najlepiej, używając go, np. w ten sposób:

Aparat, którego używają ludzie.

Pentax K-7

środa, 20 Maj 2009

To nie jest prawda, że zamknąłem się we własnym małym, niszowym światku i w klapach na oczach ślepo jestem wpatrzony w jedynego producenta sprzętu fotograficznego – Olympusa. Zaglądam czasem do drugiego niszowego światka, któremu przewodzi Pentax.

Gdybym kupował sprzęt foto o rok później, niż kupiłem, pewnie byłbym teraz właśnie w światku Pentaksa. A tak, to pozostaje mi dopingować drugiej, nie ukrywajmy, też niszowej marce. Niszowej, bo Olympus i Pentax w ilości użytkowników są daleko za wielką dwójką (z której to dwójki Sony za pomocą walca marketingowego chce zrobić wielką trójcę).

Ale nie o snach o potędze miałem tu pisać. Otóż, dziś został pokazana światu specyfikacja i nowy model – Pentax K-7. Cieszy to mnie niezmiernie, bo po ostatnich zawirowaniach wokół tej marki, nic nie było pewne do końca. A tu proszę, świetne body, z mnóstwem ciekawych opcji.

k7

Co szczególnie rzuca się w oczy w specyfikacji tego aparatu?

- matryca 14.6 mpx,

- pełne uszczelnienia,

- magnezowy korpus,

- tradycyjnie, jak to w Pentaksach, duży wizjer – 100% krycia kadru, powiększenie 0.92x,

- 3 calowy wyświetlacz LCD,

- funkcja LV – niestety, bez obracanego ekranika,

- nowy system czyszczenia matrycy – użyto podobnego patentu jak w aparatach Olympusa (Supersonic Wave),

- 11sto polowy system AF, ponoć fenomenalnie szybki,

- zdjęcia seryjne 5.2 kl/s, do 15stu RAWów w serii,

- nagrywanie filmów ([1.6M] (1536×1024, 3:2), [0.9M] (1280×720, 16:9), [0.3M] (640×416, 3:2)),

- funkcja składania obrazu HDR w aparacie.

Wygląda to bardzo zachęcająco. Ale i tak trzeba będzie poczekać na pierwsze sample z tego aparatu, bo może się okazać, że podobnie jak sprzęt Olka – aparat góruje wszystkim nad konkurencją, lecz nie jakością obrazu (wyolbrzymiając – chodzi głównie o wysokie ISO i DR). Ciekawi przede wszystkim wydajność matrycy oraz działanie systemu AF – w poprzednich modelach było z tym różnie.

Aparat nie jest duży – mniejszy niż moje E-3, lżejszy ( ok. 130.5(szer) x 96.5(wys) x 72.5(grub)mm, 750 g. z baterią). Projekt obudowy jest może nieco kanciasty jak na moje odczucie, ale przecież nie będzie się tego aparatu używać jako poduszki.

O cenie przebąkuje się, że zmieści się w granicach 1200 – 1500 Euro.

Znikający punkt

piątek, 24 Kwiecień 2009

Przy pierwszej próbie, przegnało nas z jej stoków gradobicie. Drugie podejście też ugrzęzło w niesprzyjających śniegowych okolicznościach, z braku odpowiedniego ekwipunku. Lecz jak to się w przysłowiu rzecze, za trzecim razem w końcu udało się wdrapać na tę górę. Tak właśnie zdobywałem Jaworzynę Konieczniańską (881 m n.p.m.).

Plan wyprawy był prosty – docieramy do przejścia granicznego w Koniecznej, stamtąd szlakiem na Beskidek (zahaczając po drodze o cmentarz z I woj. św. – tutaj lepiej się jest trzymać najpierw szlaku czarnego, a potem za cmentarzem niebieskiego). Chwila odsapnięcia u stóp Jaworzyny i dość mocne, ostre podejście na jej szczyt (250m przewyższenia na odcinku 1km). Cel nie został wybrany przypadkowo – na Jaworzynie znajduje się, a w zasadzie znajdował, jeden z ciekawszych punktów widokowych na Beskidy. Niestety, na miejscu potwierdziło się to, że punkt widokowy… Zanika. Drzewa powoli przejmują kontrolę nad całością grzbietu Jaworzyny, wesoło informując przybyłych ‘i praw natury pan nie zmienisz’. Bardzo imponująco wygląda na szczycie dziwny i lekko upiorny las po stronie słowackiej (grzbietem biegnie granica, słowacka strona to rezerwat) – doskonałe miejsce na klimatyczne ujęcia w odpowiednio klimatycznych warunkach pogodowych.

Gdy już się upewniliśmy, że nic więcej z tego grzbietu nie obejrzymy, podreptaliśmy z powrotem, w stronę Koniecznej, w lesie skręcając jednak w jedną ze ścieżek, wiodącą gdzieś na słowackie pustkowia. Długą, lecz ładną dolinką przeszliśmy do głównej drogi i asfaltem parę km z powrotem do przejścia (dopiero po jakimś czasie zorientowałem się, że z dolinki można było na azymut przeć w stronę opuszczonego PGR’u i nie robić dość sporego koła, a już na pewno uniknąć asfaltu).

Polecam ten wariant kombinującym odpoczynek w tym rejonie. Prośba – nie śmiećcie po lasach, bo po niektórych widokach mam potem dylematy moralne, czy wyrzucić pod krzak skórkę od banana.

spoczynek

Klimkowka

pleskanka

Plotek

z_koniecznianskiej3

oczko

vrchy

z_koniecznianskiej

stop

yyy

vrchy

eco_bitumit