Archiwum za; Kategoria;

Przekleństwo połonin

sobota, 12 Czerwiec 2010

Długi weekend czerwcowy dla wielu jest już mglistym wspomnieniem, a ja dopiero teraz próbuję robić jego podsumowanie. Nie dlatego, że tak się dobrze bawiłem, lecz z przezorności. Zaczynam bowiem powoli wierzyć w naszego wyjazdowego pecha. Ilekroć uderzamy w okolice oddalone min. 50 km od naszej sadyby, COŚ się musi wydarzyć. A to się pogoda popsuje, a to słowacka milicja mi mandat wlepi za przekroczenie prędkości, a to buty małżonce zrobią kuku i wiele innych podobnych michałków, potrafiących skutecznie popsuć humor.

Dlatego nasz planowany od jakiegoś czasu wyjazd w Bieszczady też był obwarowany ryzykiem ‘wystąpienia czegoś’. W ogóle z tymi Bieszczadami to cyrk zupełny, bo tereny oddalone od nas o jakieś 1.30 godziny drogi samochodem planowaliśmy odwiedzić… Po raz pierwszy – jakoś od paru lat nie braliśmy ich pod uwagę, bo ilość nieprzebytych szlaków Beskidów i Tatr nam wystarczała. Ale okoliczne szlaki się pokończyły i decyzja zapadła – jedziemy w dzicz, 2 godziny od domu. Jak przystało na wyjazdowego pecha, w dogodnych dla nas terminach od tamtego roku dwa razy nie mogłem normalnie zarezerwować sobie kwatery. Wiadomo – ogłaszający się w internecie kwaterują pół Polski u siebie. Nie chciałem jechać w ciemno – zakładałem, że z marszu bez problemu jakiś pokój znajdziemy, no ale jak na pierwszy raz wolałem nie włóczyć się po bieszczadzkich wioskach po ciemku w poszukiwaniu spania. Przed wolnym czerwcowym zaplanowałem kwaterunek nieco inaczej i zdobyłem namiary do człowieka, który się w internecie nie ogłasza. I pokoje wolne miał. Uf.

Jak pamiętacie, przełom maja i czerwca to były dni bezpośrednio po powodzi. Prognozy na początek czerwca nie były ciekawe. Miało padać, lać i grzmieć. Wiadomo, w końcu planowaliśmy wyjazd. Ale postanowiliśmy postawić wszystko na jedną kartę i jechać. Trudno, najwyżej przesiedzimy te dni w bieszczadzkich knajpach sącząc miejscowe specjały.

Tak oto wieczorem znaleźliśmy się we Wetlinie dnia 2go czerwca 2010 roku. Plany na dzień następny były ambitne – wczesna pobudka, szamanko i w góry. Wcześnie poniekąd dlatego, że chcieliśmy przez te parę dni zrobić ‘standardy’ bieszczadzki, które robią chyba nawet ‘klapkowicze’ – więc im wcześniej wyjdziemy, tym mniej osób zobaczy, gdzie idziemy. A gdzie można na pierwszy ogień iść z Wetliny. Tak, w różne miejsca, ale Połonina Wetlińska była pierwsza na liście.

Trzeciego czerwca ranek zapowiadał bajeczny dzień – łudziliśmy się, że może, może, prognozy się myliły. Piękne mgiełki ponad którymi prześwitywało niebieskie niebo zachęciły do zerwania się o czwartej (no, parę minut po) rano, oporządzenia się i wymarszu w okolicach godziny piątej. Pogoda – bajka, mgiełki – cud, niebieskie niebo – mega optymizm. Nawet błoto po łydki na szlaku nie psuło nam humorów. I tak sobie dreptaliśmy przez las w stronę Przełęczy Orłowicza, na której okazało się, że niebieskie niebo jest już zasnute chmurami. Ale co tam, wiatr to może rozgoni i z takim przewidywaniem na później, z przełęczy pognaliśmy na Smerek. Powrót na przełęcz, krótka popijawa, a tu… Od Otrytu zaczęła się zbliżać biała zawiesina sięgająca lasu. No, to idzie deszcz. Poleje i przejdzie, będzie dobrze. Nawet lepiej, bo nie grzmi, a na dodatek, ani żywego ducha na szlaku od rana. Zarzuciliśmy na grzbiety ceraty zeszliśmy z przełęczy do lasu, żeby przeczekać deszczyk. Deszczyk jednak czekał, aż wyjdziemy spod drzew i czekał i czekał. W lesie doszedł nas peleton turystów z dołu, większość też się zatrzymała, w oczekiwaniu na lepsze warunki. Podczas wyjazdu sponsorowanego hasłem ‘wszystko na jedną kartę’, nie mogło być innej decyzji – ‘trudno, nie chce przestać padać teraz, przestanie potem’ – wychodzimy z powrotem na przełęcz i robimy tę Połoninę (planowaliśmy dojść do Chatki Puchatka i zejść od niej do asfaltu i z powrotem do Wetliny). Peleton rusza za nami.

Na przełęczy okazało się, że wszystko co było do tej pory widać, stoi w chmurze. I my też. Widoczność na 5 – 10 metrów, lecz na pewno się poprawi. Ruszamy w stronę schroniska, podziwiając osławione widoki z Połoniny, czyli nasze buty rozchlapujące kałuże błota. Peleton na równi z nami. Moje buty nabierają wody – na zapas.

No i cóż więcej mogę dodać. O tym, że doszliśmy do Chatki Puchatka zorientowaliśmy się gdy niemal zaryliśmy nosami o pierwsze zabudowania w okolicy. Trochę podjedliśmy, popiliśmy, z uznaniem skwitowaliśmy klimatyczną chmurę spowijającą okolice i szlakiem-potokiem ruszyliśmy w dół. Po dotarciu do asfaltu, zaczęło grzmieć gdzieś od strony Ustrzyk Górnych, po dotarciu do kwatery rozlało się na dobre. Ale i tak było warto.

Myślicie, że tak wygląda pech w naszym wykonaniu? Czytajcie teraz.

Poranek dnia następnego nie był już tak zachęcający. Chmury, chmury i nawet mgieł nie było. Rano gdzieś około szóstej dostaję telefon z domu – wczorajsze deszcze zalały Gorlice, rzeka wylała, okolice wzdłuż rzeki w wodzie, prąd na osiedlach wyłączony, itp, itd. Jako, że mieszkamy jakieś 200 – 300 metrów od rzeki, byłem w miarę spokojny, w końcu na pierwsze piętro to woda tak szybko nie wpłynie. Chyba.

Za godzinkę mam drugi telefon z domu – ewakuują okolice, od zapory na Klimkówce ma iść fala na 1.5 – 2 metry, zaleje do pierwszego piętra wszystko. Eee, może przesadzają. Dzwonimy do koleżanki mieszkającej blok obok, jaka sytuacja jest przed przejściem tej fali. A ona nam na to, że siedzi w domu, wyjść nie ma jak, przed blokiem ludzie brodzą po uda w wodzie. No i tu się trochę wystraszyliśmy. Licho nie śpi, gdy do tej wody dołożyć półtora metra fali, to dla tej okolicy może być powódź stulecia, jak i dla naszego mieszkania. Dodatkowo, w radio cały czas podawali informacje o sytuacji powodziowej na Podkarpaciu. Kolejne drogi nieprzejezdne, jak tak dalej pójdzie, to nie będzie którędy przejechać. Szybka decyzja – jedziemy ratować dobytek i w ogóle żeby przejechać, póki jeszcze jest po czym.

Jak się domyślacie, to był koniec naszego długiego weekendu. Na miejsce przyjechaliśmy w ostatniej chwili przez zlewaną ostatnią czynną drogą. Ale nie mogę narzekać, okazało się, że woda zeszła o wiele szybciej niż to głoszono, fale nie były tak wysokie. Gorzej mieli ci, którym faktycznie woda weszła do domu. W okolicy aktywowały się też osuwiska.

No i teraz mam zgryz. Planować jeszcze jakieś wyjazdy, czy dać sobie spokój.

Katastrofa prezydenckiego Tupolewa TU-154

sobota, 10 Kwiecień 2010

Dziś około godziny 8:56 czasu polskiego pod Smoleńskiem przy próbie lądowania rozbił się prezydencki samolot, z parą prezydencką – Lechem i Marią Kaczyńskimi na pokładzie. W katastrofie zginęło 96 osób, w tym wielu osób pełniących ważne funkcje w naszym państwie, parlamentarzystów, dowódców sił zbrojnych, duchownych, działaczy na rzecz pamięci zbrodni katyńskiej.

Odrzucając przekonania polityczne i osobiste – cześć ich pamięci.

1 Kwietnia

czwartek, 1 Kwiecień 2010

Z racji zamieszania jakie niesie ze sobą dzień 1-szego kwietnia, ustawowo został on zniesiony i zastąpiony dniem 2-go kwietnia. Zmiany będą obowiązywały od następnego roku, zatem pamiętajcie, że w 2011 wystąpi dwa razy data 2-giego kwietnia.

Pomysł, by przenieść 1-go kwietnia na 2-maja i uczynić dniem wolnym od pracy nie przeszedł.

Firefox 3.6 i Pekao S.A.

czwartek, 4 Marzec 2010

Nic z tego. Nawet nie próbujcie. Do dnia dzisiejszego bank Pekao S.A. nie poprawił swojego komponentu do podpisywania przelewów, wskutek czego cały czas otrzymujemy błąd podczas próby jego instalacji.
Dzieje się tak przy użyciu najnowszego Firefoksa 3.6, a problem jest znany bankowi i teoretycznie pracują nad jego usunięciem.

Pozostaje teraz tylko wytłumaczyć to ludziom, którzy oczekują na przelewy…

Słowo na Święta

środa, 23 Grudzień 2009

Przy obecnym dobrobycie chyba już nie ma oryginalnych życzeń.

Trzymajcie się zdrowo i wespół w zespół z rodziną. Wszyscy.

Znikający punkt

piątek, 24 Kwiecień 2009

Przy pierwszej próbie, przegnało nas z jej stoków gradobicie. Drugie podejście też ugrzęzło w niesprzyjających śniegowych okolicznościach, z braku odpowiedniego ekwipunku. Lecz jak to się w przysłowiu rzecze, za trzecim razem w końcu udało się wdrapać na tę górę. Tak właśnie zdobywałem Jaworzynę Konieczniańską (881 m n.p.m.).

Plan wyprawy był prosty – docieramy do przejścia granicznego w Koniecznej, stamtąd szlakiem na Beskidek (zahaczając po drodze o cmentarz z I woj. św. – tutaj lepiej się jest trzymać najpierw szlaku czarnego, a potem za cmentarzem niebieskiego). Chwila odsapnięcia u stóp Jaworzyny i dość mocne, ostre podejście na jej szczyt (250m przewyższenia na odcinku 1km). Cel nie został wybrany przypadkowo – na Jaworzynie znajduje się, a w zasadzie znajdował, jeden z ciekawszych punktów widokowych na Beskidy. Niestety, na miejscu potwierdziło się to, że punkt widokowy… Zanika. Drzewa powoli przejmują kontrolę nad całością grzbietu Jaworzyny, wesoło informując przybyłych ‘i praw natury pan nie zmienisz’. Bardzo imponująco wygląda na szczycie dziwny i lekko upiorny las po stronie słowackiej (grzbietem biegnie granica, słowacka strona to rezerwat) – doskonałe miejsce na klimatyczne ujęcia w odpowiednio klimatycznych warunkach pogodowych.

Gdy już się upewniliśmy, że nic więcej z tego grzbietu nie obejrzymy, podreptaliśmy z powrotem, w stronę Koniecznej, w lesie skręcając jednak w jedną ze ścieżek, wiodącą gdzieś na słowackie pustkowia. Długą, lecz ładną dolinką przeszliśmy do głównej drogi i asfaltem parę km z powrotem do przejścia (dopiero po jakimś czasie zorientowałem się, że z dolinki można było na azymut przeć w stronę opuszczonego PGR’u i nie robić dość sporego koła, a już na pewno uniknąć asfaltu).

Polecam ten wariant kombinującym odpoczynek w tym rejonie. Prośba – nie śmiećcie po lasach, bo po niektórych widokach mam potem dylematy moralne, czy wyrzucić pod krzak skórkę od banana.

spoczynek

Klimkowka

pleskanka

Plotek

z_koniecznianskiej3

oczko

vrchy

z_koniecznianskiej

stop

yyy

vrchy

eco_bitumit

Rozruch

wtorek, 21 Kwiecień 2009

Po morderczej zimie, przyszedł czas odetchnąć rześkim powiewem wiosny. Na miejscu, które wybrałem do tych ćwiczeń oddechowych, okazało się, że do prawdziwej wiosny to jeszcze trochę brakuje, a im dalej w las, tym mniej zieleni.

Ale słowo się rzekło i wracać o niczym było nietęgo. Zatem przedreptaliśmy Dolinę Bielicznej (obok Izb) tam i z powrotem. Akurat spacer na rozruszanie butów. Dodatkowym czynnikiem motywacyjnym była powolna komercjalizacja tych rejonów. Dolina Bielicznej znajduje się w opisach atrakcji pobliskich pensjonatów. Atrakcje te obejmują, oprócz hipiki, również rajdy quadami i innym wyjącym ustrojstwem. Więc za jakiś czas, może nie być tam tak cicho, a i sama infrastruktura rozwijająca się u wylotu doliny, powoli przesuwa się w jej głąb. Idzie nowe, itp.

Sama dolina jest warta odwiedzenia, oprócz dla widoków (np. na Lackową), również dla znajdującej się tam cerkwi. Ciekawostka, w czasie gdy tam chodziliśmy, cerkiew była otworzona i można było wejść do środka. Totalne odludzie (no, prawie), do najbliższego domostwa ok. 3 – 4 km, a tu wystarczy za klamkę i już się jest w środku. Cieszy takie zaufanie, ale czy każdy to doceni… Powyżej cerkwi znajduje się stary łemkowski cmentarz, jednak niknie powoli w oczach, praktycznie wszystkie nagrobki są uszkodzone, choć widać ślady sprzątania.

I pewnie podreptał bym dalej w górę, by dojść do szlaku prowadzącego na Ostry Wierch. Ale, że zostałem uświadomiony niemal siłą, że przyjemności trzeba sobie dozować, Ostry Wierch i reszta musi poczekać.

jeszcze_nie_w_zieleni

starszyzna

wejscie_ewakuacyjne

bieliczna_w_przededniu1

gadzina

koronacja_lackowej

Słowo na święta

środa, 24 Grudzień 2008

W tym miejscu i o tej porze roku, zwykle (jak wszędzie) powinny pojawić się życzenia świąteczne.

Jednak, zamiast prześcigać się w wymyślaniu i wyszukiwaniu coraz to bardziej durnych wierszyko-życzeń, obrazków z frajerem w czerwonym wdzianku, proponuję być na święta uśmiechniętym, wesołym, roztropnym, refleksyjnym.

Czego i Wam życzę.

Pałac

niedziela, 16 Listopad 2008

Proszę wycieczki, proszę się nie rozbiegać. Wchodzimy do parku, idziemy główną aleją, którą szlachta polska przechadzała się w słoneczne dni. Na lewo stawy, na prawo Pałac Załuskich zbudowany w latach 1882-83.

palac1.jpg

palac2.jpg

W jego otoczeniu park założony w XVIII-XIX w. ze stawami i aleją starych lip, wyglądających lepiej na wiosnę.

park.jpg

palac3.jpg

Na końcu alei budynki gospodarcze – stary dworek, spichlerz i dawny zbór ariański. Spoglądamy na dworek, w tle spichlerz.

sluzba.jpg
Tak to jest jesienią w Iwoniczu (tyle, że parę dni wcześniej, 11stego listopada).

Podróże małe i duże

piątek, 14 Listopad 2008

Jak jest dużo wolnych dni, to wiadomo. Człowiek siedzi przed tv łazi gdzie go nogi poniosą. Dlatego na próżno było mnie szukać na obchodach 11stego listopada, jak też w niedzielę poprzedzającą ten dzień.

Łazęgowanie które odbyłem, zaliczam do średnio udanych. Samo przejście trasy to ta część bardziej udana. Gorzej było z pogodą. Tak, wiem, na nizinach (hehe) słonko świeciło pełnią mocy, było niebieściutko na niebie i do ogólnej sielanki brakło stad przelatujących motyli. Niestety, ja akurat wybrałem się w górski kocioł który się tego dnia wytworzył między grzbietami Kornutów – Wątkowej – Świerzowej a Czereślą i Trzema Kopcami. Od strony Folusza wyglądało to dość zachęcająco – słońce nad głową, w Dolinie Potasówki (??) widać było parę sinych chmurek, szybko przepędzanych przez wiatr. Jednak, im bliżej tych ‘chmurek’ podchodziłem, tym było ich więcej i więcej, i po chwili zamieniły się w zawiesinę zasłaniającą mi dostęp do promieni słonecznych. Mnie to było bez różnicy, jednak fotograficzny aspekt wyprawy na tym ucierpiał. Ale nic to. Drzewa miło szumiały mi nad głową, wyginane jesiennym wietrzykiem. Przełażenie szlakiem przez grzbiet Czereśli wyniosło mnie na poziom w którym owy ‘wietrzyk’ sobie śmigał między konarami drzew i dobrze, że miałem na sobie odpowiednią kufajkę. Był mocny, był zimny i szybko mnie zniechęcił do podążania grzbietem, aż musiałem salwować się ucieczką zboczem w dół, do Mrukowej. Potem na Trzy Kopce, podejście na Świerzową (801 m.n.p.m.) i ponowne siłowanie się z wiatrem a potem truchtem w zaciszną Dolinę Potasówki (??) i nazad do Folusza.
Nie zrealizowałem w tym marszu paru aspektów (przejście na Diabli Kamień szlakiem odchodzącym spod Magury Wątkowskiej), jak też bogatego zobrazowania jesiennego lasu, wylegującego się w promieniach słonecznych.

Zdjęcia… Cóż, jakie mogą być zdjęcia z zasnutej szarówką trasy, na dodatek nie obfitującej w żadne miejsca widokowe? No mogą wyglądać np. tak:

abydoprzodu.jpg

Aby do przodu

las1.jpg

Nie wchodź w tę mgłę…

brama.jpg

Kuszenie turysty – brama do lasu

nuda.jpg

Nuda

przyjaciel.jpg

Najwierniejszy przyjaciel człowieka

A i jeszcze jedno, nowa wersja przekleństwa, które możecie rzucać na znajomych. ‘A żebyś ty po lesie chodził i drzewa liczyć musiał‘. To działa:

pb098418orf.jpg