Jak miło spędzić przedpołudnie

Przepis na udany dzień:

– komputer złożony z płyty MS-6712, procesora Athlon XP 2200+, 512MB pamięci, karty graficznej GeForce,
– płytka instalacyjna Ubuntu 8.04,
– kubek kawy,
– niewierny przyglądający się, co z wyżej wymionymi się da zrobić w przeciągu 20 min.

I zapuszczamy instalację Ubuntu. No poezja. Robię to już trzeci lub czwarty raz (8.04) i za każdym razem cieszę się jak dziecko, bo wszystko mi się samo instaluje, konfiguruje, itp.

Instalator już chyba bardziej uproszczony nie może być. Nawet newralgiczny punkt w postaci formatowania/partycjonowania dysku jest banalny do przejścia (choć może przydałby się z boku jakiś opisowiec dla tych, co nie wiedzą co co fat32, czy inne). Rach, ciach instalacja leci, system się uruchamia, pojawia się monit, że mógłbym użyć dopalonych sterów do Nvidii, klikam, instalują się, rach ciach i już wyginam okienka w lewo prawo (oczywiście, gdy niewierny przestaje podziwiać moje popisy, wyłączam te bajery). Nieśmiałe pytania niewiernego o drivery zbywam szelmowskim uśmiechem i rzuconym ukradkiem ‘nie trza, to nie Windows’. A co mu będę tłumaczył, że trza, tylko nie trzeba żonglować płytami CD, bądź biegać do sąsiada z internetem, żeby ściągnąć.

Nie wiem, czy kiedykolwiek równie łatwo i banalnie będzie się instalowało system. Bo w końcu pewnie ktoś opatentuje ‘metodę automatycznego instalowania sterowników przewidzianych do poprawnego funkcjonowania komponentów sprzętowych’.