przystajnik

Monthly Archives: Lipiec 2010

Linux dzieciom

Niemal wszystkie dzieci w wieku szkolnym będą miały możliwość zaznajomienia się z otwartym oprogramowaniem. Do szkół pod koniec roku trafi około 890,000 komputerów z preinstalowaną dystrybucją Linuksa.

Fantastyczna wiadomość? Oczywiście, lecz póki co dla Portugalii.

Jak podaje źródło, w przeciągu poprzednich dwóch lat rząd Portugalii wdrożył w szkołach 60,000 notebooków z zainstalowanym Linuksem i otwartym oprogramowaniem. Rozpowszechnił także 450,000 sztuk komputerów Classmate oraz 11,000 komputerów stacjonarnych PC pod kontrolą zarówno Linuksa i systemu własnościowego. W tym roku planuje się wprowadzenie kolejnych 250,000 sztuk komputerów Classmate, oczywiście z zainstalowanym Linuksem i systemem własnościowym.

Almost all school children in Portugal are becoming familiar with using open source, including the Linux operating system, says Paulo Trezentos, founder of Caixa Mágica Software.

By the end of this year, the company’s eponymous Linux-based operating system will have been installed on 890,000 school PCs and school laptops, he says. „In a country with a population of 10 million, this means that Linux is reaching the majority of the young people.”

The past two years, Portugal’s government deployed 60,000 school notebooks running the open source operating system and open source applications. The government also distributed 450,000 Classmate PCs and 11,000 desktops PCs running both the Linux and a proprietary operating system.

This year, the government called for proposals to add another 250,000 Classmate PCs, also running both Caixa Mágica and a proprietary operating system.

Trezentos concludes: „That makes Caixa Mágica one of the most installed Linux distributions in the world.”

źródło: http://osor.eu

Te liczby w stosunku procentowym do całości populacji Portugalii (10 mln) robią wrażenie. A nam pozostaje tylko wstyd, że u nas najważniejszym dylematem pozostaje: ‚w której wersji Worda wysłać pismo do Urzędu?’.

Jak się zabezpieczać

Nikogo raczej nie muszę przekonywać, że dobrze jest się czasem zabezpieczyć. Na wypadek różnych wpadek, jak choćby przypadkowe usunięcie katalogu czy pliku. Odzyskiwanie danych z partycji ext3/ext4 jest cokolwiek kłopotliwe i żeby oszczędzić sobie doktoryzacji w tym temacie, lepiej jest kluczowe dane trzymać w dodatkowym miejscu.

Dla Linuksa na potrzeby takich zapasowych zabezpieczeń powstało kilka graficznych narzędzi/nakładek. Wiele osób być może nawet nie zdaje sobie sprawy z ich istnienia, powielając stereotyp skutecznej, lecz mającej dla wielu coś z magii archiwizacji za pomocą konsoli i np. rsync’a. Dlatego proponuję krótki przegląd zawodników, a mianowicie TimeVault, Deja-dup, Back in Time, luckyBackup, Grsync. Programy brałem ‚takie jak są’, nie próbowałem karkołomnych konfiguracji – ot, po podstawowych ustawieniach chciałem wiedzieć, czy uda mi się zsynchronizować katalogi, wykluczyć/wkluczyć konkretne pliki, skompresować zawartość kopii i przesłać ją na zdalny serwer.

TimeValut

Program jest często wymieniany jako odpowiednik TimeMachine (nie znam programu). Niestety, TimeVault od jakiegoś czasu wydaje się być nierozwijany, na stronie udostępnione paczki są tylko w wersji i386, dodatkowo program ma problemy we współpracy z wersją Pythona (2.6) będącą domyślną w większości nowszych dystrybucji. Innymi słowy – można się nim ‚pobawić’ lecz na swoją odpowiedzialność.

Deja-dup

Bardzo zgrabna aplikacja. Program dostępny w repozytoriach Debian Sid/Squeeze, dla Ubuntu 10.04 należy dodać PPA i zainstalować program (w przypływie lenistwa najszybciej w konsoli):


sudo add-apt-repository ppa:deja-dup-team/ppa
sudo apt-get update
sudo apt-get install deja-dup

+ kompresuje archiwum (bez możliwości wyboru),
+ szyfruje archiwum,
+ umożliwia zdalne gromadzenie kopii,
+ umożliwia wykluczanie katalogów z kopii
+ wykonuje cykliczne kopie (za pomocą deja-dup-monitor zamiast Cron‚a),
+ umożliwia proste przywracanie kopii z konkretnej daty

– uniemożliwia wykluczanie konkretnych plików,
– brak możliwości wykonywania własnych poleceń

Back in Time

Mocno wyposażony w opcje program. Występuje w repozytoriach Debiana (jak wyżej), dla Ubuntu 10.04:


sudo add-apt-repository ppa:bit-team/testing
sudo apt-get update
sudo apt-get install backintime-gnome (lub kde)

+ umożliwia wykluczanie katalogów/plików,
+ obsługuje profile,
+ wykonuje cykliczne kopie (wykorzystuje Cron‚a)
+ umożliwia proste przywracanie kopii z konkretnej daty

– nie wykonuje zdalnych kopii (?)
– nie kompresuje,
– nie szyfruje,
– brak możliwości wykonywania własnych poleceń

luckyBackup

Jeszcze bardziej obdarzony w mnogość opcji program. Instalacja jak powyżej (Debian z repozytorium, Ubuntu po dodaniu źródła):


sudo add-apt-repository ppa:luckybackup-maintainers/ppa
sudo apt-get update
sudo apt-get install luckybackup

+ umożliwia wykluczanie katalogów/plików,
+ obsługuje profile,
+ umożliwia zdalne gromadzenie kopii,
+ pozwala na cykliczne kopie (Cron)
+ umożliwia proste przywracanie kopii z konkretnej daty
+ możliwości wykonywania własnych poleceń/ustawienia parametrów dla rsync’a

– nie kompresuje,
– nie szyfruje

Grsync

Ten program z kolei to zubożona wersja luckyBackup (lub luckyBackup to jego wersja rozwinięta). Instaluje się bezpośrednio z podstawowych repozytoriów.

+ obsługuje profile,
+ możliwości wykonywania własnych poleceń/ustawienia parametrów dla rsync’a

– uniemożliwia szyfrowanie,
– brak wykluczania konkretnych plików/katalogów,
– uniemożliwia kompresowanie (choć opcja jest),
– uniemożliwia cykliczne kopie (należy sobie samemu dodać cykliczne zadanie np. w gnome-schedule),
– brak przywracania wersji z konkretnej daty

I teraz podstawowe pytanie, który program wybrać. Tutaj już niewiele podpowiem, mnie osobiście urzeka prostota obsługi i bogactwo wymuszonych opcji w Deja-dup, ale z drugiej strony pociągają możliwości konfiguracyjne Grsync. Ważne, że wbrew utyskiwaniom niektórych osób z określonych kręgów, wybór aplikacji do zabezpieczania swoich zbiorów jest pod Linuksem całkiem niezły. I to bez konieczności uciekania się do kombinacji z tekstowymi narzędziami bazowymi (co i tak większość robi i lubi).

Zamiast czegoś pożytecznego

Jak można kontrolować odtwarzacz audio?

Wiadomo, przyciskami – odtwórz, następny utwór, poprzedni, pauza, itp.

Gdzie te przyciski można znaleźć?

Najszybciej w tray’u pod ikonką programu odtwarzającego?

Do tej pory tak było, ale przygotujcie się na nieoczekiwaną zamianę miejsc. Bowiem osoby uwikłane w teorię rozwoju użyteczności Ubuntu przekuwają w praktykę swoje pomysły, które nakazują im logicznie umieścić sterowanie odtwarzaczem audio… Pod ikonką obsługi miksera systemowego (głośności).

Za http://omgubuntu.co.uk

Za http://omgubuntu.co.uk

Wszystko to odbywa się w oparciu o jakąś paranoiczną ostatnio modę oszczędzania miejsca na panelu i wpinania pod jedną ikonkę wielu programów. Dzięki temu, owszem, miejsca mamy może i więcej, ale żeby dostać się do schowanego programu trzeba się więcej oklikać, co w przypadku korzystania z touchpada w notebooku potrafi przyprawić o stany nerwowe. Teoria upychania pod jedną ikonkę jak największej liczby funkcjonalności może jest i dobrym pomysłem (nadchodzące Gnome 3.0 w założeniach promuje takie właśnie zachowanie w Gnome-Shell), ale nijak się to ma dla użyteczności miejsca pracy, gdy ktoś nie używa komputera do klikania z nudów w ikony. A najzwyczajniej w świecie, czy nie wystarczyłoby zrobić chowanego tray’a?

A co jest złego w takiej rewolucji? Cóż, jeżeli planujemy przekonywać ludzi do użytkowania Linuksa, nie możemy od nich wymagać, że co pół roku będą zmieniali nawyki obsługi pulpitu, panelu czy sterowania aplikacjami. Wiodący system wyrył w świadomości użytkowników trendy posługiwania się ikonami i pulpitem nie przez rewolucyjne zmiany, ale przez konserwatywne trzymanie się pewnych wypracowanych standardów i ich powolną modernizację (o tyle o ile). Bo ludzie nie lubią zmian. W Ubuntu zrywa się za jednym zamach z przeszłością, udając, że po zmianie szaty graficznej i przestawieniu przycisków otrzymamy inny system. Na dodatek to zrywanie wydaje się być kierowane tylko i wyłącznie aspektami parcia w stronę odmienności, a nie przemyślanej użyteczności. Kto projektuje te wszystkie ‚oszczędności’ w interfejsie? Programiści – a bez próby obrażania ich wkładu i zaangażowania, to akurat projektowanie interfejsu i obsługi pulpitu powierzyłbym komuś innemu.

Moja miara jakości użytkowania jest prostacka – jeśli aby dokopać się do jakiejś opcji muszę kliknąć jeden lub dwa razy – to jest dobrze. Jeżeli po zmianach tę samą rzecz osiągam za czterema, pięcioma kliknięciami – to jest źle. Żadna filozofia.

Co się kryje pod panelem?

Frapująca kwestia przeźroczystości paneli w Gnome GNOME od dawna dzieli użytkowników na tych, którzy sobie dali spokój z ustawianiem przeźroczystości i tych, którzy zgłaszają to jako błąd. Okazuje się, że to nie błąd, a ‚użyteczność’ paneli, które często po ustawieniu przeźroczystości stają się takie tylko połowicznie. Ostatnie odkrycia dowodzą, że w dużej mierze zależy to od użytego styku GTK2, a w przypadku domyślnego motywu Ambiance w Ubuntu jest to niemal regułą.

Czy istnieje na to jakaś rada, poza zmianą motywu GTK2? Okazuje się, że tak, lecz potrzebna będzie kolejna sprawność, mianowicie edytowanie tematów GTK2. O ile może to budzić obrzydzenie części populacji która nie planuje rąk sobie brudzić ‚bebechami’ systemu, o tyle sam proces poprawki jest niebywale wręcz prosty i skuteczny. Całość sprowadza się do edycji pliku gtkrc (przeważnie) naszego motywu i zlokalizowaniu ciągu bg_pixmap[NORMAL] = „panel_bg.png” (gdzie panel_bg.png to nazwa pliku i dla różnych tematów może być inna).

Oczywistość powyższego słownego wywodu w przełożeniu na praktykę oznacza:

– otwieramy do edycji (z prawami roota) plik /usr/share/theme/Ambiance/gtk-2.0/gtkrc (alt+F2 i wpisujemy polecenie):

gksu gedit /usr/share/themes/Ambiance/gtk2.0/gtkrc

– znajdujemy ciąg:

bg_pixmap[NORMAL] = "panel_bg.png"

– wstawiamy na początku tej linijki znak #, czyli:

# bg_pixmap[NORMAL] = "panel_bg.png"

– zapisujemy zmodyfikowany plik,

– w system->preferencje->wygląd->dostosuj przeładowujemy motyw (wybieramy innym, potem z powrotem nasz poprawiony),

– ustawiamy przeźroczystość paneli.

W ten sam sposób możemy potraktować każdy motyw, który ma odmienne zdanie co do tła naszych paneli. A chyba nie trzeba nikogo przekonywać, że przeźroczysty panel to skuteczny bicz na niewiernych wyznawców estetyki wiodących rozwiązań.

GIMP gardzi naszymi procesorami

Taki smutny wniosek nasunął mi się ostatnimi czasy podczas intensywnego wykorzystywania pluginów GIMP’a. O ile wcześniej na procesorze z dwoma rdzeniami machnąłem na to ręką, o tyle na procesorze którzy posiada tych rdzeni cztery (i po dwa wątki na każdy), wprawiło mnie to w zakłopotanie. Siedząc z brodą opartą na dłoni przeliczałem sobie w pamięci jak to by szybko było, gdyby GIMP jednak użył tych wszystkich rdzeni. Ale nic z tego, monitor zasobów oraz top uparcie wskazywało stu-procentowe wykorzystanie tylko jednego z nich. Poszperałem, pogrzebałem, w końcu program jest aktywnie rozwijany, na pewno w tej materii coś się zmienia (bo w ilości wykorzystywanych rdzeni ustawianych w preferencjach programu już nie wierzyłem).

Z nowości w nadchodzącej stabilnej wersji 2.7.X na pierwszym miejscu stawia się sprowadzenie interfejsu GIMP’a do jednego okna. A GEGL’em (który teoretycznie powinien usprawnić wykorzystanie zasobów) podąża sobie swoją ścieżką rozwoju i nie zapowiada się na rewolucję zbyt wcześnie (a przynajmniej tę rewolucję przesłania sukces jedno-okienkowego interfejsu). Niestety, kolejny element układanki GNU stawia na wygląd, zamiast na powalenie swoją sprawnością obliczeniową. Nie jest to pierwszy przypadek, a wręcz plaga ostatnio powstających programów – ‚skoro nie działa jak powinno, niech przynajmniej ładnie wygląda’ (znacie?) Mnoży się ‚śłitaśne’ ikonki, przyciski, animacje i inne śmieci na potrzeby turystów systemowych, a człowiek próbujący pracować dostaje obietnice na najbliższą dziesięciolatkę.

Na szczęście, nie jest to reguła. Ale niech ktoś wskaże zamiennik GIMP’a. Ja nie wątpię w rozwój tego programu. Ale przy takim rozłożeniu priorytetów, nim GIMP usprawni obsługę gospodarowania zasobami, procesory z kilkoma rdzeniami wyjdą z użycia. A zwolennicy Photoshopa, jak utyskiwali na interfejs, tak teraz będą narzekać na wydajność.

Proszę zapiąć pasy…

… przy przechodzeniu Ubuntu w zasięg masowego użytku może nieco trząść. Dlatego na dzień dzisiejszy polecam:

# apt-get update
# apt-get upgrade
Czytanie list pakietów… Gotowe
Budowanie drzewa zależności
Odczyt informacji o stanie… Gotowe
Następujące pakiety zostaną zaktualizowane:
libpam-modules libpam-runtime libpam0g
(…)
Kontynuować [T/n]? t

Można wiele mówić i pisać na temat świeżo wykrytej i niemal natychmiast załatanej dziury w module pam. A fakty wyglądają tak – powyższą niefrasobliwością obdarzone było tylko Ubuntu, dziura została załatana w aktualizacji wydanej parę godzin po wykryciu a zachodnie serwisy poświęcone Linuksowi i Ubuntu praktycznie nie odnotowały tego faktu (dziury).

Czyżby to tylko nasza lokalna paranoja narodowa na tle bezpieczeństwa i wyimaginowanych zagrożeń? Myślę, że po latach użytkowania wiodącego systemu ludzie stali się zbyt przewrażliwieni, co skutkuje rozsądną ostrożnością lecz i nadmiernym snuciem katastroficznych wizji przy okazji potencjalnych problemów.

Repozytoria kieszonkowe

W związku z moim poprzednim wpisem podniosło się parę głosów, które słusznie zauważyły – ‚wszystko fajnie, tylko po co za każdym razem ściągać z internetu pakiety, które chcemy hurtowo instalować na kilku komputerach’. Przez głowę przeleciało mi parę oczywistych rozwiązań, począwszy od mojego ulubionego partyzanckiego przenoszenia katalogu /var/cache/apt/archives, przez użycie apt-move (co zostało już dobrze udokumentowane) aż do ręcznego tworzenia lokalnego repozytorium. Wszystkie te sposoby są ciekawe i mają wspólną zaletę – działają. Ale ponieważ mamy XXI wiek (mamy, prawda?), czas na nieco bardziej efektowne rozwiązania bez dotykania konsoli tekstowej. Ponieważ od dziecka lubiłem gry i łamigłówki logiczne, dlatego postanowiłem przy okazji obalić mit niemożliwości instalowania oprogramowania na Linuksie bez dostępu do internetu. A było to tak…

Założenia

Przypomnijmy sobie o co toczy się gra. Chcemy stworzyć na CD/DVD/USB przenośne repozytorium lub archiwum pakietów, które będziemy mogli dowolnie instalować na komputerach bez dostępu do internetu. Będą się one instalowały z zależnościami, poprzez zwyczajowego menadżera pakietów, bez kombinacji w terminalu, który zwykłemu użytkownikowi kojarzy się z egzorcyzmami. Całość rozwiązania opiera się o środowisko Gnome.

Jak to działa

Aby przenieść programy z komputera podłączonego do internetu na inną maszynę, która tego dostępu nie ma, najzwyczajniej w świecie musimy ściągnąć pakiety które nas interesują. Wiadomym jest, że instalowane/ściągnięte przez Synaptica/apt-get programy przechowywane są na dysku w /var/cache/apt/archives i fakt ten wykorzystamy. Stworzymy obraz .iso (lub nagrywamy od razu na CD/DVD) lokalnego repozytorium z zawartością /var/cache/apt/archives.

APTonCD czy Keryx

Do tego celu będziemy potrzebowali paru programów. Na początek, APTonCD lub Keryx. APTonCD zna chyba niemal każdy, natomiast Keryx to program który trzeba zainstalować ręcznie. Obywa nadają się do wykonania naszej misji, jednak skupimy się na APTonCD – z prostej przyczyny – jest w repozytorium. Oprócz tego programu zainstalujmy jeszcze program gmountiso – graficzny skrypt do montowania obrazów .iso (dlaczego i po co – o tym później).

Zaczynamy

Będę rozpatrywał przypadek instalowania oprogramowania i aktualizacji na ‚świeżym’ systemie. Czyli po postawieniu systemu, dokonujemy aktualizacji i przystępujemy do instalowania programów, które lubimy i chcemy mieć gdzie indziej. Instalujemy przez Synaptica (pamiętajcie – bez konsoli, choć wiem, że kusi), a wszystko co zostanie pobrane zostanie nam w /var/cache/apt/archives. Instalujemy również niezbędne APTonCD i gmountiso. Gdy już mamy komplet wymarzonych aplikacji, uruchamiamy APTonCD, wybieramy Stwórz, zaznaczamy co chcemy przenieść na drugi system (wszystko), klikamy Wypal. Podajemy miejsce, gdzie ma zostać utworzony obraz .iso. Program się zapyta, czy od razu wypalić ten obraz na DVD. Ci, którzy to zrobią, mogą ominąć kolejny etap.

aptoncd

Przenosiny

Do przeniesienia naszego kieszonkowego repozytorium stworzonego przez APTonCD użyję najzwyklejszego pendrive’a. Tutaj też pójdę na skróty – na rzeczonego pendrive’a skopiuję po prostu w całości plik .iso (wiem, że ambitni pomyślą o użyciu dd – nie tym razem).

Biorca

Na komputerze bez dostępu do internetu po wrzuceniu płyty CD/DVD z repozytorium musimy w Synapticu dodać ją do źródeł oprogramowania. Wybieramy zatem Edycja->Dodaj CDROM.

Jeżeli jednak przyszliśmy do tego komputera z obrazem .iso na pendrive’ie, musimy pokombinować inaczej. Wpinamy pamięć USB, otwieramy menadżera plików, wyświetlamy sobie zawartość podmontowanego woluminu i klikamy prawym przyciskiem na .iso. Wybieramy Otwórz za pomocą-> Menedżer Archiwów. Znajdujemy katalog Packages, po wejściu do którego wypakowujemy gdzieś na dysk program gmountiso*.deb. Instalujemy programik dwuklikiem i ponownie prawym przyciskiem klikamy na .iso, ponownie Otwórz za pomocą->Gmount-iso.

gmountiso

W gustownym okienku wybieramy miejsce, gdzie chcemy podmontować obraz .iso. Niech będzie to przykładowo katalog /home/userek/cdrom (katalog ‚cdrom’ sobie musimy stworzyć). Udajemy się do Synaptica i dodajemy tę lokalizację jako repozytorium. Robimy to w ten sposób – Ustawienia->Repozytoria->Inne oprogramowanie. Klikamy Dodaj i zgodnie ze wskazówkami w opisie tworzymy nieco magii linuksowej – w okienku wpisujemy deb file:/home/userek cdrom/. Klikamy Dodaj źródło.

Odprężenie

Teraz pozostaje kliknąć w Synapticu przycisk Odśwież. Jeżeli nie popełniliśmy błędu na którymś etapie, lista pakietów się odświeży, pojawi się nam, co może zostać zaktualizowane, a oprócz tego będziemy mogli zainstalować programy dodatkowe, przeniesione na pamięci USB.

Istotne – takie przenoszenie pakietów najlepiej robić dla tej samej wersji dystrybucji i tej samej wersji bitowej (x86 lub x64). Po zamontowaniu obrazu .iso z pendrive’a nie wypinamy go (chyba, że ktoś sobie ten plik skopiuje gdzieś na dysk i wtedy zamontuje). Kolejne aktualizacje komputera można przeprowadzać po wpięciu i zamontowaniu .iso w ten sam katalog, który ustawiliśmy w Synapticu. Jeżeli maszynka uzyska dostęp do internetu – wpis deb cdrom:(…) należy wykasować (Ustawienia->Repozytoria->Inne Oprogramowanie->Usuń).

Translate »