przystajnik

Monthly Archives: Czerwiec 2010

Różne komputery, a takie same

Niemal każdy ma swoje ulubione programy. Co zrobić, jeżeli chcielibyśmy mieć ten sam zestaw aplikacji na nowo kupionym laptopie, kilku maszynach w pracowni, czy też na świeżo zainstalowanym nowym dysku z Linuksem? Jeżeli obracamy się w obrębie tego samego wydania naszej dystrybucji (Debian, Ubuntu), można wspomóc się poniższym.

Aby nie kopiować całych paczek/partycji, przeniesiemy sobie między poszczególnymi komputerami listę pakietów z komputera-wzorca. Jest to o tyle proste, że twórcy narzędzi do instalacji pakietów przewidzieli takie rozwiązanie i wydając proste polecenie:

sudo dpkg --get-selections > zainstalowane.log

… otrzymamy plik tekstowy ze spisem wszystkich zainstalowanych pakietów.

Wystarczy skopiować go wraz z plikiem /etc/apt/sources.list na pendriva, lub w inny sposób przetransferować na kolejną maszynę. Tam plik sources.list umieszczamy w katalogu /etc/apt/, oraz uaktualniamy listę dostępnych pakietów:

sudo apt-get update

Teraz użyjemy pliku ze spisem paczek:

sudo dpkg --set-selections < zainstalowane.log

I wykonamy aktualizację systemu:

sudo apt-get -u dselect-upgrade

Tak oto otrzymamy wierną replikę maszyny wzorcowej. Aby uniknąć nieporozumień, bezpieczniej jest wykonywać taki zabieg pomiędzy tymi samymi wersjami systemu. I masowo możemy klonować, duplikować i powielać byty linuksowe.

Panika zbiorowa z sarkazmem w tle

Gdy dziś gruchnęła w sieć wiadomość o wyłapaniu kolejnego trojana dołączonego do oprogramowania linuksowego, niewielu zadało sobie trud aby spuentować ten przypadek czymś więcej niż zdawkowym ‚Linux będzie jak Windows – na początku tak samo zawirusowany’. Informacja o wykryciu spreparowanych źródeł UnrealIRCd dotarła do mnie z oficjalnej notki samych twórców programu i co mi się rzuciło w oczy:

– trojan nie wykorzystywał dziur w UnrealIRCd, aby się zainstalować w uruchomionej usłudze – był dystrybuowany w paczce źródłowej,
– trojan umożliwia wykonania dowolnej komendy z prawami użytkownika który uruchomił UnrealIRCd,
– UnrealIRCd można uruchomić z prawami root’a, ale zaleca się uruchamiać go z prawami jakiegoś zwykłego użytkownika (gdzieś w dokumentacji to znalazłem)

Zatem, mamy kolejny przypadek z serii ‚dodatki w systemie na życzenie’. Jeżeli ktoś ominął podstawowe zasady bezpieczeństwa na serwerze i uruchomił usługę IRCd jako root – mógł mieć więcej problemów. W innych przypadkach próba przejęcia pełnej kontroli nad serwerem dla korzystającego z furtki jest znacznie utrudniona. Oczywiście, nie umniejsza to faktu, że osoby prowadzące serwer ze źródłami UnrealIRCd dały ciała dość mocno, jak również tego, że trojan to trojan – nigdy nie wiadomo, co jakiejś niecnocie przyjdzie do głowy.

Według mnie powodów do paniki nie ma. Może teraz więcej osób zacznie zwracać uwagę na to, aby zawsze weryfikować pobierane paczki publicznym kluczem GPG.

RAW – test wydajnościowy

Na forum.olympusclub.pl jest wątek z zabawą w testowanie szybkości wywołania 10ciu plików *.ARW w zależności od wersji oprogramowania, procesora i pamięci. Są to rawy 24mpix, stanowią zatem niezłe obciążenie dla komponentów systemu. Ponieważ jednak w wątku większość wyników jest podawana dla oprogramowania w wersji dla Windows, zgromadziłem parę obserwacji ze swojego komputera.

Intel Core 2 Duo E6400 @2.13 GHz/3 GB (DDR400)/Ubuntu 10.04 x64 – zapis do .jpg w najwyższej jakości (poza dcraw – zapis do ppm)

  • Ufraw-batch (v. 0.17): 101 s.
  • Dcraw ->ppm(v. 9.01): 104 s.
  • Dcraw ->konwersja jpg (ImageMagick) (v. 9.01): 126 s.
  • Rawtherapee (v. 3.0 alpha1): 166 s.
  • Rawstudio (v. svn3251): 75 s.
  • Bibble Pro (v. 5.1.0): 40 s. (!)
  • Darktable (v. 0.5): > 300 s.
  • LightZone (v. 3.8): > 300 s.

Słowa wyjaśnienia.

Ufraw-batch wykorzystuje wielowątkowość, ale ponieważ trzon wywoływania surówki z aparatu opiera się o dcraw który o OpenMP jeszcze nie słyszał, stąd takie wyniki. Przewaga uwidacznia się jednak przy konwersji/zapisie do jpg (nad duetem dcraw+convert).

Dcraw jak wyżej. Wszystko ciągnął na jednym rdzeniu, zapis do PPM. Po skierowaniu wyniku do polecenia convert (z pakietu ImageMagick), który zapisał całość jako jpg, czas konwersji wydłużył się o 20 s.

Rawtherapee miał ustawiony profil obróbki na ‚neutral’ i algorytm HPHD. Pomimo tego wypadł i tak słabo. Usprawiedliwieniem może być to, że to wersja bez wykorzystania OpenMP. Wersja finalna będzie już obsługiwała prawidłowo wielowątkowość.

Rawstudio w wersji z svn poradził sobie bardzo ładnie. Niestety, nie wiem jakim algorytmem obrabiał rawy.

Bibble Pro – tu można powiedzieć ‚płacisz to masz’. Na tle pozostałych programów, to prawdziwy demon. Na czas konwersji zapchał obydwa rdzenie na 100%. Podczas konwersji do JPG Prof (rozmiar obrazu /2) osiągnął wynik 13 s. (!). Niestety, też nie wiem jakim algorytmem to robi.

Darktable i LightZone to programy innego przeznaczenia, niż szybka masowa konwersja plików raw do jpg. Nakładają na obraz mnóstwo efektów podczas wywoływania i pomimo wyłączenia wszystkiego co się dało wyłączyć, programy te cyzelowały każdy plik arw z taką dokładnością, że po pięciu minutach mi się znudziło.

Osobną kwestią pozostaje jakość otrzymanych wyników. A te mogą się różnić w zależności od użytego algorytmu demozaikowania, redukcji artefaków, moiry, itp. Raczej sprawdza się reguła, że im dłużej – tym wynik ładniejszy (lepsza ostrość, kontrast, szczegółowość).

Gdyby ktoś się chciał przyłączyć do testowania, paczkę z *.ARW można pobrać stąd.

Przekleństwo połonin

Długi weekend czerwcowy dla wielu jest już mglistym wspomnieniem, a ja dopiero teraz próbuję robić jego podsumowanie. Nie dlatego, że tak się dobrze bawiłem, lecz z przezorności. Zaczynam bowiem powoli wierzyć w naszego wyjazdowego pecha. Ilekroć uderzamy w okolice oddalone min. 50 km od naszej sadyby, COŚ się musi wydarzyć. A to się pogoda popsuje, a to słowacka milicja mi mandat wlepi za przekroczenie prędkości, a to buty małżonce zrobią kuku i wiele innych podobnych michałków, potrafiących skutecznie popsuć humor.

Dlatego nasz planowany od jakiegoś czasu wyjazd w Bieszczady też był obwarowany ryzykiem ‚wystąpienia czegoś’. W ogóle z tymi Bieszczadami to cyrk zupełny, bo tereny oddalone od nas o jakieś 1.30 godziny drogi samochodem planowaliśmy odwiedzić… Po raz pierwszy – jakoś od paru lat nie braliśmy ich pod uwagę, bo ilość nieprzebytych szlaków Beskidów i Tatr nam wystarczała. Ale okoliczne szlaki się pokończyły i decyzja zapadła – jedziemy w dzicz, 2 godziny od domu. Jak przystało na wyjazdowego pecha, w dogodnych dla nas terminach od tamtego roku dwa razy nie mogłem normalnie zarezerwować sobie kwatery. Wiadomo – ogłaszający się w internecie kwaterują pół Polski u siebie. Nie chciałem jechać w ciemno – zakładałem, że z marszu bez problemu jakiś pokój znajdziemy, no ale jak na pierwszy raz wolałem nie włóczyć się po bieszczadzkich wioskach po ciemku w poszukiwaniu spania. Przed wolnym czerwcowym zaplanowałem kwaterunek nieco inaczej i zdobyłem namiary do człowieka, który się w internecie nie ogłasza. I pokoje wolne miał. Uf.

Jak pamiętacie, przełom maja i czerwca to były dni bezpośrednio po powodzi. Prognozy na początek czerwca nie były ciekawe. Miało padać, lać i grzmieć. Wiadomo, w końcu planowaliśmy wyjazd. Ale postanowiliśmy postawić wszystko na jedną kartę i jechać. Trudno, najwyżej przesiedzimy te dni w bieszczadzkich knajpach sącząc miejscowe specjały.

Tak oto wieczorem znaleźliśmy się we Wetlinie dnia 2go czerwca 2010 roku. Plany na dzień następny były ambitne – wczesna pobudka, szamanko i w góry. Wcześnie poniekąd dlatego, że chcieliśmy przez te parę dni zrobić ‚standardy’ bieszczadzki, które robią chyba nawet ‚klapkowicze’ – więc im wcześniej wyjdziemy, tym mniej osób zobaczy, gdzie idziemy. A gdzie można na pierwszy ogień iść z Wetliny. Tak, w różne miejsca, ale Połonina Wetlińska była pierwsza na liście.

Trzeciego czerwca ranek zapowiadał bajeczny dzień – łudziliśmy się, że może, może, prognozy się myliły. Piękne mgiełki ponad którymi prześwitywało niebieskie niebo zachęciły do zerwania się o czwartej (no, parę minut po) rano, oporządzenia się i wymarszu w okolicach godziny piątej. Pogoda – bajka, mgiełki – cud, niebieskie niebo – mega optymizm. Nawet błoto po łydki na szlaku nie psuło nam humorów. I tak sobie dreptaliśmy przez las w stronę Przełęczy Orłowicza, na której okazało się, że niebieskie niebo jest już zasnute chmurami. Ale co tam, wiatr to może rozgoni i z takim przewidywaniem na później, z przełęczy pognaliśmy na Smerek. Powrót na przełęcz, krótka popijawa, a tu… Od Otrytu zaczęła się zbliżać biała zawiesina sięgająca lasu. No, to idzie deszcz. Poleje i przejdzie, będzie dobrze. Nawet lepiej, bo nie grzmi, a na dodatek, ani żywego ducha na szlaku od rana. Zarzuciliśmy na grzbiety ceraty zeszliśmy z przełęczy do lasu, żeby przeczekać deszczyk. Deszczyk jednak czekał, aż wyjdziemy spod drzew i czekał i czekał. W lesie doszedł nas peleton turystów z dołu, większość też się zatrzymała, w oczekiwaniu na lepsze warunki. Podczas wyjazdu sponsorowanego hasłem ‚wszystko na jedną kartę’, nie mogło być innej decyzji – ‚trudno, nie chce przestać padać teraz, przestanie potem’ – wychodzimy z powrotem na przełęcz i robimy tę Połoninę (planowaliśmy dojść do Chatki Puchatka i zejść od niej do asfaltu i z powrotem do Wetliny). Peleton rusza za nami.

Na przełęczy okazało się, że wszystko co było do tej pory widać, stoi w chmurze. I my też. Widoczność na 5 – 10 metrów, lecz na pewno się poprawi. Ruszamy w stronę schroniska, podziwiając osławione widoki z Połoniny, czyli nasze buty rozchlapujące kałuże błota. Peleton na równi z nami. Moje buty nabierają wody – na zapas.

No i cóż więcej mogę dodać. O tym, że doszliśmy do Chatki Puchatka zorientowaliśmy się gdy niemal zaryliśmy nosami o pierwsze zabudowania w okolicy. Trochę podjedliśmy, popiliśmy, z uznaniem skwitowaliśmy klimatyczną chmurę spowijającą okolice i szlakiem-potokiem ruszyliśmy w dół. Po dotarciu do asfaltu, zaczęło grzmieć gdzieś od strony Ustrzyk Górnych, po dotarciu do kwatery rozlało się na dobre. Ale i tak było warto.

Myślicie, że tak wygląda pech w naszym wykonaniu? Czytajcie teraz.

Poranek dnia następnego nie był już tak zachęcający. Chmury, chmury i nawet mgieł nie było. Rano gdzieś około szóstej dostaję telefon z domu – wczorajsze deszcze zalały Gorlice, rzeka wylała, okolice wzdłuż rzeki w wodzie, prąd na osiedlach wyłączony, itp, itd. Jako, że mieszkamy jakieś 200 – 300 metrów od rzeki, byłem w miarę spokojny, w końcu na pierwsze piętro to woda tak szybko nie wpłynie. Chyba.

Za godzinkę mam drugi telefon z domu – ewakuują okolice, od zapory na Klimkówce ma iść fala na 1.5 – 2 metry, zaleje do pierwszego piętra wszystko. Eee, może przesadzają. Dzwonimy do koleżanki mieszkającej blok obok, jaka sytuacja jest przed przejściem tej fali. A ona nam na to, że siedzi w domu, wyjść nie ma jak, przed blokiem ludzie brodzą po uda w wodzie. No i tu się trochę wystraszyliśmy. Licho nie śpi, gdy do tej wody dołożyć półtora metra fali, to dla tej okolicy może być powódź stulecia, jak i dla naszego mieszkania. Dodatkowo, w radio cały czas podawali informacje o sytuacji powodziowej na Podkarpaciu. Kolejne drogi nieprzejezdne, jak tak dalej pójdzie, to nie będzie którędy przejechać. Szybka decyzja – jedziemy ratować dobytek i w ogóle żeby przejechać, póki jeszcze jest po czym.

Jak się domyślacie, to był koniec naszego długiego weekendu. Na miejsce przyjechaliśmy w ostatniej chwili przez zlewaną ostatnią czynną drogą. Ale nie mogę narzekać, okazało się, że woda zeszła o wiele szybciej niż to głoszono, fale nie były tak wysokie. Gorzej mieli ci, którym faktycznie woda weszła do domu. W okolicy aktywowały się też osuwiska.

No i teraz mam zgryz. Planować jeszcze jakieś wyjazdy, czy dać sobie spokój.

Szybka rozprawa z MeMenu

Rzeczą oczywistą i niezaprzeczalną jest, że gdy idzie nowe niesie ze sobą zmiany. Nie inaczej jest w nowym wcieleniu Ubuntu 10.04. Użytkownicy zostali obdarowani wieloma nowinkami, z których jedną o nazwie MeMenu najpierw zignorowałem, potem spróbowałem używać, a na koniec wyrzuciłem precz. Koniec żywota tej aplikacji na moim dysku nie wynikł z głęboko zakorzenionego uprzedzenia. Najzwyczajniej w świecie koncept MeMenu można nazwać rozwijającym się i na dzień dzisiejszy sprawdzi się tylko u osób pracujących na programach, które przewidzieli twórcy.

MeMenu powstało w celu scalenia i ujednolicenia obsługi tzw. ‚sieci socjalnych’. Po naszemu pisząc, aby każdy mógł łatwo używać komunikatora, obsługiwać pocztę, korzystać z Facebooka, Flickra, itp. Wywiązuje się z tego zadania całkiem nieźle, chyba że:

– chcemy obsługiwać pocztę innym programem niż Evolution (nie ma w MeMenu opcji korzystania z innego programu pocztowego),
– chcemy korzystać z innego komunikatora niż Empathy (jak wyżej),
– niepotrzebna jest nam integracja Gwibbera (trzeba wiedzieć, co usunąć, aby zniknęło z tego menu),
– wolimy mieć szybki dostęp do otworzenia z zasobnika komunikatora czy klienta poczty (jedno kliknięcie w ikonkę w trayu vs dwa kliknięcia i wybranie z listy),
– nie ogarniamy dlaczego blogowanie i komunikacja została połączona z regulacją głośności (usunięcie zasobnika MeMenu likwiduje ikonkę miksera)

Samo wyrzucenie ikonki MeMenu to jeszcze nie koniec. Zniknie nam mikser – trzeba dodać sobie do programów startujących (system->preferencje->programy startowe) gnome-volume-manager-applet (tak, jak za starych dobrych czasów, tego programu nie ma na liście apletów!). Aby odinstalować całość MeMenu w Synapticu wyszukujemy i zaznaczamy wszystkie aplikacje wg. schematu: indicator-*. I dalej utrwalamy w sobie stare przyzwyczajenia.

To nie pierwszy przypadek, kiedy próby reorganizacji miejsca pracy użytkownika przynoszą zgoła odmienne wyniki – przynajmniej w moim odczuciu. Jak zwykle zawodzi standaryzacja obsługi (różne zachowania po jednym kliknięciu, inne po podwójnym, inna reakcja na prawoklik, itp), standaryzacja wyglądu oraz spójność komunikacji z aplikacjami (choć tu można mieć pretensje do twórców aplikacji, że nie przystosowali swojego programu do wdrażanego rozwiązania).

Bigelf „Cheat the Gallows”

Z racji postępującego z wiekiem procesu wytwarzanie się we mnie postawy zgreda, ciężko czymkolwiek mnie zaskoczyć. Szczególnie jeżeli chodzi o branżę muzyczną i jej artystyczny aspekt, czyli pieśni i aranżacje. Całe dekady muzyczne zawężam do okresów działalności interesujących mnie grup i wokalistów. I żyję w przekonaniu, że poza tymi okresami w muzyce nie wydarzyło się nic, absolutnie.

Jednak rzeczywistość narusza od czasu do czasu mój bastion gustu muzycznego. Czasem robi to na przekór mnie, gdy przebiegając przez wielkopowierzchniowe skupiska tandety jestem przeszywany plastikowy rytmem wtłaczającym we mnie kicz wokalnego zawodzenie. Czuję, jak wrażliwość we mnie wtedy obumiera. I tolerancja.

Lecz niekiedy przez przypadek trafiam na takie zespoły jak Bigelf. I wraca wiara, że rock w kultowej postaci nie przepadł.

Sprawa z Bigelf jest ciekawa, bowiem ta założona w 1995 roku kapela jak do tej pory pozostaje niemal kompletnie niezauważona. Może ostatnio z racji koncertów zrobiło się o niej nieco głośniej, jak i za sprawą nowej/starej płyty, czyli wydanej w 2008 roku „Cheat the Gallows” (piąta płyta w dorobku zespołu!). Bez wątpienia ma na to wypływ repertuar grupy, ponieważ konsekwentnie nagrywają kawałki czerpiące z osiągnięć lat 70siątych i 80siątych całymi garściami. A konkretniej z osiągnięć niemal wszelkich rodzajów rocka, jaki przewinął się przez tamte lata (w zasadzie – dawniej się grało po prostu rocka, dopiero potem zaczęto przypinać etykietki). Mamy zatem i hard rock, prog rock, heavy metal, trochę psychodelii, itp. Usłyszymy organy Hammonda rodem z Deep Purple lub Atomic Rooster, proste ale wpadające w ucho ostre riffy żywo z Black Sabbath, czasem wplecie się nieco poetyki Pink Floyd, czy King Crimson, niekiedy podążymy zawiłą ścieżką ELP. I co najważniejsze. Wszystko jest zagrane w stylistyce i akustyce przeniesionej z lat 70siątych. Wszystko brzmi tak analogowo, jak tylko można sobie analogowe miękkie brzmienie wyobrażać.

Bigelf - Cheat the GallowsTo tłumaczy, dlaczego słucham ich osiągnięć, słucham… I nie chcą mi się znudzić. Na zamówioną płytę „Cheat the Gallows” czekałem niemal trzy miesiące (niszowe zespoły dla niszowego odbiorcy). Ale warto było.

A nad samą płytę mogę się tylko rozpływać w och’ach i ach’ach. Diabelnie mi wszystko w niej pasuje. Rozpoczynający płytę „Gravest Show On Earth” z racji na specyficzną aranżację (werble, atmosfera cyrkowego przedstawienia), zmusza do zainteresowania się materiałem na płycie, choć sam kawałek nie jest może powalający. Przechodzi on płynnie w „Blackball” – mocno inspirowany Black Sabbath’em. Mamy zatem znajome riffy, doskonale komponujące się z wokalem Damona Foxa, a wszystko jest przeplatane klimatyczną pracą organ. Co warte zauważenia – Bigelf nie stroni od form długich. Zapomnijcie o sztucznym ograniczeniu utworu do trzech, czterech minut. „Blackball” trwa siedem minut – i nie jest najdłuższy na płycie. „Money is Pure Evil” uspokaja nieco tempo – chwytliwy kawałek z niezłym tekstem. Może i trąci banałem, jest krótki, ale wpada w ucho. Potem znowu jest soczyście – „The Evils Of Rock & Roll” – i na powrót mamy piękne organy z „Blackball”, perkusja i gitary na początku nadają wszystkiemu relaksujący rytm i ton, by za parę minut z kopa przyłożyć w kolumny i zdemolować nasze przekonanie, że wszystkie klasyczne riffy zostały już zagrane. Zdecydowanie jeden z najlepszych kawałków na płycie. Następna jest kolejna ‚krótkometrażowa’ perełka mocno podkreślająca charakter zespołu. „No Parachute” to czterominutowy (3.43) utwór z cudną gitarą jak za starych dobrych czasów (Gilmour?). „The Game” na tle poprzednich utworów – zaczyna się ‚normalnie’. Brzmi jak zwykły solidny rockowy kawałek, bez szału. W zasadzie jego początek mógłby następować w 2.30 minucie, gdy gitara zaczyna pracować wydajniej i robi się ciekawie. „Superstar” to najsłabszy kawałek. Takie trochę wzornictwo na Lenny Kravitza. Jest ubogo z gitarą, organy niemal nie grają roli. Tragedii nie ma, ale nie jest to też porywające dzieło. I ponownie robi się ciekawie z „Race with Time”. Początek mocno progresywny, w połowie ponownie wkracza mocniejsze granie Bigelfa. „Hydra” – doskonały track, mocno okraszony organami, świetnie poprowadzona zmiana tempa. Płytę zamyka rewelacyjny dziesięciominutowy „Counting Sheeps”. Czego tu nie ma. Wszechobecne organy, Fox udowadniający wokalem, że potrafi, mocne riffy kiedy trzeba, płynne zmiany klimatu – po raz kolejny mamy zgrabne połączenie wszystkiego co najlepsze (PF + ELO + ELP + Bigelf). Zaryzykuję stwierdzenie, że to najlepsza część tej płyty.

Czytając opis, jak i recenzje w sieci, ciężko nie zauważyć, że często stwierdza się ‚o tu grają jak Black Sabbath, o a tu Deep Purple’. Może to rodzić podejrzenie, że zespół wtórnie powiela kanony utrwalone przed laty. Nic z tego – dementuję i nie potwierdzam. Najzwyczajniej jest się zaskoczonym tym, że w tych podłych latach ktoś potrafi zagrać z taką pasją i wkładem własnym, a jednak z takim głębokim ukłonem brzmieniowo-aranżacyjnym w stronę najlepszych lat historii rocka.

Polecam, bez dwóch zdań.

httpv://www.youtube.com/watch?v=-fpkEsGMOHU

httpv://www.youtube.com/watch?v=AAcUL8o5F2I

httpv://www.youtube.com/watch?v=8JNtR6jb8HQ

Porty pełne bitów

Dla zwykłego użytkownika zagadnienie otwartych portów i status połączeń nawiązanych ze światem przez jego komputer to taka abstrakcja, że do tej pory nikt nie postarał się o jakieś proste narzędzie do sprawdzenia w którą stronę i którędy wlatują pakiety z komputera. Fachowcy lub osoby tkwiące w temacie bez problemu radzą sobie za pomocą narzędzi typu netstat czy tcpdump, jednak co ma począć zwykłe człowiek nienawykły do tworzenia wymyślnych reguł filtrowania ruchu w tcpdump? A w czas wielkiej nudy niejednemu przyjdzie do głowy sprawdzić, czy jego komputer nie łączy się z jakimiś dziwnymi serwerami, gdzie skrzętnie upycha jakieś poufne informacje.

I dlatego, by nie straszyć otchłanią terminala oraz wywołującymi zawrót głowy parametrami, warto polecić prosty program o nazwie Net Activity Viewer.

Netactview to prosta graficzna nakładka na netstat, która ujawni nam:

  • jakie porty naszego komputera oczekują na połączenia (State -> LISTEN) – czyli jakie mamy uruchomione usługi,
  • z jakim serwerem zewnętrznym (Remote Address) i do jakiego portu (Remote Port) jesteśmy w tym momencie podłączeni (State -> ESTABLISHED) i który program (Program) to połączenie wykonał
  • oraz odmienne stany pozostałych połączeń (State) – typu CLOSE_WAIT, CLOSED, FIN_WAIT_1, FIN_WAIT_2, LAST_ACK, SYN_RECEIVED, SYN_SEND, i TIME_WAIT
  • Oprócz tego możemy ustawić, czy widok ma być odświeżany i z jakim interwałem, czy mają być pokazywane dodatkowe informacje (typu Local Address, czy Command), wynik połączeń możemy filtrować (ctrl+f) wpisaną frazą, czy też zapisać wyniki do pliku tekstowego.

    Jeśli lista możliwości trąci banałem, to tylko dlatego, że większość z nas nawykła do poleceń tekstowych, którymi dowolnie filtruje informacje o stanie sieci. Przeciętnemu zjadaczowi chleba taki program wystarczy by sprawdzić co w kablach piszczy. I co najważniejsze – jest.

    Netactview można pobrać ze strony domowej, w paczkach .deb dla Ubuntu i Debiana.

    Emerald na emeryturze

    Wszystko wskazuje na to, że szybka i błyskotliwa kariera Emeralda dobiega powoli ku końcowi. Każdy, kto przyzwyczaił się do miodnych obramowań okien połączonych z różnymi mocno konfigurowalnymi cechami, jak choćby przeźroczystość, musi też zacząć przyzwyczajać się do zmian. Już teraz używanie Emeralda w Ubuntu 10.04 odbywa się na własne ryzyko, a po wydaniu Compiza 0.9 – ryzyko użytkowania wzrośnie, by nie napisać, że Emerald kompletnie przestanie działać. Koniec wsparcia bliski. Co zatem, jeśli ktoś chce panować nad wyglądem sposobu wyświetlania obramowań okien w systemie?

    CompizConfig na dzień dzisiejszy niewiele pomaga w tym względzie. Ale jeżeli doczytamy informacje na temat nowego/starego dekoratora okien wykorzystywanego przez Compiza, okaże się, że są sposoby na jego bardziej nowoczesny wygląd. GTK-Window-Decorator, bo o nim mowa, ma parę opcji, do których co sprytniejsi mogą się dobrać. By ustawić przeźroczystość i rozmycie musimy jednak posiłkować się póki co poleceniem gconf-editor. Po uruchomieniu udajemy się do apps->gwd i naszym oczom ukażą się następujące opcje:

    Interesują nas wartości przy metacity_theme_active_opacity (przeźroczystość dekoracji aktywnego okna) oraz metacity_theme_opacity (przeźroczystość dekoracji nieaktywnego okna). Wstawiamy tam swoje wartości, efekt zmian możemy obserwować ‚na żywo’.

    Drugim, łatwiejszym sposobem na ustawienie powyższego jest użycie programu Ubuntu Tweak. Jednak, w moim przypadku, po zmianach okna zaczęły wyświetlać się z opóźnieniem i innymi denerwującymi przypadłościami.

    Translate »