przystajnik

Monthly Archives: Maj 2010

Kopnij dużego – rzecz o gapiostwie

Jakąż miałem ogromną i nieodpartą chęć dokopania komuś – przez pogodę. Nawet zwykły pstryczek w nos by wystarczył. Na poczet tej chęci przypomniało mi się, że na moim Debianie ostatnio fochy stroi przeglądarka Chromium i czasem się zawiesi, czasem nie, generalnie – szału idzie dostać. Zatem, czemu by nie dokopać Google za ich niechlujstwo i knowanie przeciw mojemu imperium z wiecznie rozbebeszonym Sid’em na czele. I z braku czegoś mądrego do napisania, pewnie bym obsmarował Google – bo walkę z korporacjami mam we krwi.

Lecz całość zbiegła się w czasie z programikiem, który dzięki znajomemu spróbowałem przetestować u siebie (Shape Collage). Jak on się ma do kulawego działania Chromium? Program jest poczyniony w Javie i przy próbuje jego uruchomienia otrzymałem komunikat – zasadniczo, że go nie uruchomię. Przywykłem do takich hec, ale coś mnie tknęło, żeby sobie sprawdzić wersję binarki Javy. I czego się dowiedziałem?

java version „1.5.0”
gij (GNU libgcj) version 4.4.4

Zaraz, zaraz. Jakie gij? Po ostatnich przebojach z pluginami do banków upewniałem się, że używam zamkniętej wersji Javy, gdyż otwarty interpeter wciąż zachowują się z nutką eklektycznej zagadkowości.

Eh. Chciałem codzienne aktualizacje systemu, to mam. Pozostało poinformować system, że domyślnie chcę jednak używać pogańskiej wersji Javy:

update-alternatives --config java

(i wybrałem numerek stojący przy Javie Sun’a).

I wszystko zaczęło działać. I na co tu teraz gderać…

O czym śpiewa wołowina

Taaak. O czym śpiewa, nawet martwa, wołowina? Można to sprawdzić za pomocą programu DeaDBeeF (historia wyrażenia). Wyśpiewa nam wszystko.

DeaDBeeF to odtwarzacz audio aspirujący do miana minimalistycznego ale z dużymi możliwościami. Termin ‚odtwarzacz audio’ może wciągnąć na wiele twarzy znudzony grymas i ziewnięcie, ale splot niektórych faktów i cech tego programu, dają podstawy by myśleć o nim w górnolotnych kategoriach. Co zatem potrafi?

* mp3, ogg vorbis, flac, ape, wv, wav, m4a, mpc, cd audio (and many more)
* sid, nsf and lots of other popular chiptune formats
* ID3v1, ID3v2.2, ID3v2.3, ID3v2.4, APEv2, xing/info tags support
* character set detection for non-unicode id3 tags – supports cp1251 and iso8859-1
* unicode tags are fully supported as well (both utf8 and ucs2)
* cuesheet (.cue files) support, with charset detection (utf8/cp1251/iso8859-1)
* tracker modules like mod, s3m, it, xm, etc
* HVSC song length database support for sid
* gtk2 interface with efficient custom widgets
* no GNOME or KDE dependencies
* minimize to tray, with scrollwheel volume control
* drag and drop, both inside of playlist, and from filemanagers and such
* control playback from command line
* global hotkeys
* multiple playlists
* album artwork display
* 18-band graphical equalizer
* metadata editor
* user-customizable groups in playlists
* user-customizable columns with flexible title formatting
* radio and podcast support for ogg vorbis, mp3 and aac streams
* gapless playback
* plugin support; bundled with lots of plugins, such as global hotkeys and last.fm scrobbler; sdk is included
* duration calculation is as precise as possible for vbr mp3 files (with and without xing/info tags)
* was tested and works on x86, x86_64 and ppc64 architectures. should work on most modern platforms

Czyli całkiem normalny zestaw czynności. Od siebie dodam, że program posiada sporą listę pluginów (niektóre z nich podejrzewam o powiązania z Audaciousem), które dają praktycznie możliwość odtworzenia wszystkiego, co posiadam na dysku. Zagrają nam też radia internetowe, choć program nie posiada jakieś wyspecjalizowanego przeglądania stacji. DeaDBeef pozwala na używanie kart dla list odtwarzania, dzięki temu można szybko się przełączać np. między zapisanymi stacjami radiowymi, a plikami z dysku. Możemy również edytować tagi ID w utworach, minimalizować program do zgrabnej ikonki w tray’u, konfigurować wygląd odtwarzacza (GTK2), włączyć equalizer i odczytywać/zapisywać jego ustawienia. Ustawić można również resampling danych i inne ciekawe niuanse udawania, że muzyka gra lepiej, niż jest faktycznie. Możliwości jest wiele. Jednak niektórym zabraknie obsługi kolekcji, czy wyświetlania danych o utworze/artyście, czy też skórek a’la Winamp.

Co zatem wyróżnia ten program na tle innych? Cóż, to prosty odtwarzacz, ale tak solidny, że aż serce rośnie. Dodatkowo, obciążony całkiem sporą playlistą – nie chce zużyć więcej niż 26MB pamięci RAM. Dla ceniących minimalizm to miła niespodzianka.

Program jest do ściągnięcia z oficjalnej strony w postaci paczki .deb dla Debiana, lub po dodaniu repozytorium PPA dla Ubuntu (Karmic, Lucid):

sudo add-apt-repository ppa:alexey-smirnov/deadbeef

Lubiącym aby im grało prosto i skutecznie – polecam.

Jak niektórzy zauważą na mojej playliście ze zrzutu ekranu, dzisiejszy wpis jest dedykowany pamięci Ronniego Jamesa Dio, który 16stego maja rano wyruszył w swoją ostatnią trasę koncertową w wieku 67 lat. Frontman znany z napędzania swoim nieprzeciętnym wokalem takich kapel jak Elf, Rainbow, Black Sabbath, Dio. Porusz niebiosa, czy gdzie się też wybrałeś, Ronnie James Dio.

A może nowy BIOS?

To nieprawdopodobne jak często sprawdza się komunał o tym, że to najprostsze rozwiązania są najlepsze.

W zamierzchłych czasach, gdy sprytni i wtajemniczeni ludzie panowali nad maszynami, ogólnie przyjętym rytuałem było wgrywanie nowych wersji oprogramowania do wszelkiej maści płyt głównych, napędów CD-RW, DVD i innych urządzeń które na to pozwalały. Wymagało to jako takiej wiedzy (wtedy dość powszechnej), stabilnego zasilania oraz mocnych nerwów (gdy ktoś nie miał UPS’a). Proces polegał na uruchomieniu komputera z dyskietki, która startowała poczciwego Ms-DOS’a i zawierała program przeznaczony do zaktualizowania konkretnego urządzenia. Po jego uruchomieniu wystarczyło wskazać nową wersję obrazu z firmware i głośno powtarzać ‚żeby nie wyłączyli, żeby nie wyłączyli’. Po takich ceregiela można było się cieszyć zaktualizowaną np. płytą główną, która rozpoznawała nowsze procesory, lub napędem DVD który łacniej współpracował z nośnikami, itp.

Nie oznacza to, że teraz taki proces nie jest na porządku dziennym. Jednak został uproszczony do niezbędnego minimum, tak, aby wszystko wykonywało się samo i ingerencja użytkownika była niemal niepotrzebna. Większość magicznych ‚uaktualniaczy’ to proste programiki które po dwukliku nań, same wykrywają sprzęt, wgrywają do niego co trzeba i kończą pracą. I całkiem niedawno przypomniałem sobie na nowo, dlaczego to zawsze było dla mnie problemem – te ‚automagiczne’ programy są przeznaczone dla wiodącego systemu. Aby wykonać taką aktualizację pod Linuksem, trzeba mieć nieliche szczęście (np. program flashrom obsługuje nasze urządzenie).

Jako, że posiadam parę urządzeń, do których chętnie bym wrzucił nowszy firmware (po czterech latach od wydania nazbierało się poprawek), niedawno na nowo wróciło pytanie czemu tego wcześniej nie zrobiłem. No tak, stacja dyskietek, a w ogóle sprawna dyskietka, to wspomnienia odległych lat. Pozostaje uruchomienie komputera z innego urządzenia – naturalnym jest wybór pendrive’a. I kluczowe – producent sprzętu musi udostępnić wersję ‚aktualizatora’ dla Linuksa, bądź Ms-Dos’a. Ten pierwszy przypadek, jak wspomniałem, to żebracze łzy pod bramą Wielkiego – nikogo to nie obchodzi. Na szczęście na stronach są jeszcze dostępne do ściągnięcia staromodne programy do uruchomienia właśnie pod Ms-DOS’em.

Zatem na naszej pamięci USB musi znaleźć się DOS, który uruchomi komputer i umożliwi resztę operacji. Nigdy takich numerów z Ms-DOS’em nie próbowałem, dlatego zasępiony zacząłem wznosić modły w świątyni lenistwa (czyt. przeglądać internet). I jak to bywa – ‚jakież to oczywiste..’.

Pokrótce – ulży nam w niemocy program UNetbootin. Znajduje się on w repozytoriach unstable Debiana, a dla Ubuntu w tym PPA i wymaga doinstalowania bibliotek QT4 (nikt nie jest doskonały). UNetbootin pomimo skomplikowanej nazwy, wykonuje bardzo prostą czynność – na wskazanym urządzeniu (pendrive) nagrywa bootowalny obraz wybranej przez nas dystrybucji Linuksa, lub FreeDOS’a. Ten zbawienny FreeDOS to nic innego jak zgodny z komercyjnym Ms-DOS’em, otwarto-źródłowy kawał dobrej roboty. Pod nim uruchomimy nasz program do aktualizacji firmware.

Wobec ogromu myśli z jakimi biłem się raz na jakiś czas przy próbach zmuszenia Linuksa do aktualizacji np. BIOS’u, z tym narzędziem sprawa jest banalna. Jak widać na załączonym obrazku, wybieramy interesującą nas dystrybucję (program ściągnie z sieci odpowiedni obraz), lub wybieramy obraz zapisany na dysku. Następnie wybieramy napęd USB (partycję na nim – oczywiście pendrive’a należy wcześniej podłączyć) i klikamy OK. Cała reszta stanie się sama.

Na tak spreparowanym nośniku nagrywamy program dla DOS’a, obraz firmware, itp. – to co nam jest potrzebne. Uruchamiamy komputer, wybieramy rzeczony napęd USB jako medium do rozruchu, na chwilę przystajemy przy menu z wyborem interesującej nas opcji FreeDOS’a (poza instalacją na dysku twardy). Ukazuje się kojące czarne tło z legendarnym promptem. To co zapisywaliśmy na urządzeniu znajduje się na dysku widzianym przez FreeDOS’a jako dysk C:. Przechodzimy tam, uruchamiamy co należy. Aktualizacja, szampan, fanfary (o ile podczas aktualizacji nie kopniemy z radości w wyłącznik od listwy prądowej).

Prawda, że to oczywiste?

Uwierzyć w Ubuntu

Jak można godnie uczcić ciężko przepracowany tydzień… Pogoda nie zachęca, kolumny wtłaczają już w przestrzeń decybele okraszone soczystymi riffami, a człowiek wpatrzony w ekran monitora oczekuje przełomu – w czymkolwiek. Jeśli powiało marazmem, to niesłusznie. Wszak po niedawnej premierze Ubuntu 10.04 otwierają się bezkresy nowych doznań.

Jednak pomimo całej chęci, nie potrafię znaleźć ani jednej przyczyny, która miałaby zadecydować o tym, że na moim przenośnym komputerze z wypasionym Ubuntu 9.04 miałaby zawitać wersja 10.04. Nie jest to bojaźliwy opór przed nieznanym, a raczej racjonalne spojrzenie na swoje potrzeby i wyniki współpracy z wyleniałym laptop pod wodzą Ubuntu 9.04.

Bo cóż wniosłoby w szarość skurczonego trwania nad klawiaturą zainstalowanie wersji 10.04. Nowsze wersje programów, kernela, całego środowiska, podpowiedzą entuzjaści. Owszem, to mocny punkt w agitacji na rzecz nowego. Ale znudzony praktycyzm wypluwa te swoje – ‚ale do przeglądania internetu i napisania paru zdań w OO to czego potrzebujesz?’. I trafia w sedno.

Bo czy do tego potrzebuję nowych apletów na panelu, łączących kilka funkcji w jednym? Usunę jeden (a na co mnie jakieś powiadamianie o poczcie skoro robi to mój program pocztowy), stracę jedną z interesujących mnie ikonek (głośność) i znowu kombinuj człowieku, co i jak zrobić, żeby mieć toto z powrotem.

Albo czy mi są potrzebne zmagania z Plymouth’em i sterownikami od Nvidii – korzystam z otwartych Noveau, mam ładny ekran bootowania, nie mam efektów 3d. Zainstaluję własnościowe sterowniki Nvidii – bootowanie nie jest już takie ładne, ale mam 3d. A w 9.04 i ekran ładowania się systemu nie odstrasza, i 3d mam…

A to całe sprzątanie systemu po instalacji – na co mi sklep z muzyką, jak póki co trwam konserwatywnie przy kolekcjonowaniu płyt CD. Za 10ć lat, jak CD zniknie na dobre, to może i ze sklepu z wirtualną muzyką skorzystam. A teraz… Do odinstalowania. Ubuntu One w chmurce? Dziękuję, nie skorzystam, odinstalować. F-spot? Mono? Empathy? Tomboy? Gwibber? Evolution? W kosz.

Gdzie jest GIMP? Geeqie? Audacious? Rawtherapee? Pidgin? Ufraw? Cairo-dock? I inne moje spersonalizowane wymagania co do użyteczności systemu i komputera. Powoli jawi się przed moimi oczyma mozolne pstrykanie i klikanie, by doprowadzić system do świetności. Co najmniej jak 10ć lat temu przy instalacji Windowsa i całej masy sterowników, anywirusa i innych niezbędnych rzeczy, które były przekazywane na płytce z pokolenia na pokolenie.

Aż się zmęczyłem samym rozmyślaniem nad ogromem czynności które trzeba by wykonać po świeżej instalacji systemu. Prawda, zawsze można instalować system w wersji Alternate. Lecz mamy XXI wiek. I nawet ten fiolet by mi tak nie przeszkadzał i te ikony obsługi okien po lewej stronie. Kiedyś będę zmuszony, by się przemóc, jednak na dzień dzisiejszy, po co psuć coś, co jest może stare, ale działa. Nowe nie zawsze oznacza ‚dobre dla wszystkich’ a całe to unowocześnianie środowiska i integrowanie go z modnymi usługami uznaję za przejaw chwilowej mody. A szkoda, bo istotne dla sprawności systemu sprawy zostają odsunięte na bok (choćby optymalizacja a wręcz przepisanie GTK2).

Long live the 9.04…

Jak zażenować swoich klientów

Ostatnie działania Nikon Polska mogą wprawić jak nie w zdziwienie, to w osłupienie. W dobie wolności słowa, przekonania i wiary, wprowadza się na siłę nowy wyznacznik poprawności – korporacyjny kanon wypowiedzi zgodnej z programem part… firmy.

Po wielkiej aferze z serwisem polishnikonservice.com, który ze względu na piętnowanie niecnych praktyk polskiego serwisu Nikona został zmuszony do zaniechania używania znaku firmowego ‚Nikon’ w nazwie, pojawił się kolejny przykład ingerencji. Tam razem o tyle niezrozumiały, gdyż dotyczy najnormalniejszego forum użytkowników sprzętu firmy Nikon. Administratorzy forum.nikon.org.pl zostali wezwani (sic) do zaprzestania używania nazwy ‚Nikon’ w nazwie domeny. Sprawa o tyle jest niesmaczna, albowiem jak do tej pory forum w dość ścisły sposób współpracowało z firmą Nikon w zakresie szkoleń, prezentacji i sponsoringu.

Polityka ‚zatykania gęby’ wydaje się zataczać coraz szersze kręgi. Wbrew założeniom inicjatorów (Nikon Polska), akcja ma zgoła odmienny rezultat – o Żółtym Serwisie Fotograficznym dowiaduje się coraz więcej osób, a w świetle tego kneblowanie forum zwykłych użytkowników nie zostanie odczytane inaczej, jak jawna cenzura wypowiedzi nt. marki i produktów.

Pozostaje przypuszczać, iż następni w kolejce do odstrzału są wszyscy, używający nazwy ‚Nikon’ w swoich wywodach internetowych. Jeśli ten zaszczy spotka i mnie – nie omieszkam o tym poinformować. Jakby co, liczę na zrzutę na prawników 🙂

Translate »