przystajnik

Monthly Archives: Listopad 2009

Stój, kiedy piszę

Temat niewdzięcznego touchpada powraca jak starta płyta wyrzucona przez okno. Mianowicie ma on (touchpad) niezdrowe tendencje to działania w najmniej oczekiwanym momencie, np. kiedy nocną porą po omacku próbujemy wypisywać wzniosłe hasła na klawiaturze. Lekkie maźnięcie dłonią i wypociny ulatują, bądź w najlepszym wypadku musimy je odnajdywać pod stosem okienek.

Niewdzięczne jest również to, że od paru wydań Ubuntu, konfigurator urządzenia wskazującego nie dorobił się normalnej opcji działania w tle i pilnowania wyłączania touchpada podczas pisania. Więc puszczamy zdartą płytę na nowo. Musimy włączyć sobie SHMConfig oraz odpalić ‚coś’, co będzie doglądało stanu klawiatury.

Sprawy dawniej były prostsze, bo żeby włączyć SHMConfig, wystarczyła opcja w /etc/X11/xorg.conf. Obecnie trzeba nakarmić odpowiednimi informacjami daemon’a HAL’a. A teraz tworzymy plik /etc/hal/fdi/policy/shmconfig.fdi i umieszczamy w nim:


<?xml version="1.0" encoding="UTF-8"?>
<deviceinfo version="0.2">
<device>
<match key="input.x11_driver" string="synaptics">
<merge key="input.x11_options.SHMConfig" type="string">on</merge>
</match>
</device>
</deviceinfo>

Trzeba też upewnić się, że mamy zainstalowane paczki: xserver-xorg-input-synaptics, gsynaptics, touchfreeze.

xserver-xorg-input-synaptics zawiera między innymi narzędzia synclient oraz syndaemon, przydadzą się,
gsynaptics to na późniejsze poprawienie humoru – graficzny konfigurator ustawień touchpada,
touchfreeze to przydatna pchełka siedząca w systray’u i dająca dostęp do szybkich ustawień, jak ma się zachować touchpad podczas pisania

W zasadzie, bezapelacyjnie potrzebna jest tylko pierwsza paczka, ale i pozostałe nie zaszkodzą. Dzięki nim mamy też teraz możliwość wyboru. Dodajemy do autostartu (system -> preferencje -> programy startowe):

– albo polecenie syndaemon -t -d -i 4,
– albo programik touchfreeze

Powyższe przy starcie systemu włączy blokowanie touchpada w odpowiednich momentach.

Cóż, wszystko mamy dopisane, dodane, zatwierdzone. Pozostaje zresetować HAL’a i X’y. Bądź, zresetować komputer.

Niewdzięcznik nocny

Każdy zna i przerobił w swoim życiu zbiór praw i reguł określających zasadę przeciwstawnego działania sprzętu elektronicznego wobec mających przynieść zgoła odmienny skutek oddziaływań człowieka.

W myśl powyższego, podczas nocnej sesji, kiedy w zaciszu domowego fotela zwiększamy możliwości naszego bashowego skryptu ‚na wszelkiej maści potrzeby’, nieopatrzny backscape i… W momencie odbieramy sygnał, że znowu zapomnieliśmy GO wyłączyć. Zwykłe ‚beep’ o godzinie 01:34 potrafi obudzić daemony. Jak nie za pierwszym, to za drugim, lub trzecim razem. I nici z konspiracji w konsoli… Od razu trzeba się tłumaczyć dlaczego się jeszcze nie śpi, którą to już się kawę pije, co to leci na TV za naszymi plecami (włączonym dla lepszej widoczności liter na klawiaturze), gdzie akurat popularna stacja nadaje film opowiadający o trudnej sytuacji materialnej pań i panów bez wierzchniej odzieży codziennej, itp.

Jak sami widzicie – same problemy przez mały głośniczek. A odłączyć go (w laptopie) nieco trudno. Dlatego najlepiej wciągnąć go na czarną listę nieodpowiedzialnych i niepotrzebnych fragmentów elektroniki naszego komputera.

Doraźne pozbycie się piskliwego przyjaciela załatwi:

sudo rmmod pcspkr

Żeby zrobić to na stałe edytujemy – sudo gedit /etc/modprobe.d/blacklist.conf i wstawiamy:

blacklist pcspkr

Zawsze zapominam o tym banale po instalacji (na laptopie mam poligon doświadczalny z dystrybucjami) i potem przez tydzień, lub dwa beep’am nim co jakiś czas – pół biedy w ciągu dnia. Nie wspomnę o stanach lękowy, że coś w komputerze właśnie w tym momencie pier…. pierdzielnęło z piskiem.

Sposób na Firefoksa

Poza zrozumiałym szacunkiem i wdzięcznością, mam do Firefoksa żal z racji jego opieszałości. Owszem, od wersji bodajże 1.5, używam cały czas tego samego profila – zakładki, hasła, itp. Przeglądarka z kolejnymi nowymi aktualizacjami coś tam sobie w tym katalogu modyfikowała i wszystko działało. Jednak, z wersji na wersję zauważalnie wolniej. Zacząłem bawić się w kasowanie zakładek, tworzenie nowych profili, itp. Nic. Cały czas jakbym młotkiem drzewo rąbał. Opóźnienia przy wpisywaniu adresu, nie wspomnę o otwieraniu i zamykaniu przeglądarki. Podstawowe tricki nie chciały do końca zadziałać:

– zmniejszenie w ustawieniach pamięci historii – do 5ciu dni,
– zmniejszenie pamięci podręcznej do 10 MB,
– wyłączenie wyszukiwania podczas wpisywania tekstu

A potem pozostało już czysto cybernetyczne znachorstwo – rzeczy, które robi każdy, nie wie dlaczego, ale od wieków to robiono i pomagało. Pliki bazodanowe .sqlite w których Firefox trzyma wszystkie ważne rzeczy, jak każdą bazę danych można optymalizować. I tu przyda się nam program sqlite3, który należy zainstalować (sudo apt-get install sqlite3).

Wyłączamy teraz kompletnie Firefoksa, oraz wypisujemy w konsoli formułkę (jako zwykły user, bez sudo):


for a in ~/.mozilla/firefox*/*/*.sqlite; do sqlite3 $a 'VACUUM;'; done

Pętelka zoptymalizuje nam pliki .sqlite w katalogach Firefoksa 3.0 i 3.5 (w zależności jakiego używamy, a czasem są obydwa).

Efekt? Odczuwalne przyśpieszenie startu i zamykania przeglądarki, wpisywanie adresu w pasku nie zacina przeglądarki – parę innych sprawności Lisek pewnie też nabył. Generalnie, można się cieszyć.

Ode mnie dla was

Pojawiła się kiedyś piękna idea urozmaicenia i podkolorowania Ubuntu pokrytego brązem powagi i szarością codzienności. Plan był spontanicznie szczery i prosty – ‚niech każdy robiący zdjęcia udostępni nieco swoich zasobów na potrzeby stworzenia porywających tapet dla Ubuntu’. Część prac umieszczonych na flickrowej grupie Ubuntu Artwork miało znaleźć się we finalnym wydaniu Ubuntu 9.10, jednak do dziś… Ktokolwiek widział, ktokolwiek wie. O ile brak dołączenia nowych tapet do wydania CD jestem w stanie zrozumieć (brak miejsca), to zastanawiający jest brak w repozytoriach jakieś paczuszki z tapetami. Które, bądźmy szczerzy, często przebijają to, co ma domyślnie do zaoferowania Ubuntu.

Bez owijania w bawełnę, najzupełniej bezczelnie przyznam się, że i sam partycypowałem w tworzeniu zawartości wyżej wymienionej grupy, podrzucając co jakiś czas tapety, które na użytek osobistej nostalgii i melancholii tworzyłem ze swoich fotografii. Uzbierało się tego nie mało. Na dodatek, nadal bezczelnie, uważam, że cześć z moich prac całkiem sprawnie spisuje się jako tapeta dla lubujących się w naturalistycznych (bądź prawie naturalistycznych) klimatach.

I tak w oczekiwaniu na ostateczne rozwiązanie kwestii Ubuntu Artwork, prawie o nich zapomniałem. Skoro nie przydają się w obecnej formie nikomu, to proszę, puszczam w świat całą paczkę. Jeśli dobrze liczę, tapet jest 34, wszystkie w rozmiarach 1600x1200px. Oczekujących wizualnej artystycznej uczty muszę przestrzec – to są tapety całkiem ładnych miejsc i tworów natury. Uwiecznionych bez aspiracji do emanowania niezrozumiałym przekazem.

Tapety zostały zoptymalizowane dla poprawnego wyświetlania się w dystrybucjach Debian i Ubuntu 🙂

Pod płaszczykiem pakietu

W dniu wczorajszym Parlament Europejski przyjął kontrowersyjny pakiet telekomunikacyjny. O ile sam pakiet nie wzbudzał tak skrajnie niezdrowych sensacji, o tyle punkt 138 był solą w oku wielu. Miał on gwarantować odcinanie od internetu niepokornych użytkowników tylko po wcześniejszym wyroku sądowym. Koniec końców, poprawka 138 została przerobiona, jej wydźwięk został zmiękczony i cały pakiet stał się strawny dla wszystkich. Dokument jest obszerny, a zwykłego użytkownika w większości interesuje tylko to, na jakiem szczebelku stawia go ten pakiet w świetle organów i urzędów.

Tak zatem, internauci posiadają podstawowe prawa człowieka i podstawowe wolności (ignoranctwo wyłazi ze mnie jak słoma z butów, bo nie znam tych praw i wolności – staram się być dobrym człowiekiem po prostu), jednak gdyby coś było na rzeczy, podlega uproszczonej procedurze (nie wyrokowi sądowemu?) która przywoła go do porządku.

Czyli jak to z prawem bywa – nic jasno nie jest napisane, gdyż nadal nie wiem, czy będą odcinać od internetu, czy nie (zostawiono sporo miejsca do luźnej interpretacji przepisu), czy będzie cenzura w sieci, czy nie. Innymi słowy, pakiet pakietem, interpretacja interpretacją, a rządy i ich pomysły na podporządkowanie społeczności internetowej swoje.

Powrót Planety z otchłani

Minęło sporo czasu od kiedy polska Planeta Ubuntu zniknęła z sieci i pogrążyła się w ciemnościach niebytu. Nikt się wtedy nie spodziewał, że powrót może być tak żmudnym i traumatycznym przeżyciem. Zmiana jednego rekordu A (nowy adres IP serwera z Planetą) w domenie ubuntu-pl.org ciągnęła się w nieskończoność, dzięki klarownie wdrożonym biurokratycznym procedurom w centrali zarządzającej tą domeną.

Na koniec z otchłani powiał ciepły wiatr nadziei, a niesiona jego skrzydłami odrodzona Planeta pojawiła się w sieci. Do jej pełnego blasku i zenitu przyjdzie poczekać jeszcze około 24 godzin, do czasu gdy nowy adres rozejdzie się pod DNS’ach, zatem trzymajcie swoje czytniki RSS na chodzie.

O taką planetę walczyliśmy http://planet.ubuntu-pl.org.

HDR’y

Z racji wrodzonego konserwatyzmu i stałości uczuć, odrzucam nadmierną graficzną ingerencję w strukturę pikseli zdjęcia. No ale jak się coś chce wykrzesać z nudnych pstryków, to czemu nie poszaleć. A jak szaleć, to tylko wespół ze skomplikowanymi algorytmami – dlatego w deszczowe wieczory zacząłem zapoznawać się z obsługą programu o chwytliwej marketingowo nazwie qtpfsgui (program znajduje się w repozytorium Ubuntu – 1.9.1 dla wersji Ubuntu 9.04 i 1.9.3 dla Ubuntu 9.10. Oraz 1.9.3 dla Debian SID).

Qtpfsgui generuje HDR’y. Robi to sprawnie, w miarę szybko (przydałoby się wykorzystanie więcej niż jednego rdzenia), ma parę algorytmów składania rzeczonego HDR’a. Trzeba go tylko nakarmić odpowiednimi danymi i można działać. Zasadniczo do stworzenia rasowego HDR’a są potrzebne minimum trzy ujęcia tej samej sceny, różniące się ekspozycją (np. -2,0,+2). Ja z racji posiadanego materiału, bawiłem się w bieda-hdr’y – z jednego zdjęcia. Co z tego wyszło?

a3_hdr

c4_hdr

k1_hdr

b5_hdr

m2_hdr

c7_hdr

r6_hdr

Moja wielka katastrofa z Linuksem

Nie wiem, kto się na mnie tak uwziął. Mamy XXI wiek, a ja mam przygody z Linuksem jak za lat 90siątych ubiegłego wieku.

A wszystko zaczęło się od tego, że leży mi na jednym dysku odłogiem partycja. Był na niej Debian, ale po dołożeniu szybszego dysku, to właśnie na niego przeniosłem dane z tej partycji, a ta sobie została. Najpierw jako zapasowy system, a teraz jako nieużytek.

I nagle przyszła jesień, wieczory się wydłużyły, wiatr zwodniczo jęczał w kominie wentylacyjnym, a nuda, oparwszy głowę na dłoniach, smętnie spoglądała z monitora. Cóż zatem innego pozostało, jak nie rzucić się w wir nieznanego, kolorowego świata Linuksa, z mnóstwem niespodzianek przykuwających uwagę. A tylu niespodzianek to by się nawet najtwardszy zwolennik tego systemu nie spodziewał.

Jak już wspomniałem, nudziłem się. A pomysł był prosty – naściągać różnych egzotycznych dystrybucji (egzotycznych dla zatwardziałego debianowca) i sprawdzić sobie co i jak się w nich pozmieniało na przestrzeni wieków. Dodatkową nagrodą za ten krok miało być zaznajomienie się ze środowiskiem KDE, które widziałem przelotem… a z pięć lat temu.

W ten sposób wylądował u mnie na dysku openSUSE 11.1, Fedora 11, Ubuntu 9.10, Pardus 2009.

Ponieważ instalacja na Virtualboxie nie wnosi odpowiedniej dawki adrenaliny w jesienną prozę wieczoru, wszystkie distro wypalałem po kolei na płytce DVDRW i próbowałem instalować jak od wieków nasi praojcowie instalowali system operacyjny.

Na pierwszy rzut poszło openSUSE i szło mu nieźle. Instalator całkiem przejrzysty, łudząco podobny do tego z Ubuntu (kto od kogo ściągał?). Język, strefa czasowa, użytkownik, hasło, partycjonowanie, pyk pyk i już leci pasek postępu instalatora. Jednak przy 30% się rozmyślił i już dalej nie poleciał. Inna płyta? To samo. Instalowanie systemu na Virtualboksie z tej samej płyty? Poszło. No ale co mi z Virtualboksa.

Nic to, mam jeszcze Fedore 11. Po uruchomieniu wybieramy ze zgrabnego okienka czy chcemy instalować, czy robić zgoła coś innego. Zgrabne okienko znika i przez chwilę raczymy się trybem tekstowym w najczystszej postaci. Pytanie o test integralności płyty instalacyjnej (‚skip’, jestem twardzielem) i odpala się nam Anaconda, instalator Fedory. Ładne i zgrabne to wszystko, nie powiem. Choć do pasji doprowadził mnie zbyt profesjonalny partycjoner dysku, który chciał mi z zapasowego dysku (mam tam partycję z arcyważnymi danymi) zrobić groch z powidłem. Nie, chcę żebyś mi przerobił partycje, ‚wstecz’… ‚Użyj całego dysku’, nie, to nie to, ‚Użyj poprzedniej instalacji Linuksa’, nie, też nie, ‚Dowolna modyfikacja’… O tu już lepiej, nie chce nic kasować – sam sobie wykasuję co chcę. A że mam do tego celu jedną partycję, nie ma się co rozwodzić – instaluj się tam. ‚Do uruchomienia potrzebna jest partycja ext3’, eh, no to podzielę sobie ten obszar na dwie – 100 MB na ext3, drugą wypełnij wolne miejsce. I co? I błąd instalatora. Za piątym, czy szóstym razem walka z partycjonowaniem dysku tak jak chcę, z uwzględnieniem pomijania wrażliwych stref przy których instalator dawał nura w krzaki, najzwyczajniej mi się znudziła.

No to dalej. Moje ubuntone Ulubiuntu. O wersji Ubuntu 9.10 miałem swoje przemyślenia jeszcze z wersji alpha i beta, ale nie szaty zdobią system, zobaczymy jak to wygląda na ‚żywca’. Instalator niczym mnie nie zaskoczył, poszło wszystko jak należy, Ubuntu zainstalowało się jak się patrzy. No a po uruchomieniu ponownym zaskoczyły mnie mrugające literki. Xorg i GDM nie wystartowały, a mnie się te mruganie znudziło po dwóch minutach oczekiwania na możliwość podziałania w konsoli. Cóż, po wpadce ze sterownikami Intela w w 9.04, w tym wydaniu niektórzy doświadczą wpadki ze sterownikami Nvidii. A że miał to być wieczór wyuzdanej zabawy za pomocą myszki, nawet się nie zabierałem za podnoszenie systemu (jak się potem okazało, trzeba wyedytować xorg.conf (którego nie ma) i przestawić drivery na ‚nv’).

No i gwóźdź wieczora, Pardus 2009. Tureckie wydanie Linuksa zaskoczyło mnie spójnością graficzną (motyw z instalatora, Gruba, splasha, XDM/KDM, systemu – wszystko zawiera wspólne kolorystycznie i wzorniczo elementy – o jakież to było cudowne doświadczenie po wcześniejszej kakofonii stylistyczno-kolorystycznej z Ubuntu 9.10). Instalator – miodny, łatwy, działający. Zainstalował mi system bez szemrania, bez konieczności robienia osobnej partycji ext3 na potrzeby /boot. Sam system to KDE 4.2.4. Jak doczytałem, trochę stary (najnowsze KDE to 4.3.3). Ale od kopa wszystko mi zadziałało na komputerze – muzyka, grafika (ok, sterowniki doinstalowałem ichnim instalatorem). Naprawdę, dla początkujących bardzo fajna dystrybucja. Jedyny minus – Pisi, odpowiednik debianowego apt. To, że odpowiednik to nic zdrożnego, ale dystrybucja posiada własny format paczek. Nie zgłębiałem się, czy da się przenosić paczki z Debiana czy innych rpm’ów. Ale własny format paczek zawęża możliwości wgrania softu spoza innego źródła, jak oficjalne repozytorium.

Naprawdę, dawno się tak dobrze nie bawiłem podczas instalacji systemu i późniejszemu testowaniu co gdzie jest i do czego służy (KDE znam z opowieści dziadka).

Co do pozostałych dystrybucji – przy odrobinie zacięcia, pewnie jakoś by się dało obejść te chwilowe niedomagania instalatorów. Z drugiej strony, wyobrażacie sobie panią Hanię z pierwszego piętra, jak wieczorem, w przerwie między jedną a drugą skarpetą robioną na drutach, wbija się w konsolę i magicznymi komendami przywraca system na nogi?

Tak czy siak, Linux FTW!

Translate »