przystajnik

Monthly Archives: Maj 2009

Wdzianka dla Ubuntu

Wszyscy narzekają na domyślne style i ogólny wygląd Ubuntu, wyczekując rewolucji z wydania na wydanie. Ale można przecież poradzić sobie z tym we własnym zakresie, po to w końcu jest możliwość zmiany wyglądu niemal każdej części systemu. Na początek…

Znudziły was standardowe tapety dołączone do Ubuntu? Czas na nieco orzeźwienia.

Zapraszam zatem do przeglądnięcia ‚60sięciu najładniejszych tapet dla Ubuntu‚.

Może nie wszystkie są arcydziełem, ale większość jest zupełnie niezła. Osobiście nie przepadam za tapetami ze znaczkami firmowymi/sloganami, ale czemu by nie spróbować. Moim typem jest tapeta z farbkami i niedokończonym plakatem:

Streaming – na przekór wymaganiom

Nie godzi się, aby uczciwy człowiek, w dobie medialnego wrzasku z każdej strony, musiał na stronach opuszczać oczy po natknięciu się na adnotacje typu ‚Aby oglądać video zawarte w serwisie, wymagany jest LEGALNY system (…), player w wersji (…)’, ‚Serwis przeznaczony dla użytkowników systemu (…), w wersji (…), odtwarzacz w wersji…’. I tak dalej. Wiadomo o co chodzi, jak pod moim Linuksem filmiki mi ‚nie idą’. Jestem inteligentny, dość dawno temu zrozumiałem te aluzje i po prostu nie zaglądałem w takie zakątki sieci.

Ale klikając czasem tu i ówdzie przez przypadek zawędrowałem na stronę, gdzie ujawniła mi się stylowa ramka ze znaną ikonką informującą o braku wtyczki. I byłbym wrócił precz wstecz, ale zauważyłem pod ramką pingwina. I tekst ‚(…) dla systemu Linux wymagane jest zainstalowanie odpowiedniego oprogramowania, np. XINE’. O, proszę, dobrze kombinują, pomyślałem i postanowiłem na chwilę zawiesić swój bojkot serwisów celujących w określoną grupę użytkowników określonego systemu.

Oczywiście nie bawiłem się z Xine i innymi dziwnymi metodami (jak wklejanie komend z ‚url wideo’ w terminalu), czy otwieraniem odnośnika w zewnętrznym programie. Poszperałem w sieci, poczytałem porównałem i okazało się, że jest. Gecko-mediaplayer. Wtyczka oparta o Mplayera, do przeglądarek WWW zgodnych z API NS4. Nieważne, co to za API, ważne, że filmiki obejrzymy w Firefoksie, w Midori, w Operze i pewnie w innych przeglądarkach też. Przynajmniej na razie, póki nie zmieni się wymyślny sposób osadzania strumieni na stronach.

Żeby wkroczyć w wiek medialnej dojrzałości i otwartości, nie trzeba wcale dużo kombinować. W Ubuntu (Jaunty) wystarczy:

sudo apt-get install gecko-mediaplayer

W Debianie wiadomo, bez ‚sudo’. Można też użyć Synaptica i tam wyszukać tej wtyczki.

Zaletą wtyczki jest to, że działa, jest rozwijana, nie trzeba kombinować z wrzucaniem jej do jakichś katalogów, jest konfigurowalna, nie obciąża procesora. No jednym słowem – znowu ‚ich’ wyrolowaliśmy 🙂

Pentax K-7

To nie jest prawda, że zamknąłem się we własnym małym, niszowym światku i w klapach na oczach ślepo jestem wpatrzony w jedynego producenta sprzętu fotograficznego – Olympusa. Zaglądam czasem do drugiego niszowego światka, któremu przewodzi Pentax.

Gdybym kupował sprzęt foto o rok później, niż kupiłem, pewnie byłbym teraz właśnie w światku Pentaksa. A tak, to pozostaje mi dopingować drugiej, nie ukrywajmy, też niszowej marce. Niszowej, bo Olympus i Pentax w ilości użytkowników są daleko za wielką dwójką (z której to dwójki Sony za pomocą walca marketingowego chce zrobić wielką trójcę).

Ale nie o snach o potędze miałem tu pisać. Otóż, dziś został pokazana światu specyfikacja i nowy model – Pentax K-7. Cieszy to mnie niezmiernie, bo po ostatnich zawirowaniach wokół tej marki, nic nie było pewne do końca. A tu proszę, świetne body, z mnóstwem ciekawych opcji.

k7

Co szczególnie rzuca się w oczy w specyfikacji tego aparatu?

– matryca 14.6 mpx,

– pełne uszczelnienia,

– magnezowy korpus,

– tradycyjnie, jak to w Pentaksach, duży wizjer – 100% krycia kadru, powiększenie 0.92x,

– 3 calowy wyświetlacz LCD,

– funkcja LV – niestety, bez obracanego ekranika,

– nowy system czyszczenia matrycy – użyto podobnego patentu jak w aparatach Olympusa (Supersonic Wave),

– 11sto polowy system AF, ponoć fenomenalnie szybki,

– zdjęcia seryjne 5.2 kl/s, do 15stu RAWów w serii,

– nagrywanie filmów ([1.6M] (1536×1024, 3:2), [0.9M] (1280×720, 16:9), [0.3M] (640×416, 3:2)),

– funkcja składania obrazu HDR w aparacie.

Wygląda to bardzo zachęcająco. Ale i tak trzeba będzie poczekać na pierwsze sample z tego aparatu, bo może się okazać, że podobnie jak sprzęt Olka – aparat góruje wszystkim nad konkurencją, lecz nie jakością obrazu (wyolbrzymiając – chodzi głównie o wysokie ISO i DR). Ciekawi przede wszystkim wydajność matrycy oraz działanie systemu AF – w poprzednich modelach było z tym różnie.

Aparat nie jest duży – mniejszy niż moje E-3, lżejszy ( ok. 130.5(szer) x 96.5(wys) x 72.5(grub)mm, 750 g. z baterią). Projekt obudowy jest może nieco kanciasty jak na moje odczucie, ale przecież nie będzie się tego aparatu używać jako poduszki.

O cenie przebąkuje się, że zmieści się w granicach 1200 – 1500 Euro.

Zjednoczenie pakietów

O jakie elementy w prozie współpracy z Linuksem większość nowych użytkowników nabija sobie guza? Nieee, niekoniecznie kompilacja i praca w konsoli. Nie jest to też instalacja sterowników, choć łączy się ona z problemem o którym chcę wspomnieć. Otóż…

Usadźcie nowych użytkowników i dajcie im polecenie zainstalowania jakiegoś programu. Dla pikanterii – najlepiej takiego, którego nie ma w repozytorium. Nie będziemy się posuwać do pierwotnego cynizmu i niech ten program występuje w wersji dla Linuksa. I jakie będą reakcje?

Pewnie spora część z nich rozpocznie kontemplować w zadumie własne paznokcie. Część, bardziej wtajemniczonych, wierząc w siłę repozytoriów, będzie tam próbowała rozwiązać ten problem. Inni podążając instynktem wyuczonym w szkole/domu/pracy, udadzą się na stronę programu i tam poszukają sobie instalki. Całkiem nieźle, jak na nowych. Lecz…

Jeżeli twórcy programu zadbali o prekompilowane binarki dla Linuksa (początkujący podnoszą jedną brew), to oprócz paczki ze źródłami (opada dolna warga), na stronie znajdziemy cały wysyp paczek (instalek) .rpm, .deb, .txz. I jeśli twórcy byli zapobiegliwi, każda w wersji i386, i686, amd64, itp. (unosi się druga brew). I teraz zaczynają się dylematy zwykłego użytkownika, który sobie tylko chciał pooglądać strony WWW i przez Skype pogadać. O ile może być świadom istnienia na dysku oprogramowania pt. Linux, o tyle rozróżnienie jaką posiada dystrybucję, architekturę – to po prostu za wiele. W głowie rodzi się bunt ‚w imię czego ja się mam tak mordować w tym luksusie’, a efekt takich przemyśleń jest raczej większości znany.

Dlatego wiodący system został zaakceptowany przez świat (nie ukrywajmy, w większości składający się z laików i ignorantów komputerowych), gdyż umożliwił co najmniej proste i dostępne instalowanie programów. Ludzie podążyli za pomysłem ‚one .exe, one click’ nawet nie tyle z sympatii do wiadomej firmy, co po prostu z wygody, niewiedzy, lenistwa, braku czasu na szukanie trudniejszych rozwiązań, itp.

A teraz minę powyższego użytkownika przeciwstawcie uśmiechniętej buzi, która pobiera jeden, jedyny plik ze strony programu i kliknięciem sobie instaluje (no oczywiście podając uprzednio hasło roota – administratora).

Jak dla mnie, problem istnieje i jest realny. Ludzie naprawdę nie czują potrzebny totalnego zagłębiania się w nazwę dystrybucji, jej wersję, platformę sprzętową, typ paczek przynależnych danej dystrybucji, itp. To tak, jakby robić doktorat z fizyki, na potrzeby wymiany żarówki w lampce.

Połowa światka FOSS już od jakiegoś czasu zastanawia się jak ujednolicić te nieszczęsne pakiety. Druga połowa zastanawia się, jak tym pierwszym obrzydzić to zastanawianie. Niechęć budzi zapewne to, że wtedy sposób dystrybucji programów i ich instalacja stanie się aż nazbyt podobna i zapożyczona z rozwiązań windowsowych. Co za tym idzie, mogą się pojawić zagrożenia w postaci wirusów i innych nieprzydatnych dodatków. Ale czy na pewno nie można nad tym zapanować?

Tu nie chodzi o to, aby likwidować repozytoria i przewracać dotychczasowy porządek do góry nogami. Lecz o to, by developerzy byli w stanie przygotować jedną wersję paczki gotowej do instalacji na wszystkich (większości) dystrybucji. To rzecz jasna nie takie hop siup – począwszy od różnic pomiędzy dystrybucjami w strukturze /etc i nie tylko (spróbuj debianowcu skonfigurować w konsoli sieć na OpenSUSE. Spróbuj użytkowniku OpenSUSE skonfigurować w ten sam sposób sieć na Debianie), przez różne wersje kerneli, bibliotek, itp. Część problemów już się rozwiązuje, jeżeli chodzi o standaryzację ustawień – głównie za sprawą Linux Standard Base. Kwestię bibliotek można rozwiązać za pomocą linkowania statycznego podczas kompilacji. Program dostępny ‚normalnie’ w repozytorium, zachowywał by się podczas instalacji jak dotąd – pobierał zależności, itp, z różnicą taką, że – zainstalowałby się na każdej dystrybucji.

Przypuszczalnie, batalia o wygodę instalacji jest do wygrania. Niestety, kosztem wielkości paczki z programem (po co nam zatem te gigabajty wolnego miejsca na dysku?), zajętością pamięci RAM przez program (a po co nam te gigabajty RAMu?) i kosztem bezpieczeństwa, tudzież stabilności. Ale patrząc na specyfikę Linuksa, czy te ostatnie argumenty nie są zbyt na wyrost? Może obawy są niepotrzebne. A poprawienie jakości komfortu pracy i zlikwidowanie mętliku instalacyjnego na pewno zyskałoby w oczach zwykłych użytkowników.

Dużo dobrej muzy

Pierwszy raz uległem spamowi. Dostał, przeczytałem (sic!), bynajmniej nie dotyczył on muskulatury wiadomych części ciała. A przynajmniej nie tych części co zawsze.

Ale do rzeczy. Znacie polskie wydawnictwo ARMS? Osoby bywające na salonach i w temacie, na pewno znają. Mnie, niestety, ich osiągnięcia umknęły. Z różnych powodów – a to czasy młodzieńczego buntu i kompletowania zagranicznych twórców, czy też z przekonania o dole i nijakości polskiej sceny muzycznej. O w jakim ja błędzie byłem. W dodatku przesiadując od czasu do czasu na forum hfm.pl, jak mogłem tam nie zauważyć tych płyt.

Rzeczony spam zawierał informację o promocji wydawnictwa ARMS na swoje produkty. Mało tego, w przystępnej cenie oferowane jest zestawienie kilku płyt. Śpiewające damy, pakiet audiofilski, pakiet jazzowy… I tym ostatnim się zainteresowałem. Wirtualne pieniążki zmieniły właściciela i za dwa dni zapukała do mych drzwi Pani (Pani!) Listonosz.

Mega paka jazzowa zawiera cztery płyty + jeden bonus i jeszcze jeden bonus bonusowy – przynajmniej ja go znalazłem w swojej przesyłce. Regularne wydania to:

Włodek Pawlik – „Grand Piano”

Paweł Kaczmarczyk – „Audiofeeling”

Rafał Sarnecki Quartet – „Songs From a New Place”

Grzech Piotrowski – „Sin”

A w roli bonusu wystąpił Sampler testowy.

Cóż ja mogę napisać. Jestem zauroczony tymi płytami. To solidna dawka jazzu wszelkiej maści, nagranych (studio) z pietyzmem i wyrafinowaniem.

Włodek Pawlik – Grand Piano – to praktycznie 2 godziny (dwie płyty CD) fortepianowych solówek-improwizacji. Całość brzmi niemal jak spowiedź artysty, a surowości wyznania dodaje dowolność interpretacji – materiał nie został upstrzony fantazyjnymi tytułami utworów (track 1, track 2, track 3, itp). Często przeplatają się nawiązania do klasyki (stylistyczne), czasem może brakować ‚kropki nad i’ w postaci dosadnego rozwiązania tematu, lecz całości słucha się… W odrętwieniu i oderwaniu od rzeczywistości. Płyta jest nagrana bez wydziwiania z dźwiękiem – fortepian brzmi jak fortepian, być może zbyt naturalistycznie, ale od czego jest gałka głośności w sprzęcie. Zresztą, to nie muzyka mająca poruszać trzewia niskimi częstotliwościami.

Wydanie – pierwsza klasa, świetna poligrafia, opakowanie płyty rodem z SACD (za zatrzaskiem). Jak można się spodziewać – polecam.

Paweł Kaczmarczyk – Audiofeeling – niech nie zwiedzie was badziewna okładka, zupełnie nie przystająca do tego co znajdziemy na płycie. Tutaj też pierwsze skrzypce gra fortepian, lecz wspomożony trzema (sic!) saksofonami, perkusją i basem. Co można rzecz o stylu. Styl płyty i utworów jest wysmakowany, starając utrzymać się ‚w normach przyzwoitości’. Nie znajdziemy tu gwałtownych ekspresji, wyskoków i gwałtownych zmian tempa (które są, lecz delikatne). Kompozycje cieszą ucho sprawnością z jaką artyści poruszają się po tematyce – choć przyznam, że płyta musi się wetrzeć w ucho, nim będziemy ją w stanie przyswajać. Jakość nagrania – rewelacja. Co więcej, płyta została zarejestrowana na pozłacanym nośniku – bynajmniej nie w celu poprawy cyfrowego nagrania, lecz przedłużenia żywota płyty (to dla anty-audiofilii).

Opakowanie – niestety, digipack.

Rafał Sarnecki Quartet – Songs From a New Place – tu znajdziemy nieco inny typ muzyki. Rzekłbym, jazz bardziej ludzki. Artyści nie wdają się w skomplikowane zawiłości aranżacyjne czy improwizacyjne, a co więcej – część utworów jest ułagodzonych wprowadzeniem melodii (lecz, jak to w muzyce ambitnej – nie takich od kropki do kropki). W wielu recenzjach można przeczytać o tym, jak ten album nawiązuje i pokazuje ducha Nowego Jorku, w którym autor szlifował swoje zdolności. Prawdę mówiąc – w Jorku nie byłem, nie znam się. Album mi się podoba, słucha się bardzo dobrze. Nie razi w uszy wyskokami czy to gitary, kontrabasu czy fortepianu, jednym słowem – miło się spędza przy płycie czas.

Wydanie – digipack, niestety.

Grzech Piotrowski – Sin – ooo, proszę państwa. To jedna z jaśniejszych perełek w tym zestawieniu. Co ja mówię. Płyta jest rewelacyjna. W zasadzie, nie wiem co o tej płycie napisać. Po prostu siadam i słucham. Saksofon, harfa, gitara basowa, perkusja, klawisze i wiele innych ciekawych instrumentów które się tu przewijają, zostały zaaranżowane w zmyślne, snujące się wokół nas kompozycje, które wciągają niczym tytułowy grzech. Może płyta nawiązuje do wzorów różnakich, ale dobrych wzorów. Może brzmieć momentami zbyt nowocześnie – ale bez przesady. Lecz całość roztacza ciekawą magię, która mnie zaczarowała motywami blisko-wschodnie (oj tak), świetnym saksofonem i nutką nowoczesności. Początek płyty może zwodzić – że będzie ot tak, normalnie. Lecz z każdym utworem, jawi się nam kolejna opowieść, rewelacyjnie opowiedziana czy to saksofonem, czy też każdym innym instrumentem.

Wydanie – tekturowa okładka, świetna poligrafia, płyta nagrana na złotym nośniku. Bo prostu bajka. A z ciekawostek (i tu fragment dla mojego znajomego, on będzie wiedział, że to o nim :)). Artysta otrzymał do testów srebrne kable. Przesłuchał nagrany materiał i… I przez to opóźniło się nagranie płyty, bo postanowił nagrać jeszcze raz parte saksofonu, właśnie za pomocą nowych kabli.

Sampler – zasadniczo do ustawiania sprzętu i testowania. Ale u mnie gra wszystko ok, nawet nie przesłuchałem. Jeszcze.

Bonus bonusowy:

Apolonia Nowak, Jacek Urbaniak – Zaświeć niesiądzu – płyta dołączona do magazynu Hi-Fi, do mojego zamówienia została dorzucona w miłym geście i ogromne podziękowania się za nią należą. Numer magazynu z tą płytą przegapiłem, a jednocześnie przegapiłem coś tak zjawiskowego, że szczęka opada. Co jest na płycie? Tradycyjne pieśnie kurpiowskie. Ale jak zaśpiewane! Do tego akompaniament – ale jaki! W myśl ‚swego nie znacie, cudze chwalicie’, takie perełki jak ta płyta niestety pozostają niedocenione i nieznane na naszym rynku. Nie znaczy, że jest to folk dla każdego. Trzeba umieć przekroczyć barierę ‚obciachowości’ jaka została przylepiona naszemu folklorowi. A wtedy teksty pieśni, w połączeniu z średniowiecznym dopełnieniem muzycznym, objawią się nam w nowym świetle.

Wydanie – jako bonus z gazety, płyta we folii.

I co ja mogę powiedzieć na koniec. Wydawnictwo ARMS odwala kawał niesamowitej roboty. Mało kto ją dostrzega, bo wydawana muzyka i artyści są niepospolitego formatu. Nie dla masowego odbiorcy. To wyjaśnia trudności studia, o jakich można poczytać na forum hfm.pl. A pakiet takich płyt za 79,00 zł (do znalezienia na Allegro) uważam za rewelacyjną ofertę na naszym rynku, a zainteresowani nie powinni się zastanawiać nawet przez moment jak ulokować powyższą kwotę. Rozumiem różnicę gustów, nie każdy musi tak entuzjastycznie podchodzić do tego materiału jak ja. Ale powinniśmy docenić wkład i zaangażowanie. Bo kto za jakiś czas zaoferuje nam tej klasy muzykę? Dodadzą do chipsów lub hamburgera?

Może się powtórzę – ale jeszcze raz polecam.

Wyszarpany 1%

Długo to trwało i kosztowało wiele wysiłku, by rozwijany od osiemnastu lat system osiągnął w końcu 1% wśród użytkowników poruszających się po sieci.

Ale o tym już pewnie wszyscy wiedzą. Tajemnicą jednak pozostaje, co powoduje, że dobry duch Linuksa rozprzestrzenia się tak wolno? W porównaniu do wiodącego systemu, ten jeden procent to wszyscy wiemy jak wygląda…

Przecież mamy już rzeczy, o których się nam nie śniło w roku 1996 czy 1997. Kernel jest w stanie rozpoznać coraz to więcej sprzętu, mamy mnóstwo sterowników, automatyka startującego systemu załatwia za nas wykrywanie i montowanie dysków, wykrywanie i ustawianie monitora, wskaźników, klawiatur. Co więcej, większość urządzeń jest z marszu gotowa do użycia. Urządzenia na USB i inne wtyko-samo-działacze nie napotykają oporu ze strony systemu. Nie musimy zapamiętywać nazw naszych urządzeń, chipsetów, itp, by potem szukać do nich sterowników (w większości).

Mamy piękne środowiska graficzne, menadżery logowania, co więcej – wszystko jest w stanie wystartować i uruchomić się bez ingerencji użytkownika. Mamy doskonałe systemy zarządzania oprogramowaniem, wraz z rozwojem internetu niewiernym wytrącany jest z ręki argument, że „do Linuksa to bez internetu nie podchodź”. Nie cierpimy na plagę wirusów czy niechcianych ‚gości’ psujących nasz system. Wszystko zabezpieczone, poukładane, przemyślane. Cała masa użytecznych programów aż się prosi, by je zainstalować i używać. Każdy znajdzie tu coś dla siebie – magia terminala dla bardziej zaawansowanych, prostota i samodzielne ‚dostrajanie się’ systemu dla zwykłych przeglądaczy internetu.

Niestety, jest też drugi koniec tej litanii. Cała masa programów aż się prosi o wersję dla Linuksa. Producentów sprzętu też pewnie ucieszyłoby stabilne API i ABI, wspomagające uniwersalność tworzenia i zastosowania sterowników. Standaryzacja wielu aspektów funkcjonowania Linuksa mogłaby być też już faktem, a nie tematem rozwojowym. I jeszcze parę innych kamyczków z tego ogródka by się znalazło.

Gdyby Linux rozwijał się równolegle z Windowsem przy podobnym nakładzie finansowym (co oczywiście nie mogło mieć miejsca) i użyciu podobnej mocy sprawczej (programiści), pewnie doczekał by się wielu ze znanych obecnie rozwiązań już parę lat temu. Może wtedy ‚wyścig’ tych dwóch systemów mógłby mieć realne proporcje. Może wtedy w szkołach istniał by program nauczania, wprowadzających młode umysły w obsługę wolnego systemu, używanego powszechnie w wielu miejscach. Prostego, używalnego systemu, bez potrzeby wnikania w jego strukturę.

Lecz czas, pieniądz i ludzie zrobili swoje. I tak oto wiele przywar Linuksa stała się jego pięknem i przekleństwem – jak choćby modułowa budowa. Szkielet zbyt mocno kłujący użytkownika w oczy elementami wystającym spod graficznej otoczki. Bo by złożyć ‚klocki’, trzeba było wiedzieć jak. Czy Firefox stałby się jedną z popularniejszych przeglądarek, gdyby od początku swojego istnienia wyświetlał strony WWW po dość specyficznych zabiegach? Linux nie został przedstawiony światu jako gotowy produkt. Ciągle taki nie jest.

Gdyby był, pewnie nie siedzielibyśmy wtedy z uśmiechem wszystkowiedzącego fachmana używającego niszowego systemu.

Ale nie ma tego złego – cieszmy się z tego jednego procenta, jutro może być już więcej.

Translate »