przystajnik

Monthly Archives: Listopad 2008

Pałac

Proszę wycieczki, proszę się nie rozbiegać. Wchodzimy do parku, idziemy główną aleją, którą szlachta polska przechadzała się w słoneczne dni. Na lewo stawy, na prawo Pałac Załuskich zbudowany w latach 1882-83.

palac1.jpg

palac2.jpg

W jego otoczeniu park założony w XVIII-XIX w. ze stawami i aleją starych lip, wyglądających lepiej na wiosnę.

park.jpg

palac3.jpg

Na końcu alei budynki gospodarcze – stary dworek, spichlerz i dawny zbór ariański. Spoglądamy na dworek, w tle spichlerz.

sluzba.jpg
Tak to jest jesienią w Iwoniczu (tyle, że parę dni wcześniej, 11stego listopada).

Rycerzy trzech

Trzy kawałki wyzwijanych ze sobą drucików miedzianych, niektórych nawet posrebrzane. A tyle emocji potrafi to wnieść w spokój dnia niejednego człowieka. Oczywiście, za sprawą odpowiedniego ich wykorzystania, co w moim przypadku oznaczało podłączanie kolumn tymi kablami w różnej konfiguracji.

Kolumny podłączam bi-wiringiem do wzmacniacza i co do górnego pasma nie mam zastrzeżeń – gra tam Qed X-Tube 350 i gra tak, jak mi się podoba. Nie wyostrza góry zbytnio, ale zachowuje szczegółowość, unosząc w przestrzeń delikatne aspekty wysokich częstotliwości.

Dolne pasmo też miałem podłączone tym kablem. Ale zrodziło się pytanie, czy srebro i charakter tych kabli na pewno sprawdza się w niższych rejestrach?

Dlatego podłączałem na okres jednego dnia ten dół trzema różnymi kablami:

Qed X-Tube 350 (2×3.5mm, miedź + srebro) – gra dobrze, średnica i stereofonia jest wyśmienita, jednak bas potrafi być bez tchnienia. Schodzi nisko, jednak wybrzmiewa nieco krótko, brak mu elementu sprężystości. System się rozmiękczył za bardzo, uderzenie stopki perkusyjnej to takie mlaśnięcie, gitara basowa czasem znika.

Jantzen (2×2.5mm, miedź o czystości 6n) – w przeciwieństwie do Qed’a, ten kabel wydłużył wybrzmiewanie basu, jednak zbytnio zlepił w ścianę dźwięku resztę średnicy. Jednak dźwięk pozostał taki… Bez charakteru.

Monster Z1R (2×3.0mm miedź) – bardzo dynamiczny kabel, gra nisko, stopka zyskuje element uderzenia, wyśmienicie wybrzmiewająca gitara basowa. Lekko wycofuje jednak średnicę. Gdy za dużo dzieje się na dole, kabel ma lekkie tendencje do przerabiania dźwięku w jedno buczenie.

Cóż, na razie w systemie został Monster – pomimo minusów, sprawił się zdecydowanie lepiej niż pozostałe kawałki drutów i osiągnął to co zamierzyłem – uwypuklić nieco dół muzyki. Planuję jednak wypróbować jeszcze jakiś kabel solid core – jeden kawałek drutu (wieszak?), a nie plecionka. Na oku mam DNM Reason. Zobaczy, czy uda mi się go wypróbować.

Powyższe rozważania dotyczą zestawu Xindak A-06, Marantz CD6002, Monitor Audio RS5.

Podróże małe i duże

Jak jest dużo wolnych dni, to wiadomo. Człowiek siedzi przed tv łazi gdzie go nogi poniosą. Dlatego na próżno było mnie szukać na obchodach 11stego listopada, jak też w niedzielę poprzedzającą ten dzień.

Łazęgowanie które odbyłem, zaliczam do średnio udanych. Samo przejście trasy to ta część bardziej udana. Gorzej było z pogodą. Tak, wiem, na nizinach (hehe) słonko świeciło pełnią mocy, było niebieściutko na niebie i do ogólnej sielanki brakło stad przelatujących motyli. Niestety, ja akurat wybrałem się w górski kocioł który się tego dnia wytworzył między grzbietami Kornutów – Wątkowej – Świerzowej a Czereślą i Trzema Kopcami. Od strony Folusza wyglądało to dość zachęcająco – słońce nad głową, w Dolinie Potasówki (??) widać było parę sinych chmurek, szybko przepędzanych przez wiatr. Jednak, im bliżej tych ‚chmurek’ podchodziłem, tym było ich więcej i więcej, i po chwili zamieniły się w zawiesinę zasłaniającą mi dostęp do promieni słonecznych. Mnie to było bez różnicy, jednak fotograficzny aspekt wyprawy na tym ucierpiał. Ale nic to. Drzewa miło szumiały mi nad głową, wyginane jesiennym wietrzykiem. Przełażenie szlakiem przez grzbiet Czereśli wyniosło mnie na poziom w którym owy ‚wietrzyk’ sobie śmigał między konarami drzew i dobrze, że miałem na sobie odpowiednią kufajkę. Był mocny, był zimny i szybko mnie zniechęcił do podążania grzbietem, aż musiałem salwować się ucieczką zboczem w dół, do Mrukowej. Potem na Trzy Kopce, podejście na Świerzową (801 m.n.p.m.) i ponowne siłowanie się z wiatrem a potem truchtem w zaciszną Dolinę Potasówki (??) i nazad do Folusza.
Nie zrealizowałem w tym marszu paru aspektów (przejście na Diabli Kamień szlakiem odchodzącym spod Magury Wątkowskiej), jak też bogatego zobrazowania jesiennego lasu, wylegującego się w promieniach słonecznych.

Zdjęcia… Cóż, jakie mogą być zdjęcia z zasnutej szarówką trasy, na dodatek nie obfitującej w żadne miejsca widokowe? No mogą wyglądać np. tak:

abydoprzodu.jpg

Aby do przodu

las1.jpg

Nie wchodź w tę mgłę…

brama.jpg

Kuszenie turysty – brama do lasu

nuda.jpg

Nuda

przyjaciel.jpg

Najwierniejszy przyjaciel człowieka

A i jeszcze jedno, nowa wersja przekleństwa, które możecie rzucać na znajomych. ‚A żebyś ty po lesie chodził i drzewa liczyć musiał‚. To działa:

pb098418orf.jpg

Gdzie twój swap, systemie?

To się zdarza – Intrepid czasami nie honoruje partycji swap. U mnie ta przypadłość nie wystąpiła, ale w sieci pojawiło się kilka zaniepokojonych wypowiedzi na temat ociężałego Intrepida. Co się okazało? Otóż, przyczyną ślamazarnej pracy była partycja swap. A raczej, fakt, że Intrepid zapomniał gdzie ona jest i jej nie zamontował. Taki wypadek zdarza się, gdy zmieni się numer UUID swap’a, a system tego nie odnotuje gdzie trzeba (/etc/fstab). Nie zaszkodzi sprawdzić u siebie:

sudo grep swap /etc/fstab;blkid |grep swap

Zwracamy uwagę na numer UUID – w obu przypadkach musi być taki sam. Jeśli nie jest, trzeba skopiować ciąg UUID z drugiej linijki, otworzyć /etc/fstab do edycji (sudo gedit /etc/fstab). W linijce z partycją ‚swap’, kasujemy stary UUID, wklejamy nowy, zapisujemy.

Teraz sudo swapon -a, lub reset, jak kto lubi.

Z drugiej strony, czy komuś jeszcze w dzisiejszych czasach jest potrzebny swap, gdy 2 GB pamięci na pokładzie to niemal już reguła?

Sam przeciw sobie

Z czystej ciekawości obserwowałem ostatnio ludzi. Różnych. Od pracowników szeregowych wykonujących od lat/miesięcy te same czynności, pracowników-eksperymentatorów, mających czas na przemyślenia własne, jak też osoby na stanowiskach funkcyjnych, można powiedzieć, kierowniczych. Tych ludzi łączyło jedno – wszyscy bez wyjątku wykonują swoje obowiązki za pomocą zainstalowanego na ich komputerach Linuksa.

Patrzyłem na nich nie dlatego, że lubię pracę i godzinami mógłbym patrzeć, jak ktoś ją wykonuje. W swoim zacietrzewieniu ideowym już dawno przestałem postrzegać oprogramowanie MS jako konieczne i niezbędne do osiągnięcia zamierzonych celów. Środowisko pracy tych osób powstało również z tego mojego zacietrzewienia – wdrażanie Linuksa gdzie można to moje (płatne) hobby, jak też spokój duszy i sumienia na najbliższe miesiące, bo wcześniej sprzęt odmówi posłuszeństwa, niż system.

Dlaczego zatem spojrzałem z boku na osoby, które skazałem na użytkowanie Linuksa? Chęć udowodnienia sobie, że otworzyłem przed nimi bramy raju? Chęć obserwacji ich męczarni z systemem, by skwitować je krzywym uśmiechem ‚ignoranci’? Doszukanie się sukcesu Linuksa u osób wrzuconych w niego jak na głęboką wodę? Pewnie wszystkiego po trochu.

A obserwacja pozwoliła wyciągnąć wnioski.

Pracownik szeregowy nie zastanawia się, czy wbija gwoździe młotkiem zdobionym, pozłacanym, czy stalowym. Narzędzie ma działać i wbijać gwoździe. Dlatego też Panie, którym przyszło posługiwać się Linuksem, pewnie nawet nie wiedzą, lub nie zwracają uwagi na to, co mają przed sobą na ekranie. Kopiuj, wklej, kopiuj, wklej, drukuj, itp. Robota im leci, na nic się nie skarżą i pewnie nawet nie wiedzą, że pracują na dystrybucji sprzed trzech lat (Breezy Badger).

Pracownik próbujący wykazywać swoją inwencję przy komputerze, wykona powierzoną pracę, jednak ma momenty w których ściera się z ‚innością’ Linuksa. W jego głowie powstają pytania, nad którymi ja przestałem się zastanawiać lata temu i czasem nie potrafię merytorycznie odpowiedzieć. ‚A gdzie się instalują programy?’, ‚A skąd je ściągać?’, ‚A dlaczego .exe to tylko pod Windowsem, a tu nie?’, ‚A co to są prawa dostępu?’, ‚A czemu nie mogę w każdym katalogu zapisywać?’ – to tylko próbka, a takich ‚A dlaczego…’ jest mnóstwo. Zwykle kwituję to wiele mówiącym ‚No… bo tak’ – w końcu jak się pytają, to niech się czegoś dowiedzą. Jednak, taki przykład użytkownika-szperacza, pokazuje, jak głęboko potrafią być wpojone odruchy i przyzwyczajenia. Ich nie interesuje bezpieczeństwo, chcą kliknąć i mieć. Co prawda udaje się rozładować napięcie odpowiednim oprogramowaniem – ich zapędy globalnej komunikacji zaspakaja Kadu, Totem potrafi odtwarzać filmy ściągnięte z sieci (‚Home? A Home jest na c: czy d:?’), Firefox+Flash i YouTube daje im rozrywkę na dłuży czas dnia. Jednak cała reszta stanowi jeden wielki stopień w ich pojmowaniu komputera. Z perspektywy czasu, można powiedzieć, że i na ten stopień jest metoda. Taka sama, która wpoiła w nich pierwsze odruchy pracy z komputerem – czas potrzebny na poznanie specyfiki systemu. Niektórym się udaje pokonać tę barierę, inni po miesiącach nie chcą/nie muszą rozumieć dlaczego każdy użytkownik ma inne prawa dostępu, co to jest katalog domowy, itp. Wrócą do domu i tam czekają na nich ciepłe pielesze wiadomego systemu,

Zatem walka z wiatrakami? Z błyskiem w oku można wpaść na prosty pomysł – potrzebna jest wielka wola walki, by Linux zaistniał na komputerze w każdym domu, w każdym biurze, wszędzie, WSZĘDZIE. Czym skorupka za młodu nasiąknie… Tak, by każdy, od najmłodszych lat, przyzwyczajał się do tego, co to jest partycja /, prawa użytkownika i grupy, itp. Wielka Globalna Praca u Podstaw w najczystszym wydaniu.

Wtem dopada człowieka drugie dno tej głębokiej myśli.

To doprowadzi obecne systemy, bo doprowadzić musi, do zamiany miejscami i stopniem popularności. Windows znajdzie się w niszy, wspierany przez zapaleńców w okularkach. Ciągle w ogonie wobec nowego sprzętu i przyzwyczajeń ludzi. Linux będzie błyszczał na salonach, jego zwolennicy znikną z powierzchni ziemi, bo cały świat będzie żył Linuksem. Integracja niemal na poziomie zarodka.

I wtedy się obudziłem.

Szybkie spojrzenie na wskaźniki procentowej popularności Linuksa. Uff, wszystko po staremu. Za mojego życia ten system nie przegoni wiodących rozwiązań. Mogę nadal trwać w swoim zacietrzewieniu przeciw praktykom monopolisty, kultywując swoim idealistycznym, małostkowym przekonaniom. Mogę być częścią niszy społecznej, która świadomie wybiera, to, czym się chce posługiwać. Nadal będę uciśniony przez gigantów, producentów sprzętu, producentów oprogramowania.

Wszyscy przeciw mnie, a ja sam przeciw sobie…

Tak rodzą się pytania, czy sukces Linuksa będzie jego początkiem, czy końcem. A jeżeli ten sukces się właśnie dopełnia, dokąd nas zawiedzie?

Nie masz tego silnika GTK+

Ten motyw nie wygląda tak jak zamierzono, ponieważ wymagany mechanizm motywów GTK+ „” nie jest zainstalowany

Znacie ten błąd? Pewnie znacie. Przy instalowaniu różnych tematów z gnome-look.org, może się zdarzyć, że po ich włączeniu pojawi się gustowna ramka z powyższą treścią (w oknie wyboru motywu). To niewątpliwy postęp, bo w poprzednich wersjach Gnome (i Ubuntu do wersji 8.10), motyw GTK+ nie działał i nikt nie wiedział dlaczego. A tu wyraźnie stoi, że brakuje nam silnika GTK+ „”.

A otóż to. GTK+ „”. O ile w cudzysłowie nie pojawi się konkretna nazwa, o tyle ten błąd może wynikać z pustej definicji engine „” w pliku gtkrc motywu (jeżeli jednak w cudzysłowie jest jakaś nazwa, to taką paczkę gtk2-engines-nazwa(-+) trzeba zainstalować). Jeżeli cierpi na tym Wasze poczucie estetyki (a moje cierpi), rozwiązanie jest jedno. Potrzebna jednak jako taka znajomość konsoli (bo tak szybciej).

Przechodzimy do katalogu z motywem (w zależności gdzie go zainstalowaliśmy – ~/.themes/nazwa_motywu/gtk-2.0 lub /usr/share/themes/nazwa_motywu/gtk-2.0). Przeszukujemy ten katalog pod kątem występowania engine „”:

sudo grep "engine \"\"" *

Otwieramy plik w którym występuje powyższa pusta definicja (w 99.9% jest to plik gtkrc w owym katalogu, edytujemy go za pomocą sudo gedit gtkrc), i w puste „” wstawiamy nazwę wykorzystywanego w motywie engine’u (sprawdzamy inne deklaracje engine „nazwa” które są stosowane w tym pliku). Zapisujemy, błąd w ramce znika i wszyscy się cieszą.

Świat został ponownie uratowany.

Humor z konsoli

Humor z serwetek obiadowych programistów. Moim typem na dzisiaj jest komunikat, który wygenerowałem tar’em przez gapiostwo – zamiast parametrów do rozpakowania, podałem parametry do pakowania. I co otrzymałem?

dhor@lappy:/tmp# tar cfz Nova-Gold-gtk.tar.gz
tar: Tchórzliwie odmawiam utworzenia pustego archiwum

Wiem, jak na dzisiejsze standardy, za mało w powyższym stwierdzeniu dramaturgi podkreślonej kuchenną łaciną. Ale miska mi się uśmiechnęła.

Zaduszki. Nasze.

Nie cierpię tej całej komercyjnej szopki halloween’nowej. My, Słowianie, mamy nieco inaczej duszę skonstruowaną niż cała reszta, dlatego dla nas jest dobre to, co słowiańskie.

Streszczenie wykładu dr J.W. Suligi 19 XI w DK „Świt”
dr Jan Witold Suliga (ur. 1951), etnograf, podróżnik i pisarz.

Słowianie obchodzą dwa święta przeznaczone dla zmarłych. Zgodnie z słowiańską koncepcją zaświatów, które dzielą się na: Zaświaty górne będące we władaniu bóstw niebiańskich takich jak Swarożyc Zaświaty dolne wężowe będące we władaniu Welesa zwanego też Biesem

U Słowian występuje przekonanie że czas w zaświatach płynie inaczej. Mówi o tym legenda że przebywający w zaświatach żywy człowiek nabywał niezwykłej mocy i wiedzy, która miała jednak swoją cenę: gdy śmiałek po 7 dniach opuszczał zaświaty okazywało się, że na ziemi minęło 77 lat. Słowianie wierzyli w reinkarnację z tą różnicą, że człowiek odradzał się w ramach swojego rodu a dusza wracała na wioskę z ptakami lelkami i bocianami.

Wiosenne święto obchodzone około 2 maja było związane z zaświatami górnymi. Zwalczane przez chrześcijaństwo ponieważ kolidowało z wielkanocą i miało charakter dość frywolny od XVI w. niestety zaczyna zanikać. Stare obrzędy trudno jednak zniszczyć, choć sens ich zaciera się z czasem to w Górach Świętokrzyskich ludzie do dziś 2 maja palą ognie na grobach.

Około drugiego listopada u Słowian Zachodnich obchodzone było drugie ze świąt przeznaczonych dla zmarłych związane z dolnymi wężowymi zaświatami. Święto to miało charakter domowy i jak byśmy to dzisiaj powiedzieli spirytystyczny. Nie czczono zmarłych ale wywoływano ich duchy po imieniu i zaopatrywano na dalszą drogę. W nocy z pierwszego na drugiego listopada odbywała się uczta Dziadowska zwana też ucztą Kozła uczcie przewodził gęślarz i człowiek w rogatej masce. W uczcie tej mogli brać udział tylko ludzie starzy i żebracy, czyli będący już „jedną nogą” w zaświatach. Dziadowie na uczcie reprezentują Welesa, który jest głównym psychopomposem czyli przeprowadzaczem dusz z zaświatów podziemnych do zaświatów górnych, Wyraju, z których mogli oni powrócić na ziemię wraz z ptakami i nowym życiem. Były to święta indywidualne żywi prosili dziadów żeby imiennie wzywali zmarłych na ucztę ,która miała ich zaopatrzyć w energię potrzebną do udania się do Wyraju. W tę noc okna i drzwi musiały być otwarte, na podhalu drzwi nie zamykano na skobel, poczęstunek dla przodków można było też umieścić w piecu który stanowił centrum domu. Pozostali członkowie społeczności przygotowywali ucztę, w której nie uczestniczyli, a o zachodzie Słońca palili Ognie na miejscach pochówków. Palono ognie bo świec w tym czasie jeszcze nie znano. Czas rozpalania Ogni nie był przypadkowy, również o zachodzie słońca odbywało się rozpalanie stosu pogrzebowego aby zmarły mógł wraz ze słońcem udać się do krainy Welesa . Tak więc ci zmarli którzy pozostawali jeszcze Świętym Gaju (gaj-od starosłowiańskiego goit -miejsce gdzie dusze się goją) mogli udać się do dolnych zaświatów, Nawi.

Translate »