przystajnik

Monthly Archives: Maj 2008

Raaazem, raaazem…

Akcja ma na celu pobicie. Spokojnie, pobicie rekordu Guinnessa w liczbie pobrań programu komputerowego w ciągu 24 godzin.

A programem tym jest nadchodzący Firefox 3.

Wystarczy się zadeklarować, podać email, w dniu/przededniu wydania Firefoxa 3 dostaniemy wiadomość, by być przygotowanym do pobierania. I dalej to wiadomo.

Dzień Pobierania 2008

Do dzieła, szczególnie, że Polska na tle świata wypada naprawdę nieźle (ilość zarejestrowanych osób).

Wielkie sprzątanie świata

Znajomi mówią mi, że mam dekiel na bakier z ogólnie pojmowanym i promowanym stylem ‚odpoczywaj tak, żeby inni myśleli, że się zaharowujesz’. Od paru dni sprzątam świat. Ot, wpadła mi jakiś czas temu ta myśl na głowę i uporczywie podskakiwała w rytmie pytania – zagadki ‚Dlaczego nie, dlaczego nie, dlaczego nie’… Z dzikim zapałem w oczach rozejrzałem się po tym swoim świecie i stwierdziłem – to się może udać!

A sprawa jest prostsza i definitywnie nie potrzebują lekarstw. Prostsza, jeżeli zawęzi się ten świat do paru komputerów, które z powodów różnakich rozpoczęły życie swoim trybem, niekoniecznie zgodnym z wolą właściciela. Dwa z nich, to w zasadzie podrzutki – ‚Panie majster, bo trochę ktoś czegoś powyjmował z tych komputerów i nie chodzą’. Aby nasza rodzima medycyna nie upadła, spojrzałem na nie łaskawym okiem i… Oj rety, Breezy Badger – kiedy to było. Od tamtej pamiętnej instalacji, ten system sobie po prostu działał i tyle go na oczy widziałem. Przestał, gdy ktoś wyjął z niego kartę graficzną i pamięć. No nic, dorzuciłem co trzeba do pieca i poszła symultaniczna instalacja Hardy Herona (komputery Duron 1GHz, 512MB, Sempron 1.8GHz(?), 512MB).

Mało tego. Czterech kolejnych pacjentów, to komputery kompletnie i notorycznie przebywające w publicznych łapach luzerów, którzy większość czasu spędzają szukając przepisów na befsztyk po litewsku, na stronach z niegrzecznymi kuchareczkami. Oczywiście, system marki Windows na tych komputer był reinstalowany co dwa, trzy miesiące – w zasadzie, nie interesowało mnie, kto i jak często to robi, ja się tego nie ruszałem. Poziom zdegustowania wzrósł mi po ostatnich przebojach, gdy te mające działać komputery, praktycznie co dwa, trzy dni były na chorobowym. Wpadłem zatem między nie z fanatyzmem w oczach i płytką Hardy Herona w drugiej. Wesoło pogwizdując przegoniłem wraże towarzystwo z dysków i za parę chwil (uwielbiam polecenie ‚dd’) miałem na tych sprzętach wiadomą dystrybucję (komputery to trzy maszyny Sempron 2GHz, 1GB oraz jeden Duron 700MHz, 512MB).

Jak widać, świat się da ogarnąć. Czy miałem problemy? Jedyny problem to konfiguracja późniejszego udostępniania zasobów, ale odkryłem nautilus-share oraz usershare w Sambie i już było fajniej (o tym później). System na tych maszynkach ‚postawił się sam’, najdłużej zeszło mi z wyborem tapet i tematów GTK2. Oczywiście, te komputery korzystają też z peryferiów typu drukarki HP1020, HP1010, OKI B4250 i jakaś igłówka.

I wiecie co? Dalej będę instalował Ubuntu, na jutro zostawiłem sobie kolejne dwie maszynki.

Jak miło spędzić przedpołudnie

Przepis na udany dzień:

– komputer złożony z płyty MS-6712, procesora Athlon XP 2200+, 512MB pamięci, karty graficznej GeForce,
– płytka instalacyjna Ubuntu 8.04,
– kubek kawy,
– niewierny przyglądający się, co z wyżej wymionymi się da zrobić w przeciągu 20 min.

I zapuszczamy instalację Ubuntu. No poezja. Robię to już trzeci lub czwarty raz (8.04) i za każdym razem cieszę się jak dziecko, bo wszystko mi się samo instaluje, konfiguruje, itp.

Instalator już chyba bardziej uproszczony nie może być. Nawet newralgiczny punkt w postaci formatowania/partycjonowania dysku jest banalny do przejścia (choć może przydałby się z boku jakiś opisowiec dla tych, co nie wiedzą co co fat32, czy inne). Rach, ciach instalacja leci, system się uruchamia, pojawia się monit, że mógłbym użyć dopalonych sterów do Nvidii, klikam, instalują się, rach ciach i już wyginam okienka w lewo prawo (oczywiście, gdy niewierny przestaje podziwiać moje popisy, wyłączam te bajery). Nieśmiałe pytania niewiernego o drivery zbywam szelmowskim uśmiechem i rzuconym ukradkiem ‚nie trza, to nie Windows’. A co mu będę tłumaczył, że trza, tylko nie trzeba żonglować płytami CD, bądź biegać do sąsiada z internetem, żeby ściągnąć.

Nie wiem, czy kiedykolwiek równie łatwo i banalnie będzie się instalowało system. Bo w końcu pewnie ktoś opatentuje ‚metodę automatycznego instalowania sterowników przewidzianych do poprawnego funkcjonowania komponentów sprzętowych’.

Flash Player 10 (beta1)

Adobe udostępniło do pobrania i testowania nowe wydanie Flash Player’a, naznaczonego tym razem przez liczbę 10.0. Wtyczkę dla Linuksa można pobrać w wersji .tar.gz (do samodzielnego rozpakowania i umieszczenia w katalogu z wtyczkami), lub .rpm.

Nigdy nie byłem i nadal nie jestem zwolennikiem Flash’a. Ludzie nie znają umiaru, wrzucą to gdzie się tylko da, a potem nawigacjach po stronach to senny koszmar z zepsutą myszką (chodzi o niedziałające klawisze i ciężko przesuwający się kursor, a nie zdechłego gryzonia) i dusznościami w roli głównej. Dlatego każde nowe wydanie Flash Player’a przyjmuję z ciekawością, motywowaną oczekiwaniem na wzrost wydajności tego elementu naszej sieciowej rzeczywistości.

W wersji 10.0 z ciekawostek zobaczymy możliwość wspomożenia się akceleracją wprost z GPU (karty graficznej). Niestety, aby cieszyć się tym udogodnieniem, trzeba wyłączyć Compiz’a. Ponieważ i tak nie używam tego efekciarskiego lepa na nieświadomych ZU, wydanie 10.0 nie wymusiło na mnie kompromisów w ustawieniach systemu.

A co do sprawności działania… Być może, jak z każdym wydaniem, to efekt placebo, ale wydaje się działać sprawniej. Zdarzało mi się widywać wersje, które potrafiły zabrać i 40% – 50% czasu procesora, a tu… Nie powiem, niczego sobie.

Nowości w systemie

Nie jest tajemnicą, że jestem pasjonatem systemu 4/3, głównie ze względu na stworzenie całej linii obiektywów dedykowanych pod lustrzanki cyfrowe, oraz fajnej nazwie firmy – Olympus 🙂

A firma ma ostatnio mocne parcie w zaskakiwaniu coraz to rusz nowymi obiektami westchnień. A to maleńkie E-420 z rewelacyjnymi skórzanymi etui, szkło-naleśnik Zuiko 25mm.
A teraz kolei na nowe body i nowe szkło.

Olympus E-520:
* Wbudowany stabilizator obrazu dla wszystkich obiektywów
* Live View z autofocusem
* Doskonały system redukcji kurzu
* 100% jakości cyfrowej lustrzanki
* Detekcja twarzy oraz technologia kompensacji cienia
* 6.9cm/2.7″ ekran HyperCrystal II LCD
* 10 Megapikselowy sensor Live MOS
* 3.5 kadru na sekundę do 8 zdjęć w buforze RAW
* Wbudowana lampa błyskowa i bezprzewodowe sterowanie błyskiem
* 32 tryby fotografowania
* Opcjonalna obudowa do fotografii podwodnej
* Standard Cztery Trzecie
* Kompaktowa i ergonomiczna konstrukcja
* Funkcje Auto Bracketing dla różnych parametrów
* ISO 100-1600
* Funkcje blokady AF/ AE
* Podgląd głębi ostrości
* Funkcja anty-wstrząsowa (Blokada lustra)
* Jedno-dotykowe ustawianie balansu bieli
* Podgląd doskonałego ujęcia
* 100% pokrycie pola kadru przy podglądzie na LCD
* Procesor obrazu TruePic III
* Ekran szczegółowych informacji o fotografowaniu wraz z histogramem
* Interfejs Hi-Speed USB 2.0

Zuiko 9-18mm f4.0-5.6:
* Ekstremalnie szerokokątne możliwości przy zakresie ogniskowych 9-18mm (18-36mm)*
* Ultra-kompaktowe wymiary (79.5mm średnicy oraz 73mm długości) i niewielka waga (280g)
* 2-krotny zoom
* Minimalna odległość ogniskowania od 25cm
* 13 elementów w 9 grupach, w tym 1 niskodyspersyjny (ED) element sferyczny oraz dwa elementy asferyczne
* Oparty na standardzie Cztery Trzecie
* Idealne uzupełnienie obiektywu ZUIKO DIGITAL ED 18-180mm 1:3.5-6.3 (36-360mm)*
* Kompatybilny ze wszystkimi aparatami standardu Cztery Trzecie łącznie z ostatnio wprowadzonymi lustrzankami Olympus E-420 oraz E-520

Ktoś popatrzy na te parametry i prychnie – ‚Nikon D300 jest przecież lepszy’. Bo jest. Ale za odpowiednią wyższą klasę aparatu, płaci się odpowiednio więcej pieniążków. Przewidywana sugerowana cena E-520 to $699,99, Zuiko 9-18mm $599,99.

W poszukiwaniu kamiennej tajemnicy

Po ostatnich wpisach, można by rzec, że całkiem odpuściłem sobie tematykę komputerową. No ale jest proste wytłumaczenie na to – wszystko mi ostatnio działa, a poza tym mógłbym wyjść na linuksowego zealota.

Prawda jest bardziej prozaiczna i zupełnie pozbawiona wątku dramatycznego – korzystam ile mogę z pogody, która od dawna jest mocno przypadkowa. Objuczony sprzętem foto i zestawami przetrwalnikowymi dreptam to tu to tam. Na minioną sobotę przypadła eksploracja Magurycza Dużego i poszukiwanie na jego zboczach tajnej tajemnicy. Niestety, tym razem las obronił swoje skarby, a mi nie pozostaje nic innego jak wybrać się tam jeszcze raz. Schodzenie ze szlaku i marsz na azymut nie jest godny polecenia i naśladowania, o ile ma się głowę na karku i rozeznanie w terenie. Mi tego ostatniego brakło, jak też minimum oprzyrządowania (malutki kompasik).

Tak czy siak, podczas przemarszu otaczająca mnie przyroda prężnie eksponowała co miała najlepszego, a ja skwapliwie z tego korzystałem.

Ot, widoczek.

p5103274orf.jpg

Drzewko i jego przyjaciele.

p5103306orf.jpg

Drzewo – widmo.

p5103311orf.jpg

Mówcie co chcecie – przyrożne krzyże mają klimat.

p5103366orf.jpg

Skryjówka ostatnich beskidników.

p5103378orf.jpg

Plan sytuacyjny – pierwsza góra na prawo od piaszczystej drogi to Magurycz Duży.

magurycz_pano.jpg

I jak zwykle, to co mi się niezmiernie podobna na kanwie doniesień o zadeptywanych Tatrach i Zakopanem – przez całą drogę ludzi spotkałem tylko we wiosce. A propos wioski – nie parkujcie ludziom na ich własności przydrożnej, naród się drażliwy zrobił, nie wiedzieć czemu.

Defilada

Ci, którzy pamiętają pierwszomajowe akademie i inne formy aktywności artystycznej w podstawówkach ubiegłego wieku, czasu wiadomego, być może rozpoznają ten poemat:

Dzień zwycięstwa, maj zielony, białe kwitną bzy.
Dziadek usiadł zamyślony, wspomniał wojny dni,
jak z Radziecką Armią sławną w bój na wroga szedł.
Działo się to tak niedawno, a zda się, że wiek.

Jak miał Miszę towarzysza, co w okopach padł,
z takim Miszą można było zawojować świat!
Dzień zwycięstwa maj zielony białe pachną bzy,
Dziadek usiadł zamyślony, wspomnij z nim i Ty!

A potem przemarsze, pochody, flagi fiurgały, wszyscy w białych bluzeczkach, no jaki porządek był i estetyka, to aż się serce kraje z tęsknoty.

Jak ktoś myśli, że te pochody były przegiętym uwielbieniem dla ustroju i aparatu władzy, to polecam obejrzeć dokument Andrzeja Fidyka z 1989 r., pt. ‚Defilada‚ (akurat wczoraj przyłapałem ten film przypadkiem na Kino Polska). Malutcy jesteśmy w porównaniu z Koreą.

A wierszyk w początku, to oczywiście był deklamowany na obchodach Dnia Zwycięstwa, tak jakoś mi się te dwa święta połączyły.

Translate »