przystajnik

Przekleństwo połonin

Długi weekend czerwcowy dla wielu jest już mglistym wspomnieniem, a ja dopiero teraz próbuję robić jego podsumowanie. Nie dlatego, że tak się dobrze bawiłem, lecz z przezorności. Zaczynam bowiem powoli wierzyć w naszego wyjazdowego pecha. Ilekroć uderzamy w okolice oddalone min. 50 km od naszej sadyby, COŚ się musi wydarzyć. A to się pogoda popsuje, a to słowacka milicja mi mandat wlepi za przekroczenie prędkości, a to buty małżonce zrobią kuku i wiele innych podobnych michałków, potrafiących skutecznie popsuć humor.

Dlatego nasz planowany od jakiegoś czasu wyjazd w Bieszczady też był obwarowany ryzykiem ‚wystąpienia czegoś’. W ogóle z tymi Bieszczadami to cyrk zupełny, bo tereny oddalone od nas o jakieś 1.30 godziny drogi samochodem planowaliśmy odwiedzić… Po raz pierwszy – jakoś od paru lat nie braliśmy ich pod uwagę, bo ilość nieprzebytych szlaków Beskidów i Tatr nam wystarczała. Ale okoliczne szlaki się pokończyły i decyzja zapadła – jedziemy w dzicz, 2 godziny od domu. Jak przystało na wyjazdowego pecha, w dogodnych dla nas terminach od tamtego roku dwa razy nie mogłem normalnie zarezerwować sobie kwatery. Wiadomo – ogłaszający się w internecie kwaterują pół Polski u siebie. Nie chciałem jechać w ciemno – zakładałem, że z marszu bez problemu jakiś pokój znajdziemy, no ale jak na pierwszy raz wolałem nie włóczyć się po bieszczadzkich wioskach po ciemku w poszukiwaniu spania. Przed wolnym czerwcowym zaplanowałem kwaterunek nieco inaczej i zdobyłem namiary do człowieka, który się w internecie nie ogłasza. I pokoje wolne miał. Uf.

Jak pamiętacie, przełom maja i czerwca to były dni bezpośrednio po powodzi. Prognozy na początek czerwca nie były ciekawe. Miało padać, lać i grzmieć. Wiadomo, w końcu planowaliśmy wyjazd. Ale postanowiliśmy postawić wszystko na jedną kartę i jechać. Trudno, najwyżej przesiedzimy te dni w bieszczadzkich knajpach sącząc miejscowe specjały.

Tak oto wieczorem znaleźliśmy się we Wetlinie dnia 2go czerwca 2010 roku. Plany na dzień następny były ambitne – wczesna pobudka, szamanko i w góry. Wcześnie poniekąd dlatego, że chcieliśmy przez te parę dni zrobić ‚standardy’ bieszczadzki, które robią chyba nawet ‚klapkowicze’ – więc im wcześniej wyjdziemy, tym mniej osób zobaczy, gdzie idziemy. A gdzie można na pierwszy ogień iść z Wetliny. Tak, w różne miejsca, ale Połonina Wetlińska była pierwsza na liście.

Trzeciego czerwca ranek zapowiadał bajeczny dzień – łudziliśmy się, że może, może, prognozy się myliły. Piękne mgiełki ponad którymi prześwitywało niebieskie niebo zachęciły do zerwania się o czwartej (no, parę minut po) rano, oporządzenia się i wymarszu w okolicach godziny piątej. Pogoda – bajka, mgiełki – cud, niebieskie niebo – mega optymizm. Nawet błoto po łydki na szlaku nie psuło nam humorów. I tak sobie dreptaliśmy przez las w stronę Przełęczy Orłowicza, na której okazało się, że niebieskie niebo jest już zasnute chmurami. Ale co tam, wiatr to może rozgoni i z takim przewidywaniem na później, z przełęczy pognaliśmy na Smerek. Powrót na przełęcz, krótka popijawa, a tu… Od Otrytu zaczęła się zbliżać biała zawiesina sięgająca lasu. No, to idzie deszcz. Poleje i przejdzie, będzie dobrze. Nawet lepiej, bo nie grzmi, a na dodatek, ani żywego ducha na szlaku od rana. Zarzuciliśmy na grzbiety ceraty zeszliśmy z przełęczy do lasu, żeby przeczekać deszczyk. Deszczyk jednak czekał, aż wyjdziemy spod drzew i czekał i czekał. W lesie doszedł nas peleton turystów z dołu, większość też się zatrzymała, w oczekiwaniu na lepsze warunki. Podczas wyjazdu sponsorowanego hasłem ‚wszystko na jedną kartę’, nie mogło być innej decyzji – ‚trudno, nie chce przestać padać teraz, przestanie potem’ – wychodzimy z powrotem na przełęcz i robimy tę Połoninę (planowaliśmy dojść do Chatki Puchatka i zejść od niej do asfaltu i z powrotem do Wetliny). Peleton rusza za nami.

Na przełęczy okazało się, że wszystko co było do tej pory widać, stoi w chmurze. I my też. Widoczność na 5 – 10 metrów, lecz na pewno się poprawi. Ruszamy w stronę schroniska, podziwiając osławione widoki z Połoniny, czyli nasze buty rozchlapujące kałuże błota. Peleton na równi z nami. Moje buty nabierają wody – na zapas.

No i cóż więcej mogę dodać. O tym, że doszliśmy do Chatki Puchatka zorientowaliśmy się gdy niemal zaryliśmy nosami o pierwsze zabudowania w okolicy. Trochę podjedliśmy, popiliśmy, z uznaniem skwitowaliśmy klimatyczną chmurę spowijającą okolice i szlakiem-potokiem ruszyliśmy w dół. Po dotarciu do asfaltu, zaczęło grzmieć gdzieś od strony Ustrzyk Górnych, po dotarciu do kwatery rozlało się na dobre. Ale i tak było warto.

Myślicie, że tak wygląda pech w naszym wykonaniu? Czytajcie teraz.

Poranek dnia następnego nie był już tak zachęcający. Chmury, chmury i nawet mgieł nie było. Rano gdzieś około szóstej dostaję telefon z domu – wczorajsze deszcze zalały Gorlice, rzeka wylała, okolice wzdłuż rzeki w wodzie, prąd na osiedlach wyłączony, itp, itd. Jako, że mieszkamy jakieś 200 – 300 metrów od rzeki, byłem w miarę spokojny, w końcu na pierwsze piętro to woda tak szybko nie wpłynie. Chyba.

Za godzinkę mam drugi telefon z domu – ewakuują okolice, od zapory na Klimkówce ma iść fala na 1.5 – 2 metry, zaleje do pierwszego piętra wszystko. Eee, może przesadzają. Dzwonimy do koleżanki mieszkającej blok obok, jaka sytuacja jest przed przejściem tej fali. A ona nam na to, że siedzi w domu, wyjść nie ma jak, przed blokiem ludzie brodzą po uda w wodzie. No i tu się trochę wystraszyliśmy. Licho nie śpi, gdy do tej wody dołożyć półtora metra fali, to dla tej okolicy może być powódź stulecia, jak i dla naszego mieszkania. Dodatkowo, w radio cały czas podawali informacje o sytuacji powodziowej na Podkarpaciu. Kolejne drogi nieprzejezdne, jak tak dalej pójdzie, to nie będzie którędy przejechać. Szybka decyzja – jedziemy ratować dobytek i w ogóle żeby przejechać, póki jeszcze jest po czym.

Jak się domyślacie, to był koniec naszego długiego weekendu. Na miejsce przyjechaliśmy w ostatniej chwili przez zlewaną ostatnią czynną drogą. Ale nie mogę narzekać, okazało się, że woda zeszła o wiele szybciej niż to głoszono, fale nie były tak wysokie. Gorzej mieli ci, którym faktycznie woda weszła do domu. W okolicy aktywowały się też osuwiska.

No i teraz mam zgryz. Planować jeszcze jakieś wyjazdy, czy dać sobie spokój.

 

Post navigation

  • A widzisz jakbyś wyjechał 240 km, to by było ok. A tak to za blisko po prostu byłeś 😀

Translate »