przystajnik

Bigelf „Cheat the Gallows”

Z racji postępującego z wiekiem procesu wytwarzanie się we mnie postawy zgreda, ciężko czymkolwiek mnie zaskoczyć. Szczególnie jeżeli chodzi o branżę muzyczną i jej artystyczny aspekt, czyli pieśni i aranżacje. Całe dekady muzyczne zawężam do okresów działalności interesujących mnie grup i wokalistów. I żyję w przekonaniu, że poza tymi okresami w muzyce nie wydarzyło się nic, absolutnie.

Jednak rzeczywistość narusza od czasu do czasu mój bastion gustu muzycznego. Czasem robi to na przekór mnie, gdy przebiegając przez wielkopowierzchniowe skupiska tandety jestem przeszywany plastikowy rytmem wtłaczającym we mnie kicz wokalnego zawodzenie. Czuję, jak wrażliwość we mnie wtedy obumiera. I tolerancja.

Lecz niekiedy przez przypadek trafiam na takie zespoły jak Bigelf. I wraca wiara, że rock w kultowej postaci nie przepadł.

Sprawa z Bigelf jest ciekawa, bowiem ta założona w 1995 roku kapela jak do tej pory pozostaje niemal kompletnie niezauważona. Może ostatnio z racji koncertów zrobiło się o niej nieco głośniej, jak i za sprawą nowej/starej płyty, czyli wydanej w 2008 roku „Cheat the Gallows” (piąta płyta w dorobku zespołu!). Bez wątpienia ma na to wypływ repertuar grupy, ponieważ konsekwentnie nagrywają kawałki czerpiące z osiągnięć lat 70siątych i 80siątych całymi garściami. A konkretniej z osiągnięć niemal wszelkich rodzajów rocka, jaki przewinął się przez tamte lata (w zasadzie – dawniej się grało po prostu rocka, dopiero potem zaczęto przypinać etykietki). Mamy zatem i hard rock, prog rock, heavy metal, trochę psychodelii, itp. Usłyszymy organy Hammonda rodem z Deep Purple lub Atomic Rooster, proste ale wpadające w ucho ostre riffy żywo z Black Sabbath, czasem wplecie się nieco poetyki Pink Floyd, czy King Crimson, niekiedy podążymy zawiłą ścieżką ELP. I co najważniejsze. Wszystko jest zagrane w stylistyce i akustyce przeniesionej z lat 70siątych. Wszystko brzmi tak analogowo, jak tylko można sobie analogowe miękkie brzmienie wyobrażać.

Bigelf - Cheat the GallowsTo tłumaczy, dlaczego słucham ich osiągnięć, słucham… I nie chcą mi się znudzić. Na zamówioną płytę „Cheat the Gallows” czekałem niemal trzy miesiące (niszowe zespoły dla niszowego odbiorcy). Ale warto było.

A nad samą płytę mogę się tylko rozpływać w och’ach i ach’ach. Diabelnie mi wszystko w niej pasuje. Rozpoczynający płytę „Gravest Show On Earth” z racji na specyficzną aranżację (werble, atmosfera cyrkowego przedstawienia), zmusza do zainteresowania się materiałem na płycie, choć sam kawałek nie jest może powalający. Przechodzi on płynnie w „Blackball” – mocno inspirowany Black Sabbath’em. Mamy zatem znajome riffy, doskonale komponujące się z wokalem Damona Foxa, a wszystko jest przeplatane klimatyczną pracą organ. Co warte zauważenia – Bigelf nie stroni od form długich. Zapomnijcie o sztucznym ograniczeniu utworu do trzech, czterech minut. „Blackball” trwa siedem minut – i nie jest najdłuższy na płycie. „Money is Pure Evil” uspokaja nieco tempo – chwytliwy kawałek z niezłym tekstem. Może i trąci banałem, jest krótki, ale wpada w ucho. Potem znowu jest soczyście – „The Evils Of Rock & Roll” – i na powrót mamy piękne organy z „Blackball”, perkusja i gitary na początku nadają wszystkiemu relaksujący rytm i ton, by za parę minut z kopa przyłożyć w kolumny i zdemolować nasze przekonanie, że wszystkie klasyczne riffy zostały już zagrane. Zdecydowanie jeden z najlepszych kawałków na płycie. Następna jest kolejna ‚krótkometrażowa’ perełka mocno podkreślająca charakter zespołu. „No Parachute” to czterominutowy (3.43) utwór z cudną gitarą jak za starych dobrych czasów (Gilmour?). „The Game” na tle poprzednich utworów – zaczyna się ‚normalnie’. Brzmi jak zwykły solidny rockowy kawałek, bez szału. W zasadzie jego początek mógłby następować w 2.30 minucie, gdy gitara zaczyna pracować wydajniej i robi się ciekawie. „Superstar” to najsłabszy kawałek. Takie trochę wzornictwo na Lenny Kravitza. Jest ubogo z gitarą, organy niemal nie grają roli. Tragedii nie ma, ale nie jest to też porywające dzieło. I ponownie robi się ciekawie z „Race with Time”. Początek mocno progresywny, w połowie ponownie wkracza mocniejsze granie Bigelfa. „Hydra” – doskonały track, mocno okraszony organami, świetnie poprowadzona zmiana tempa. Płytę zamyka rewelacyjny dziesięciominutowy „Counting Sheeps”. Czego tu nie ma. Wszechobecne organy, Fox udowadniający wokalem, że potrafi, mocne riffy kiedy trzeba, płynne zmiany klimatu – po raz kolejny mamy zgrabne połączenie wszystkiego co najlepsze (PF + ELO + ELP + Bigelf). Zaryzykuję stwierdzenie, że to najlepsza część tej płyty.

Czytając opis, jak i recenzje w sieci, ciężko nie zauważyć, że często stwierdza się ‚o tu grają jak Black Sabbath, o a tu Deep Purple’. Może to rodzić podejrzenie, że zespół wtórnie powiela kanony utrwalone przed laty. Nic z tego – dementuję i nie potwierdzam. Najzwyczajniej jest się zaskoczonym tym, że w tych podłych latach ktoś potrafi zagrać z taką pasją i wkładem własnym, a jednak z takim głębokim ukłonem brzmieniowo-aranżacyjnym w stronę najlepszych lat historii rocka.

Polecam, bez dwóch zdań.

httpv://www.youtube.com/watch?v=-fpkEsGMOHU

httpv://www.youtube.com/watch?v=AAcUL8o5F2I

httpv://www.youtube.com/watch?v=8JNtR6jb8HQ

Post navigation

  • master mind

    Wiosna nastraja do innego słuchania, mniej łomotliwego, uciążliwego, bardziej w kierunku wychwytania uszami szelestu, ciszy, zwiewnej delikatności i lekkości. Ta muzyczka nawet przy cichym słuchaniu rozstraja nerwy, gasi wrażliwość, usposabia raczej do agresji. Może zatem poszukać wyrafinowanych doznań estetycznych słuchajac na dobrym sprzęcie, który się już ma, muzyki klasycznaj choćby np. kasyków wiedeńskich?

  • Bardzo trafne spostrzeżenie, a na dodatek dziwnym trafem zbiegające się w czasie z muzyką jaką się ostatnio raczę wieczorami – a mianowicie Mozart i Bach (bo akurat mam) …

Translate »