przystajnik

A może nowy BIOS?

To nieprawdopodobne jak często sprawdza się komunał o tym, że to najprostsze rozwiązania są najlepsze.

W zamierzchłych czasach, gdy sprytni i wtajemniczeni ludzie panowali nad maszynami, ogólnie przyjętym rytuałem było wgrywanie nowych wersji oprogramowania do wszelkiej maści płyt głównych, napędów CD-RW, DVD i innych urządzeń które na to pozwalały. Wymagało to jako takiej wiedzy (wtedy dość powszechnej), stabilnego zasilania oraz mocnych nerwów (gdy ktoś nie miał UPS’a). Proces polegał na uruchomieniu komputera z dyskietki, która startowała poczciwego Ms-DOS’a i zawierała program przeznaczony do zaktualizowania konkretnego urządzenia. Po jego uruchomieniu wystarczyło wskazać nową wersję obrazu z firmware i głośno powtarzać ‚żeby nie wyłączyli, żeby nie wyłączyli’. Po takich ceregiela można było się cieszyć zaktualizowaną np. płytą główną, która rozpoznawała nowsze procesory, lub napędem DVD który łacniej współpracował z nośnikami, itp.

Nie oznacza to, że teraz taki proces nie jest na porządku dziennym. Jednak został uproszczony do niezbędnego minimum, tak, aby wszystko wykonywało się samo i ingerencja użytkownika była niemal niepotrzebna. Większość magicznych ‚uaktualniaczy’ to proste programiki które po dwukliku nań, same wykrywają sprzęt, wgrywają do niego co trzeba i kończą pracą. I całkiem niedawno przypomniałem sobie na nowo, dlaczego to zawsze było dla mnie problemem – te ‚automagiczne’ programy są przeznaczone dla wiodącego systemu. Aby wykonać taką aktualizację pod Linuksem, trzeba mieć nieliche szczęście (np. program flashrom obsługuje nasze urządzenie).

Jako, że posiadam parę urządzeń, do których chętnie bym wrzucił nowszy firmware (po czterech latach od wydania nazbierało się poprawek), niedawno na nowo wróciło pytanie czemu tego wcześniej nie zrobiłem. No tak, stacja dyskietek, a w ogóle sprawna dyskietka, to wspomnienia odległych lat. Pozostaje uruchomienie komputera z innego urządzenia – naturalnym jest wybór pendrive’a. I kluczowe – producent sprzętu musi udostępnić wersję ‚aktualizatora’ dla Linuksa, bądź Ms-Dos’a. Ten pierwszy przypadek, jak wspomniałem, to żebracze łzy pod bramą Wielkiego – nikogo to nie obchodzi. Na szczęście na stronach są jeszcze dostępne do ściągnięcia staromodne programy do uruchomienia właśnie pod Ms-DOS’em.

Zatem na naszej pamięci USB musi znaleźć się DOS, który uruchomi komputer i umożliwi resztę operacji. Nigdy takich numerów z Ms-DOS’em nie próbowałem, dlatego zasępiony zacząłem wznosić modły w świątyni lenistwa (czyt. przeglądać internet). I jak to bywa – ‚jakież to oczywiste..’.

Pokrótce – ulży nam w niemocy program UNetbootin. Znajduje się on w repozytoriach unstable Debiana, a dla Ubuntu w tym PPA i wymaga doinstalowania bibliotek QT4 (nikt nie jest doskonały). UNetbootin pomimo skomplikowanej nazwy, wykonuje bardzo prostą czynność – na wskazanym urządzeniu (pendrive) nagrywa bootowalny obraz wybranej przez nas dystrybucji Linuksa, lub FreeDOS’a. Ten zbawienny FreeDOS to nic innego jak zgodny z komercyjnym Ms-DOS’em, otwarto-źródłowy kawał dobrej roboty. Pod nim uruchomimy nasz program do aktualizacji firmware.

Wobec ogromu myśli z jakimi biłem się raz na jakiś czas przy próbach zmuszenia Linuksa do aktualizacji np. BIOS’u, z tym narzędziem sprawa jest banalna. Jak widać na załączonym obrazku, wybieramy interesującą nas dystrybucję (program ściągnie z sieci odpowiedni obraz), lub wybieramy obraz zapisany na dysku. Następnie wybieramy napęd USB (partycję na nim – oczywiście pendrive’a należy wcześniej podłączyć) i klikamy OK. Cała reszta stanie się sama.

Na tak spreparowanym nośniku nagrywamy program dla DOS’a, obraz firmware, itp. – to co nam jest potrzebne. Uruchamiamy komputer, wybieramy rzeczony napęd USB jako medium do rozruchu, na chwilę przystajemy przy menu z wyborem interesującej nas opcji FreeDOS’a (poza instalacją na dysku twardy). Ukazuje się kojące czarne tło z legendarnym promptem. To co zapisywaliśmy na urządzeniu znajduje się na dysku widzianym przez FreeDOS’a jako dysk C:. Przechodzimy tam, uruchamiamy co należy. Aktualizacja, szampan, fanfary (o ile podczas aktualizacji nie kopniemy z radości w wyłącznik od listwy prądowej).

Prawda, że to oczywiste?
 

Post navigation

  • W razie niemożliwości uruchomienia z pendrive`a polecam dyskietke z PLOP`em na pokładzie i nawet stara płyta DFI z celeron`em 500 MHz ruszy z niego:D

  • Polecam jeszcze zapoznanie się z komendą „dd” dla tworzenia dyskietek startowych 🙂

    i jeszcze to, aby wykonać boot`owalną płytę startową z nowym firmware`m:

    http://www.linuxinsight.com/how-to-flash-motherboard-bios-from-linux-no-dos-windows-no-floppy-drive.html

  • Tak prawda. Ale najlepsze w tym wszystkim jest to, że spod linuksa mamy pełen dostęp do biosu i możemy do niego wgrywać co tylko chcemy. Pytanie tylko czy chcemy.
    I wiem co mówię, bo pisałem kiedyś mały patch do IBM Thinkpada T40. To przemiłe urządzenie nie tolerowało kart wifi innych producentów. W biosie trzeba było wprowadzić małą poprawkę.

  • Dwimenor

    UNetbootin nie zmienia faktu, że i tak trzeba się modlić o stabilność zasilania:)

    Swoją drogą, da radę tak maszynę 64bitową uruchomić i zaktualizować firmware?

  • @Dwimenor:
    odnośnie 64bit: nie powinno być żadnych problemów – architektura amd64 zapewnia kompatybilność wstęczną – więc możesz zainstalować/uruchamiać system 32 jak i 64bitowy – to samo pewnie dotyczy bootowania -DOSa – wszystko zależy od uruchamianego systemu i przełączenia procesora w odpowiedni tryb

Translate »