przystajnik

Czarnule

Odwieczne prawo natury zna każdy – kochanki trzeba co jakiś czas zmieniać. Dla wygody, dla doznań, dla sportu, dla nowych wyzwań. Jeśli jeszcze macie przyzwolenie od swojej towarzyszki życia na takie zabawy – nad czym tu debatować.

Zawsze gustowałem w czarnulkach. Godziło się to z moją definicją wdzięku i stylu. Zdecydowałem się jednak na zmianę. Czarne nadal pozostały w kręgu zainteresowań, lecz tym razem postanowiłem sprawdzić, czy filigranowe wdzięki i nieopisana słodycz wyglądu zastąpią fachowe i wyuczone przez lata sposoby niesienia rozkoszy. Sobie znanymi sposobami, odnalazłem i zaprosiłem takie dwie boginie. Dwie, bo przecież każdy wie, że musi być para.

Dzień przed ich przyjazdem pożegnałem się czule z ich poprzedniczkami, które rzewnym łkaniem niemal przekonały mnie, abym zmienił zdanie i nie odprawiał starej miłości w nieznane. Jednak, wola nowych doznań była mocniejsza od przyzwyczajeń w które się wpędziłem podczas naszej przygody. I one to też czuły.

Przyjazd tych nowych nie był jakimś hucznym wydarzeniem. Ot, przyszły i stanęły nieśmiało w kącie, niepewne tego, czego mogły się po mnie spodziewać. Kazałem się im rozgościć, przelotnie rzucając okiem, gdy ściągały z siebie wierzchnie odzienie. ‚Ależ one są niskie’ – przemknęła mi taka myśl, lecz odrzuciłem ją precz, bo nie swoim wzrostem miały mi imponować. Zamknąłem je w domu na cały dzień, by nazajutrz zapoznać się z tym, co mają mi do powiedzenia.

Na drugi dzień, gdy już szarzało, poświęciłem im więcej uwagi. Fakt. w porównaniu do poprzedniczek, te dwie były niskie. Jednak ich kibić zdała się mi smuklejsza i bardziej przyciągająca wzrok. Cieszył każdy drobny szczegół ich oblicza, a gładkość cery wprawiała w zdumienie. Być może po latach jednostajności, zmysł żywiej reagował na wszystko co nowe.

Płonąc z niecierpliwości pokazałem im, gdzie mogą przysiąść. Dłońmi delikatnie powiodłem po ich kształtach, by uspokoić nieco niepewność, która nimi wstrząsała. Nieco problemu sprawiły zapięcia z tyłu, lecz pożądanie wespół z adrenaliną czyni cuda.

Gdy się nieco uspokoiłem, przysiadłem z boku, a one rozpoczęły taniec. Niewątpliwie, były dla siebie stworzone. Bez mrugnięcia okiem potrafiły się dopełnić, aby po chwili jawić się omamionemu zmysłowi jako jedność. Swoimi ramionami zdawały się oplatać jedna drugą, a gdy mrugnąłem okiem, uwodzicielsko wędrowały w przeciwne strony, kołysząc męskim wzrokiem wedle swych upodobań. Jak na komendę zarzuciły głowami, a długie, czarne włosy niemal poczułem na swej twarzy, gdy jak w zwolnionym tempie przelatywały mi przed oczyma. Ręce mimowolnie zaciskały się na poręczy fotela, taniec zyskiwał dodatkowego wymiaru, wzrok nie nadążał z odbiorem zwodniczego ruchu, dlatego zamknąłem oczy. A wtedy…

Wiele legend słyszałem o tym, co niektóre potrafią zrobić na górze. Jednak, dokonania tych dwóch przerosły najśmielsze oczekiwania. Czułem ich oddech, muskający moją twarz, a westchnienia niosły ze sobą delikatność , której nie można opisać prostymi słowami. Zmysł wybuchł setką nieruszanych od lat receptorów, gdy obie stanowczo otuliły się wokół mnie. Tchnieniem, które wydało się srebrzyć niczym odbicia na łagodnym nurcie rzeki, wniknęły w moje wnętrze.

Po chwili skupiły swoją uwagę na dole. I też było to jak uderzenie nieznanego do tej pory w smaku wiatru. Nie zeszły zbyt nisko, niemal prowokując tym mój pomruk zniecierpliwienia. Ich aksamitnie miękkie usta pozostawiły po każdym dotknięciu rozkoszne drżenie, które jednak nie trwało nazbyt długo. Jakby chciały ukryć sekret jego pochodzenia i trwania.

Jedwabiste dotknięcia ich ciał przybrały na intensywności, gdy w uniesieniu zrzuciłem z nich ostatnie okrycia… Wtedy przemówiły do mnie, po raz pierwszy od przyjazdu. Nie uwierzyłem. Nie uwierzyłem, że ten głos wydobywał się tuż obok mnie. Wydawał się szybować nam moją głową, nie absorbując zbytnio uwagi, ale wypełniając pomieszczenie swoim wyraźnym charakterem. Lśniące i opływające zmysłowymi kształtami sylaby i akcenty rysowały się łagodnie pod moimi zamkniętymi powiekami.

Taaaak… Pierwszą będę nazywał Spełnienie, drugą Rozkosz.

——————————————————————————————————————————–

Dlaczego się tak uzewnętrzniam? Bo to nudne, napisać, że kupiłem sobie nowe kolumny Monitor Audio RS5, które w porównaniu do moich poprzednich Wharfedale 8.4, są mniejsze, ale jak się miało okazać, nadrabiają to doskonale jakością brzmienia. Był to jednak trochę rzut na taśmę – warunkiem było: kolumny mają być czarne (fetysz), napędzić muzyką pokój 20m^2, do skutecznej pracy (pełnym pasmem) nie potrzebują wykręcania głośności do skali zagłuszającej słowa osób w pomieszczeniu.

Przyjechał kurier, zapiąłem pudła w domu, puściłem zapętloną płytę, żeby się wygrzały i poszedłem do roboty. Na drugi dzień przysiadłem wieczorem posłuchać, co potrafią. W jury zasiedli: Loreena McKennitt, Sweet, Ozzy Osbourne, The Doobie Brothers, Kansas, Marillion, UFO, klasyka z References Recordings, Breakout, Grand Funk Railroad.

Wniosek? W zasadzie zdziwienie. Kolumny wygrzane dnia poprzedniego pewnie potrzebowały jeszcze trochę ruchu, ale i tak, pokazały, że wiedzą o co chodzi w muzyce. Obawiałem się nieco ich metalowych membran C-CAM, czy nie spowodują zbytnio metalicznego i szczebiotliwego przekazu. Ale firma Monitor Audio akurat ten element rozpracowała już całkiem nieźle. Góra – naprawdę, ale to naprawdę zaskakuje szczegółowością, choć jak podkręcić wzmacniacz, w niektórych momentach jest na granicy. Dół – zupełnie inna kultura basu, niż na poprzednich Wharfedale’ach. Nie schodzi tak nisko (wg. producenta do 40Hz), ale jest bardziej sprężysty i wyrazisty. Potrafi łupnąć, jak na takie liliputy. Średnica jest ułożona i nie przeostrzona. No i wokal, to klasa sama w sobie (może po prostu słucham dobrych wykonawców). Wyciągnięty od kolumn, nie przyklejony do głośników – to się może podobać. Scena zrobiła się o wiele szersza, można określić czy instrument gra z przodu, czy z tyłu – poprzednio miałem problemy ze ścianą dźwięków. I istotny szczegół – kolumny najlepiej słuchać bez maskownic, które jednak nieco przycinają (przytłumiają) przekaz.

Monitor Audio RS5Kolumny mają swoje ograniczenia – o ile poprzednie Wafle (150W) potrafiły wytrzymać przy gałce na 12stej-13stej, to MA RS5 (100W) miękną gdzieś tak koło 11stej. Skuteczność deklarowana przez producenta to 90dB. W końcu mogę posłuchać całości pasma po cichu.

Reasumując – jestem zadowolony, choć trochę mnie wystraszyły swoją posturą 🙂 Oczywiście nie do każdego zestawu te kolumny się nadadzą – mam ciepło grający wzmak (Xindak A-06), Marantz CD6002 też jest ‚miękki’, to i efekt na kolumnach całkiem nieźle brzmi.
 

Post navigation

  • Marketingowcy z Monitor Audio powinni Ci za tą recenzje krocie zapłacić ;D
    Czy czasem jakiej książki nie powinieneś napisać (nie koniecznie o kolumnach :D)?

Translate »