przystajnik

Wielbłądem na oklep

CamelWszyscy znawcy lubią i cenią albumy grupy Camel. Ale mało kto zwraca uwagę na ich debiutancki krążek o tajemniczej nazwie ‚Camel‚ z 1973 roku. Nisko oceniany, zyskuje nagłego blasku w wydaniu z bonusowymi ścieżkami, a w szczególności z 19sto minutowym ‚Homage to the God of Light’. Prawdę mówiąc, album ten stawiam wyżej niż późniejsze dokonania Cameli. Nie wiem co mnie tak ujmuje – zawadiackie jazzowe rytmy i improwizacje, a może ta miękkość brzmienia – pod względem jakości nagrania to mój ulubiony album. Siedząc w fotelu człowiek zapada się w ten miękki kobierzec utkany z aksamitnych dźwięków basu, perkusji. Nad głową mile brzęczą pozostałe instrumenty i to jest to, co można nazwać relaksem przy muzyce.

Ale jak wspomniałem, płyta może nie byłaby dla mnie objawieniem (mam ją od roku), gdyby nie kawałek ‚Homeage to the God of Light’. To dziewiętnaście minut zapisu oddechu duszy niepokornej (nagranego w Marquee Club 29tego października 1974). O, kto liczy na smętnie pląsające nutki, jakże się zawiedzie. To bardzo mocna, energiczna progresywna perełka, godna polecenia i naśladowania.

Pozostaje cały powyższy album polecić – nie zapomnijcie o ciepłych kapciach i zimnym piwie – doskonale się komponują klimatycznie z ową muzyką.
 

Post navigation

  • Hmm Camel jest świetny – jeden z ulubionych moich zespołów. Co do płyty to jednak bardziej podoba mi się The Snow Goose oraz koncertówka Presure Points. Zresztą cała twórczość Camela jest dla mnie rewelacyjna.
    Wiadomo na twoim sprzęcie wszystko zyskuje – dźwięki tak jak piszesz otulają człowieka tak, że mógł by się zapaść w fotel i płynąć i płynąć…

Translate »